„Pożeracz”

A więc wchodzimy w to. Za cztery lata pierwsi polscy piloci będą się szkolić na samolotach F-35, kilka lat później pierwsze maszyny wylądują w Polsce (egzemplarze przekazane nam w 2024 roku pozostaną w Stanach, gdyż tylko tam możliwe będzie przeprowadzenie niezbędnych szkoleń). Za kilkanaście lat – z pewnością już w kolejnej dekadzie – obie zakupione eskadry osiągną gotowość operacyjną.

Długo, bardzo długo, choć nie ma się co tu zżymać na pisowskich architektów umowy z USA. Wdrażanie nowoczesnych maszyn bojowych nie następuje z roku na rok. Mniej zaawansowane efy szesnaste „przeszczepialiśmy” na polski grunt przez niemal dziesięć lat. Warto wszak o tym wspomnieć, by zderzyć się z pobożnożyczeniowym myśleniem, zgodnie z którym 31 stycznia 2020 roku sytuacja militarna Polski uległa gwałtownej poprawie. Nie uległa, tak jak nie zmieniła się po zakupie systemu antyrakietowego Patriot czy baterii rakietowych Himars (zdolnych do rażenia celów na odległość do 300 km). Stanie się tak dopiero, gdy cały ten sprzęt trafi nad Wisłę i gdy zostanie z powodzeniem zintegrowany z pozostałymi elementami, składającymi się na rodzimą obronność.

Ideologizacja tematu

Nie zmienia to faktu, że podpisana dziś umowa na zakup 32 samolotów F-35, to początek nowej drogi w historii polskiej armii. Tylko czy drogi w dobrą stronę? Ano właśnie…

Zakup amerykańskich maszyn – jak niemal wszystkie istotne kwestie – z miejsca stał się elementem politycznej wojny, toczonej w naszym kraju między PiS-em a anty-PiS-em. Ta ideologizacja problemu sprawiła, że trudno dziś wypowiadać jakąkolwiek opinię na temat zasadności podjętej przez rząd decyzji, bez ryzyka posądzenia o brak obiektywności. Ponieważ istotna większość specjalistów zajmujących się kwestiami militarnymi już dawno temu została zakwalifikowana jako „krytycy władzy”, taki stan rzeczy de facto sprzyja PiS. Daje bowiem pretekst do stwierdzenia, że „cokolwiek byśmy nie zrobili, i tak będą mówić, że to źle” (i chyba nie sprzyja refleksji typu: „a może rzeczywiście z naszą polityką obronną jest coś nie tak?”). Ubolewając nad takim stanem rzeczy spróbuję, mimo wszystko, przekonać Was – zwłaszcza tych, którym bliżej do władzy – że efy trzydzieste piąte to zły wybór. Że to decyzja, która zaciąży na naszych możliwościach obronnych na lata – i z czasem odbije nam się czkawką.

Ma rację Andrzej Duda, mówiąc, że F-35 to najlepszy i najnowocześniejszy samolot na świecie. Rosyjskie próby doścignięcia Amerykanów w tym obszarze jak na razie nie przyniosły zadawalających skutków. Jakby się kremlowska propaganda nie spinała, w rzeczywistości Su-57 nie dorasta do pięt najnowszemu efowi. Dość powiedzieć, że po dwudziestu latach prac Rosjanie nadal mają kłopot z silnikiem, który pozwalałby ich maszynie zachować cechy „niewidzialności”. O jego energetycznej wydajności nie wspomnę. Być może za jakiś czas Amerykanie będą musieli się mierzyć z chińskimi odpowiednikami myśliwca piątej generacji, lecz póki co mamy tam do czynienia z konstrukcjami w fazie prototypowej. Zaawansowanej, ale wciąż relatywnie dalekiej od wdrożenia do linii.

Co zamiast „trzydziestki piątki”

A zatem istotnie, użytkując F-35 wejdziemy do „pierwszej ligi”. Tylko po co? Czy my naprawdę chcemy mierzyć się z rosyjską obroną przeciwlotniczą (najlepszą na świecie – warto podkreślić) i atakować cele znajdujące się głęboko za liniami wroga? Wówczas „niewidzialność” „trzydziestki piątki” rzeczywiście okaże się poważnym atutem. A może jednak nasza doktryna ma charakter obronny i zadaniem polskiego lotnictwa byłoby wsparcie oddziałów na lądzie i niezbędne do tego wywalczenie przewagi w powietrzu, bezpośrednio nad teatrem działań wojennych? Pytanie ma rzecz jasna charakter retoryczny i jasne jest, że mamy się bronić, nie zaś atakować. A do tego niepotrzebny jest samolot piątej generacji, chyba że byłby to inny amerykański cud techniki – F-22 Raptor. Stworzony do „wymiatania nieba” z wrogich maszyn, absolutnie bezkonkurencyjny w swojej kategorii. Rzecz jednak w tym, że Stany Zjednoczone nigdy i nikomu go nie sprzedały, a gigantyczne koszty utrzymania Raptora sprawiły, że po wdrożeniu do linii 180 maszyn, zawieszono jego produkcję.

Jeśli nie F-22 to co? Biorąc pod uwagę charakter wyzwań – konieczność zestrzelenia jak największej liczby rosyjskich maszyn czwartej generacji – sprawdziłby się na polskim niebie F-15. Jak nazwał go jeden z moich kolegów, głęboko osadzonych w tematyce lotniczej, swoista „ciężarówka na rakiety”. Niezbudowany w technologii stealth, wywodzący się jeszcze z czasów głębokiej zimnej wojny, ale wielokrotnie modernizowany. Co więcej, używany już w konfrontacjach z maszynami proweniencji radzieckiej, w trakcie których niemal zawsze dowodził swojej wyższości.

Lecz, niestety, drogi. I będący zupełnie inną maszyną niż użytkowany u nas z powodzeniem F-16. A musimy pamiętać, że samolot to skomplikowana maszyneria, wymagająca całej, nie mniej skomplikowanej technologii, związanej z zapewnieniem odpowiedniego zaplecza. Tak – już bez niepotrzebnego rozważania innych typów myśliwców – dochodzimy do najsensowniejszej z polskiej perspektywy opcji. Mówiąc wprost, lepiej byłoby kupić znacznie więcej (koło 50 sztuk) najnowszych wersji F-16, a pozostałe w służbie Jastrzębie zmodernizować do ich poziomu. Z uwagi na nasze doświadczenie w eksploatacji, proces wdrażania kolejnych maszyn byłby szybszy, doraźny efekt odstraszania bardziej realny i zgodny z potrzebami sił zbrojnych. Przede wszystkim zaś – byłoby taniej.

„Pożeracz” budżetu MON

Bo koszty to kolejna istotna kwestia. Kupno F-35 i odpowiedniego pakietu (szkolenia, dodatkowe wyposażenie, amunicja) wiąże się z koniecznością wydania 18 mld złotych. Dużo, a będzie jeszcze więcej. Rocznie na utrzymanie flotylli efów szesnastych wydajemy około miliarda złotych – „trzydziestki piątki” będą kilka razy droższe. Niewykluczone, że 32 maszyny będą „zjadać” 1/10 budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej. Problem w tym, że wojsko potrzebuje inwestycji właściwie we wszystkich obszarach, gdzieś więc zabraknie. Obecny rząd chwali się co prawda, że w ciągu najbliższych piętnastu lat wydamy na modernizację ponad 500 mld złotych, tyle że to suma wyższa od zsumowanej kwoty całych budżetów MON w tym czasie. A co z wydatkami osobowymi (które stanowią niemal połowę kwot przeznaczanych na obronność)? Co z pieniędzmi na szkolenia, na zakup paliw, amunicji itd.?

Na nic nam się przyda F-35, jeśli nie zbudujemy „parasola ochronnego” – skutecznego systemu obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej. Minister Błaszczak mówi: „kupiłem Patrioty”. Zgoda, tyle że zeszłoroczna transakcja dotyczyła zaledwie dwóch baterii, a potrzebujemy ich co najmniej osiem. Przypomnę: te dwie baterie kosztowały nas… 16 miliardów złotych.  A Patrioty to nie wszystko – nieba broni się na kilku poziomach, amerykańskie antyrakiety zapewniają ochronę tylko na jednym z nich (najwyższym).

A co z Marynarką Wojenną, która tonie? Wprowadzenie do służby upośledzonej korwety czy małego niszczyciela min w niewielkim stopniu podniosło jej wartość bojową. Co z lotnictwem wojsk lądowych? W tej chwili niemal trzy czwarte śmigłowców stoi bezczynnie, niezdolna do lotów, przede wszystkim z powodów technicznych. Utrącony przez Antoniego Macierewicza kontrakt na Caracale miał zostać zastąpiony zakupami amerykańskich maszyn, składanych w polskiej fabryce. Jak dotąd kupiono… cztery helikoptery, które dopiero za kilkanaście miesięcy zostaną skonfigurowane pod potrzeby wojsk specjalnych. Zamówiono też śmigłowce dla marynarki – kolejne cztery sztuki – których odbiór nastąpi za trzy lata. Warto przypomnieć – Caracali miało być 50, dziś służbę pełniłoby ponad trzydzieści sztuk.

Kilkanaście procent funkcjonalności

Mimo bombastycznych zapowiedzi, ślimaczy się modernizacja czołgów Leopard, do natychmiastowej wymiany nadaje się połowa parku czołgowego WP (maszyny typu T-72 i PT-91). Wszystkie transportery gąsienicowe, znajdujące się na stanie wojska, mają zwykle po 40 lat. Wprowadzane na wyposażenie samobieżne haubice Krab, to istotny skok jakościowy. Jednak nasza artyleria nadal pozostaje daleko w tyle za wiodącymi państwami NATO oraz potencjalnym przeciwnikiem – Rosją. Kupiony w zeszłym roku dywizjon Himars zabezpiecza w tym obszarze zaledwie jedną czwartą potrzeb. Za kolejne trzy – jeśli je kupimy – zapłacić trzeba będzie grubo ponad miliard złotych.

A mowa tylko o „najgrubszych” elementach programu modernizacji armii. No i nie wspomniałem dotąd o czymś, co w wojsku określane jest mianem środowiska sieciocentrycznego. Wyjątkowość platformy, jaką jest F-35, sprowadza się nie do jego uzbrojenia, awioniki czy wspomnianej „niewidoczności” (czy raczej niskiej widoczności). „Trzydziestka-piątka” to „bank informacji” zdolny współpracować z każdym dowolnym elementem sił zbrojnych – także tym najniższego szczebla. Zebrane przez niego informacje mogą posłużyć lepszemu wykorzystaniu zarówno batalionu czołgów, jak i pojedynczego wozu. Mogą wesprzeć działania brygady piechoty, jak i kilkuosobowej sekcji. Stanie się tak, jeśli w sieciocentryczny system wpięte będą nie tylko dowództwa wysokiego i średniego szczebla, ale też załogi pojedynczych wozów. I tak dochodzimy do sedna. Co zrobi z otrzymanym z F-35 pakietem danych dowódca 50-letniego wówczas czołgu T-72? Albo niewiele młodszego bewupa. Pierwszy z pojazdów ma wysłużoną i kiepską armatę, drugi nieprzydatne dziś działko i system rakietowy z lat 60 XX wieku. A zatem bez zapewniania właściwego środowiska, będziemy w stanie wykorzystać zaledwie kilkanaście procent potencjału efów trzydziestych piątych. Kupując je, stwarzamy poważne zagrożenie, że na zmianę tego środowiska stać nas nie będzie. I tak błędne koło się zamyka…

—–

Fot. John Nimmo, USAF, domena publiczna

Duchy

Byli niemi, czarno-biali i śmiesznie się poruszali. Bohaterowie filmów dokumentalnych z czasów I wojny światowej. Ich los wydawał się przez to jakby mniej straszny, jakiś taki nierealistyczny.

Grozę okopowej wojny trzeba było „wyczytać” z książek, „wyoglądać” z kinowych przebojów. Na podstawie archiwaliów z późniejszych okresów, wyobrazić sobie, jak to mniej więcej wyglądało w latach 1914-18. Większość uczestników i świadków tamtych wydarzeń zmarła przed upływem lat 60. XX wieku, nieliczni dotrwali do kolejnego tysiąclecia. Nastały już dwa pokolenia – jedno z nich weszło niedawno w dorosłość – które nie miały żadnych szans, by osobiście wysłuchać relacji weteranów Wielkiej Wojny.

I oto mamy do czynienia z wydarzeniem przełomowym. Peter Jackson – znany przede wszystkim fanom ekranizacji „Władcy Pierścieni” – wziął na warsztat stare kroniki. Udźwiękowione, pokolorowane i z uzupełnionym klatkażem, materiały te nabrały zupełnie nowej jakości. „Jakby duchy ożyły…” – napisał jeden z recenzentów, ja zaś lepiej tego nie ujmę.

Nowozelandzki reżyser ułożył kadry w linearną opowieść, której nadał wymowny tytuł: „I młodzi pozostaną” (oryginał – „They shall not grow old” – ma jeszcze bardziej dosadne znaczenie). „Oni”, gdyż film to zbiorowy portret żołnierzy armii brytyjskiej, wysłanych w zabłocone i zaszczurzone okopy frontu zachodniego. A „nie zestarzeją się”, bo umrą. Bo przeżycie w takich warunkach urastało do rangi cudu.

Wsłuchajcie się w „muzykę wojny” – przede wszystkim w dudniącą bez przerwy artylerię. Przyjrzyjcie twarzom pojedynczych żołnierzy przed szturmem, dłoniom, gdy kończy się walka – ich ruchy i gesty mają teraz naturalną dynamikę, a skóra i krew właściwy kolor. Mnie przechodziły po plecach ciarki.

„Nie obchodziło nas, kto wygrał, byliśmy tak bardzo zmęczeni…” – mówi na offie jeden z nagranych przed laty weteranów, wspominając 11 listopada 1918 roku. „I nagle zostaliśmy bez pracy” – dodaje drugi, podkreślając tym samym tragizm całego pokolenia, wyrwanego ze szkół i fabryk, okaleczonego w okopach. „Nikt nie rozumiał tego, co przeżyliśmy”.

Kapitalna i pouczająca lekcja historii! Miałem szczęście oglądać ów film w kinie, ale od jakiegoś czasu jest również dostępny na platformie HBO GO.

—–

Nz. kadr z filmu.

Asymetria

Komentując na Facebooku zabójstwo Sulejmaniego napisałem, że teraz Irańczycy na dobre rozkręcą asymetryczny konflikt ze Stanami Zjednoczonymi. Nie zmienia to faktu, że hybrydowa wojna na linii Teheran-Waszyngton trwa już od dawna. Zabity generał był jednym z jej dowódców, bodaj najistotniejszym po stronie Iranu. I dlatego zginął.

Jego śmierć dowodzi, że i Amerykanie sięgają po środki asymetryczne. W błędzie jest ten, kto oczyma wyobraźni widzi żołnierzy Trumpa szturmujących irańską stolicę. Albo roje samolotów z białymi gwiazdami obracających w pył wraże elementy perskiej infrastruktury. Na taką eskalację konfliktu nie stać ani Irańczyków, ani Amerykanów.

Szykujmy się na wojnę na zamachy. Jedni sięgną w niej po samochody pułapki, inni po drony.

Owszem, trzeba sporych nakładów finansowych na utrzymanie flotylli bezzałogowców, zdolnych operować na gigantycznych dystansach. Stany Zjednoczone są tu absolutnym hegemonem, zostawiającym daleko w tyle armie Chin, Rosji, europejskich potęg czy Izraela. Ale to i tak broń relatywnie tania, gdy porównujemy ją z konwencjonalnymi typami uzbrojenia i rodzajami prowadzenia działań zbrojnych. Wyobraźmy sobie, ile kosztowałoby posłanie grupy komandosów, którzy na obcym terenie mieliby zabić jednego z dowódców przeciwnika. Ileż zachodu wymagałoby wsparcie logistyczne takiej akcji. I jaki byłby – to kwestia nie do przecenienia – negatywny efekt społeczny, gdyby któryś z operatorów zginął i/bądź operacja poniosłaby klęskę. W takim ujęciu dron „nie kosztuje nic”. Jest tanią bronią dla bogatych.

Tak jak tanią bronią dla biednych są auta-pułapki, zamachowcy-samobójcy czy przenośne wyrzutnie rakietowe.

Tak będzie wyglądała ta hybrydowa wojna – asymetryczna w swojej asymetrii.

A teraz sięgnijmy na moment do przeszłości. Na Adolfa Hitlera zasadzano się wielokrotnie. Miażdżąca większość zamachów była efektem spisku samych Niemców – w tym dwa najpoważniejsze, przeprowadzone przez Georga Elsera i Clausa von Stauffenberga. Alianci, zwłaszcza ci zachodni, mieli pewne pomysły w tej materii, zwyciężyło jednak przekonanie, że fuhrera ruszać nie warto. Jednym z argumentów był lęk, że świat uzna skrytobójstwo za działanie nikczemne, niegodne „uczciwie grającego” przeciwnika.

Te etyczne opory wydają się dziś absurdalne, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że po ostatniej spektakularnej próbie zabicia Hitlera – w Wilczym Szańcu – III Rzesza weszła w fazę „po nas tylko potop”. W efekcie, choć wynik wojny był już przesądzony, zginęło dodatkowych kilkanaście milionów więźniów, jeńców, cywilów i żołnierzy.

Przywódców nie zabijano także później. Nawet w najgorętszych okresach zimnej wojny radzieccy liderzy bardziej obawiali się pałacowych przewrotów, a amerykańscy własnych, prawicowych oszołomów, niż tego, że Waszyngton czy Moskwa wyśle swoje komanda śmierci. Przy czym bezkarne pozostawały nie tylko głowy państw, ale też rzesze ich najbliższych współpracowników.

W tym ujęciu Amerykanie interesują nas bardziej, zauważmy zatem, że ani Kim Ir Sen – odpowiedzialny za śmierć 90 tys. żołnierzy US Army – ani Ho Chi Minh – który walnie przyczynił się do śmierci 51 tys. amerykańskich wojskowych – nie odeszli na skutek działań CIA czy innej agencji USA. Włos z głowy nie spadł także ich współpracownikom.

Śmierć Sulejmaniego – wysokiego rangą członka irańskiego reżimu – jest tu więc pewnym przełomem. Ta w istocie terrorystyczna praktyka utwierdza USA na pozycji gracza asymetrycznego.

Tylko czy to naprawdę coś złego?

Wojenni podżegacze zwykle nie słyną z osobistej odwagi – w końcu to nie oni walczą, kto inny robi to za nich i w ich imieniu. Wspomniany Hitler funkcjonowanie całej swojej kancelarii – i nie tylko – podporządkował własnym lękom przed przedwczesną śmiercią (a i tak zginął jak tchórz, strzelając sobie w łeb, gdy oczywiste było, że nie ma już ratunku). Od kilku dni iluś tam gości („skurwysynów” – w znaczeniu, w jakim mówił o tym Harry Kissinger), którym marzył się lokalny czy regionalny „dym”, ma nie lada zagwozdkę. Oto Waszyngton posłał im czytelną wiadomość: jeśli zechcemy, dojadą was nasze drony.

Strach takich gnojków (przypominam, że Iran to kraj programowo dążący do zniszczenia innego państwa – w tym przypadku Izraela), winien nas cieszyć, nie martwić. Dlaczego? Bo dziś mają gęby pełne gróźb, ale na dłuższą metę spuszczą z tonu. Nie da się spędzić życia w podziemiu…

Honor

Dokumenty, które przynieśli moi rozmówcy, pachniały tytoniowym dymem. Kilka lat wcześniej wyprowadziłem się z domu palaczy – świadom korzyści płynących z detoksu, alergicznie reagowałem na tę woń. Stąd moja początkowa niechęć. Szybko jednak zrozumiałem, że z opowieści małżeństwa w średnim wieku oraz z przedstawionych papierów, układa się historia godna pierwszej strony. Co zresztą niebawem się ziściło.

Mój ówczesny szef, po zapoznaniu się z gotowym tekstem, nie miał wątpliwości, jak go zatytułować. „Honor armii” – wystukał na klawiaturze i pobiegł do sekretariatu redakcji zapowiedzieć mocny materiał.

Bo mocny w istocie był. „Nasz syn nie popełnił samobójstwa” – twierdzili państwo, z którymi rozmawiałem. I na dowód przedstawili masę dokumentów. Ich chłopak zginął w wojsku – miał wyskoczyć przez okno koszar. Ale nic w papierach nie potwierdzało tej tezy. Protokół z oględzin miejsca wypadku, protokół sekcji zwłok, zeznania; wszystko to kompletnie nie współgrało z ustaleniami wojskowej prokuratury (dość napisać, że ciało, które dostarczono do sekcji, najprawdopodobniej należało do kogo innego…).

Zgłosiłem te wątpliwości podczas rozmowy z prokuratorem. Jego argumentacja brzmiała nieprzekonująco, a na koniec usłyszałem coś znamiennego: sprawa została zakwalifikowana jako samobójstwo, nie zaś zabójstwo z handlem narkotykami na terenie jednostki w tle. To rodzicom zabitego żołnierza nie pasuje, dlatego szukają dziury w całym. A przecież tak nie można, gdyż takie zachowanie bije w honor armii…

Ów dramat sprzed kilkunastu lat – mimo nagłośnienia, także w ogólnopolskich mediach, nierozstrzygnięty na korzyść rodziców, którym odmówiono ekshumacji i ponownego śledztwa – przypomniał mi się podczas oglądania najnowszego filmu Romana Polańskiego pt.: „Oficer i szpieg” (tytuł oryginału: „Oskarżam”). Afera Dreyfusa, której poświęcona została produkcja, nie schodziła z czołówek francuskich gazet na przełomie XIX i XX wieku. Alfred Dreyfus, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec, został zdegradowany i uwięziony. Dla sądu – i dużej części wojskowego establishmentu – istotne znaczenie miał fakt, że kapitan artylerii był Żydem. Z zasady więc musiał być winny. Rzecz w tym, że dowody przeciwko niemu były marne i, co gorsza, częściowo spreparowane. I preparowano je dalej, gdy na trop oszustwa wpadł pułkownik Georges Picquart, szef jednej z sekcji francuskiego wywiadu.

W filmie pieczołowicie odtworzono śledztwo prowadzone przez Picquarta. Człowieka, który nie krył niechęci wobec Żydów, a mimo to nie był w stanie zaakceptować bezpodstawnego skazania Dreyfusa. Zaryzykował więc własną karierę, by doprowadzić do oczyszczenia kapitana z zarzutów. Sam stając się ofiarą oszczerstw ze strony przełożonych (i podwładnych). „Tu chodzi o coś więcej niż o jednego oficera. Nie możemy przyznać, że wojskowy sąd się pomylił, bo tym sposobem armia straci zaufanie ludu” – taka argumentacja generałów nie przekonała śledczego. Drążył dalej, aż w końcu sam znalazł się w więzieniu. Antysemickie nastroje panujące w społeczeństwie okazały się tu pomocne – pułkownik, na równi z Dreyfusem, został przez część Francuzów uznany za zdrajcę. Gdy już trafił za kraty, uznano, że dobre imię armii zostało zachowane.

Gdy sensacyjne ustalenia Picquarta przeciekły do prasy, wywołały nad Sekwaną powszechny szok. Efektem społecznej presji były kolejne procesy, w których ostatecznie całkowicie uniewinniono Dreyfusa. Ten, już jako podpułkownik, wziął udział m.in. w bitwie pod Verdun. Zmarł jako Oficer Orderu Legii Honorowej w 1935 roku. Georges Picquart, po zwolnieniu z więzienia, również wrócił do armii. Dosłużył się stopnia generała dywizji, pełnił nawet funkcję ministra wojny. Zmarł jeszcze przed wybuchem I wojny, na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Ale o tym już film nie opowiada. Kończy go scena spotkania Dreyfusa i Picquarda, w ministerialnym gabinecie tego drugiego. W tej rozmowie dwóch niemłodych już żołnierzy zawiera się najważniejsze przesłanie produkcji – żadna instytucja nie jest świętą krową. Lojalność, dbałość o jej wizerunek, to cnota. Lecz wartością nadrzędną jest dobro pojedynczej ludzkiej jednostki. Bo to na tym poziomie buduje się kondycję państwa. Wspomniani przeze mnie rodzice żołnierza na zawsze pozostaną wrogo nastawieni wobec armii i wymiaru sprawiedliwości. A państwo będzie im się kojarzyć z przemocą, jakiej doznali. Z zalutowaną trumną, której nie mogli otworzyć, by zmierzyć się ze swoimi wątpliwościami.

—–

Nz. kadr z filmu „Oficer i szpieg”/fot. materiały prasowe

Posłowie

W czasie świąt, i już po nich, dostałem sporo zdjęć, jak to zamieszczone poniżej. „Międzyrzecze” okazało się popularnym prezentem pod choinkę. Super!

Ale ja nie o tym.

Botoksowy car usiłuje sprowokować nas do słownej bitki, redefiniując sens historycznych wydarzeń związanych z wybuchem II wojny światowej. Putin pragnie zszargać opinię Polski i Polaków, co jest jednym z wielu kroków mających doprowadzić do stopniowej izolacji Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej. Od (nie)mądrości polskich władz zależy, czy i na jakich warunkach damy się wciągnąć w tę awanturę.

Jej ostateczny cel, patrząc z perspektywy Moskwy, jest jasny – powrót Polski do rosyjskiej strefy wpływów.

Oczywiście, aby tego uniknąć, trzeba nam czegoś więcej niż sprawnej polityki zagranicznej. Istotne są też kwestie obronności. Piszę o tym w „Posłowiu” do „Międzyrzecza” – czas ujawnić jego obszerny fragment.

Ps. Skróty wynikają z konieczności zachowania w tajemnicy istotnych elementów fabuły.

*         *          *

„My, Polacy, słusznie zarzucamy sobie tkwienie w złudnych nadziejach, w przekonaniu, że „jakoś to będzie”. A zarazem trawi nas czarnowidztwo, sprowadzające się do stwierdzenia, że „nie warto nic robić, bo i tak się nie uda”. Targamy się w tej sprzeczności, umacniając ją fantazmatami, tkanymi z wyobrażeń o własnej wyjątkowości, oraz nieprzemyślanymi działaniami, które stwarzają pozory dbania o narodowy interes.

I tylko czasem coś nam wychodzi, samo z siebie, przypadkiem.

Stawiamy na nieistotne geopolitycznie Węgry, odwołując się do wydumanej przyjaźni. Redukujemy sojusze do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, ignorując emocjonalną niestabilność przywódcy tego kraju. Zbroimy się „po łebkach”, tworząc w armii wyspy nowoczesności, tak od siebie oddalone, że nie sposób sensownie wykorzystać ich potencjału. Oddajemy wojsko w ręce człowieka, który funduje mu koszmarne czystki.

W tym samym czasie, na paradach i w posłusznych władzy mediach, tworzymy złudzenie silnych, zwartych i gotowych, pielęgnując przy tym mit wspaniałej husarii, sarmackiej przeszłości, państwowej potęgi, która zawojowała przed wiekami znaczną część Europy.

I jednocześnie machamy ręką, gdy pytają nas o zachodnie gwarancje bezpieczeństwa. „Będzie, jak było” – mówimy, z masochistyczną lubością wypowiadając frazę, że „oni znów nas zdradzą”. Choć w głębi ducha wierzymy, że jednak nie, bo przecież NATO i Unia Europejska – do których niegdyś przystąpiliśmy – to najsilniejszy militarny sojusz i najmocniejsza gospodarcza wspólnota na świecie.

W tej kompulsywnej autoszarpaninie walimy na odlew we własnych żołnierzy, traktując ich jak darmozjadów, „chłopców napalonych na duże zabawki”. Nieprzydatne zabawki – twierdzimy – bo przecież nie zapewnią nam bezpieczeństwa. Bo największy wróg i tak „nakryje nas czapkami” – tyle ma ludzi i sprzętu. Lepiej więc przeznaczmy publiczne pieniądze na coś bardziej sensownego – na przykład na pięćset plus.

A na Kremlu zacierają ręce…

Nie, nie wierzę, by w najbliższej przyszłości Rosja napadła na Polskę. Lecz przez lata tkwiąc jedną nogą w świecie wojskowych, przyjąłem po części ich punkt widzenia. Jest więc dla mnie jasne, że armia musi sposobić się na rozmaite zagrożenia, także te najgorsze. Rosyjskie, choć relatywnie nieduże, jest jednym z nich.

I trzeba to robić z głową, w oparciu o racjonalne przesłanki – od razu zakładając, że da się zwyciężyć.

„Nadzieja jest w zwycięstwie” – brzmi motto serii Warbook. Nie wspominam o nim przypadkiem, uważam bowiem, że idealnie oddaje istotę rzeczy. Z Rosją można zwyciężyć, można mieć nadzieję na taki sukces. Oczywiście, szyty na miarę – nie chodzi mi o bombastyczne wizje polskiej flagi powiewającej nad Kremlem. „To se ne vrati” – jak mawiają nasi południowi sąsiedzi. Nasze zwycięstwo z Rosją to kraj ocalony przed okupacją. Tylko i aż tyle.

Nie wszystko rzecz jasna da się przewidzieć i nie każde zagrożenie jesteśmy w stanie zniwelować. Federacja to mocarstwo atomowe – o tym zawsze trzeba pamiętać. Stąd nadzieja, nie pewność.

Ta nadzieja winna się zasadzać na mocnych podstawach – najważniejszą z nich jest relatywna siła armii. Nasze wojsko musi być zdolne zadać Rosjanom takie straty, których wizja uczyni wojnę nieopłacalną.

Czy współczesne Wojsko Polskie ma taką moc? Już nie – i winą za to należy obciążyć polityków. Nie tylko tych, którzy rządzą nami w ostatnich latach.

Dziś, bez książkowej „Polisy”, nie dalibyśmy rady. Lecz scenariusz, w którym nie musielibyśmy sięgać po tak drastyczne środki, jest na wyciągnięcie ręki. Polska dysponuje potencjałem ekonomicznym, gospodarczym i intelektualnym na tyle dużym, by w nieodległej przyszłości zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. (…). Trzeba nam tylko mądrych polityków. I dowódców, którzy nie będą nosić parasoli nad urzędnikami z politycznego nadania, a asertywnie wyartykułują potrzeby armii. I dopilnują ich realizacji.

Czas płynie i nie działa na naszą korzyść. (…)”.

romek

—–
Nz. głównym, ilustracyjnym, zniszczony ukraiński czołg. Okolice wioski Piski, wiosna 2015/fot. własne
Zdjęcie nr 2 – „Międzyrzecze” jako choinkowy prezent/fot. Roman Szaga