„Dunkierka”

Obejrzałem wczoraj „Dunkierkę”. A właściwie obejrzałem i wysłuchałem – bo warstwa dźwiękowa jest tam niezwykle istotna. I nie chodzi wcale o dobrą (a jakże, w końcu Zimmer to Zimmer), muzykę. Mam na myśli przede wszystkim dźwięk „spadających” z nieba Sztukasów. Tych odgłosów wojny nie poznałem i nie poznam. Uff, sztywnieje bowiem człowiek cały i nie trzeba mu wielkiej wyobraźni, by poczuć strach atakowanych w ten sposób ludzi.

Jest więc „Dunkierka” filmem „gęstym”, łatwym do wczuwania (się). I przez to dobrze wpisuje się w kontekst, jakim jest obecna sytuacja w Polsce.

Dlaczego?

Widzę po stronie protestujących takich, którym marzy się masowe policyjne pałowanie (bo rewolucyjny etos, bo to droga do załamania się „dobrej” zmiany), widzę stadionowe tituszki, pragnące „masakrować” antyrządowe demonstracje (bo adrenalina, upust frustracji, tchórzliwe de facto poczucie dominacji nad słabszym). Wiem, że są w PiS-ie ludzie, którzy z satysfakcją myślą o „zaoraniu hołoty” (bo „kanalie”, bo zemsta, bo zastraszenie to też narzędzie sprawowania władzy). To wszystko jest ni mniej, ni więcej, a pragnieniem wojny. Innej rzecz jasna niż ta, którą w filmie oglądamy na francuskiej plaży i na falach Kanału la Manche, ale wojny. Z jej bezwzględną dynamiką, która nieuchronnie doprowadzi do użycia broni palnej.

No więc obejrzyjcie sobie jeden z drugim „Dunkierkę” – poobcujcie ze strachem w sposób bezpieczny, w kinowym fotelu. Zobaczcie, co robi z ludźmi. Niektórych czyni bohaterami, ale wielu, zbyt wielu, łamie – cytując jedną z filmowych postaci – „możliwe, że do końca życia”…

—–

Kadr z „Dunkierki”/fot. materiały dystrybutora

Młot

Gdy latem 1935 roku w Niemczech uchwalano rasistowskie ustawy norymberskie, nie spotkało się to ze znaczącym społecznym oporem. Niemcy szybko zaakceptowali nowe prawo („twarde, ale jednak prawo”). Rozpętana kilka lat wcześniej na niespotykaną skalę antysemicka kampania przyniosła odpowiedni skutek – NSDAP jawiła się jako partia, która ochroni kraj przed „szkodliwym żydostwem”. A że z jej rządami wiązano również fakt polepszenia bytu socjalnego biedniejszej części społeczeństwa (program zbrojeniowy i inwestycje w infrastrukturę pozwoliły wyjść z dołka Wielkiego Kryzysu), tym więcej było powodów do legitymizacji.

Gdzie to Niemcy zaprowadziło, wszyscy dobrze wiemy.

Latem 2017 roku PiS funduje polskiemu ustrojowi rewolucyjną zmianę. Usuwa istotne gwarancje prawne, zawarte w niezależności władzy sądowniczej. Polacy tymczasem wybierają wakacje, sondaże zaś wskazują absolutną dominację partii Jarosława Kaczyńskiego. Nie bez znaczenia jest fakt, że część rodaków po raz pierwszy od dawna na te wakacje stać – transfer środków socjalnych, za którym stoi polityczna wola PiS, zmienił sytuację bytową wielu rodzin. Ale nie to ma kluczowe znaczenia dla zrozumienia fenomenu legitymizacji obecnej władzy. Ten zawiera się w kwestii podejścia do uchodźców. Niemal 2-letnia kampania, w której PiS wykorzystuje wszystkie narzędzia, jakie daje państwo, przyniosła odpowiedni skutek. Oto partia Kaczyńskiego uchodzi za jedyną siłę, która jest w stanie uchronić Polskę przed napływem „zdziczałej hordy ciapatych”. Ci bowiem, jak wynika z badań, zostali w między czasie całkowicie zdehumanizowani.

Analogia do sytuacji w Niemczech lat 30. jest zatem wyraźna. Emocje Polaków, jak niegdyś emocje Niemców, wykluczają otwarcie na racjonalne argumenty (jak choćby brak zależności między napływem uchodźców a zamachami). Tak jak niegdyś Niemcy – w obawie przed złym obcym – godzimy się na ustępstwa wobec „silnych ludzi”. Niech rządzą jak chcą – mówimy.

Dokąd nas to zaprowadzi? Daleki jestem od szukania dalszych analogii do sytuacji z lat 30. i 40. XX wieku – ani Europa, ani my sami nie pozwolimy sobie na zainstalowanie totalitarnej utopii nad Wisłą. Ba, mam niemal pewność, że nie taki cel przyświeca Kaczyńskiemu i jego najbliższemu otoczeniu. Boję się wszak, że ci ludzie żyją w jakimś zamkniętym kręgu anachronicznych wyobrażeń na temat polityki, wspartym o całą serię pobożnych życzeń. Pragnąc w Polsce silnego, autorytarnego państwa, pełniącego rolę regionalnego lidera, de facto oderwą nas od Europy. Wówczas jedyną kotwicą, trzymającą nas na Zachodzie, pozostaną Stany Zjednoczone – poprzez NATO. Tyle że od kilku miesięcy wola Waszyngtonu zależna jest od humorów Donalda Trumpa. To dramatycznie za mało, by w oparciu o takiego gwaranta budować przyszłość 38-milionowego narodu.

Co nam zostanie, gdy wyrzucimy się na margines Europy, a USA stwierdzą, że nie mają interesu angażować się w Polskę? Trójmorze, z wiodącą pozycją Warszawy, to mrzonka, niechybnie więc znów wpadniemy w sidła Rosji. Taki będzie efekt rządów „silnych ludzi z PiS”.

Czy jest szansa, by z tej patowej sytuacji wyjść? Ten cel da się osiągnąć tylko poprzez złamanie monopolu PiS. Jak to zrobić?

Lojalność

Mężczyzna ze zdjęcia ma moje oczy, mój nos, moje usta, moje kości policzkowe. Można więc przyjąć, że tak wyglądałbym w mundurze, gdybym urodził się pod koniec XIX wieku.

To mój pradziad, żołnierz armii niemieckiej, zmobilizowany w czasie I wojny światowej, wysłany na front zachodni. Odznaczony Żelaznym Krzyżem, ciężko ranny, zdaje się, że nad Sommą. Mimo poważnych obrażeń nie wrócił do domu przed końcem walk. Aż do listopada 1918 roku służył w oddziałach pogrzebowych – zwoził trupy z bitewnych pól.

Wiele dekad później jego córka opowiadała mi zasłyszane od ojca historie. Jedna z nich utkwiła szczególnie w mojej pamięci. Pradziad powoził i czasem, spod sterty ciał rzuconych na wóz, dochodziły go ludzkie jęki – gdy wzięty za zabitego żołnierz nagle odzyskiwał przytomność. Zwalało się wtedy wszystkie trupy, by wyciągnąć jęczącego. Czasem w ten sposób ratowano stracone już, zdawałoby się, człowiecze istnienie.

Jeden z takich cudem ocalonych został pradziadowym przyjacielem – wiele, wiele lat później żegnał go na pogrzebie, dziękując za dar długiego życia. Spędzonego nie tak jak mój przodek, w Polsce, ale w Niemczech.

Gdy wybuchła kolejna wojna, syn pradziada, w ciągu niespełna roku, z wcielonego pod przymusem żołnierza armii niemieckiej, zmienił się w żołnierza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Dziś, gdyby nastał kolejny konflikt, ja założyłbym mundur Wojska Polskiego. Bo lojalność wobec bytów politycznych jest rzeczną umowną, zmienną – nikt nie rodzi się Niemcem czy Polakiem. Ostatecznie sam potwierdza swoją przynależność etniczną, gdy jest już dorosłym człowiekiem. Wszyscy za to – bez względu na paszportowe etykiety – mamy dość empatii, by w najbardziej skurwiałych okolicznościach wykrzesać z siebie ludzkie odruchy.

Ufam, że to one zwyciężą, że wezmą górę nad oszalałymi nacjonalizmami, które znów podnoszą łby. Nie bez powodu wyrażam tę nadzieję dziś, w 72. rocznicę zakończenia II wojny światowej, która dobitnie pokazała, czym jest wiara w wyjątkowość „własnego” narodu…

pradziad

Orlik

Dziś nietypowo – udostępniam łamy komu innemu. Autorem poniższego materiału – a przede wszystkim świetnej galerii – jest Bartek Bera, najlepszy fotograf lotniczy w Polsce.

—–

Polskie F-16 po raz pierwszy dołączą do misji Baltic Air Policing, prowadzonej od 2004 roku przez państwa NATO i mającej na celu zapewnienie bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii.

Kraje bałtyckie korzystają ze wsparcia sojuszników, ponieważ same nie posiadają lotnictwa myśliwskiego. W związku z tym nie mogą wystawić standardowego w Sojuszu dyżuru QRA (ang. Quick Reaction Alert), pozwalającego przechwycić statki powietrzne naruszające przestrzeń powietrzną lub poruszające się w przestrzeni międzynarodowej wbrew zasadom jej użytkowania (chodzi przede wszystkim o maszyny poruszające się nad Morzem Bałtyckim z wyłączonym transponderem, koniecznym do identyfikacji, lub bez złożonego planu lotu).

To już siódmy Orlik

Początkowo natowskie samoloty zabezpieczały misję z lotniska Szawle, znajdującej się w połowie drogi między Wilnem i Kłajpedą. Litwini, pełniący rolę tzw.: host nation, zabezpieczali pobyt kontyngentu sojusznika, stopniowo rozbudowując infrastrukturę swojej głównej bazy (hangary, nawierzchnie dróg kołowania i pasa startowego, płyty postojowe, budynki socjalne, wieże i budynek wojskowego portu lotniczego). Z czasem, wraz ze wzrostem aktywności lotnictwa Federacji Rosyjskiej, misja została rozszerzona o drugą lokację – bazę Amari w pobliżu Tallina. Jednocześnie zwiększono liczbę kontyngentów z jednego do czterech (model ten funkcjonował w latach 2014-2015 – Szawle gościły dwa zespoły po cztery samoloty, Amari jeden, a czwarty operował z 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Malborku). Obecne podejście zakłada współpracę narodu wiodącego (leading nation – Szawle) z narodem wspierającym – (augmenting nation – Amari).

Polski Kontyngent Wojskowy Orlik 7, liczący około 100 osób personelu i 4 samoloty F-16C, wydzielony z 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu-Krzesinach, przejmie obowiązki 2 maja (wtedy nastąpi symboliczne przekazanie klucza do Państw Bałtyckich), od zespołu holenderskiego (zapewne jedna z ostatnich misji królewskich F-16, ustępujących miejsca F-35), który z kolei w styczniu zastąpił Francuzów i ich Mirage 2000. Partnerami Polaków będą Hiszpanie, którzy w Estonii wymienią Niemców wracających do kraju po 8 miesięcznej zmianie (załogi i personel rotowały się po czterech miesiącach). W hangarach Amari myśliwce Eurofighter wymienione zostaną przez F-18 Hornet.

Mity na temat rosyjskiej aktywności

Koordynowaniem dyżurów bojowych oraz zarządzaniem wylotami alarmowymi (Alpha Scramble) i treningowymi (Tango Scramble) zajmuje się centrum operacyjne CAOC (Combined Air Operation Centre) w niemieckim Uedem. To właśnie stamtąd napływa sygnał podrywający parę dyżurną, która następnie jest kierowana w stronę niezidentyfikowanej maszyny, znajdującej się w pobliżu terytorium NATO. Zwykle interwencje takie dotyczą rosyjskich maszyn lecących do lub z Obwodu Kaliningradzkiego. Bardzo często, mimo obowiązku składania planów lotu i poruszania się z włączonym transponderem, Rosjanie zasady te ignorują – co skutkuje koniecznością wizualnej identyfikacji przez uzbrojoną parę dyżurną. Para QRA zwykle towarzyszy maszynom rosyjskim do czasu opuszczenia rejonu odpowiedzialności, po czym wraca do jednej z baz BAP. Trzeba podkreślić, że obie strony nie demonstrują agresywnych zachowań – są to raczej swoistego rodzaju szachy w powietrzu, którym jednak daleko do otwartej konfrontacji. Wbrew prezentowanym często nieprawdziwym informacjom, Rosjanie praktycznie nigdy nie naruszają przestrzeni powietrznej Państw Bałtyckich (pojedyncze incydenty trwają kilka sekund i dotyczą głównie wysp estońskich).

Nieco gorętsze lato

Teoretycznie oczywiście może wystąpić konieczność zestrzelenia „intruza”, dlatego maszyny przenoszą rakiety powietrze-powietrze w różnych konfiguracjach – oczywiście po części jest to demonstracja siły i „pokazanie flagi” typu: „NATO jest obecne i gotowe”.

Ponieważ Polska po raz pierwszy wysyła swoje najnowocześniejsze samoloty na bałtycką misję (sześć poprzednich Orlików zabezpieczały MiGi-29), a jest to wersja F-16 nigdy wcześniej tam niewidziana – prawdopodobnie można się spodziewać wzrostu aktywności statków powietrznych z czerwoną gwiazdą. „Twarde” prowokacje, znane z pogranicza grecko-tureckiego, nie wchodzą w rachubę; będzie to raczej testowanie „nowości na bałtyckim rynku”.

Dla pilotów F-16 obowiązki związane z dyżurami będą takie same, jak w kraju, gdzie całodobowo jedna z czterech Baz Lotnictwa Taktycznego utrzymuje dwa samoloty w gotowości do startu na sygnał od centrum dowodzenia w Uedem. Nie zmienia to faktu, że lato może być dla nich nieco gorętsze niż zazwyczaj.

Misja Orlika 7 skończy się na początku września, gdy Polaków zluzują Amerykanie.

Bartek Bera

—–

Polskie F-16 przejmą obowiązki już 2 maja/fot. Bartek Bera

Szkolenie

Był rok 1993. Elitarne oddziały armii amerykańskiej zostały brutalnie zdziesiątkowane przez słabo wyszkolonych somalijskich bojowników. Rutynowa akcja przekształciła się w wielogodzinne starcie, w którym śmierć poniosło 18 Amerykanów, a 73 zostało rannych. „Jakim cudem straciliśmy aż tylu żołnierzy?” – zastanawiali się dowódcy Rangersów, Delty i Navy Seals.

Wydarzenia z Mogadiszu – szerszej publiczności znane z filmu Ridleya Scotta „Black Hawk Down” – analizowano w Pentagonie na wiele sposobów. Jedna z kluczowych konkluzji dotyczyła wyszkolenia medycznego żołnierzy elitarnych formacji US Army. Okazało się, że daje ono umiejętności tożsame z posiadanymi przez cywilnych ratowników medycznych. Tymczasem na polu bitwy taki zakres kompetencji był zwyczajnie niewystarczający. Mówiąc wprost, część spośród zabitych udałoby się uratować, gdyby medycy wiedzieli, jak tego dokonać. W takich okolicznościach zaczął się kolejny rozdział w historii medycyny wojskowej. Do jego opisu wystarczą cztery litery – TCCC (ang. Tactical Combat Casualty Care).

Tak zwana „czerwona taktyka” została szybko wdrożona do programów szkoleniowych armii amerykańskiej. Musiały minąć lata, nim dotarła też do Polski. Pionierem, jak to często bywa, okazały się siły specjalne – to one posiadają dziś najlepszych paramedyków, wyszkolonych zgodnie z zaleceniami TCCC. Z doświadczeniem bojowym, nabytym w Afganistanie.

Nie czas i miejsce, by opisywać zasady TC3. Wystarczy wspomnieć, że podstawowe umiejętności w tym zakresie dają rannemu szanse, by uporał się z krwotokiem, w tym przypadku także z własnego ciała, zatrzymaniem oddychania i odmą płucną – konsekwencjami obrażeń typowych nie tylko dla pola walki.

– Ledwie zrobiłem kurs, a przyszło mi, w ciągu jednego wieczoru, pomagać ofiarom trzech wypadków drogowych – usłyszałem od instruktora TC3, na co dzień żołnierza jednej z naszych jednostek specjalnych.

Świadomość, że TCCC – jakkolwiek „wyrosłe” w oderwaniu od medycyny cywilnej – może znaleźć zastosowanie także w codziennym życiu, zadecydowała o wyjściu czerwonej taktyki poza mury koszar. Na rynku pojawiły się oferty kursów. Z oczywistych powodów zainteresowały one i mnie.

W Iraku czy w Afganistanie niemal zawsze miałem w pobliżu kogoś, kto był w stanie udzielić profesjonalnej pomocy medycznej. To na Ukrainie – gdzie żołnierze obu stron nie mieli pojęcia, jak sobie pomóc w razie zranienia – przyszła refleksja, że najlepiej liczyć na siebie – i kolegów. Ostateczną decyzję podjąłem w Libanie, w jednym z obozów dla uchodźców, kiedy uświadomiłem sobie, że nie wywinę się, jeśli ktoś sprzeda mi kosę. Potem, przez wiele miesięcy, brakowało czasu, ale w weekend udało się postawić pierwszy krok w zakresie taktycznego ratownictwa medycznego. W niedzielę, z rąk doświadczonych instruktorów z Eagle-Med System, otrzymałem specjalny certyfikat.

Teraz pozostaje ćwiczyć i mieć nadzieję, że nigdy nie będę musiał użyć nowonabytych umiejętności.

GALERIA/fot. Darek Prosiński, Eagle-Med System

 

—–

Jedna z naczelnych zasad TCCC brzmi: Nawet w sytuacji beznadziejnej (pozorant na zdjęciu miał krwotok z tętnicy szyjnej; właściwie nie do powstrzymania), podejmujesz akcję ratunkową. Liczy się bowiem efekt psychologiczny – rannemu nie pomożesz, ale pozostałym pokażesz, że będziesz walczył o nich do końca…/fot. Darek Prosiński, Eagle-Med System

Blog Marcina Ogdowskiego