Dolary…

Wojna w Syrii trwa już dziewięć lat. al-Asad przetrwał najgorsze i dzięki wsparciu Iranu oraz Rosji – a pośrednio też zachodniej koalicji, której kampanii lotniczej przeciw Państwu Islamskiemu nie sposób przecenić – konsoliduje dziś władzę w zrujnowanym kraju. Jego oddziały usiłują właśnie przejąć kontrolę nad ostatnim dużym bastionem bojowników – prowincją i miastem Idlib. Zajęcie tego regionu pozwoli ogłosić zwycięskie zakończenie wojny.

I nie o samą wymowę propagandową tu chodzi. Syryjska gospodarka jest w fatalnej kondycji i na dłuższą metę pomóc jej może tylko poważny zastrzyk finansowy z zewnątrz, podany przy okazji odbudowy. A inwestorzy, wiadomo, nie wejdą do kraju, w którym toczy się wojna. Co więcej, syryjskiemu prezydentowi kończy się czas. Gwałtowne ożywienie na linii frontu wynika z tej właśnie presji, a jej powody mają ekonomiczny charakter.

Skarbiec świeci już pustkami

To banalne spostrzeżenie, lecz kluczowe dla zrozumienia sytuacji: wojna kosztuje. Przez lata al-Asad jakoś godził finansowanie operacji militarnej przeciwko opozycji, z koniecznością zapewnienia ludności cywilnej, zamieszkałej na terenach kontrolowanych przez rząd, minimalnych środków do życia. Kłody pod nogi rzucał Damaszkowi Zachód, poprzez kolejne sankcje. Pomocne dłonie wyciągnęły Teheran i Moskwa. Zwłaszcza Iran odegrał tu niebagatelną rolę, pomoc Rosji miała bowiem przede wszystkim militarny wymiar.

Sytuacja zmieniła się w 2019 roku za sprawa Donalda Trumpa. Ten już wcześniej zrezygnował z ugodowej polityki wobec Teheranu, prowadzonej przez administrację Baracka Obamy. W minionym roku zagrał „na ostro” (w co uwikłała się i Polska, organizując konferencję bliskowschodnią pod dyktando Waszyngtonu). Przywrócone i kolejne sankcje mocno uderzyły w gospodarkę Iranu, który w efekcie musiał ograniczyć zaangażowanie w Syrii. Skutki takiego stanu rzeczy doskonale widać na syryjskim czarnym rynku. Przed wybuchem wojny jeden dolar wart był 45 miejscowych funtów. W latach 2011-2019 syryjska waluta, choć znacznie osłabiona, trzymała stabilny poziom – za jednego dolara należało płacić nieco ponad 500 funtów. Od kilkunastu tygodni jest to już 1200 funtów.

– Syria jak powietrza potrzebuje ropy, bo roponośne tereny tego kraju wciąż kontrolują Amerykanie – tłumaczy dr Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, które od lat pomaga ofiarom syryjskiego konfliktu. – No i żywności, przede wszystkim zboża i fasoli, bo na „luksusowe” jedzenie stać w tym kraju nielicznych. Odkąd Teheranowi trudniej dotować Damaszek, syryjski rząd musi coraz częściej wybierać: czy nieliczne już rezerwy walutowe przeznaczyć na finansowanie importu żywności, czy na wysiłek wojenny?

Prawdziwy run na banki

Już kilka miesięcy temu al-Asad – świadom nadchodzącego krachu – sięgnął do najgłębszych rezerw. Czyli do kieszeni uprzywilejowanych członków reżimu, biznesmenów, których majątki na wojnie jeszcze bardziej się powiększyły. Prezydent – pod hasłem kampanii antykorupcyjnej – zażądał od nich daniny na podtrzymanie działań zbrojnych i wykarmienie mieszkańców kraju. al-Asadowi się nie odmawia – przynajmniej nie wprost. I tak w spiralę gospodarczych kłopotów wkręcono sąsiedni Liban.

W połowie października ubr. w Bejrucie wybuchły antyrządowe protesty, w wyniku których Liban ma od kilku dni nowy rząd. Najważniejszym zadaniem świeżo powołanego gabinetu jest uchronienie kraju przed bankructwem. Czy technokraci podołają wyzwaniu? – na to pytanie nie ma dziś jednoznacznej odpowiedzi. Oligarchiczny charakter własności kluczowych sektorów gospodarki, gigantyczna korupcja oraz niechęć wobec poddania się nadzorowi międzynarodowych instytucji finansowych – oto czynniki, które nie wróżą najlepiej wyłonionym pod presją ulicy reformatorom. Co gorsza, brakuje też amerykańskich dolarów, bez których Bejrut nie ma czym płacić za dostawy ropy. Cierpi nie tylko ekonomia, cierpią też zwykli ludzie, libański system energetyczny jest bowiem oparty o spalanie pochodnych „czarnego złota”.

Gdzie podziały się dolary? Cofnijmy się w czasie do polecenia al-Asada, który nakazał biznesmenom „dobrowolne” wpłaty do budżetu. Jego efektem był prawdziwy run syryjskich oligarchów na bejruckie banki – biznesmeni w panice przelewali oszczędności do innych, bezpiecznych krajów. Jak to możliwe? Waluty Syrii i Libanu są wzajemnie wymienne, Syryjczycy zaś od dawna trzymają oszczędności u sąsiadów. Depozyty w funtach syryjskich wymieniono na uniwersalny środek płatniczy, w ciągu kilkunastu dni ogołacając libański system bankowy z czterech miliardów dolarów. Na domiar złego gwałtownie umniejszona podaż twardej waluty nie pozostała bez wpływu na reakcje Libańczyków. To oni wypłacili kolejne dwa miliardy dolarów, woląc trzymać je u siebie niż w bankach. Byśmy dobrze zrozumieli skalę zjawiska – sześć miliardów „zielonych” stanowi ponad 10 proc. PKB Libanu. Przenosząc ów odsetek na realia Polski – to tak, jakby z naszych banków wypłynęło 60 miliardów dolarów w żywej gotówce (240 mld zł!).

„Nie” dla mandatu ONZ

Kampania antykorupcyjna al-Asada zakończyła się więc spektakularnym ciosem dla syryjskiej gospodarki, która straciła dostęp do libańskiego rezerwuaru twardej waluty. Sytuacja jest dla reżimu o tyle trudna, że syryjski prezydent wciąż pozostaje politycznym pariasem, a kontakty z nim niosą ryzyko narażenia się Stanom Zjednoczonym. Tymczasem Waszyngton wprowadził niedawno tak zwaną Ustawę Cezara, która daje prezydentowi USA możliwość nałożenia dodatkowych sankcji na podmioty prowadzące interesy z rządem Syrii oraz jego agencjami wojskowymi i wywiadowczymi. Ile firm czy rządów zdecyduje się podjąć ryzyko? Pytanie ma rzecz jasna wymiar retoryczny.

Szczęśliwie dla al-Asada, wciąż sprzyja mu Rosja. A Moskwa posiada w tej grze pewne atuty. W styczniu 2020 roku na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych toczyły się negocjacje dotyczące możliwości przesyłania do Syrii pomocy humanitarnej. Dotychczasowe rezolucje ONZ dawały sposobność wykorzystania w tym celu czterech przejść granicznych (dwóch z Turcją i po jednym z Irakiem i Jordanią). Obowiązywały one przez dwanaście miesięcy i na początku kolejnego roku były ponownie uchwalane. W styczniu br. Rosja powiedziała „nie” dla odnowienia mandatu, by ostatecznie zgodzić się na rezolucję obowiązującą przez pół roku, obejmującą jedynie dwa przejścia (gwoli rzetelności, te najczęściej używane – z Turcją). Czy to oznacza, że w lipcu 2020 roku Syria zostanie bez pomocy międzynarodowych organizacji?

– Nie – mówi Wojciech Wilk. – Zmieni się sposób dystrybucji pomocy humanitarnej, która będzie musiała iść przez Damaszek. W ten sposób kontrolę nad nią przejmie syryjski rząd, który zmusi organizacje humanitarne do wymiany twardej waluty na miejscowe funty. Oficjalny kurs dolara wynosi w tej chwili jeden do czterystu trzydziestu. Istnieje jeszcze coś takiego, jak kurs preferencyjny, gdzie za dolara płaci się siedemset osiemdziesiąt funtów. No i czarnorynkowy, w którym dolar wart jest tysiąc dwieście funtów. Niezależnie od tego, który z nich zostanie zastosowany, i biorąc pod uwagę skalę pomocy, syryjski bank centralny pozyska na tej operacji kilkaset milionów dolarów w skali roku. Prezydent al-Asad będzie miał za co kupować niedostępne w Syrii produkty – w tym większym zakresie, im szybciej zniknie potrzeba finansowania działań zbrojnych.

Jeśli pęknie turecki mur…

I tu dochodzimy do momentu, w którym plany al-Asada wchodzą w kolizję z interesami Turcji. Aby to wyjaśnić, trzeba najpierw przybliżyć najnowszą historię prowincji i miasta Idlib. Przed wojną te tereny zamieszkiwało półtora miliona ludzi, dziś jest ich dwa razy więcej. Wzrost populacji to efekt działań wojennych i celowej polityki syryjskich władz. Gdy rządowa armia rozbijała kolejne ogniska oporu, al-Asad zgadzał się na tworzenie korytarzy humanitarnych z kapitulujących miast. Tymi drogami, z których większość wiodła właśnie do Idlibu, obok ludności cywilnej wychodzili też pokonani bojownicy, ich rodziny oraz zwolennicy. W efekcie prowincja w ogromnym stopniu nasyciła się przedstawicielami często skrajnie ekstremistycznych ugrupowań, w tym syryjskiej al-Kaidy. Ci ludzie mają teraz przed sobą armię al-Asada, a za sobą granicę z Turcją. Jeśli przegrają, zrobią wszystko, by pokonać wysoki graniczny mur – inaczej czeka ich śmierć z rąk asadowców.

Lecz Turcja – co zrozumiałe – wcale nie zamierza takich uchodźców przyjmować. Wspiera więc ekstremistów w walce z rządową armią syryjską, licząc na to, że wymęczony Damaszek odpuści. I że enklawa w Idlibie przetrwa. Patrząc z boku, mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją – Ankara wspiera terrorystów walczących z sojusznikiem Moskwy. A przecież Turcja i Rosja w ostatnich latach mocno się do siebie zbliżyły. Oficjalnie głowy obu państw deklarują dalszą przyjaźń, Rosjanie zaś dają do zrozumienia, że nie są w stanie w pełni kontrolować al-Asada.

Tymczasem sytuacja humanitarna w Idlibie jest dramatyczna. Dla Europy, w tym Polski, może to oznaczać początek poważnych kłopotów. Bo jeśli turecki mur pęknie pod naporem zdesperowanych ludzi, Ankara zrobi wszystko, by pozbyć się idlibskich uchodźców ze swego terytorium. Zapewniając szybki tranzyt bogu ducha winnych cywilów na europejskie plaże, wypchnie pośród nich tysiące dżihadystów.

Czy z tej sytuacji jest jakieś wyjście? Drogę wskazuje Wojciech Wilk.

– Należy jak najszybciej pomóc zbudować bezpieczne schronienia dla uciekinierów – o ile to możliwe, nadal na terytorium Syrii – mówi prezes PCPM.

—–

Nz. Jeden z obozów dla syryjskich uchodźców tuż przy libańsko-syryjskiej granicy, grudzień 2019/fot. Marcin Ogdowski

Arsal

Pod koniec ubiegłego roku Liban ponownie trafił na czołówki serwisów informacyjnych na całym świecie. Do Bejrutu – długo będącego areną krwawej wojny domowej – jak przed laty ściągnęły tłumy dziennikarzy. Szczęśliwie tym razem nie chodziło o wojnę, ale kontekst i tak wesoły nie był. I nadal nie jest, sytuacja bowiem nie uległa zmianie. Antyrządowe protesty mają zmienną dynamikę – raz słabną, raz wybuchają z dużą mocą. Strony generalnie unikają twardej konfrontacji, lecz nie zmienia to faktu, że Liban się chwieje. I że w całym tym zamieszaniu na dalszy plan schodzą problemy milionowej rzeszy syryjskich uchodźców, przerażonych widmem eskalacji konfliktu. „Znów będziemy musieli uciekać?” – zastanawia się wielu z nich.

Wymalowana flaga Państwa Islamskiego na budynku stojącym obok meczetu w Arsal/fot. Marcin Ogdowski
Wymalowana flaga Państwa Islamskiego na budynku stojącym obok meczetu w Arsal/fot. Marcin Ogdowski

1.

Okolice miasta Arsal to teren objęty reżimem stanu wyjątkowego. Widać to na rogatkach miasteczka, na których rozstawiono wojskowe punkty kontrolne. Żołnierze nie wykazują przesadnej wścibskości, czasem nawet machają ręką na nasze paszporty. Ale są – z hełmami, pełnym zapasem amunicji i M16 gotowymi do strzału. Bliskość granicy z Syrią to szansa dla „przedsiębiorczych inaczej” – szmuglerów deficytowych towarów, handlarzy ludźmi i narkotyków. Niejedna fortuna z libańskiego pogranicza wyrosła na tym gruncie. Lecz dla zwykłych ludzi – gdy wraz z wojną znikła zwyczajna transgraniczna wymiana – oraz dla uchodźców, sąsiedztwo Syrii to powód do niepokoju. Kilka lat temu bandyci z Państwa Islamskiego próbowali przejąć kontrolę nad Arsal.

– Wejście libańskiej armii w 2017 roku poprawiło sytuację – przyznaje Nanaf, „sołtys” jednego z syryjskich namiotowisk. – Trzy lata wcześniej całe nasze obozowisko spłonęło, podpalone przez nieznanych sprawców, którzy chcieli wywołać w okolicy jak największy chaos. Teraz to nie do pomyślenia.

Arsal udało się ocalić, lecz nie wszyscy „źli goście” zostali zabici lub uciekli z Libanu. Wciąż tu są – oni i ich lokalni zwolennicy. Spotykają się w jednym z meczetów na modły i dyskusje. Nawet jeśli coś knują, libańskie służby mają ich na oku. Tak przynajmniej twierdzą Arsalczycy. A może to tylko wyraz naiwnej wiary Libańczyków? Gdy Tony – miejscowy, który naszej dziennikarskiej ekipie służył za przewodnika i ochroniarza – dostał informację o kolejnej strzelaninie z udziałem wojska i bliżej nieokreślonych bandytów, kazał nam czym prędzej zwijać się z restauracji, do jakiej dopiero co weszliśmy. Obiad musiał poczekać…

Widok na Arsal, na pierwszym planie jedno z namiotowisk/fot. Marcin Ogdowski
Widok na Arsal, na pierwszym planie jedno z namiotowisk/fot. Marcin Ogdowski

2.

W Arsal i okolicy schronienie znalazło niemal 60 tysięcy uchodźców. W samym miasteczku mieszka około 10 tysięcy Libańczyków, w podległym mu administracyjnie regionie – cztery razy tyle. Uciekinierów z Syrii jest zatem więcej niż miejscowych. Ponad połowa Syryjczyków żyje w namiotach, reszta w wynajmowanych domach (na co pozwolić mogą sobie tylko nieliczni), w mieszkaniach, pokojach i pomieszczeniach gospodarczych.

Syria jest tuż-tuż, za pierwszą linią widocznych z miasta wzgórz; tak blisko i tak daleko zarazem.

– Wróciłbym choćby dziś – deklaruje Ibrahim, 37-latek, w Libanie przebywający od 2012 roku. – Uciekłem z rodziną, gdy spłonął nasz dom, ale to nie jest problem. Dom można przecież wyremontować, albo nawet postawić na nowo.

Pytam zatem, w czym rzecz i słyszę – nie pierwszy raz zresztą – że chodzi o przymusowy pobór. Wykupienie się z armii al-Asada kosztuje dziewięć tysięcy dolarów – kwotę dla większości uchodźców astronomiczną.

Muszę przyznać, że już wcześniej zastanawiałem się nad motywacjami ojców syryjskich rodzin, które uciekły do Libanu (i innych krajów). Zwykle prowadziło mnie to do wniosku, że mając kilkoro dzieci, poświęciłbym się bez wahania. Wrócił do Syrii, wstąpił do armii – skoro najbliższym stworzyłoby to możliwość bezpiecznego powrotu do domu. Aż któregoś razu Paweł – dziennikarz, który spędził na syryjskim froncie wiele miesięcy – uświadomił mi, czym jest tamtejsza rządowa armia. Maszynką do armatniego mięsa, która na skutek fatalnego wyszkolenia i dowodzenia wypluwa ludzkie ochłapy w zatrważającym tempie. Co więcej, jest to wojsko, które z bestialstwa uczyniło jedną z metod postępowania.

– Nie chcę zabijać kobiet i dzieci – mówi wprost Ibrahim.

Ja też bym nie chciał…

Nadia z wnuczką i córką/fot. Marcin Ogdowski
Nadia z wnuczką i córką/fot. Marcin Ogdowski

3.

– Kiedy słyszę „Syria”, chce mi się płakać – 69-letnia Nadia z trudem wstrzymuje łzy. – Mój dom jest właśnie tam, nie tu, w tym namiocie, w Libanie.

Jeden z jej sąsiadów przyznaje, że czasami przekracza libańsko-syryjską granicę, nielegalnie, by w pobliskich górach zobaczyć się z rodziną, która została w kraju. Dwu-trzygodzinne spotkania utwierdzają go w przekonaniu, że w Syrii żyje się jeszcze gorzej. Wojna weszła już co prawda w schyłkową fazę, ale konsolidacja władzy oraz czystki, jakich dokonuje al-Asad, wciąż skutkują masowymi cierpieniami ludności cywilnej. Zwłaszcza jednej z jej grup. Siepacze reżimu mają jasny rozkaz – zniechęcić sunnitów do powrotu do kraju. Wystarczy więc błahy czy wręcz absurdalny powód, by pod zarzutem współpracy z pokonaną opozycją trafić za kraty. Więzienia pełne są osób, które noszą na ciałach blizny po ranach. Syn jednej z moich rozmówczyń został ranny w początkach wojny. Przypadkiem, gdy opuścił schronienie, by poszukać paliwa do generatora. Odłamki moździerzowego granatu pokiereszowały mu plecy. Broni w dłoniach nie trzymał – ani wcześniej, ani później…

Dziś los tego mężczyzny – podobnie jak innych rzekomych bojowników – ma być przestrogą. I jest.

– Gdyby miał kogoś, kto pracuje dla reżimu, kto dałby rodzinie protekcję, wróciłbym – zapewnia „sołtys” Nanaf. – W innym przypadku to proszenie się o kłopoty, a nawet o śmierć.

- Pacjenci szpitala na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć - wspomina Abdel/fot. Marcin Ogdowski
– Pacjenci szpitala na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć – wspomina Abdel/fot. Marcin Ogdowski

4.

A mówimy o ludziach, którzy swoje już przeżyli.

Abdel, 60-latek z al-Kusajr, do Libanu trafił w czerwcu 2012 roku.

– Miasto zajęła Wolna Armia Syrii, oblegało je wojsko al-Asada – wspomina ostatnie tygodnie przed ucieczką. – Rządowi strzelali we wszystko, w co się dało. Strzelali snajperzy, strzelały wielkie działa. Wreszcie ktoś na górze się dogadał i wyznaczyli nam, cywilom, drogę, którą można się było ewakuować. Wyszedłem z żoną, trójką dzieci, wyszedł też dorosły syn z trzema córkami. Było nas w sumie dwadzieścia pięć tysięcy osób. I wtedy wojsko zaczęło strzelać. W kilka minut zginęło półtora tysiąca ludzi.

Po tym zdarzeniu rodzina Abdela szła bez dłuższej przerwy przez cztery dni. Część uciekinierów – nikt z bliskich 60-latka – zmarła z powodu braku wody.

– Wśród ewakuowanych byli pacjenci ze szpitala – opowiada mężczyzna. – Na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć.

– Płakaliśmy, gdy do nas dotarli, tak źle wyglądali – mówi Fatima, Libanka z Arsalu, mając na myśli pierwsze grupy uchodźców, które docierały do miasta.

– Libańska armia dała nam chleb na powitanie – wspomina Nadia.

Dla starszej kobiety ów gest miał dramatyczną wymowę. Kilka dni wcześniej jeden z jej synów odłączył się od grupy, by na pobliskim rumowisku poszukać czegoś do jedzenia. Eksplozja pocisku, który przyleciał nie wiadomo skąd, zabiła mężczyznę na miejscu. Dwie doby wcześniej urodziła mu się córka.

Siedmioletnia dziś dziewczynka nie może pamiętać tego, co działo się, gdy najbliżsi wędrowali z al-Kusajr do Libanu. Urodziła się jeszcze w Syrii, w obozie prowadzonym przez Czerwony Krzyż.

– Któregoś wieczoru przyszli do nas ludzie i ostrzegli, że musimy uciekać – relacjonuje Nadia. – Że wszyscy niechrześcijanie zostaną wkrótce zabici przez wojsko. Ruszyliśmy, unikając głównych dróg. Męczyłam się potwornie, bo po nieudanej operacji nóg, od dwudziestu lat chodzę o kulach.

– To wielki luksus zasypiać bez ostrzału na dobranoc – do rozmowy włącza się córka Nadii. – Budzić się bez ostrzału na dzień dobry – kobieta uśmiecha się lekko.

Nadia również wykrzywia usta.

– Mieliśmy sąsiadkę, która chowała się pod koc, przekonana, że da jej schronienie – nie kryje rozbawienia. A potem, w równie żartobliwym tonie, opowiada o popłochu, jaki w niej, i w sąsiadach, wywoływał dźwięk spadających bomb beczkowych.

Szybko jednak poważnieje.

– Armia Wolnej Syrii przekonywała nas, że wkrótce będzie dobrze. Tymczasem al-Asad wciąż tam jest. Tyle ofiar i wszystko na nic…

Schronienia muszą mieć tymczasowy charakter/fot. Marcin Ogdowski
Schronienia muszą mieć tymczasowy charakter/fot. Marcin Ogdowski

5.

Ta ofiara – poza śmiercią i ranami – ma też całkiem materialny wymiar. W Arsal i okolicy stanęło ponad sześć i pół tysiąca namiotów. Rodziny, które w nich mieszkają, potraciły w Syrii domy, mieszkania, ogrody, sady, żywy inwentarz i ruchomości. Większość żyje w prowizorycznych schronieniach już siódmy rok. Niczego solidniejszego postawić im nie wolno, bo obozowisko musi mieć charakter tymczasowy. Uchodźcy powinni wrócić do siebie – oczekuje libański rząd i stąd jego umiarkowanie empatyczna postawa.

Latem nie jest to aż tak problematyczne, ale zimą – zwłaszcza w nocy, gdy temperatura spada poniżej zera – w namiotach robi się paskudnie zimno.

– Dręczą nas przeziębienia, grypy, zapalenia płuc – wylicza „sołtys” Nanaf.

Dlatego tak istotne jest odpowiednie docieplenie prowizorycznych domostw. Dwa lata temu w Arsal pojawili się Polacy. Dysponujące dotacją rządu RP Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej wydało niemal trzy i pół miliona złotych na zakup odpowiednich komponentów – gąbek, plastikowych płacht oraz belek wzmacniających konstrukcje namiotów. W 2019 roku skala przedsięwzięcia była już niższa – na rzecz uchodźców przeznaczono milion trzysta tysięcy złotych. Przy okazji przeprowadzono też niezbędne szkolenia z zakresu ochrony przeciwpożarowej. Namioty bowiem wyposażone są w piecyki, latem służące tylko do gotowania, zimą również do ogrzewania.

Jeśli akurat jest czym grzać. Mazut – paliwo wykorzystywane w tym celu – drożeje z tygodnia na tydzień. To efekt fatalnej sytuacji ekonomicznej Libanu, której skutki dotykają nie tylko rdzennych mieszkańców, ale i uchodźców.

– Boję się tego, że kryzys wywoła zamieszki – Nanaf wzdycha głośno. – Znów będziemy musieli uciekać? Dokąd?

Plac Męczenników w Bejrucie pełen jest tego typu graffiti/fot. Marcin Ogdowski
Plac Męczenników w Bejrucie pełen jest tego typu graffiti/fot. Marcin Ogdowski

6.

Konflikt narastał od dawna, ale w ostrą fazę wszedł jesienią ubiegłego roku, po zapowiedziach władz o podwyższeniu podatków i wprowadzeniu nowych danin. Oburzyło to przede wszystkim młodzież, plan rządu zakładał bowiem opodatkowanie połączeń przez komunikatory typu WhatsApp. Ceny zwyczajnych telefonów są w Libanie wygórowane, stąd wielka popularność tej technologii.

Oczywiście, powodów do frustracji było więcej – kraj od kilku lat zmaga się z kłopotami w dostępie do pitnej wody oraz tonie w śmieciach. Niewydolna służba zdrowia, droga edukacja, problemy z ustanowieniem i przestrzeganiem praw pracowniczych – oto codzienność miażdżącej większości Libańczyków. Fatalna polityka gospodarcza skutkuje drożyzną – ceny podstawowych produktów rosną o kilkanaście procent w skali miesiąca. I na to wszystko nakłada się kompletnie nieefektywna polityka energetyczna. Większość energii w tym kraju pochodzi z generatorów zasilanych pochodnymi ropy (powietrze w Libanie jest jednym z najbardziej toksycznych na świecie). Co więcej, handel tym surowcem oraz największe huby generatorów należą do ludzi pośrednio bądź bezpośrednio związanych z rządem. I na tym gruncie rozrosła się koszmarna korupcja. Libańczycy mają dostęp do „państwowego”, tańszego prądu, tylko przez kilka godzin na dobę. Przez większość dnia muszą korzystać ze znacznie droższych usług prywaciarzy. Którzy, będąc jednocześnie władzą, ani myślą zmieniać ów stan rzeczy.

– Zmusi ich do tego ulica – twierdzą protestujący.

W tym samym czasie upadają kolejne sektory gospodarki. Prężna jeszcze jakiś czas temu budowlanka – w której zatrudnienie znalazło mnóstwo syryjskich mężczyzn – to dziś głównie puste kamieniołomy, opuszczone budowy i smętnie stojące dźwigi. Podupadająca libańska klasa średnia coraz rzadziej korzysta z usług Syryjek, dotąd zatrudnianych jako pomoc domowa. Pracują jeszcze dzieci uchodźców – głównie w sklepach i na targowiskach – bo ich praca jest zwyczajnie tańsza.

Co oczywiste, taki stan rzeczy przekłada się na uchodźcze menu. Dla Syryjczyków mięso to rarytas, jedzą głównie ryż i chleb, z niewielkim dodatkiem warzyw i owoców.

No i marzną w niedogrzanych namiotach.

Te dzieci nie znają innej rzeczywistości niż obozowa/fot. Marcin Ogdowski
Te dzieci nie znają innej rzeczywistości niż obozowa/fot. Marcin Ogdowski

7.

Z obozowiska na obrzeżach Arsal łatwo dostrzec oddalone o kilkadziesiąt kilometrów Góry Libanu. Ośnieżone pasmo przypomina o panującej zimie i ostro kontrastuje z widokiem stóp 3-letniej Maalak. Bosych, wsuniętych w szmaciane klapki.

– Nie jest ci zimno? – pytam.

Dziewczynka kręci głową, zdziwiona moją troska. Na przymusowej emigracji urodziło się dotąd ponad pół miliona Syryjczyków. Te dzieci nie znają innego świata niż obozy – czy to w Libanie, Turcji czy Jordanii – i w jakiejś mierze nawykły już do życia w niedostatku.

Maalak z miejsca zdobywa moje serce. Ten uśmiech, ta odwaga, ta ciekawość ludzi. Na pożegnanie przybijam jej piątkę, robię zdjęcie. Uśmiecham się przy tym szeroko, choć wcale do śmiechu mi nie jest. To dzieciom najbardziej chciałoby się pomóc. Ileż to razy uciekałem w fantazje, że łapię takiego malca i zabieram ze sobą. Z dala od obozu, wszechobecnej biedy, wojny i zagrożeń czyhających w miejscach, w których dorośli już dawno stracili ostatnią nadzieję.

Lecz zaraz potem przychodziło brutalne poczucie „tu i teraz”. Dziecka nie da się w ten sposób uratować – to nie pies (a psy zdarzało mi się wywozić z takich miejsc). To maleńki człowiek, czyjaś córka, syn; kochające i kochane dziecko, którego zniknięcie mogłoby przynieść więcej szkód niż korzyści. Pomagam więc, jak potrafię. Trochę jako wolontariusz, trochę jako donator, ale przede wszystkim jako dziennikarz i pisarz. Ilustrując i opisując rzeczywistość takich dzieci jak Maalak, otwieram niektórym oczy na paskudną rzeczywistość cywilnych ofiar wojny.

Wy też możecie pomóc.

Przelej dowolną kwotę na konto Fundacji PCPM

mBank: 61 1140 1010 0000 5228 6800 1003

Tytuł wpłaty: Wsparcie dla uchodźców syryjskich

Maalak i „piątka” na pożegnanie. Takich dzieci, jak trzylatka – Syryjczyków urodzonych na wygnaniu – jest już ponad pół miliona/fot. Marcin Ogdowski
Maalak i „piątka” na pożegnanie. Takich dzieci, jak trzylatka – Syryjczyków urodzonych na wygnaniu – jest już ponad pół miliona/fot. Marcin Ogdowski