„Krym”

Zimą i wiosną 2014 roku świat z napięciem śledził doniesienia z Krymu i wschodniej Ukrainy. Pamiętam nastroje panujące wówczas w Polsce, zwłaszcza na ścianie wschodniej. Baliśmy się, że „ruskie wejdą i do Polski”, a każdy rutynowy ruch naszego wojska – przejazd na ćwiczenia czy zwykły wymarsz na strzelnicę – wielu interpretowało jako przygotowania do wojny. Jednocześnie, uspokajani przez specjalistów, nieco kurczowo trzymaliśmy się myśli, że przecież u nas „nie ma bazy dla działalności zielonych ludzików”. Że nie mamy mniejszości rosyjskiej czy rosyjskojęzycznej, której interesów miałyby bronić oddziały Putina – uprzednio prowokując sytuacje, które byłby dla nich zagrożeniem.

Panika nie wybuchła, z wojną za miedzą nauczyliśmy się żyć. I nawet szaleniec Macierewicz nie był w stanie podkręcić naszych lęków. „Niech żyje zdolność adaptacji i racjonalizacji!” – chciałoby się rzec. Owszem, niech żyją, tyle że sytuacja w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno się zmieniła. Wspomniany strategiczny atut poszedł sobie bowiem w cholerę wraz z masowym napływem ukraińskiej migracji do Polski. Tak, ten milion czy nawet dwa miliony przybyszów zza wschodniej granicy jest dziś doskonałą bazą dla rosyjskiej aktywności.

Pozornie rzecz nie trzyma się kupy – przecież Ukraina jest w stanie wojny z Rosją, a Putin zrobił wszystko, by między zaprzyjaźnionymi niegdyś narodami wykopać głęboki rów. Dlaczego więc Ukraińcy mieliby wspierać destrukcyjne akcje Kremla? Już wyjaśniam.

Po pierwsze, Rosjanie do perfekcji opanowali umiejętność manipulowania działaniami tak jednostek, jak i całych społeczności. Zwłaszcza tam, gdzie mają ku temu odpowiednie zaplecze kulturowe. Diaspora ukraińska w Polsce jest w dużej mierze rosyjskojęzyczna i w całości wywodzi się z postsowieckiego uniwersum. Ponadto, antyrosyjskość nie jest postawą charakterystyczną dla wszystkich Ukraińców. Dobrze pamiętam obrazki z Donbasu, gdzie „armię Kijowa” często traktowano niczym najeźdźcze oddziały.

Po drugie, strukturalnym problemem państwa ukraińskiego jest totalne zinfiltrowanie przez rosyjskie służby. Agenci Kremla są wszędzie i potrafią umiejętnie wpływać na procesy decyzyjne rozmaitych instytucji naszego wschodniego sąsiada. Dziś nie jest żadną tajemnicą, że porażki armii ukraińskiej na froncie nie raz wynikały z działalności zdrajców we własnych szeregach. Wracając na grunt polski – byłoby naiwnością zakładać, że w milionowym tłumie migrantów nie ma miłośników „ruskiego miru”.

Po trzecie, społeczności emigranckie mają naturalne skłonności do konsolidacji i mobilizacji w obliczu wspólnych dla grupy wyzwań. Ma to zarówno pozytywny, jak i negatywny wymiar.

Idźmy dalej. Polską rządzą dziś politycy, dla których bazą nie jest zakotwiczony w wartościach demokratycznych i liberalnych elektorat. Ostatnie wybory dobitnie to potwierdziły. PiS jest partią numer jeden dzięki obyczajowej konserwie, akceptującej autorytarne formy rządów i hołubiącej nacjonalizm. A ponieważ przekonanie o religijnej i etnicznej wyjątkowości prowadzi do ksenofobii, ta ostatnia stała się narzędziem władzy (jej utrzymania i poszerzania). Spot wyborczy PiS-u poświęcony migrantom – i ich zgubnego wpływu na Polskę – najlepszym tego dowodem. To zarazem czwarty powód, dla którego tak liczna obecność Ukraińców w Polsce może zostać wykorzystana w agresywnych planach Moskwy.

Jak? Już dziś nie brakuje napięć między Polakami a mieszkającymi u nas Ukraińcami. Wielokrotnie spotykałem się z argumentem, że odbierają nam pracę. Że tworzą zamknięte enklawy, nie integrując się z otoczeniem. I choć generalnie te zarzuty nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, bardzo łatwo znaleźć pojedyncze przykłady – zwolnionego z pracy Polaka, czy mieszkańców jakiegoś budynku, w którym obcy zaburzyli dotychczasowy spokój. A teraz wyobraźmy sobie, że „ktoś” postanowił „podkręcić” sytuację. Że doszło do jakiejś polsko-ukraińskiej scysji, że w wyniku większej bójki polała się krew. Media, łase na takie kąski, puszczą informacje w świat. Media w jakikolwiek sposób związane z Moskwą, zrobią z tego wydarzenie dnia/tygodnia. Mam inteligentnych Czytelników, którzy dobrze wiedzą, jakimi mechanizmami rządzą się pogromy i lincze. Jak łatwo eskalować napięcie, zwłaszcza gdy pielęgnuje się wszelkiej maści fantazmaty – poczucie wyższości, krzywdy, przekonania o konieczności wymierzenia dziejowej sprawiedliwości (nie brakuje w Polsce wariatów, deklarujących gotowość do bicia Ukraińców „za Wołyń”; z tamtej strony też mamy środowiska nawołujące do „wyrównania starych rachunków”). Gdy łączy nas tak skomplikowana historia, z nieporozumień o charakterze socjalnym mogą wyniknąć dalsze problemy. Wystarczy dolać oliwy do ognia. Zaatakowani będą się bronić, aż w pewnym momencie zjawisko nabierze takich rozmiarów, że stanie się poważnym problemem. Także politycznym.

Gdy liczba kryminalnych incydentów wzrośnie, pojawi się postulat wyrzucenia Ukraińców z Polski. Co, jeśli nałoży się to na kalendarz wyborczy? Łagodzenie konfliktu może się nie powieść. A i tak bardziej prawdopodobnym jest scenariusz „dokręcenia śruby” – PiS bowiem nie raz już udowodnił, że jest władzą o nastawieniu konfrontacyjnym. No i pod presją „prawdziwych patriotów” może po prostu nie mieć wyjścia (tak przynajmniej to postrzegać). Stan wyjątkowy, wojsko na ulicach i masowe, przymusowe deportacje. A w mediach prawdziwy karnawał przemocy – prawdziwych i fejkowych informacji o kolejnych polsko-ukraińskich incydentach.

Nie, to jeszcze nie jest scenariusz, w którym Rosja wchodzi do Polski. Na tym etapie świat nie kupiłby bajeczki o konieczności wysłania nad Wisłę „misji pokojowej”. Zresztą, po co Rosjanie mieliby to robić? PiS od trzech lat robi wszystko, by osłabić nasze więzi z Unią Europejską. Niby zabiega przy tym o większe zaangażowanie NATO we wschodniej części Europy, jednocześnie jednak rozbraja polskie wojsko. W efekcie z prymusa staliśmy się kłopotliwym członkiem i sojusznikiem. Czy do kogoś takiego warto wyciągać pomocną dłoń? Czy nie znajdą się na Zachodzie politycy, którzy w naszej sytuacji znajdą pretekst, by dokonać „amputacji, która uratuje wspólnotę”. „Przecież Polska masowo łamie prawa człowieka, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej na Ukraińcach!” – zagrzmi jeden z drugim. I nawet jeśli nie będzie miał racji, służby Kremla dostarczą mu odpowiednich „dowodów”. Przez cały 2015 rok karmiły Europę „newsami” o ekscesach uchodźców – wiedzą, jak się gra w te klocki.

I tak zostaniemy sami. I nawet jeśli rozwiążemy „problem ukraiński”, spadną na nas kolejne gromy. Choćby załamanie na rynku pracy, bo bez Ukraińców nie jesteśmy w stanie rozwijać naszej gospodarki. O konsekwencjach „wylania z Zachodu” aż strach pomyśleć.

Wnioski? Nie, nie nawołuję do wyrzucenia Ukraińców z Polski. Tych, którzy przyjechali tu pracować, potrzebujemy jak płuca powietrza. Tym, którzy uciekli przed wojną, winniśmy udzielić schronienia. Czas przestać być beneficjentem pomocy od innych i zacząć spłacać długi wdzięczności.

Przede wszystkim jednak czas pogonić ludzi, którzy demolują polską politykę zagraniczną, którzy rozmieniają na drobne potencjał polskiej armii. Czas powiedzieć „do widzenia” politykom flirtującym z nacjonalistami, faszystami i stadionową chuliganerią. Piewców supremacji – białych, katolików, „prawdziwych Polaków” i bóg wie czego jeszcze – odesłać gdzie ich miejsce: kryminalistów do więzień, resztę poza margines społecznego dyskursu. Czas zacząć budować służby specjalne, które zajmą się tropieniem „zielonych ludzików”, a nie zabezpieczaniem interesów ludzi władzy. Czas na pozytywny program edukacyjny, który pozwoli Polakom zmierzyć się z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą koniec wspólnoty homogenicznej. Podoba nam się to czy nie, jesteśmy skazani na obcych. Czas najwyższy zatem tak zdefiniować politykę państwa, by uwzględniała nieuniknione procesy demograficzne. Ukraińcy (i wszyscy inni, którzy tu przyjadą), muszą znaleźć w Polsce swój drugi dom – nie mogą być niczym robotnicy na platformie wiertniczej, otoczeni groźnym, nieprzyjaznym morzem.

Tak unikniemy polskiego Krymu.

—–

Nz. Budynek lokalnej administracji w jednym ze wschodnio ukraińskich miast/fot. Marcin Ogdowski

Trumny

Latem 2003 roku, na targach zbrojeniowych w Kielcach, po raz pierwszy zobaczyłem na żywo Rosomaka. Przód wozu stał na jakimś podwyższeniu, co tylko potęgowało wrażenie jego wielkości. Transportery opancerzone widywałem już wcześniej, ale wszystkie te BWP-y i BRDM-y były niczym karzełki w porównaniu z „Rośkiem”. Niskie, ciasne, do bólu klaustrofobiczne. Ani przez moment nie czułem się w ten sposób, oglądając wnętrze przedziału desantowego Rosomaka. Do czasu.

Kilka lat później, gdy „Rosie” już na dobre weszły do polskiej armii, zetknąłem się z nimi w warunkach wojennych, w Afganistanie. Wrażenie przestronności znikło bezpowrotnie. Wystarczyło, by „desant”, a ja wraz z nim, założył kamizelki i hełmy. By chłopcy wzięli na pokład swój wojenny ekwipunek – karabiny, granatniki, amunicję, zapasy żywności. W przestrzeni, wedle konstruktorów przewidzianej dla ośmiu osób, robiło się wtedy ciasno jak diabli. Ciemność (lampki żarzyły się tylko delikatnie), no i świadomość, że włazy to nie są lekkie drzwi, otwierające się po naciśnięciu klamki, a pancerne, ryglowane wrota, przywodziły na myśl puszkę. Albo trumnę.

Ta trumna ciążyła w głowie, gdy „Rosiek” opuszczał bezpieczną bazę. Wypady Rosomaków w Afganistanie regulowała prosta zasada: „na dwa uda”. Uda się, albo nie uda – nie wjechać na minę. Wiadomo było, że min jest sporo, że ich eksplozje stanowiły zwykle wstęp do ataku rebeliantów – a to mobilizowało organizm do wyławiania spoza szumów silnika i radia jakichś innych, ważnych dźwięków (wybuchu, wystrzału, uderzenia kuli o pancerz). W tym czuwaniu, mimowolnie, brały udział wszystkie mięśnie – każde głośne napięcie w konstrukcji, każda dziura, niewielki wyłom w drodze, delikatnie nawet unoszące świetnie resorowany wóz, spinały ciało w oczekiwaniu na kontakt z niszczącą falą.

Patrole były zwykle wielogodzinne, na takim „stendbaju” nie dało się pociągnąć zbyt długo. Po jakimś czasie zatem przychodziło zobojętnienie na zewnętrzne bodźce. Ale to było niczym przymknięcie powiek – organizm i tak czuwał.

Nie pomagały inne doświadczenia, jak choćby przekonanie o cudownym uratowaniu własnej skóry, oglądanie rozbitych wcześniej wozów czy udział w pożegnaniach zabitych kolegów.

Na szczęście była też skłonność do racjonalizacji. Któregoś razu do „mojego” wozu załadowano masę odebranej rebeliantom amunicji. „Rosiek” był częścią patrolu saperskiego, który zdobyczne trofea miał wysadzić. Jechałem z nogami na skrzyniach, świadom, że ich zawartość sama z siebie nie wybuchnie, ale w razie najechania na minę, mocno spotęguje „bum”. „Nawet nie poczujesz, jak pierdolnie” – tych kilka słów wystarczyło, by przestać się zadręczać problemem.

Piszę o tym nie bez powodu. Kilka dni temu obejrzałem „Pierwszego człowieka” – film o programach Gemini i Apollo widzianych przez pryzmat historii Neila Armstronga, astronauty, który jako pierwszy stanął na Srebrnym Globie. Naczytałem się i naoglądałem materiałów poświęconych amerykańskiemu programowi kosmicznemu, w „Pierwszym…” nie było więc dla mnie niespodzianek. Poza jedną – perspektywą, z jakiej opowiedziano tę historię. Film jest imponujący jeśli idzie o scenografię, doskonale zmontowany, z pewnością więc zaspokoi gusta wielbicieli technikaliów. Ale jest też do bólu intymny. I nie chodzi tylko o to, że pokazano w nim „rodzinny kontekst” życia astronautów (choć scena na Księżycu, która jest symbolicznym zwieńczeniem osobistego dramatu Armstronga, mocno chwyta za serce; szczegółów nie zdradzę, by nie spoilerować). W popkulturze utrwalił się „wygładzony” obrazek podboju kosmosu przy użyciu wspaniałych maszyn – dowodów geniuszu ludzkich umysłów. I astronautów (kosmonautów) jako prawdziwych superbohaterów. Tymczasem w „Pierwszym człowieku” mamy prymitywne, zawodzące, trzeszczące wehikuły (warstwa dźwiękowa filmu jest niemal tak ważna jak obraz!), i masę wątpliwości „czy to ma sens i czy damy radę?”. Widać je w całej rozciągłości, gdy Armstrong (doskonały Ryan Gosling!) – z grymasem lęku na twarzy – zatrzymuje się przed wejściem do modułu załogowego. „Wrócisz?” – spytał go kilka dni wcześniej jeden z synów. Rakieta Saturn to tak naprawdę wypełniona po brzegi łatwopalnym paliwem bomba. A w przestrzeni między Ziemią i Księżycem może się wydarzyć mnóstwo złych sytuacji, obciążonych ogromnym ryzykiem zagłady załogi. Chwilę potem astronauci leżą już w nienaturalnej pozycji, a wrota modułu zamykają się z trzaskiem – oglądając tę scenę nawet osoby bez klaustrofobii na moment poczują się nieswojo.

Ja tak właśnie się poczułem. To w takich okolicznościach wróciły wspomnienia z tych wszystkich „zamkniętych puszek”. Zachowując należyty umiar w ocenie skali przedsięwzięć (gdzie patrolom do kosmicznych misji…) – „Pierwszy…” dał mi coś, czego wcześniej nie zauważałem. Świadomość, że ci wspaniali ludzie, astronauci, by móc pokonać kosmiczne odległości, najpierw musieli pokonać pierwotny lęk tkwiący w każdym z nas. A to nieliche wyzwanie.

—–

Rosomak w Afganistanie. Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski