005

Powrót

Ayman-pechowiec z córką, w zajmowanej przez rodzinę suterenie w Trypolisie/fot. Marcin Ogdowski
Ayman-pechowiec z córką, w zajmowanej przez rodzinę suterenie w Trypolisie/fot. Marcin Ogdowski

Zabił tak po prostu

Lecz nie wszyscy Syryjczycy wybierają drogę nielegalnej ucieczki. Ayman i Noha, małżeństwo trzydziestolatków z dwiema córkami, niedawno złożyli wniosek o objęcie programem migracyjnym w ambasadzie Nowej Zelandii w Libanie. Rozmowy z urzędnikami dały im nadzieję na pozytywne rozpatrzenie prośby. Optymizm pary mocno kontrastuje z zagrzybioną i wilgotną sutereną gdzieś w Trypolisie, która stanowi ich tymczasowe lokum.

– Ponad trzy lata temu wyszedłem z pięknie umeblowanego domu, teraz śpię na materacu w piwnicy – mówi Ayman. – Ale to niebawem się skończy – na twarzy Syryjczyka pojawia się uśmiech.

W owym „to” zawiera się całe pasmo nieszczęść. Ayman jeszcze przed wojną, na skutek upadku z dużej wysokości, miał problemy ze wzrokiem. Gdy w rodzinnym Homs wybuchły walki, pech znów upomniał się o Syryjczyka. Stał zbyt blisko miejsca, w którym eksplodował artyleryjski pocisk – niesione falą uderzeniową piach i drobne kamyki uszkodziły mu siatkówkę i rogówkę w obu oczach.

– Na jedno oko nie widziałem już wcale, na drugie bardzo słabo – opowiada.

W takim stanie przedostał się do Libanu. Brat, który również uciekł z Syrii, znalazł mu pracę na targowisku. Któregoś wieczoru, przy rozładunku, na poły ślepy Ayman potknął się i uderzył głową w wystający z ziemi pręt.

– Oka nie przebił, ale to był koniec mojego widzenia – wspomina.

Ayman przestał pracować, dług jego rodziny zaczął lawinowo rosnąć. Z takim problemem zmaga się większość uchodźców. Z danych UNHCR wynika, że pod koniec 2015 roku przeciętna syryjska rodzina miała niespłacone zobowiązania w wysokości niemal 900 dolarów – głównie wobec libańskich sklepikarzy dających jedzenie „na krechę”. Małżeństwo z Homs było w jeszcze trudniejszej sytuacji – ich dług wynosił trzy tysiące dolarów. Na domiar złego w ranę mężczyzny wdała się infekcja, leki, które miały jej zapobiec, nie pomagały. Wtedy – po wielu dniach leżenia z poczuciem narastającej bezużyteczności – Ayman postanowił użyć lekarstw w innym celu.

Niedoszły samobójca trafił do libańskiego szpitala. Tak znalazł się w kręgu zainteresowań organizacji humanitarnych, w tym PCPM, które do dziś opłaca połowę czynszu za zajmowane przez rodzinę lokum. Kilka miesięcy temu Syryjczyk przeszedł operację, która częściowo przywróciła mu wzrok w jednym oku, niebawem lekarze zajmą się drugim.

– Wraca do nas stary Ayman – Noha uśmiecha się od ucha do ucha.

– A wy nie zamierzacie wracać do Syrii? – korzystam z okazji, by zadać to pytanie.

Ayman wzdycha.

– Tam nikt nie boi się boga – mówi. – A ludzie traktują się gorzej niż zwierzęta. Ojciec miał 57 lat, wojsko pobiło go na śmierć, nie wiadomo za co. Inny krewny, staruszek o lasce, szedł sobie ulicą i zabił go snajper. Tak po prostu.

Manija, Asyryjka i chrześcijanka z Hasaki. Niebawem będzie już w Kanadzie/fot. Marcin Ogdowski
Manija, Asyryjka i chrześcijanka z Hasaki. Niebawem będzie już w Kanadzie/fot. Marcin Ogdowski

„Spotkanie z Tobą to moje życie”

Śmierć męża Maniji wyglądała zwyczajniej, ale i ona miała związek z wojną. Josef zmarł w szpitalu w Hasace 23 września 2014 roku na powikłania po zawale serca. Bezpośrednią przyczyną ataku był silny stres.

– Do sklepu warzywnego, który prowadził mąż, przyszli szabrownicy – opowiada Manija. – Pełno ich wtedy było w mieście. Zabrali zawartość sejfu – po raz kolejny w ostatnich tygodniach. Josef miał już dość… – 50-letnia kobieta kręci głową, przymykając wilgotne oczy. – W tym czasie w Hasace panował potworny chaos, zaledwie pięć minut jazdy autem od naszego domu zaczynały się pozycje Państwa Islamskiego. Wezwałam karetkę, ale ta przyjechała dopiero po godzinie. A gdy wreszcie dotarła do szpitala, cała dzielnica straciła zasilanie. Męża nie dało się uratować… – Manija milknie na dłuższą chwilę.

Później pokaże mi liścik – kilka starannie zapisanych zdań po arabsku – zaczynający się od wyznania: „Spotkanie z Tobą to moje życie, rozstanie z Tobą to moja śmierć”.

– Josef zajął się handlem po wybuchu wojny, gdy z przedsiębiorstwa, gdzie pracował, wycofali się zachodni inwestorzy. Wcześniej, będąc inżynierem w firmie naftowej, często wyjeżdżał w delegacje. Wówczas zostawiał mi takie karteczki – powie.

Nie mam wątpliwości, że Maniję i Josefa łączyła wielka miłość. Jej owoce – 11-letni George i 9-letni Carlos – są teraz przy matce, w Bejrucie. W dwuizbowym mieszkanku, nadbudowanym na dachu zamieszkałego przez chrześcijan budynku. Dawna nauczycielka WF-u – z pochodzenia Asyryjka – również należy do tej wspólnoty. Wedle wymogów naszego rządu, to właśnie tacy jak ona – syryjscy chrześcijanie – mieliby największe szanse trafić do Polski w ramach programu relokacji uchodźców. Lecz Manija ma inne plany – dzięki pomocy jednego z protestanckich kościołów niebawem dołączy do swoich krewnych, od lat zamieszkałych w Kanadzie.

– Chodzi o chłopców, tam będą mieli normalne życie – Manija z troską spogląda na dzieci.

– Pani dom w Syrii został zniszczony? – usiłuję ustalić.

– Nie – słyszę.

– Sprzedała go pani przed wyjazdem do Libanu? – dopytuję.

– Nie – ta odpowiedź mnie zaskakuje. Domy dużej części syryjskich uchodźców legły gruzach, sporo uciekinierów przed opuszczeniem kraju zdecydowało się sprzedać nieruchomości (i inne elementy majątku) mimo dramatycznie zaniżonych cen. Swoją drogą oznacza to, że jest w Syrii grupa, która wykorzystuje masowy exodus do powiększania stanu posiadania. Te osoby i podmioty sporo ryzykują, ale gdy wojna wreszcie się skończy, zaczną odcinać kupony od swoich inwestycji. – Nie sprzedałam – piękna, ciemnowłosa kobieta uśmiecha się lekko. – Po prostu zamknęłam drzwi i wyszłam.

– Wciąż myśli pani o powrocie – bardziej stwierdzam niż pytam.

Asyryjka kiwa głową.

– Będzie jak bóg chce – mówi. – Ale oddałabym wiele, by móc zamieszkać blisko grobu męża.

—–

Liścik Josefa do Maniji: „Spotkanie z Tobą to moje życie, rozstanie z Tobą to moja śmierć”/fot. Marcin Ogdowski