Marcin

Osiem lat temu brałem udział w patrolu, w którym zginął mój imiennik. Rok temu napisałem o plutonowym Porębie reportaż, który został zamieszczony w książce „W naszej pamięci. Irak-Afganistan 2003-2014”. Publikuję go dziś na blogu – w kolejną rocznicę śmierci Marcina.

—–

Plutonowy Marcin Poręba, żołnierz V zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Dowódca sekcji rozminowania w bazie Giro. Służbę wojskową rozpoczął w 1997 roku, w kraju służył w 5 Pułku Inżynieryjnym w Szczecinie. Poległ 4 września 2009 roku, miał 32 lata. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Decyzją ministra obrony narodowej Bogdana Klicha awansowany na stopień sierżanta. Wyróżniony wpisaniem zasług do „Księgi Honorowej Wojska Polskiego”.

*          *          *

Marcin Poręba pochodził ze Szczecyna, niewielkiej miejscowości w województwie lubelskim. Miał trzy siostry i dwóch młodszych od siebie braci.

– To był wesoły dom – Zofia Poręba uśmiecha się serdecznie.

– A sam Marcin był wesołym dzieckiem? – dopytuję.

– Pewnie! – matka poległego nie ma wątpliwości. – I takim wciąż zajętym. Najpierw podwórko, później harcerstwo i ochotnicza straż pożarna. Ciągle chodził na zbiórki i gdzieś wyjeżdżał. A potem przynosił nowe dyplomy i wyróżnienia. Oj, jakie one były dla niego ważne…

Młody Poręba udzielał się także artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie.

– Służył już, a mimo to przyjeżdżał i brał udział w przedstawieniach – opowiada pani Zofia. – Na przykład w Herodach, w których zwykle grał rolę diabła.

*          *          *

Przygoda z wojskiem zaczęła się dla Poręby od służby zasadniczej.

– Najpierw trafił do szkółki do Koszalina, na trzy miesiące – wspomina Zofia Poręba. – Mówił, że jest ciężko, ale chwalił sobie warunki. Aż przenieśli go do Szczecina… Wiem pan, Marcin to był taki trochę delikatny chłopak. Zaczął narzekać na jedzenie, że byle jakie. „Ja, mamo, to bym w wojsku nie chciał być dłużej niż trzeba” – mówił.

Niebawem jednak zmienił zdanie. Został w szczecińskiej jednostce przeciwlotniczej na służbę nadterminową, a w 2001 roku przeniósł się do tamtejszego pułku saperów. Latem 2003 roku wyjechał na pierwszą zmianę polskiego kontyngentu do Iraku.

Wcześniej ożenił się z Anną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

*          *          *

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – twierdzi chorąży Jarosław Kościelak, przyjaciel poległego. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w swoje rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest kawał drogi, jakieś siedemset kilometrów. Ale on w każdej chwili gotów był wracać.

– Mój ojciec był akowcem, więc Marcin miał się na kim wzorować – mówi Zofia Poręba. – Z kijem na ramieniu maszerował już jako trzy-czterolatek. Wciąż widzę go z tym kijem – drobnego blondaska, powtarzającego w równym rytmie „chojsko”, „chojsko”, „chojsko”.

– Chciał jechać do Afganistanu? – pytam chorążego Kościelaka.

– Oczywiście – zapewnia podoficer. – Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

– Ucieszył się, że wyjazd wypadł na 2009 rok – mówi Zofia Poręba. – Że już zimą będzie w domu. Syn był religijnym człowiekiem i bardzo zależało mu na tym, by osobiście towarzyszyć Szymonowi w przygotowaniach do komunii wiosną następnego roku.

*          *          *

Poręba trafił najpierw na posterunek w Karabachu, a później do bazy Giro. Oba miejsca znajdowały się na terenach, w których bardzo aktywnie działały rebelianckie komanda. Sekcja Marcina odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, popularnych „ajdików”, podkładanych w miejscach przejazdu polskich pojazdów.

*          *          *

– Dla nas to też był trudny czas – przyznaje matka Marcina. – Ale po śmierci kapitana Ambrozińskiego (w lipcu 2009 roku – dop. MO), zaczęłam się martwić jeszcze bardziej. Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon, a on do mnie: „mamo, ale pamiętajcie ogrodzić moją działkę”.

– Miał własną działkę? – pytam.

– Tak, w naszej wsi. Kupił trochę ziemi, jakieś zabudowania. Po wojsku chciał wrócić do Szczecyna. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to już teraz”. Jakby jakieś przeczucia miał – moja rozmówczyni wzdycha głośno. – Parę dni później zaczęliśmy z młodszym synem i synową huśtawkę robić. Mówiliśmy: „dla Marcina i Szymona”, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Książka, z której pochodzi reportaż, jest zbiorem sylwetek wszystkich poległych w Iraku i Afganistanie żołnierzy Wojska Polskiego. Wydano ją w zeszłym roku, nakładem Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej, z inicjatywy Centrum Weterana.
Książka, z której pochodzi reportaż, jest zbiorem sylwetek wszystkich poległych w Iraku i Afganistanie żołnierzy Wojska Polskiego. Wydano ją w zeszłym roku, nakładem Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej, z inicjatywy Centrum Weterana.

„Dudi”

Informacja o tym, że niebawem ukaże się „Dziennik dowódcy Rosomaka”, wzbudziła duże zainteresowanie Czytelników Warbooka – i mojego blogu. Co zrozumiałe, pojawiła się prośba o przybliżenie postaci Jacka. Proszę bardzo – oto fragment „Dziennika…”, tej jego części, napisanej przeze mnie, w której kreślę sylwetkę Dutkiewicza.

—–

Starszy kapral Jacek Dutkiewicz, żołnierz IX zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Dowódca załogi Rosomaka w Zgrupowaniu Bojowym „Alfa” w bazie Ghazni. Służbę wojskową rozpoczął w sierpniu 2008 roku, w kraju służył w 17 Wielkopolskiej Brygadzie Zmechanizowanej. Zmarł 19 maja 2015 roku, w wyniku urazów poniesionych podczas wypadku spadochronowego. Miał 33 lata.

*          *          *

Czarnków – nieduże, urokliwie rozłożone na kilku wzgórzach miasteczko w Wielkopolsce. To tu urodził się Jacek, to tu spotykam się z jego najbliższymi – matką, siostrą i siostrzenicą.

– Lubił Czarnków, zawsze z chęcią tu wracał – mówi Stanisława Dutkiewicz, matka Jacka. – Choć usposobienia był wędrowniczego… – Kobieta uśmiecha się serdecznie.

– Miał może pięć lat, byliśmy wtedy na wycieczce w Dziwnowie – do rozmowy włącza się Magdalena, starsza o siedem lat siostra. – Jacuś był z nami i nagle znikł. Zeszłyśmy całe miasto, już zaczęło się ciemno robić, a chłopaka nie ma. Idziemy więc na milicję, pełne najczarniejszych myśli, i oto jest nasza zguba. Cała i zdrowa.

– Co się okazało? – pytam.

– Że poszedł sobie za kimś, kogo uznał za znajomego, a gdy mu się znudziło, próbował wrócić na własną rękę. Zawsze był indywidualistą.

*          *          *

– Była między wami spora różnica wieku – stwierdzam. – Jaki był jako młodszy brat?

– Oj… – Magdalena macha ręką. – Mieliśmy takie charaktery, że żadne nie chciało odpuścić. Kłóciliśmy się więc często, aż futryny latały. A potem ja poszłam do szkoły z internatem, szybko się usamodzielniłam. Nie było już tylu okazji do spięć, a i Jacek dorastał. Gdy skończył osiemnaście lat, nasze relacje przybrały partnerski wymiar. Nie był już dzieciakiem, mądrze kombinował, no i założył firmę, w której pracowaliśmy razem.

– Osiemnastolatek założył firmę? – Nawet nie próbuję ukryć zaskoczenia.

– No tak, jeszcze w szkole średniej – odpowiada siostra Jacka. – On zajął się kwestiami technicznymi, ja papierami. Były wspólne tematy, była potrzeba, byśmy się dogadywali.

*          *          *

W CV Jacka, które ostatni raz zaktualizował tuż przed śmiercią, wśród danych o doświadczeniu zawodowym znalazł się i taki wpis:

„Od 2001 roku, do momentu rozpoczęcia służby w szeregach Wojska, przedsiębiorca telekomunikacyjny (…)”.

Firma „Netbase” zajmowała się dostarczaniem internetu oraz budową i obsługą stron WWW.

– Jak prosperowała? – dopytuję.

– Mam wrażenie, że Jacek się tym bawił, przynajmniej na początku – mówi Magda. – Chyba nie sądził, że to wszystko pójdzie tak daleko. Że zyskamy pozycję lokalnego lidera na rynku usług internetowych.

– Chciał to rozwijać? Miał plan, by po wojsku wrócić do tej działalności? – usiłuję ustalić.

– Nie wiem – przyznaje Magdalena Dutkiewicz. – Ale idąc do armii, firmy nie zamknął. Wydaje mi się, że przez wzgląd na mnie i mamę. Chciał, byśmy miały zajęcie i pracę.

„Netbase” istnieje do dziś, prowadzona przez siostrę i przyjaciół Jacka.

*          *          *

Ta ostatnia informacja skłania mnie do pytania o to, jaki był Jacek w relacjach towarzyskich.

– Nie otaczał się wianuszkiem niepotrzebnych ludzi – mówi jego siostra.

– Na piwo wyskoczył może trzy razy do roku – dodaje Stanisława Dutkiewicz. – Jak wracał, dzwonił wcześniej i prosił, bym wstawiała rosół – na twarzy kobiety pojawia się lekki uśmiech.

– On był trochę inny niż wszyscy – przekonuje siostra Dutkiewicza. – Miał swój własny świat i ciągle mało czasu. Tak naprawdę dopiero w wojsku stał się bardziej towarzyski.

– A dziewczyny? Miał jakąś? – pytam.

– Kiedyś wuja odbierał mnie ze szkoły z Poznania – do rozmowy włącza się Daria, córka Magdy. – Jedziemy samochodem i w pewnym momencie on mówi: „Słuchaj, czy twoim zdaniem jestem atrakcyjnym facetem?”. Myślę, że chodziła mu wtedy po głowie jakaś dziewczyna.

– „Ciekawe, mamo, czy i ja będę miał kiedyś dzieci?”, zastanawiał się w rozmowach ze mną – przyznaje pani Stanisława. – Ale nie, nie przedstawił mi żadnej dziewczyny. Bardzo lubił Baśkę, sanitariuszkę z wojska. Mówił o niej dobrze, tak ciepło. Baśka była na pogrzebie, ale nie podeszła do mnie. Nie miała tyle odwagi, rozmawiałyśmy dopiero później, przez telefon… – Najstarsza z kobiet wzdycha głośno.

*          *          *

Baśka to znajomość z armii, do której droga wiodła Jacka przez… odmowę pełnienia zasadniczej służby wojskowej.

– Powiedział, że nie pójdzie – wspomina Magda Dutkiewicz. – Bo nikt go nie będzie do niczego zmuszał i mówił mu, co ma w życiu robić. „Dudi”, jak na niego mówili, taki właśnie był. Miał mocno rozbudowane poczucie wolności i niezależności. Dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy w końcu w tym wojsku wylądował.

– Ale służby zasadniczej nie odbył? – upewniam się.

– Napisał odwołanie do WKU, które oni odrzucili – opowiada siostra „Dudiego”. – No to sprawa trafiła na wokandę, aż po naczelny sąd administracyjny. Jacek nie poddawał się i w końcu dopiął swego.

– Wyznaczono go do służby zastępczej – wyjaśnia Stanisława Dutkiewicz. – Trafił jako informatyk do urzędu miasta w Czarnkowie.

*          *          *

W 2008 roku zniesiono przymusowy pobór – wojsko stało się formacją zawodową.

– No i pewnego dnia przyszedł do biura Jacek i mówi, że on idzie do szkoły podoficerskiej – opowiada Magdalena Dutkiewicz.

– Tłumaczył jakoś, skąd ta zmiana w nastawieniu do armii? – usiłuję rozwikłać motywy „Dudiego”.

– On nigdy nie tłumaczył swoich decyzji. – Siostra Jacka wzdycha głośno. – Podejmował je i koniec. Ale myślę sobie, że to wojsko było mu potrzebne, by poczuł się jak facet, nie dzieciak. Tak to widzę.

– Szukał swojego miejsca – dodaje matka Dutkiewicza.

– Jako chłopiec nie bawił się żołnierzykami? – pytam.

– A gdzie tam. On nawet WF-u nie cierpiał – słyszę z ust pani Stanisławy.

– Zwiewał z zajęć sportowych. – Magda uśmiecha się szeroko. – Gdy kończył służbę zastępczą, był jak taki pulpecik. Dziewięćdziesiąt kilo ważył. Potem, znów bez żadnych wyjaśnień, zabrał się za swoją kondycję i w krótkim czasie zleciał do siedemdziesięciu kilo. Ludzie pytali mnie, czy mój brat ma raka – bo jakoś ostatnio zmarniał. A on już przygotowywał się do egzaminów wstępnych do szkoły podoficerskiej.

– Czyli wojsko to wymysł już dorosłego Jacka – konkluduję.

– No tak – potwierdza matka „Dudiego”. – Za młodu to tylko kable, przewody, CB, tego typu rzeczy. Elektronika. Po podstawówce nie zastanawiał się długo i zdał do technikum elektronicznego. U nas, w Czarnkowie.

– Powiedz, co robił przed technikum – Magdalena zwraca się do matki.

Patrzę z zaciekawieniem na starszą spośród kobiet.

– Przez trzy lata chodził do szkoły muzycznej – mówi pani Stanisława. – Ale nie skończył jej, bo nauczycielka dała mu czwórkę z gry na fortepianie. Co gorsza, kazała mu poprawić na piątkę, no i Jacek się zawziął. Powiedział, że więcej do szkoły muzycznej nie pójdzie. I nie poszedł…

– Dobrze grał na tym fortepianie? – i ja uśmiecham się serdecznie.

– Jakoś mu tam szło, w końcu pianino w domu miał. – Magda macha ręką z udanym lekceważeniem.

– Słuch miał perfekcyjny – zapewnia matka zmarłego. – Ale ruszał się… – Kobieta zawiesza głos. – Mówię mu kiedyś: „Jacek, masz dobry głos do śpiewania, słuch muzyczny, wyczucie rytmu, grasz; naucz się chłopie tańczyć. A on nic tylko łokciami jak kaczuszka. Od bioder w dół sztywny zupełnie.

*          *          *

W wojsku za to „Dudi” wolał być w ciągłym ruchu. W sierpniu 2009 roku ukończył Szkołę Podoficerską Wojsk Lądowych w Zegrzu (specjalność: łączność i informatyka – obsługa stacji zasilania i ładowania akumulatorów). Stamtąd trafił do 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej, do batalionu dowodzenia w Międzyrzeczu. Został dowódcą stacji zasilania i…

– Posadzili go za biurkiem, męczył się strasznie – mówi Magdalena. – Bardzo szybko zaczął kombinować, jak by tu się przenieść do innej jednostki.

W sukurs Dutkiewiczowi przyszły rozkazy z Dowództwa Operacyjnego – 17 WBZ została wyznaczona do misji w Afganistanie, a Jacek na kurs dowódcy załogi Rosomaka. Nowoczesny transporter opancerzony, w dodatku w wersji bojowej, spełniał oczekiwania kaprala. Ponad półroczna służba w Afganistanie – od kwietnia do października 2011 roku – tylko utwierdziła go w przekonaniu, że jego miejsce jest w jednostce liniowej. Złożył wniosek o przeniesienie i w listopadzie 2012 roku został dowódcą sekcji w drużynie wsparcia plutonu zmechanizowanego. Siedem miesięcy później dowództwo 17 WBZ wyznaczyło „Dudiego” na stanowisko dowódcy drużyny rozpoznawczej, w plutonie rozpoznawczym.

– No i to mu pasowało – mówi siostra Jacka. – Naprawdę stawał na rzęsach, by swoich chłopaków czegoś nauczyć. Sam załatwiał jakieś schroniska w górach, organizował marsze, letnie, zimowe. Biegał z nimi po lasach, brodził w rzekach – wszystko po godzinach. Ci żołnierze do dzisiaj mówią, że był dla nich wzorem.

„Dudi” się spełniał, ale nie był ślepo zapatrzony w wojsko; miał świadomość jego słabości i krytyczne nastawienie. W 2012 roku – w jednym z wysłanych do mnie maili – pisał:

„(…) Konieczne jest odejście od starokomunistycznego sposobu myślenia, w którym byli szweje i wielka kadra. W którym najlepiej sprawdzał się żołnierz głupi, czy nawet tępy, bo takim łatwo było manipulować. (…) Podstawą transformacji Wojska Polskiego musi być nie tylko zmiana sprzętu, wyposażenia żołnierzy (…). To ważne, ale przede wszystkim zmienić trzeba mentalność dowódców. A że ich mentalności zmienić się nie da, zostaje tylko jedno: zmiana dowódców”.

Zapowiedź

No to jest – okładka, oficjalna zapowiedź i data premiery. 27 września, nakładem wydawnictwa WarBook, ukaże się „Dziennik…” Jacka Dutkiewicza – który miałem zaszczyt zredagować.

O czym jest tak książka? Pisze o tym Wydawca:

„Wiosną 2011 roku w Afganistanie znalazła się 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana – elitarna formacja Wojska Polskiego. Nieźle wyszkolona i wyposażona, stanęła do walki z przeciwnikiem, którego najważniejszą bronią okazały się miny-pułapki, znajomość terenu i przychylność miejscowej ludności. Technika musiała odejść na dalszy plan, kluczową rolę odegrać miały cechy charakteru wysłanych na tę dziwną wojnę żołnierzy. Czy „Wielkopolanie” podołali? Bywało z tym różnie, o czym bez owijania w bawełnę pisze kapral Jacek Dutkiewicz. Jego dziennik to świadectwo uczestnika wydarzeń, świetnego żołnierza, obdarzonego przy tym zmysłem obserwacji i talentem literackim. Zredagowany już po śmierci autora, jest pozycją obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych historią wojskowości”.

Cała okładka:

Jacek Dutkiewicz, zdjęcie z archiwum autora dziennika, opr. graf. WarBook
Jacek Dutkiewicz, zdjęcie z archiwum autora dziennika, opr. graf. WarBook

„Dunkierka”

Obejrzałem wczoraj „Dunkierkę”. A właściwie obejrzałem i wysłuchałem – bo warstwa dźwiękowa jest tam niezwykle istotna. I nie chodzi wcale o dobrą (a jakże, w końcu Zimmer to Zimmer), muzykę. Mam na myśli przede wszystkim dźwięk „spadających” z nieba Sztukasów. Tych odgłosów wojny nie poznałem i nie poznam. Uff, sztywnieje bowiem człowiek cały i nie trzeba mu wielkiej wyobraźni, by poczuć strach atakowanych w ten sposób ludzi.

Jest więc „Dunkierka” filmem „gęstym”, łatwym do wczuwania (się). I przez to dobrze wpisuje się w kontekst, jakim jest obecna sytuacja w Polsce.

Dlaczego?

Widzę po stronie protestujących takich, którym marzy się masowe policyjne pałowanie (bo rewolucyjny etos, bo to droga do załamania się „dobrej” zmiany), widzę stadionowe tituszki, pragnące „masakrować” antyrządowe demonstracje (bo adrenalina, upust frustracji, tchórzliwe de facto poczucie dominacji nad słabszym). Wiem, że są w PiS-ie ludzie, którzy z satysfakcją myślą o „zaoraniu hołoty” (bo „kanalie”, bo zemsta, bo zastraszenie to też narzędzie sprawowania władzy). To wszystko jest ni mniej, ni więcej, a pragnieniem wojny. Innej rzecz jasna niż ta, którą w filmie oglądamy na francuskiej plaży i na falach Kanału la Manche, ale wojny. Z jej bezwzględną dynamiką, która nieuchronnie doprowadzi do użycia broni palnej.

No więc obejrzyjcie sobie jeden z drugim „Dunkierkę” – poobcujcie ze strachem w sposób bezpieczny, w kinowym fotelu. Zobaczcie, co robi z ludźmi. Niektórych czyni bohaterami, ale wielu, zbyt wielu, łamie – cytując jedną z filmowych postaci – „możliwe, że do końca życia”…

—–

Kadr z „Dunkierki”/fot. materiały dystrybutora

Młot

Gdy latem 1935 roku w Niemczech uchwalano rasistowskie ustawy norymberskie, nie spotkało się to ze znaczącym społecznym oporem. Niemcy szybko zaakceptowali nowe prawo („twarde, ale jednak prawo”). Rozpętana kilka lat wcześniej na niespotykaną skalę antysemicka kampania przyniosła odpowiedni skutek – NSDAP jawiła się jako partia, która ochroni kraj przed „szkodliwym żydostwem”. A że z jej rządami wiązano również fakt polepszenia bytu socjalnego biedniejszej części społeczeństwa (program zbrojeniowy i inwestycje w infrastrukturę pozwoliły wyjść z dołka Wielkiego Kryzysu), tym więcej było powodów do legitymizacji.

Gdzie to Niemcy zaprowadziło, wszyscy dobrze wiemy.

Latem 2017 roku PiS funduje polskiemu ustrojowi rewolucyjną zmianę. Usuwa istotne gwarancje prawne, zawarte w niezależności władzy sądowniczej. Polacy tymczasem wybierają wakacje, sondaże zaś wskazują absolutną dominację partii Jarosława Kaczyńskiego. Nie bez znaczenia jest fakt, że część rodaków po raz pierwszy od dawna na te wakacje stać – transfer środków socjalnych, za którym stoi polityczna wola PiS, zmienił sytuację bytową wielu rodzin. Ale nie to ma kluczowe znaczenia dla zrozumienia fenomenu legitymizacji obecnej władzy. Ten zawiera się w kwestii podejścia do uchodźców. Niemal 2-letnia kampania, w której PiS wykorzystuje wszystkie narzędzia, jakie daje państwo, przyniosła odpowiedni skutek. Oto partia Kaczyńskiego uchodzi za jedyną siłę, która jest w stanie uchronić Polskę przed napływem „zdziczałej hordy ciapatych”. Ci bowiem, jak wynika z badań, zostali w między czasie całkowicie zdehumanizowani.

Analogia do sytuacji w Niemczech lat 30. jest zatem wyraźna. Emocje Polaków, jak niegdyś emocje Niemców, wykluczają otwarcie na racjonalne argumenty (jak choćby brak zależności między napływem uchodźców a zamachami). Tak jak niegdyś Niemcy – w obawie przed złym obcym – godzimy się na ustępstwa wobec „silnych ludzi”. Niech rządzą jak chcą – mówimy.

Dokąd nas to zaprowadzi? Daleki jestem od szukania dalszych analogii do sytuacji z lat 30. i 40. XX wieku – ani Europa, ani my sami nie pozwolimy sobie na zainstalowanie totalitarnej utopii nad Wisłą. Ba, mam niemal pewność, że nie taki cel przyświeca Kaczyńskiemu i jego najbliższemu otoczeniu. Boję się wszak, że ci ludzie żyją w jakimś zamkniętym kręgu anachronicznych wyobrażeń na temat polityki, wspartym o całą serię pobożnych życzeń. Pragnąc w Polsce silnego, autorytarnego państwa, pełniącego rolę regionalnego lidera, de facto oderwą nas od Europy. Wówczas jedyną kotwicą, trzymającą nas na Zachodzie, pozostaną Stany Zjednoczone – poprzez NATO. Tyle że od kilku miesięcy wola Waszyngtonu zależna jest od humorów Donalda Trumpa. To dramatycznie za mało, by w oparciu o takiego gwaranta budować przyszłość 38-milionowego narodu.

Co nam zostanie, gdy wyrzucimy się na margines Europy, a USA stwierdzą, że nie mają interesu angażować się w Polskę? Trójmorze, z wiodącą pozycją Warszawy, to mrzonka, niechybnie więc znów wpadniemy w sidła Rosji. Taki będzie efekt rządów „silnych ludzi z PiS”.

Czy jest szansa, by z tej patowej sytuacji wyjść? Ten cel da się osiągnąć tylko poprzez złamanie monopolu PiS. Jak to zrobić?

Blog Marcina Ogdowskiego