(Nie)normalnie

– Biletów do Mariupola już nie ma – kasjerka na kijowskim dworcu kolejowym była wyraźnie zirytowana. Nie mogłem uwierzyć, więc pytałem kilka razy – stąd jej reakcja. Pani z okienka na dworcu autobusowym była już znacznie milsza. – Przyjdźcie chłopcy po piętnastej. Zobaczymy, może któryś z kierowców gdzieś was wciśnie – miała na myśli przejazd na podłodze bądź schodach, wolnych miejsc bowiem i tu już nie było.

Niestety, i ta możliwość okazała się jedynie teoretyczna. Ostatecznie trafiłem z ekipą do Mariupola, stosując taktykę żabich skoków – przemieszczając się z miasta do miasta, słynnymi ukraińskimi marszrutkami. Słynącymi z ciasnoty, zaduchu i kiepskiego stanu technicznego. „Wszystko przez święta” – tłumaczyłem sobie, zły, że nie wziąłem pod uwagę prawosławnej Wielkanocy jako problemu natury komunikacyjnej. „Ludzie pewnie wracają w swoje strony. Tylko u licha – do Mariupola?”.

Jeszcze latem zeszłego roku w tym portowym ośrodku nad Morzem Azowskim brakowało 40 procent mieszkańców. Uciekli przed wojną, która rozgrywała się kilkanaście kilometrów na wschód od miasta, czasem dosięgając i jego centrum. Cały świat z oburzeniem oglądał filmy nagrane w styczniu 2015 roku, kiedy rebelianckie rakiety upadły na pełne ludzi blokowisko, zabijając 30 osób. Zaś sami separatyści wielokrotnie zapowiadali, że wezmą Mariupol szturmem – „jeśli nie dziś, to jutro”.

Żołnierz armii ukraińskiej na pozycjach w pobliżu Mariupola.
Żołnierz armii ukraińskiej na pozycjach w pobliżu Mariupola.

Plaże wciąż w zasięgu dział

Jutro nie nadchodziło, za to do roboty wzięły się oddziały rządowe, które odparły siły Donieckiej Republiki Ludowej na tyle daleko, że dziś nikt już nie bierze na poważnie groźby przejęcia miasta. Przekonałem się o tym na własne oczy jeszcze zanim dotarłem do Mariupola. W autobusie, do którego wsiedliśmy w Dniepropietrowsku, spotkałem Heinza, berlińczyka, żonatego z Ukrainką, rodowitą mariupolanką. Starsi państwo mieszkali przed wojną pół roku na Ukrainie, pół roku w Niemczech. Zeszłorocznej wiosny już do Mariupola nie wrócili – z obawy przed działaniami zbrojnymi. Teraz jednak uznali, że przyszła pora wracać do utartego schematu – a święta stworzyły doskonały pretekst do przyjazdu.

– Dziś brakuje w mieście tylko pięciu procent stałych mieszkańców – Tetiana, miejscowa dziennikarka pracująca dla dużej kijowskiej stacji telewizyjnej, nie kryła zadowolenia z tego faktu. Jej słowa – wskazujące na pewną stabilizację – potwierdzał widok ulicy. Działające sklepy, szkoły, komunikacja miejska, czy drogi pełne aut. Gwarne i głośne wieczorami kluby. – Ostatni ostrzał miasta był w sierpniu 2015 roku – mówiła. – Informacja idzie w świat, więc ludzie wracają. Miasto odżywa.

– Wrócą też letnicy? – spytałem, mając w pamięci piękną plażę w pobliskim Szyrokino.

– Ojjj… – Tetiana pokręciła głową. – Nieprędko. Latem zeszłego roku miny zabiły w morzu trzy kąpiące się osoby. Poza tym plaże są wciąż w zasięgu artylerii separatystów.

„W Doniecku jest jeszcze gorzej”

O zmianie klimatu świadczą też tematy podejmowane przez lokalne media i ulicę. Wojna nadal dominuje, niemniej coraz częściej na status wiadomości dnia czy tygodnia wybijają się inne historie. Kilka tygodni temu Mariupol żył zabawnym na swój sposób zdarzeniem, do którego doszło w Sartanie, niewielkiej miejscowości pod miastem. Tamtejsze zoo – znane w okolicy, w czasach pokoju tłumnie odwiedzane przez mariupolan – stało się sceną niecodziennego wypadku. Pijany mężczyzna postanowił bowiem wejść do klatki z lwem. Nie bardzo wiadomo dlaczego, wiadomo za to, że miał sporo szczęścia. Przeżył, choć został solidnie poturbowany.

Z kolei kilka dni temu wojnę przyćmiła Wielkanoc. W przedświąteczny czwartek, w taksówce, wysłuchałem audycji, w której mowa była nie tyle o samych przygotowaniach do świąt, co o drożyźnie, która będzie miała wpływ na zawartość świątecznych stołów. „W Doniecku jest jeszcze gorzej” – owo stwierdzenie miało zapewne dodać słuchaczom otuchy. W wielki piątek, jadąc do Nowosiliewki – wsi położonej 40 kilometrów na północ od Mariupola – zobaczyłem sznur samochodów na donieckich tablicach rejestracyjnych, czekających na przejazd przez „przejście graniczne” w Hnutowe.

– U nich nie dość, że drogo, to jeszcze sklepy puste. Chcą czy nie, przyjeżdżają na zakupy do nas, na Ukrainę – skwitowała ów widok Tetiana.

Ceremonia przekazania darów od ukraińskich wolontariuszy dla żołnierzy walczących na froncie w okolicach wsi Nowosiliewka.
Ceremonia przekazania darów od ukraińskich wolontariuszy dla żołnierzy walczących na froncie w okolicach wsi Nowosiliewka.

„Kto wyciągnie dzieci ze schronu?”

– Mam nadzieję, że na świątecznym stole nie zabraknie wam niczego – Witalij z Zaporoża uścisnął dłoń dowódcy batalionu, rozlokowanego w pobliżu Nowosiliewki. – Zwłaszcza w takich dniach pamiętajcie, że doceniamy waszą trudną służbę.

Siedziałem w sali wiejskiego domu kultury, towarzysząc kilkudziesięciu wojskowym. Właśnie odbywała się krótka ceremonia przekazania darów, zebranych przez Witalija i grupę wolontariuszy. Do żołnierzy trafiły świąteczne babki, tak zwane paschy, jajka, wędliny, ale też bielizna, skarpety, koszulki. Ukraińska armia – jakkolwiek coraz lepiej wyekwipowana – wciąż w sporym zakresie korzysta z ofiarności cywilów.

Do paczek dołączono również kolorowe kartki, robione własnoręcznie przez dzieci. Kilka z tych życzeń odczytano na głos. „By w Ukrainie jak najszybciej zapanował pokój” – brzmiał najczęściej pojawiający się motyw.

Trudno o lepsze życzenia w Nowosiliewce. Linia frontu rozciągnęła się wzdłuż okolicznych pól i choć natężenie walk znacząco osłabło w porównaniu do sytuacji z zeszłego roku, wieś nadal znajduje się w strefie rażenia. Dla 68-letniej Swietłany to już jakiś postęp.

– Nie muszę wnuków w schronie zamykać – mówiła, uśmiechając się smutno. Ów schron to niewielka piwniczka w chałupie, na tyle duża, by pomieścić dwoje nastolatków.

– A wy się nie chowaliście? – spytałem Swietłany, obok której stał starszy od niej o dwa lata mąż.

– Miejsca nie było, a poza tym, niech by w dom trafiło – kto by dzieci z piwnicy wyciągnął? Nam wystarczył rów.

Sierioża i Wiktor, 14-latkowie z Nowosiliewki.
Sierioża i Wiktor, 14-latkowie z Nowosiliewki.

„Do nich nie strzelamy”

 14-letni Sierioża z trudem przyznał, że i jemu zdarzało się chować podczas ostrzałów.

– Ale tylko pod łóżko – zastrzegł. Rówieśnik, Wiktor, wybuchł śmiechem po tym wyznaniu kolegi. On nigdzie się nie chował. A do wojny już przywykł, bo trzeba jakoś żyć. Szkoda tylko, że nie wiadomo, co będzie ze szkołą.

– Nauczyciele zostali wszyscy, ale dużą część uczniów rodzice powywozili. A z naszej dwójki dziesiątej klasy nie zrobią – chłopak miał naprawdę zafrasowaną minę. Zaraz jednak rozpogodził się wizją wakacji. Wyjazdu na kolonie organizowanego specjalnie dla dzieci takich jak on i Sierioża – z terenów dotkniętych działaniami wojennymi. – Bo widzisz – Wiktor wskazał dłonią niewielkie centrum wsi, po którym kręcili się żołnierze. – Niby tu normalnie, ale tak naprawdę nienormalnie. Więc rekreację chcą nam zapewnić gdzie indziej.

„Niby normalnie” – powtarzałem sobie później w myślach. Jechałem na pierwszą linię ukraińskiej obrony ścieżkami wytyczonymi między świeżo zaoranymi połaciami pól. Ba, gdzieniegdzie widziałem nawet pracujące traktory. W zasięgi strzału z broni ręcznej, czasem wręcz tuż obok okopów. I po jednej, i po drugiej stronie frontu.

– Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci – zapewnił mnie jeden z Ukraińców.

„Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci”.
„Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci”.

—–

Centrum wioski Nowosiliewka. Dziś linia wschodnio ukraińskiego frontu przebiega wzdłuż okolicznych pól/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski

Zona

– Czy strażacy wiedzieli o radiacji? – Siergiej, były inżynier z Czarnobyla, powtarza zadane mu pytanie. Wzdycha uśmiechając się przy tym smutno. – Oni po prostu robili swoje. Zobaczyli pożar, więc zaczęli gasić…

W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku w elektrowni jądrowej w Czarnobylu przeprowadzano test systemów bezpieczeństwa reaktora numer cztery. Wady konstrukcyjne oraz błędy proceduralne spowodowały przegrzanie urządzenia i wybuch wodoru. Doszło do pożaru oraz rozprzestrzenienia substancji promieniotwórczych na niespotykaną dotąd skalę.

Nonszalanckie podejście do życia

Jako pierwsza na miejscu dramatu zjawiła się ekipa z zakładowej straży.

Wasylij, strażak z Czarnobyla. W przededniu obchodów 30. rocznicy katastrofy przyjechał do Prypeci, opuszczonego miasta, zamieszkałego niegdyś przez pracowników elektrowni.
Wasylij, strażak z Czarnobyla. W przededniu obchodów 30. rocznicy katastrofy przyjechał do Prypeci, opuszczonego miasta, zamieszkałego niegdyś przez pracowników elektrowni.

– Chłopcy myśleli, że to płonie instalacja elektryczna – opowiada Wasilij, też strażak, który feralnej nocy nie miał dyżuru. – Straszny los ich spotkał… – mężczyzna przeciera oko potężną dłonią. Ludzie, o których mówi – pożarnicy i inni pracownicy siłowni – mają dziś w Sławutyczu swój pomnik. Dwa murki, na jakich odwzorowano trzydzieści paszportowych fotografii. Pod każdym wizerunkiem umieszczono imię, nazwisko, datę urodzenia i śmierci. Te ostatnie dzielą od siebie tygodnie – w sierpniu 1986 roku nikt z upamiętnionej trzydziestki już nie żył.

– Dwóch zmarło od poparzeń, reszta dostała dawki trzy i pół razy wyższe od uważanych za śmiertelne – wyjaśnia Siergiej.

Nie były to jedyne ofiary choroby popromiennej. W rozmowach z pracownikami elektrowni przewija się wątek tak zwanych partyzantów – żołnierzy Armii Radzieckiej. Ale wbrew potocznym wyobrażeniom nie chodzi o nastoletnich poborowych, których w wojsku w tamtym czasie służyły miliony. Wśród władz panowało przekonanie, że młodzi będą później masowo przenosić choroby genetyczne – sięgnięto więc do rezerw. Po mężczyzn po trzydziestce, mających już potomstwo, lub samotnych, „nie rokujących” na rozmnażanie. I to ich wysłano do najbardziej śmiercionośnych prac przy usuwaniu skutków awarii. Początkowo nawet bez minimalnych środków ochrony przed promieniowaniem.

Nie ma zgodnych statystyk na temat strat z powodu nonszalanckiego podejścia do życia ratowników. ONZ nie dostrzegła problemu, z kolei sami likwidatorzy – jak nazwano sześćsettysięczną masę uczestników akcji – od lat mówią o rosnącej liczbie zgonów, sięgającej obecnie kilkunastu procent populacji.

Odczyt dezymetryczny w pociągu jadącym do Czarnobyla.
Odczyt dozymetryczny w pociągu jadącym do Czarnobyla.

Wszystko było rozkradzione

Dziś Związku Radziecko już nie ma. „Dziedzictwem” Czarnobylu podzieliły się przede wszystkim Ukraina – gdzie znajduje się elektrownia – oraz Białoruś, której znaczne tereny uległy skażeniu. Latami wokół Zony – zamkniętego terenu, z którego tuż po katastrofie wysiedlono całą ludność – narastały mity. Ich ucieleśnieniem stała się gra komputerowa S.T.A.L.K.E.R, gdzie w postapokaliptycznym otoczeniu elektrowni grupa śmiałków zmaga się z wszelkiej maści anomaliami i mutantami. Tymczasem w rzeczywistości niedziałająca już siłownia wciąż pozostaje miejscem pracy dla pięciu tysięcy ludzi, zaś okoliczna Prypeć – opuszczone miasteczko pracowników jądrowego kombinatu – stała się celem wycieczek. Początkowo nielegalnych, dziś już – kiedy poziom promieniowania znacząco spadł – organizowanych za zgodą ukraińskich władz przez tamtejsze biura podróży.

Prypeć to dziś cel zupełnie legalnych wycieczek. Niektórych nie przekonują argumenty o niewysokim poziomie promieniowania…
Prypeć to dziś cel zupełnie legalnych wycieczek. Niektórych turystów nie przekonują argumenty o niewysokim poziomie promieniowania…

W przededniu trzydziestej rocznicy katastrofy wybrałem się w taki sposób do Zony. Już w pociągu moją uwagę zwróciła grupa reporterów z jednej z włoskich telewizji. Szef ekipy nie rozstawał się z dozymetrem, mierząc poziom promieniowania w różnych częściach wagonu. A gdy skład wjechał na szczelnie obudowany peron przyzakładowej stacji, i on, i jego ekipa założyli specjalne, dwuwarstwowe skafandry. Wyglądali przezabawnie, zwłaszcza trzy godziny później, w Prypeci, w zestawieniu z ukraińskimi turystkami, paradującymi w króciutkich spódniczkach. W takim towarzystwie Japonka nosząca na ustach maseczkę, zdawała się być przykładem zwyczajnej zapobiegliwości.

Dość

Na kijowskim Majdanie nie ma śladów po wydarzeniach sprzed ponad dwóch lat. Jest czysto, schludnie, na wschodni sposób szykownie. Gdy byłem tu rok temu, wokół stojącej w centrum placu kolumny rozstawiono zdjęcia z Donbasu, dokumentujące wojenny wysiłek ukraińskiego państwa. Obok zaś założono punkt werbunkowy do gwardii narodowej.

Dziś nie ma już nawet tego.

W sobotni wieczór na Chreszczatyku – głównej alei miasta – weekendowy gwar. Ulicę zamknięto, stawiając na obu jej końcach nowoczesne samochody nowopowołanej policji. Co kawałek – wymijając tłum eleganckich kijowian – natykam się na jakąś kapelę, przygrywającą spacerującym.

Julek, dziennikarz z Polski, pracujący w jednej z ukraińskich stacji telewizyjnych opowiada, że wojenne newsy nie cieszą się już zainteresowaniem. Że ich emisja oznacza spadek oglądalności.

Modny klub „Porter” pęka w szwach. Na scenie zespół z ciemnoskórą frontmenką, grający klasyki amerykańskiego bluesa, choć z ostrym, rockowym pazurem

– „Hit the road Jack” – wokalistka zaczyna kolejną piosenkę, znaną z genialnego wykonania Raya Charlesa.

– No more!, no more!, no more! – śpiewają razem z nią klubowicze, a na mini-parkiecie pojawia się kilkanaście par. Młodzi podskakują w tańcu, rozradowani, uśmiechnięci, trochę pijani.

„No more” brzmi mi w uszach jeszcze długo potem, gdy wracam do mieszkania z widokiem na tonący w iluminacji Majdan.

„No more”.

Tak, Kijów ma już dość wojny. Kijów chce się bawić. Żyć.

Paradygmat

Wywiad z prof. Romualdem Szeremietiewem, byłym ministrem i wiceministrem obrony narodowej.

– Słyszał Pan o przesmyku suwalskim?

– Rozumiem, że chodzi o korytarz, którym Rosjanie mieliby połączyć Kaliningrad z Białorusią?

– Tak. A jednocześnie kordon, którym odcięto by lądowy dostęp do krajów nadbałtyckich. Niepokojący scenariusz, prawda?

– Rzeczywiście nie brzmi to dobrze. Ale skoro na północy i na południu od tego „korytarza” mamy państwa natowskie, takie działania powinny być skazane na porażkę.

– Powinny. A czy są?

– Rosjanie mają mniejsze siły niż Sojusz. Jeśli zatem udałoby im się opanować ów przesmyk, oznaczałoby to, że NATO nie broniło krajów nadbałtyckich i nie wsparło Polski.

– … albo broniło niewystarczająco, na przykład tylko polskimi siłami. Jednostkami z Warmii i Mazur, które nie przedstawiają dużej wartości bojowej. Czy fakt, że najlepsze oddziały Wojska Polskiego stacjonują na zachodzie kraju, nie jest zaproszeniem do kłopotów?

– Samo przebazowanie jednostek nic nie da. Należy zmienić polskie myślenie o strategii obrony. Dopiero w oparciu o nowe wytyczne dokonywać m.in. rozlokowania wojsk. Niestety, od lat popełniamy błąd, przyjmując niepodważalne – jak nam się wydaje – założenie. I nie szukamy innych rozwiązań. Uznaliśmy, że skoro Polska nie jest potęgą, a zagraża nam wrogie mocarstwo, to jedynym sposobem zapewnienia bezpieczeństwa będzie wsparcie ze strony mocarstwa sojuszniczego. W ten sposób zamierzano obronić kraj przed 1939 rokiem, gdy zawierano sojusze z Francją i Anglią. Dziś w Warszawie kalkuluje się podobnie – że siły zbrojne RP, jako część NATO, przy pomocy USA, obronią Polskę. Ale czy jest to jedyne możliwe rozwiązanie problemu bezpieczeństwa narodowego?

– Pan proponuje zmianę paradygmatu…

– Tak. Uważam, że przyjęty wzorzec jest nie tylko fałszywy, ale będzie skutkował kolejną polską przegraną. Jestem natomiast przekonany, że możemy zbudować taki system obrony, który zagwarantuje bezpieczeństwo nawet gdyby sojusznicy nam nie pomogli lub spóźnili się z wsparciem naszej obrony.

– Pewnie słyszał Pan nie raz, że to niemożliwe. Zbyt kosztowne.

– Rzeczywiście, ciągle to słyszę. Zastanówmy się jednak, czy rzeczywiście nie mamy innego sposobu na obronę kraju? Współczesne wojny wykazały, że nowoczesne armie przegrywają w konfliktach asymetrycznych, kiedyś nazywanych działaniami  partyzanckimi. Nie ulega wątpliwości – patrząc od Algierii po ostatni Afganistan – że taki opór jest skuteczny. Nawet Sowieci musieli przecież wycofać się z Afganistanu. Zobaczmy zresztą, jak dziś – po tych doświadczeniach – zachowuje się Zachód. Mimo iż dysponuje potężnymi siłami, nie wysyła wojsk lądowych do Syrii, żeby ostatecznie rozprawić się z ISIS. Wysyła samoloty, które zrzucają bomby, ale bombardowania nie rozwiążą problemu. Bo trzeba po prostu opanować teren. Tymczasem wiadomo, że jeśli przeciwnik będzie działał asymetrycznie, to sama przewaga technologiczna nie wystarczy. Eksperci mówią, że do wyeliminowania jednego partyzanta potrzeba 20 żołnierzy. Chcąc więc unieszkodliwić 30 tys. bojowników islamskich – tyle ich zdaje się jest – należałoby wysłać na Bliski Wschód jakieś 600 tys. wojska.

– Suche cyfry nie ukryją faktu, że mówi Pan o wyjątkowo koszmarnym rodzaju wojny…

– Nie jestem entuzjastą wojny partyzanckiej. Ja też uważam taki rodzaj walki za nieszczęście. Jeśli jednak nie zmienimy obecnej koncepcji obrony, to istnieje prawdopodobieństwo, że Polska może być podbita. I wtedy Polacy zaczną konspirować, podejmą działania partyzanckie tak, jak po wrześniu 1939 roku. Tymczasem to, co proponuję, powinno odstraszyć potencjalnego agresora i wówczas żadnej wojny, zwłaszcza partyzanckiej, nie trzeba będzie prowadzić.

Działajmy więc zanim pojawi się zagrożenie. Upewnijmy nieprzyjaciela, że w razie ataku będzie miał do czynienia z masą Polaków przygotowanych do działań asymetrycznych. Wówczas agresor zastanowi się, czy stać go na atak. Konieczność zbudowania dwudziestokrotnej przewagi, czyli wystawienie kilkunastomilionowej armii, wykończyłaby nie tylko kremlowski skarbiec.

– Czy zmiana paradygmatu oznacza postawienie krzyżyka na NATO? Czy też winniśmy naszą obecność i sam Sojusz wzmacniać?

– Ależ nasze zdolności obronne wzmocnią Sojusz! Postuluję tylko, by stosować clausewitzowską hierarchię środków obrony. Generał Clausewitz na pierwszym miejscu stawiał własne zdolności obronne, w szczególności wolę oporu narodu. Na końcu wymieniał pomoc sojuszników. Zatem owszem, założymy w naszej strategii, że otrzymamy wsparcie. Ale dopuśćmy też scenariusz, że go nie będzie – i że to nie musi, czy wręcz nie może oznaczać katastrofy. Poza tym trzeba pamiętać, że ktoś dobrze przygotowany do obrony prędzej doczeka się wsparcia niż słabeusz.

– No tak, łatwiej pomagać, gdy ma to sens i nie jest z góry skazane na porażkę.

– Otóż to. George Friedman powiedział wyraźnie – a należy go brać poważnie, skoro kieruje taką agencją jak Stratfor – „Polska otrzyma pomoc, ale musi wytrzymać samodzielnie w obronie trzy miesiące”. Trzy miesiące. Nie możemy się przewrócić tak, jak w 1939 roku, bo Amerykanie nie będą mieli komu pomagać.

– Te trzy miesiące brzmią nierealistycznie…

– Doszliśmy, zdaje się, do dna. Dzięki Bogu, że nikt w tej chwili nie grzeje silników czołgowych na naszych granicach. Dzisiaj, biorąc pod uwagę stan naszej armii, możemy się bronić jakieś trzy dni.

– A gwarancje sojusznicze nie są mimo wszystko lepsze niż przed II wojną?

– Hmm. W 1939 roku wiedzieliśmy dwie rzeczy – że nasi sojusznicy wypowiedzą Niemcom wojnę i że po 15 dniach od ogłoszenia mobilizacji we Francji, uderzą na Niemcy. I rzeczywiście, alianci wypowiedzieli Niemcom wojnę 3 września, ale ofensywy nie było. Co wiemy dziś? Że obowiązuje artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego, który mówi „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Lecz nie mamy pojęcia, jakie będą decyzje państw sojuszniczych. Sojusznicy mają bowiem suwerenne prawo do osądzenia, czy i w jakim zakresie wspierać napadniętego. I wreszcie, nie znamy terminów udzielenia pomocy, bo zależą one od decyzji poszczególnych państw dotyczących zastosowania (lub nie) artykułu 5.

– Obiektywnie więc wiemy mniej niż przed wojną.

– A wtedy się nie udało…

– No ale są plany ewentualnościowe.

– Pamięta pan informacje na ich temat, które ujawnił Wikileaks?

– Że w Polsce w razie zagrożenia ma się znaleźć 9 natowskich dywizji?

– Właśnie o tym mowa. Przypomnę, że w tej dziewiątce miałby być cztery polskie dywizje. Więc po pierwsze, naszych czterech nie ma, bo są trzy – i nie sądzę, żebyśmy byli w stanie w razie zagrożenia szybko czwartą dywizję odtworzyć. No i nie wiemy, gdzie jest pięć pozostałych. Dobrze byłoby to ustalić. I zabiegać, by przynajmniej część z nich była blisko naszych granic. No ale jak rozumiem, daliśmy sobie wmówić, że NATO już nie buduje baz stałych, więc będą takie stałe-niestałe obecności wojsk…

– … co jest przejawem kapitulanctwa polskich władz?

– Może to raczej objaw realizmu, skoro sojusznicy nie chcą budować infrastruktury obronnej nad Wisłą. Swoją drogą okazuje się, że bazy stałe mogą być w Niemczech, a na terenie Europy Środkowej już nie. Zadaniem polskich władz jest zmuszenie NATO do stałego zakotwiczenia się w naszym regionie.

– Niezależnie od tego, postulowane przez Pana zmiany paradygmatu muszą objąć program modernizacji Wojska Polskiego.

– Bezwzględnie.

– Co jest priorytetem w tej sytuacji?

– Najpierw musi powstań strategia zmieniająca dotychczasowy paradygmat obronny. Bez nowej strategii wszelkie modernizacje i przebudowy armii będą bezwartościowe. Bo skąd będziemy wiedzieli, jakie siły zbrojne i jakie rodzaje uzbrojenia są nam potrzebne? Na co mamy wydawać pieniądze budżetowe?

– Poziom geopolityki jest poza naszym zasięgiem. Nie zmusimy USA, by wytrwały przy światowym ładzie, utrwalonym po zakończeniu zimnej wojny. A bez jasności w tym obszarze zabraknie nam istotnych punktów odniesienia przy budowie tej strategii.

– Bez wątpienia możemy założyć, że Rosja nie zrezygnuje z budowy wielobiegunowego ładu międzynarodowego.

– Pańskim zdaniem Amerykanie będą kontynuować politykę dominacji, czy pójdą w izolacjonizm, w Europie odpuszczając Rosji?

– Kompleks przemysłowo-militarny USA chciałby utrzymać status quo. Ale z drugiej strony mamy kandydata na prezydenta Donalda Trumpa i jego pomysły ściślejszej współpracy z Rosją. Rosja zresztą – świadoma amerykańskich wątpliwości i słabości – gra kwestią terroryzmu. Chce się prezentować Zachodowi jako partner w jego zwalczaniu i odegrać taką samą rolę, jak Stalin w latach II wojny, biorący na siebie dużą część wysiłku w walce z Niemcami. I podobnie jak Stalin uzyskać coś w zamian od Zachodu. Nie można wykluczyć, że pojawi się jakaś powtórka z Jałty.

– Po amerykańskich wyborach prezydenckich będziemy wiedzieli więcej.

– Owszem. I z perspektywy Polski byłoby lepiej, gdyby izolacjoniści nie przejęli Białego Domu. Ich przegrana zwiększa prawdopodobieństwo, że Stany Zjednoczone będą blokować poczynania Rosji w Europie. Co oznacza wsparcie dla Polski jako głównego sojusznika – eksperci amerykańscy mówią bowiem wprost, że na Europę Zachodnią, zwłaszcza na Niemcy, USA nie mogą już liczyć.

– To są rozstrzygnięcia, które zaczną zapadać od jesieni, ale chyba nie wolno nam siedzieć z założonymi rękoma?

– Nie. I wcale nie musimy czekać – już dziś przyjmijmy, że zasadniczym elementem obrony państwa ma być powszechna obrona terytorialna. Że powinniśmy mieć możliwość wystawienia co najmniej 500 tysięcy żołnierzy, zdolnych do prowadzenia działań nieregularnych, asymetrycznych.

– Pół miliona ludzi poza wojskami operacyjnymi?

– Tak, poza wojskami operacyjnymi. OT w takim wymiarze stanowiłaby czynnik odstraszający na poziomie strategicznym.

– Coś się już w tej materii dzieje…

– No właśnie nie. Zwycięża bowiem koncepcja OT jako stosunkowo nielicznej formacji pomocniczej dla wojsk operacyjnych. Także w sprawie OT MON porusza się w logice obowiązującego paradygmatu obrony.

– Uściślijmy zatem. Obrona Terytorialna ma działać niezależnie od wojsk operacyjnych? Ma atakować przeciwnika zza każdego przysłowiowego węgła i drzewa, gdziekolwiek się tamten pojawi?

– Siły terytorialne będą oparciem dla kontratakujących wojsk operacyjnych, ale przede wszystkim mają być zasadniczym elementem odstraszania. Niech Rosja wie, że wchodząc do naszego kraju, od razu spotka się z powszechnym oporem. Niezależnie od tego, jakie decyzje podejmie NATO i Unia Europejska.

Artefakt?

Właśnie ukazał się mój wywiad z socjologiem, prof. Andrzejem Zybertowiczem. Zapytałem mojego rozmówcę m.in. o sprawę Cenckiewicza i „Czerwonych beretów” – oto, co odpowiedział mi doradca ds. bezpieczeństwa Prezydenta RP.

– „(…) Kilkanaście dni temu dowiedzieliśmy się o lustracji wojskowych izb tradycji. Sławomir Cenckiewicz (…) jako dyrektor Centralnego Archiwum Wojskowego, zamierza wyrugować z historii żołnierzy walczących w czasie II wojny na Wschodzie. Twierdzi, że w ludowym Wojsku Polskim – poza Kuklińskim – nie było niczego wartościowego. Nie podoba mu się „czerwony beret” spadochroniarzy.

– Ale jaka jest prawda? Ci, którzy szli od Lenino, byli częścią rosyjskiej machiny wojennej, która potem odebrała Polsce suwerenność.

– Nie tego chcieli ci żołnierze. Większość wstąpiła do wojska, by walczyć z Niemcami. Nie wolno ich za to potępiać.

– Ależ nikt ich jako ludzi nie potępia. Wydaje się, iż mamy tu taką samą sytuację, jak z Bolkiem – chodzi o fałszywy symbol. Jestem z pokolenia, które w szkołach epatowano łzawą historią generała Karola Świerczewskiego, jakoby polskiego patrioty. Przez lata mnie okłamywano. Teraz, jak rozumiem, chodzi o to, by ustalić, czy w niektórych przekazach historycznych, nadal funkcjonujących w wojsku, nie ma podobnych przekłamań.

– I w tym celu używa się takich samych mechanizmów, jak w latach 40 i 50., kiedy próbowano pozbyć się niewłaściwych, przedwojennych tradycji.

– Porównanie jest niestosowne. Wtedy nie było przestrzeni medialnej, w której można było protestować. Dziś możemy przeprowadzić debatę na temat tego, czy przekazywana nam tradycja „Czerwonych beretów” jest częścią historii Wojska Polskiego, czy artefaktem skonstruowanym przez wychowanych w sowieckich szkołach oficerów. Możemy się o to spierać, ustalać fakty i korygować swoje opinie.

– To spór pozorny. Animatorzy „dobrej zmiany” na odcinku wojskowym już przedstawili oficjalną wykładnię. „Nie da się pogodzić tradycji LWP i WP”. (…).

– Nie znam szczegółów w sprawie „Czerwonych beretów”. Zawsze jest możliwość, że gdy próbuje się pewne rzeczy uporządkować, znajdzie się ktoś nadgorliwy. Ktoś, kto dokona błędnej interpretacji faktów. (…)”.

Całość wywiadu z prof. Zybertowiczem, poświęconego obecnej sytuacji w Polsce, możecie przeczytać w Portalu Interia.pl.

—–

Fot. Marcin Ogdowski