Cios

Trump, póki co, dopina swego – Pentagon ogłosił już oficjalnie, że redukuje amerykański kontyngent w Niemczech o jedną trzecią, czyli 12 tysięcy żołnierzy. Przy tej okazji ujawniając, że żaden z tych wojskowych nie trafi do Polski. Nie zyskamy zatem kosztem Niemiec, na co liczyli politycy PiS. Większość wycofywanych oddziałów wróci do domu, część zostanie przeniesiona na południe Europy.

To kolejny bolesny cios w NATO, zadany mu przez Trumpa. Nie ma on bowiem racji, zarzucając Berlinowi wykorzystywanie USA. Jego podwładni w Niemczech realizują zadania znacznie wykraczające poza ewentualną obronę RFN. W istocie tworzą logistyczną matrycę, która po uzupełnieniu posiłkami zza oceanu pozwoli na realizację zobowiązań wobec całej sojuszniczej wspólnoty, będąc jednocześnie gwarantem amerykańskiej obecności w Europie. Jej osłabienie oznacza de facto wejście na ścieżkę izolacjonizmu i marginalizacji kraju mającego ambicje globalnego mocarstwa.

Słynący z powściągliwości amerykańscy wojskowi nie komentują decyzji przełożonego. Ich głosem są oficerowie najwyższych rang, będący już poza służbą. Ben Hodges, były dowódca sił lądowych USA na kontynencie europejskim, nie bawi się w konwenanse. Już wiele tygodni temu uznał zamiary Trumpa za „prezent dla Kremla”. Tego typu opinie wyrażają również inni emerytowani generałowie, wśród których znalazł się sam Colin Powell – dawny szef Kolegium Połączonych Sztabów, najwyższy rangą dowódca US Army. Powell, sekretarz stanu z czasów pierwszej prezydentury republikanina Busha Juniora, zapowiedział wręcz małą woltę. Zarzucając Trumpowi rujnowanie polityki zagranicznej USA, wyznał, że w nadchodzących wyborach zagłosuje na kandydata Partii Demokratycznej, Joe Bidena. Za tymi słowami kryje się nadzieja na przegraną ubiegającego się o reelekcję prezydenta. Wówczas bowiem – wobec sprzeciwu demokratów na wyjście Amerykanów z Niemiec – sprawa sama się rozwiąże.

Tymczasem sondaże nie dają Trumpowi wielkich szans na zwycięstwo. Biden ma nad nim co najmniej 9, a w niektórych badaniach nawet 14 procent przewagi. Co więcej, dominacja demokraty utrzymuje się już od jesieni ubiegłego roku. Donald Trump-Przywódca nie sprostał wyzwaniu, jakim okazał się COVID-19, który do tej pory zabił niemal 150 tysięcy Amerykanów, a kilkanaście milionów – na skutek zamrożenia gospodarki – odesłał na bezrobocie. Nie przysłużyły mu się także nonszalanckie reakcje na masowe protesty po zabójstwie George’a Floyda, a zwłaszcza groźby użycia wobec cywilów armii. Amerykański prezydent podpadł też wojskowym swoją bezczynnością. Kilka tygodni temu „New York Times” ujawnił proceder, jakiego dopuszczały się rosyjskie specsłużby w Afganistanie. Rosjanie opłacali talibów, by ci atakowali i zabijali Amerykanów. Zdaniem gazety Trump wiedział o wszystkim od wiosny zeszłego roku – i nic nie zrobił. Biały Dom zaprzeczył prezydenckiej obstrukcji, co nie zmienia faktu, że na forach militarnych za oceanem o głowie państwa zaczęto pisać per „zdrajca”.

Amerykańskie wybory odbędą się w listopadzie. Tysięcy ludzi – żołnierzy i ich rodzin – nie da się wyprowadzić z Niemiec z miesiąca na miesiąc. Zwłaszcza że Pentagon – co jest sytuacją chyba dotąd niespotykaną w historii USA – jak tylko może, dystansuje się od głównodowodzącego. Z lekka torpedując rozmaite jego zalecenia.

Byle do jesieni.

Pozamiatane…

…czyli kilka refleksji po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w Polsce.

To nie były uczciwe wybory – dość wspomnieć to, co wyczyniała publiczna rzekomo TVP, odebranie możliwości głosowania wielu Polakom przebywającym na emigracji, czy kulawy i sprzyjający nadużyciom mechanizm głosowania korespondencyjnego. Gdyby zastosować prawny rygoryzm, znalazłyby się setki powodów do unieważnienia wyników tej elekcji. Ale to droga donikąd. Z grubsza bowiem wiadomo, że „tamtych” jest mniej więcej tyle, co „nas”. Zwieralibyśmy się więc co rusz, niczym wielkie armie czasów okopowej wojny – bez szansy na decydujące rozstrzygnięcie.

Czasem trzeba odpuścić – pozwolić przeciwnikowi na taktyczne zwycięstwo. I robić swoje, niezależnie od tego, że „tamci” – wzmocnieni – będą teraz usiłowali jeszcze bardziej zmienić warunki gry na niekorzyść zwolenników demokracji. Szczęściem w nieszczęściu Polska nie jest aż tak niepodległa i niezależna, by PiS był w stanie zainstalować nam tu twardą autokrację. Trump polegnie w listopadzie, a i w Unii zaczynają widzieć, że czas rozmów już się skończył. Polityczna i finansowa presja zza oceanu i z Brukseli z pewnością przytemperuje zapędy pożal się boże reformatorów.

No i wciąż pozostaje „kryterium uliczne”, którego PiS boi się tak bardzo. Znamienne są w tym zakresie doświadczenia Trumpa, który zagroził protestującym Amerykanom użyciem wojska. Pentagon, i generalicja, kazały mu spadać, jasno pokazując, gdzie zaczyna się prezydencki szklany sufit. Ufam, że i u nas nikt narodu bronią zastraszał nie będzie. Co nie zmienia faktu, że po stronie obrońców demokracji potrzebna jest gotowość do mobilizacji – do wyjścia na ulice, gdy zagrożona będzie jakaś część naszej wolności.

Wyniki wyborów jasno pokazują, że to nie umiejętne zarządzanie państwem dało PiS kolejne zwycięstwo. Kaczyński i spółka zbudowali swe reduty pośród ludzi, których łatwiej przekupić, otumanić i oszukać. Do których prościej dotrzeć z przekazem opartym o różnego rodzaju lęki i uprzedzenia. Dane dotyczące wieku, wykształcenia i pochodzenia elektoratów nie pozostawiają w tym zakresie żadnych złudzeń. Nie obudziłem się dziś – od lat obserwuję te złe polskie -izmy oraz fobie, znam poznawcze uniwersa różnych społecznych klas. Smuci mnie jednak fakt, że w plebiscycie – a tym w istocie były wczorajsze wybory – dają one władzę populistom. Ich sukces to dla mnie powód do wstydu. Wstydu z powodu etnicznego pochodzenia…