Durudżi

Woda przyszła po całonocnej ulewie. Pokonała wały, które miejscami sięgały ośmiu metrów. Kaskadowe koryto nadało jej potwornej prędkości. Zaskoczeni żołnierze nie mieli szans, by ujść z życiem. Niska zabudowa odebrała im możliwość ucieczki wyżej, na bezpieczne dachy. Zresztą, większość budynków była słabej konstrukcji – zbyt słabej, by oprzeć się rozpędzonym kamieniom, niesionym przez wodę. W kilkadziesiąt minut było po wszystkim.

Durudżi to nazwa własna jednej z górskich rzek w Gruzji. Z czasem stała się ona synonimem czegoś szalonego, bo i Durudżi bywa szalona. Jak w sierpniu 1949 roku. Kilkanaście dni temu stałem w korycie tej rzeki, patrząc ku dolinie, na miasteczko Kwareli, w którym mieszka dziś osiem tysięcy ludzi. Wartki strumień miał dwa-trzy metry szerokości, woda sięgała mi najwyżej do kolan. Słowem, nic wielkiego i budzącego grozę.

Ale tak samo było w przededniu powodzi sprzed 69 lat…

001
Tak zwany punkt krytyczny – ostatnie miejsce, gdzie można wyhamować pęd rzeki Durudżi/fot. Marcin Ogdowski

Aleko Baidoszwili, inżynier-hydrolog, wyciąga mapę, na której widać środkowy odcinek Durudżi. Palcem wskazuje tak zwany punkt krytyczny – ostatnie miejsce, w którym można wyhamować pędzącą z góry wodę. Poniżej zaznaczono trzy strefy, nadając im osobny kolor i numer. To tereny, które w czarnym scenariuszu znajdą się pod władzą żywiołu. Jego oblicze będzie się stopniowo zmieniać – na zonę pierwszą uderzy masą w 70 procentach składającą się z kamieni, w 30 procentach z wody. Zonę drugą zaatakuje falą stworzoną w równym stopniu ze skał i wody. W strefie trzeciej kamieni będzie co najwyżej 30 procent. Ujmując rzecz bardziej obrazowo – „jedynka” zostanie przede wszystkim zbombardowana skalnymi odpadami, „trójka” zaś „tylko” zalana. Im dalej, tym szkody będą mniejsze. Im szersze rozlewisko, tym niższa będzie fala – na krańcach „trójki” woda wtargnie co najwyżej do piwnic.

Oddział Armii Radzieckiej, który latem 1949 roku został zdziesiątkowany przez gwałtowną powódź, stacjonował w tej części Kwareli, którą po latach oznaczono jako zona numer jeden.

Aleko Baidoszwili pokazuje na mapie zagrożone rejony/fot. Marcin Ogdowski
Aleko Baidoszwili pokazuje na mapie zagrożone rejony/fot. Marcin Ogdowski

W czasach radzieckich nie mówiło się publicznie o takich wypadkach. Śmierć stu żołnierzy i kilkuset członków ich rodzin nie trafiła na pierwsze strony gazet. Nawet tych lokalnych, gruzińskich. Zabici byli przede wszystkim Rosjanami – zapewne obawiano się, że ich los wywoła u miejscowych nastroje dalekie od współczucia. Zdziesiątkowana po drugiej wojnie światowej gruzińska społeczność (zginął na froncie bądź umarł z głodu na tyłach niemalże co dziesiąty Gruzin), nie miała dość siły na otwarte bunty. Jednak marzenie o odzyskaniu niepodległości, utraconej najpierw na rzecz rosyjskiego cesarstwa, a później sowieckiego imperium, nie było Gruzinom obce. Moskwa wolała więc dmuchać na zimne – stąd liczne rosyjskie garnizony (i podjęta po wojnie próba rusyfikacji tego kaukaskiego narodu).

Dramat w Kwareli miał pozostać lokalną historią, ale nawet miejscowi nie znali szczegółów. Aleko Baidoszwili o jego skali dowiedział się kilka lat temu.

– Firma, która zajmuje się pogłębianiem koryta rzeki, dała w internecie ogłoszenie o sprzedaży żwiru – opowiada hydrolog. – I w odpowiedzi na nie przyszedł mail od starszej pani z Rosji. Napisała ona, że żwiru kupić nie chce, ale że zna Durudżi, bo kiedyś zabiła jej męża. Skontaktowano mnie z tą kobietą i tak zaczęła się nasza korespondencja.

Rosjanka miała szczęście – latem 1949 roku pojechała do domu na wakacje. Mąż, radziecki oficer, został w Gruzji. Przez pół roku po jego śmierci żonie wojskowego nie pozwolono przyjechać do Kwareli. „Nie macie po co tam wracać” – słyszała od armijnych władz. Wreszcie, po sześciu miesiącach, dopięła swego. Na początku 1950 roku wróciła do gruzińskiego miasteczka.

– Chciała zobaczyć miejsce, w którym zginął jej mąż – relacjonuje inżynier. – Porobiła też zdjęcia zniszczonej zony – dodaje.

Reprodukcje, które otrzymał Baidoszwili, są słabej jakości. Na jednej z nich widać samotną fasadę jakiegoś domu. Dachu i trzech pozostałych ścian już nie ma. Są za to skalne śmieci pokaźnych rozmiarów. I drzewa, które jakimś cudem nie dały się porwać wodzie – choć ich pnie są cieńsze niż ściana zdemolowanego budynku. Natura i w tym przypadku okazała się silniejsza od tego, co stworzył człowiek.

Pozostałości domu po powodzi z 1949 roku. Jedno ze zdjęć, które otrzymał Aleko Baidoszwili/fot. archiwum prywatne
Pozostałości domu po powodzi z 1949 roku. Jedno ze zdjęć, które otrzymał Aleko Baidoszwili/fot. archiwum prywatne

Aleko Baidoszwili wie o Durudżi niemal wszystko.

– Ta rzeka jest jak tsunami. Szalona i potrafi zabijać – mówi, jakby miał na myśli jakąś żywą istotę. Z jego słów da się wyczytać respekt, ale i coś jeszcze.

– Pan ją kocha? – pytam.

Inżynier uśmiecha się lekko.

– Poświęciłem jej całe swoje zawodowe życie – przyznaje. – Przez ten czas próbując ją ujarzmić – dodaje.

Ujarzmienie Durudżi to nie lada wyzwanie. Rzeka nie jest długa – mierzy zaledwie 25 kilometrów. To cztery z nich nadają jej piekielnych cech – na tym krótkim odcinku różnica poziomów wynosi bowiem aż 800 metrów. Woda wręcz spada z nieba, a jej prędkość potęguje wąskie koryto. Skalne kaniony, przez które płynie Durudżi, są niekiedy szerokie tylko na dwa metry. W takich miejscach od lustra wody do dna jest aż dwadzieścia metrów.

– Kiedy rzeka jest najgroźniejsza? – dopytuję.

– Wiosną w czasie roztopów i latem po gwałtownych ulewach – słyszę w odpowiedzi. – W 1904 roku zabrała ze sobą wysoki na pięć metrów blok skalny. Ważący dwieście czterdzieści ton kamień przepchnęła siedem kilometrów dalej. Taką ma siłę…

*          *          *

Powódź z 1949 roku dała ludziom do myślenia – mieszkańcy Kwareli nie wrócili już na tereny najbardziej dotknięte katastrofą. Ale wciąż mieszkają niebezpiecznie blisko. Dziś w zonie numer jeden żyje niemal dwa tysiące osób. Łatwo im zarzucić ryzykanctwo czy nonszalancję – rzecz jednak w tym, że od początku lat 70., aż do 1992 roku, Durudżi była systematycznie poddawana hydroregulacji. Budowano wały, poszerzano i pogłębiano koryto. Rokrocznie z dna rzeki usuwano pół miliona metrów sześciennych żwiru i kamieni. W efekcie, choć Durudżi wylewała, to już nie tak spektakularnie. Świadomość zagrożenia więc malała, a w międzyczasie przyszła kolejna katastrofa – tym razem geopolityczna.

Upadek Związku Radzieckiego dał Gruzinom własne państwo, ale przyniósł też wojnę domową, a później konflikt z Rosją. Skazał przy tym niewielki naród na samowystarczalność, co w przypadku dużych projektów infrastrukturalnych oznaczało zwykle uratę państwowych źródeł finansowania. I tak ambitny pomysł ujarzmienia Durudżi poległ w walce z rzeczywistością – zaniechano pogłębiania, a dotychczas wybudowane wały zaczęły niszczeć.

Ludzie tacy jak Aleko nie odpuszczali – świadomi narastającego ryzyka, pomocy zaczęli szukać za granicą. O nieznośnym charakterze Durudżi usłyszeli urzędnicy Banku Światowego i Unii Europejskiej. Problemem zainteresowano również ambasadę Rzeczpospolitej w Tbilisi. Kilka lat temu – dzięki wsparciu zagranicznych instytucji – zaczęto znów oczyszczać koryto rzeki i zabezpieczać jej brzegi.

Stacja pomiarowa w niższym biegu rzeki - element systemu ostrzegawczego/fot. Marcin Ogdowski
Stacja pomiarowa w niższym biegu rzeki – element systemu ostrzegawczego/fot. Marcin Ogdowski

Dwa lata temu w Kwareli pojawił się zespół z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Fundacja – działająca przy wsparciu rodzimego MSZ – sfinansowała zakup zdjęć satelitarnych Durudżi, pomocnych przy tak zwanym modelowaniu hydrologicznym i hydraulicznym. Owo modelowanie – wykorzystując specjalistyczny program komputerowy – pozwala przewidzieć zachowanie rzeki przy różnych scenariuszach przyboru wody.

– Mówiąc wprost, wiemy, co i kiedy zaleje – tłumaczy Dariusz Marczyński, strażak, specjalista PCPM. Oczywiście Polacy nie zdobywali tej wiedzy dla siebie. – To dane na wagę złota, jeśli chce się uniknąć ofiar powodzi i przeprowadzić skuteczną ewakuację – dodaje Marczyński. – Przekazaliśmy je gruzińskiej Narodowej Agencji Środowiska oraz władzom samorządowym, za pośrednictwem których trafiły też do lokalnej ludności. Znacząco zwiększyliśmy świadomość ryzyka, związanego z mieszkaniem w pobliżu Durudżi, a urzędnikom w Kwareli pomogliśmy stworzyć odpowiednie procedury na wypadek katastrofy.

Co więcej, podglądający modelowanie gruzińscy inżynierowie z NAŚ, są dziś w stanie wykonać samodzielnie identyczne zadania w odniesieniu do innych gruzińskich rzek.

Lecz nie wszystko się Polakom tak do końca powiodło. W planach było jeszcze zbudowanie systemu ostrzegawczo-alarmowego. W praktyce polegało to na ustawieniu dwóch stacji pomiarowych – pierwszej w górnym biegu rzeki, drugiej we wspomnianym już punkcie krytycznym. Odczyty dotyczące wysokości i prędkości wody w obu miejscach pozwalały przewidzieć zachowanie rzeki z wyprzedzeniem kilku minut. Gdyby były niepokojące, odpowiedni sygnał miał uruchomić w dolinie syreny alarmowe.

Górny czujnik, zawieszony na wysokości trzynastu metrów od lustra, wydawał się być poza zasięgiem wody. I wówczas Durudżi po raz kolejny udowodniła, że jest durudżi – pewnej nocy rzeka wezbrała do tego stopnia, że piętnastometrowa fala zabrała ze sobą cenną aparaturę. Niszcząc ją po drodze.

Dziś działa tylko dolna część systemu.

– Ale nie poddajemy się – zapewnia mnie Marczyński. – Zastanawiamy się, jak bezpiecznie zamontować u góry nowy zestaw. To dla nas sprawa honoru…

Dystans

Od wczoraj już wiele razy zadawano mi pytanie: czy na Ukrainie wybuchnie wojna? W sieci z kolei – pełnej gorących komentarzy i opinii – co rusz czytam: a co to nas obchodzi? No więc uporządkujmy pewne sprawy.

Po pierwsze – wojna na Ukrainie trwa, od czterech lat. Zmieniła się tylko jej dynamika, ale na Donbasie wciąż giną ludzie. Dużo mniej niż jesienią 2014 roku czy zimą 2015, niemniej każdego dnia dochodzi tam do strzeleckich potyczek i artyleryjskich pojedynków, jak linia frontu długa i szeroka. W których cierpią nie tylko żołnierze obu stron, ale również ludność cywilna.

Po drugie – nieprawdą jest, że wczorajszy incydent na Morzu Azowskim to pierwszy tak otwarty akt rosyjskiej agresji wobec Ukrainy. Bo czym w takim razie była aneksja Krymu? Czym hasające po Donbasie batalionowe grupy bojowe armii rosyjskiej, które wkraczały do akcji zawsze wtedy, gdy separatystom z Doniecka czy Ługańska grunt się palił pod nogami?

Po trzecie – nie, nie przekształci się to w wielki konflikt. Nikomu na tym nie zależy. W pełnoskalowym starciu Rosja oczywiście pokona Ukrainę, ale okupacja tak wielkiego terytorium (a przynajmniej połowa Ukraińców nie pogodzi się z obecnością „Moskali”), jest ponad jej możliwości. Militarne i, przede wszystkim, ekonomiczne. Na Kremlu już dawno odrobiono lekcję afgańską (zaangażowanie armii radzieckiej w ten peryferyjny zdawałoby się konflikt było jedną z przyczyn implozji, po której rozpadł się Związek Radziecki). Ponadto Moskwa wraca do gry jako polityczny, liczący się na świecie podmiot; Putin nie pozwoli sobie na kolejną izolację. Rosjanie legitymizują jego reżim także dlatego, że daje im poczucie ważności w świecie. Z kolei Kijów ma świadomość, że prowokowanie Rosji do otwartej wojny to czyn w istocie samobójczy. Ukrainą rządzą dranie, ale nie idioci.

Po czwarte – to też i NASZA wojna. W wojskowej planistyce zakłada się najczarniejsze scenariusze – pójdźmy więc tym tropem. I zwróćmy uwagę, że mamy w Polsce ponad 2 miliony Ukraińców. Gdyby mimo wszystko na wschodzie doszło do eskalacji, naiwnością byłoby sądzić, że Rosjanie nie wykorzystają faktu tak licznej obecności ukraińskiej diaspory. Wykorzystają w sposób, który będzie miał nas, Polaków, pozbawić współczucia dla sytuacji Ukrainy i jej obywateli. Możesz Czytelniku dać upust swojej wyobraźni – Rosjanie raczej nie będą przebierać w środkach.

Po piąte – to także nasz problem z innego powodu. Rozmawiałem jakiś czas temu z jednym z generałów WP, który opowiedział mi o symulacji, jaką przeprowadzono po wybuchu wojny na wschodzie. Wynikało z niej, że w najczarniejszym scenariuszu Polska zostanie wręcz zadeptana przez tłumy uchodźców. Może ich być nawet 10 milionów. Biorąc pod uwagę antyuchodźcze nastroje panujące w całej Europie, najpewniej byłby to tylko nasz kłopot – nikt by Ukraińców dalej nie wpuścił. I teraz wyobraź sobie Czytelniku, co by się działo w kraju, który jest tak nieudolnie zarządzany jak Polska. Którego urzędnicy nie mają właściwie żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi, większymi niż wybuch gazu w jakiejś kamienicy. Odpowiadam – to byłaby katastrofa. Szczęściarz ten, kto znalazłby się wówczas na terenie oddanym pod zarząd jakiejś międzynarodowej organizacji – ONZ czy NATO.

A zatem – nie trywializujmy zagrożenia, jakie od wczoraj płynie ze wschodu. Nie cieszmy się też z ukraińskiego nieszczęścia (bo i na takie reakcje natknąłem się, przeglądając internet…). Ale i nie ulegajmy katastroficznym wizjom. Trzeba je mieć z tyłu głowy, utrzymując do nich odpowiedni dystans.

—–

Fot. Plaża nad Morzem Azowski, w miejscowości Szyrokino, latem 2015 roku przedzielonej linią frontu/fot. Darek Prosiński

Bohater

Pomnik i plac na cześć Narodowego Bohatera Gruzji Zuraba Iarajuliego w jego rodzinnej wiosce Zaridzeebi.

Historia gruzińskiego pilota to znakomity materiał na wojenny film. Niestety, taki bez happy endu.

Zurab urodził się w 1972 roku. Jako 16-latek zdał egzaminy do szkoły lotniczej w Wołgogradzie. Kilka miesięcy później,  9 kwietnia 1989 roku, oddziały armii radzieckiej brutalnie spacyfikowały pokojową manifestację w Tbilisi. Jej uczestnicy domagali się niepodległości dla Gruzji, co w tym czasie dla Kremla było opcją nie do zaakceptowania. Od kul i pod kołami transporterów zginęło 19 osób, kilkaset zostało rannych. Po tych wydarzeniach Iarajuli – który czuł się gruzińskim patriotą – postanowił wyjechać z Rosji.

W gruzińskiej armii, która powstała w marcu 1991 roku, Zurab przeszedł szkolenie na samolocie szturmowym Su-25. Gdy wybuchła wojna w Abchazji, młody pilot stanął do walki. W sumie wykonał 25 lotów, bombardując pozycje armii rosyjskiej i abchaskich separatystów. Na ostatnią misję poleciał 13 lipca 1993 roku. Oddziały rosyjskie atakowały wówczas wioskę Szroma, nalot, który przeprowadził Zurab, zmusił je do wycofania.

Po wykonaniu zadania pilot skierował maszynę do bazy w Kopitnari, by uzupełnić amunicję. Na miejsce nie doleciał – jego Su-25 został trafiony rakietą systemu Igła. Iarajuli zdołał się katapultować, lecz wiatr zepchnął jego spadochron na terytorium kontrolowane przez wroga.

Przez trzy dni – podejmując wiele prób – Gruzin usiłował przekroczyć linię frontu. Ostatecznie został okrążony przez abchaskich separatystów i wspierających ich czeczeńskich bojowników. Namawiany do poddania się, odmówił. W walce, która potem rozgorzała, zabił dwóch i zranił jednego przeciwnika. Abchazi twierdzą, że kapitan Iarajuli zginął podczas wymiany ognia, Gruzini – że już jako jeniec został zamordowany.

27 lipca 1993 roku strony konfliktu podpisały porozumienie o zawieszeniu broni. Tego samego dnia ojciec Zuraba odzyskał ciało syna i przewiózł je do Gruzji.

19 września 2013 roku Zurab Iarajuli został nagrodzony tytułem Bohatera Narodowego Gruzji.

002

Przedszkole

Do przedszkola w Zaridzeebi trafiam w porze śniadania. Gdy wchodzę do pomieszczenia dla najmłodszych wychowanków, dwu-trzy-latków, kucharka kładzie na talerzach kromki suchego chleba, a do kubków wlewa cienką herbatę. Kręcę głową, zdumiony zastanym obrazkiem. Gruzja jawi się nam, Polakom, jako kraj świetnego jedzenia, dobrego wina i wspaniałych widoków. Istny turystyczny raj. Ale to tylko jedna z jej twarzy…

– Tak wygląda śniadanie? – pytam dyrektorkę placówki.

Szorena Adwaszwili potwierdza, lecz zaraz dodaje:

– Zupa z mięsną wkładką będzie na obiad – zapowiada. – Karmimy dzieci najlepiej jak możemy. Większość z nich nie dostanie w domu nic lepszego.

Zaridzeebi to wioska leżąca w regionie Tianeti – w gruzińskich realiach głęboka prowincja. W okolicy bieda aż piszczy, a że przedszkola w tym kraju utrzymywane są przez samorządy, trudno o lepszą aprowizację.

Ta bieda ma też inny, bardziej materialny wymiar. Budynek, w którym na co dzień przebywa dwadzieścioro siedmioro dzieci, dosłownie się zapada. Ściany pękają, dach grozi zawaleniem. Znad podłóg wyziera grzyb pożerający fundamenty przedszkola. Robert Fijołek, budowlaniec z Polski, nie ma wątpliwości:

– Maksymalnie dwa lata – na tyle szacuje czas, jaki pozostał do katastrofy. – I to optymistyczny scenariusz, bo jeśli w tym roku przyjdzie solidna zima, czapa śniegu załatwi sprawę jeszcze szybciej – inżynier nie pozostawia złudzeń. – Tak naprawdę tym dzieciakom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo…

Poprzedni budynek przedszkola dawno temu się zawalił...
Poprzedni budynek przedszkola dawno temu się zawalił…

– Nie mamy gdzie przenieść maluchów – Szorena Adwaszwili bezradnie rozkłada ręce. – Poprzedni budynek dawno temu się zawalił – kobieta wskazuje dłonią rumowisko za oknem.

*          *          *

Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej działa w Gruzji już od kilku lat. Finansowane m.in. ze środków naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, współpracuje z gruzińską organizacją non-profit Civitas Georgica. Na początku listopada br. obie fundacje przygotowały raport na temat stanu technicznego 84 placówek przedszkolnych w Gruzji (eksperci pracują w 44 kolejnych, co w sumie da dziesięć procent wszystkich przedszkoli w kraju). Dotychczasowe wnioski nie napawają optymizmem – większość miejsc, do których Gruzini posyłają swoje pociechy, daleka jest od standardów gwarantujących bezpieczny pobyt. Przedszkole w Zaridzeebi to jeden ze skrajnych przykładów – zwykle jest nieco lepiej. Lecz i tak niebezpiecznie.

– Niezabezpieczone instalacje eklektyczne i rozgrzane kozy w pokojach pełnych dzieci, to tutaj standard – mówi Robert Fijołek.

– Tak, jak brak czujników dymu, gaśnic, odpowiednio zamontowanych drzwi i okien, pozwalających – w razie pożaru – na szybkie opuszczenie budynku – do rozmowy włącza się Dariusz Marczyński, emerytowany oficer straży pożarnej, również pracujący dla PCPM-u. – No i ta świadomość przedszkolanek, a właściwie jej brak… – strażak wzdycha głośno.

Rozgrzane (i niezabezpieczone!) kozy w pokojach pełnych dzieci, to tutaj standard. I często jedyne ogrzewanie...
Rozgrzane (i niezabezpieczone!) kozy w pokojach pełnych dzieci, to tutaj standard. I często jedyne ogrzewanie…

W raporcie, o którym mowa, wskazano na bezwzględną konieczność stworzenia procedur ewakuacyjnych oraz szkoleń dla nauczycieli w zakresie ochrony przeciwpożarowej. Dla przygotowujących rekomendacje specjalistów pouczająca była rozmowa z jedną z opiekunek.

– Wiedziała, że w razie pożaru ma wyprowadzić dzieci na zewnątrz – relacjonuje Zwiad Esebua z Civitas Georgica. – Ale zaraz zapytała, co ma zrobić, gdy na dworze będzie padał silny deszcz. Bo przecież nie wyjdzie z maluchami w ulewę…

*          *          *

Najnowsza historia Gruzji pełna jest dramatycznych sytuacji. Wojna domowa z lat 90., rewolucja róż z początku wieku, konflikt z Rosją sprzed dekady. A do tego dzika prywatyzacja, potężna korupcja i faktyczna kapitulacja państwa w wielu obszarach odpowiedzialności za życie obywateli. Wszystko to da się wyczytać spomiędzy słów raportu na temat stanu przedszkoli. Okazuje się bowiem, że najwięcej kłopotów sprawiają budynki najnowsze, budowane już w czasach gruzińskiej niepodległości. Te radzieckie jakoś się trzymają.

Przedszkole w Zaridzeebi oddano do użytku zaledwie pięć lat temu. I na pierwszy rzut oka nie wygląda źle. Tymczasem:

– Dach przytwierdzono bezpośrednio do krokwi, a same krokwie mają przekroje trzy-cztery razy mniejsze niż wymagane – zaczyna wyliczać Robert Fijołek. – Fundament jest za płytki i źle zabezpieczony. O jakości wykończeniówki mógłbym mówić przez wiele minut. Poza tym proszę spojrzeć na tak prozaiczną rzecz jak łazienka – nie ma w niej dziecięcej armatury. Zwykłe korzystanie z klozetu jest dla dzieci niebezpieczne.

– W Polsce sanepid by tego nie odebrał – raczej stwierdzam, niż pytam.

– Ani sanepid, ani straż pożarna, ani nadzór budowlany – mówi z przekonaniem inżynier.

Gruzińskie państwo nie ma narzędzi do przeprowadzenia takich kontroli – brakuje zarówno instytucji, jak i procedur.

Słabość państwowych struktur widać też w innych obszarach.

– Jeszcze nie zaczęła się budowa, a pieniądze na nią znikły – opowiada dyrektor Szorena Adwaszwili.

– Jak to znikły, skąd? – dopytuję.

– Z konta w banku. Ale potem znów się pojawiły, choć mniej – słyszę w odpowiedzi. – Stary budynek się zawalił, czas naglił, budowa ruszyła ostrą zimą, przy bardzo niskich temperaturach.

Dyrektor Adwaszwili do dziś pamięta robotników grzejących się przy ognisku rozpalonym w jej przyszłym gabinecie.

*          *          *

W rejonie, za który odpowiada Tamaz Mecziauri, mer Tianeti, znajduje się kilka przedszkoli. Spotkanie z przedstawicielami PCPM i CG samorządowiec zaczyna od podziękowań – za kopię raportu oraz instalację czujników dymu w podległych mu placówkach. Zapytany o przedszkole w Zaridzeebi, każe sekretarce przynieść dokumenty.

– To z czasów mojego poprzednika – zastrzega.

Tamaz Mecziauri, mer Tianeti.
Tamaz Mecziauri, mer Tianeti.

W opasłym segregatorze można znaleźć m.in. umowy gwarancyjne podpisane przez wykonawcę przedszkola. W części poświęconej dachowi mowa jest o… 25-letniej gwarancji. Żaden budowlaniec o zdrowych zmysłach nie podjąłby się takiego zobowiązania. Chyba że działałby ze świadomością, iż jest ono nic niewarte.

Szybko uzyskuję potwierdzenie tej hipotezy.

– Ta firma już nie istnieje, a jej właściciel zapadł się pod ziemię – Mecziauri uśmiecha się smutno. O kontakt z przedsiębiorcą mer zabiegał wiele miesięcy wcześniej, po tym, jak dyrektor placówki z Zaridzeebi zaczęła się uskarżać na pękające ściany. – Jeśli nie zmusimy wykonawcy do przeprowadzenia remontu, zostaje nam tylko zwrócić się o pomoc do rządu. W naszej kasie pieniędzy na rekonstrukcję budynku nie ma.

*          *          *

Dzięki uprzejmości Mili Chodoły, koordynatorki projektu z PCPM, dzień po wizycie w Zaridzeebi spotykam się z wysokiej rangi urzędniczką gruzińskiego ministerstwa edukacji. Nino Beselia, szefowa departamentu odpowiedzialnego za nauczanie przedszkolne, chętnie opowiada o standardach, jakie Gruzja zamierza wprowadzić do 2021 roku. Krótko mówiąc, będzie tak, jak w Unii Europejskiej, do której ów kraj aspiruje. Co oczywiste, w tych standardach nie ma miejsca dla placówek, którym grozi zawalenie. Czy inne, mniejsze ryzyka, dające się wyeliminować zarówno na etapie inwestycji, jak i eksploatacji budynków.

Nino Beselia i Aleksander Kalandadze; oboje zadeklarowali pomoc dla przedszkola w Zaridzeebi.
Nino Beselia i Aleksander Kalandadze; oboje zadeklarowali pomoc dla przedszkola w Zaridzeebi.

Jeśli raport przygotowany przez polskich i miejscowych specjalistów jest reprezentatywny dla wszystkich gruzińskich przedszkoli (a zdaniem przedstawicieli Civitas Georgica jest), obecnie większość z nich nie uzyskałaby wymaganej akredytacji. Patrząc zatem z tej perspektywy, trzy lata to oka mgnienie. Ale jednocześnie to zbyt dużo czasu dla dzieci z Zaridzeebi.

– Zimą dach może im spaść na głowy… – zauważam.

– A co byście wy, Polacy, zrobili w takiej sytuacji? – pyta Beselia.

– U nas taki budynek nie zostałby dopuszczony do użytkowania. A gdyby w trakcie eksploatacji doszło do sytuacji grożącej katastrofą, dzieci przeniesiono by gdzie indziej – odpowiadam zgodnie z najlepszą wiedzą (i przekonaniem).

Urzędniczka milczy przez chwilę.

– Postaram się pomóc – deklaruje.

Godzinę później, w tbiliskiej siedzibie Civitas Georgica, Aleksander Kalandadze, jeden z szefów fundacji, oznajmia:

– Poprosiłem o pomoc samorząd i już szukamy zastępczego budynku. Nikt przecież nie chce, by dzieci zginęły w przedszkolu.

Oddycham z ulgą.

Rocznice

8 listopada 2006 roku do Polski przyleciały pierwsze dwa samoloty myśliwskie F-16, zakupione trzy lata wcześniej w USA. Już nad terytorium Polski parę „efów” szesnastych przywitały trzy MiG-29 z eskadry z Mińska Mazowieckiego. Radzieckie maszyny spotkały się z amerykańskimi, symbolicznie zwiastując nową erę w Polskich Siłach Powietrznych.

Przez następne miesiące do kraju docierały kolejne maszyny – dziś nasze lotnictwo ma ich w sumie 48, rozdzielonych między trzy eskadry. Nazywane „Jastrzębiami”, chronią polskiego nieba, biorą udział w zagranicznych ćwiczeniach (nawet tak odległych jak na Alasce) oraz w operacjach sojuszniczych. Te ostatnie to zarówno cykliczne dyżury w krajach NATO pozbawionych lotnictwa, jak i misje bojowe w ramach koalicji antyterrorystycznej w Iraku.

„Efy” to przysłowiowa pięść polskiego lotnictwa. Nowoczesne, z pełną gamą uzbrojenia (pośród nich znajdują się pociski dalekiego zasięgu Jassm), stanowią realne narzędzie odstraszania…

Zdjęcia pochodzą z albumu pt.: „Sięgając nieba”, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Warbook z okazji 100-lecia Polskich Sił Powietrznych. Ich autorem jest Bartek Bera.