Wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin

Na początek…

Hasło „bez kamuflażu” kojarzy się z tematyką militarną. I słusznie – mój blog w dużej mierze poświęcony będzie wojskowości i wojnie. Tej ostatniej także w formie bezpośredniej, reporterskiej relacji. Ale jako socjologa i osobę o politologicznym zacięciu w niewiele mniejszym stopniu interesują mnie bieżące wydarzenia polityczne i istotne problemy społeczne. O nich również zamierzam pisać. Z jakiej perspektywy? Myślę, że najlepszą odpowiedzią na to pytanie będzie poniższe credo. A zatem…

Choć pisaniem o wojsku i wojnie zajmuję się już kilkanaście lat, wciąż pozostaję pacyfistą. Lecz daleko mi do durnych komentarzy typu – „a po co nam żołnierze?”. Uważam za rozsądne twierdzenie: „chcesz pokoju, szykuj się do wojny”, wspierając inicjatywy, których celem jest zbudowanie silnej armii.

Dźwięk „Mazurka Dąbrowskiego” wywołuje fizyczne reakcje mojego ciała – ciarki, przełykanie śliny, gwałtowniejsze bicie serca; nie ogarniam biologii na tyle, by precyzyjnie określić owe stany. Wiem jednak, że jest to efekt treningu kulturowego, który – odpowiednio często stosowany – przynosi efekty organiczne. „Wdrukowuje” reakcje i postawy. Takie jak patriotyzm.

Kiedyś, w Afganistanie, brodaci panowie niemal odstrzelili mi głowę, gdy spróbowałem rozprostować owinięta wokół anteny biało-czerwoną flagę. Bo chciałem, by dumnie powiewała nad wozem. Żeby nie było – próba rozwinięcia proporczyka to nie patriotyzm; to bezmyślna reakcja, będąca wszak konsekwencją „wdrukowanego” szacunku do narodowych symboli. Cóż, człowiek w uczuciach bywa niemądry.

Bo i owszem – czuję się patriotą, choć proszę mnie nie utożsamiać z tymi, którzy najgłośniej o Polsce – zwłaszcza „Polsce dla Polaków” – krzyczą. Marzy mi się społeczeństwo demokratyczne, stąd mój opór wobec prawicowego oszołomstwa. Ogarniętego rządzą władzy dla władzy. Gotowego – dla jej zdobycia – na nobilitację stadionowych bandytów. I zarządzania w oparciu o konflikt – o dzielenie, wykluczanie rozmaitych grup społecznych.

Brzydzą mnie nacjonalizm, rasizm czy homofobia – dzielenie ludzi na lepszych i gorszych nigdy nie przyniosło niczego dobrego. I ma charakter wybitnie eskalacyjny – bo dziś bijemy gejów, jutro Żydów, a pojutrze zabierzemy się za niebieskookich. Nie tędy droga.

Nie jestem zwolennikiem idei „wszystkim po równo” i drażni mnie nadmierne rozdawnictwo pod hasłem pomocy społecznej. Niemniej uważam, że idea solidaryzmu społecznego ma sens. Godzę się w jego imieniu na wysokie składki obciążające moje wynagrodzenie, oczekując, że gdy podwinie mi się noga, uzyskam wsparcie państwa. Jak każdy uczciwie pracujący człowiek. To oczywiście bardziej ideał niż funkcjonujące rozwiązanie, ale nie tracę nadziei, że z czasem będzie lepiej.

Jako ateista odrzucam transcendencję, postrzegając religię w kategoriach funkcjonalnych. Dla mnie to mechanizm, który w obliczu deficytu samokontroli pozwala nam okiełznać naszą skłonną do przemocy naturę. Dzięki niemu zamiast się zabijać, zaczęliśmy tworzyć coraz bardziej skomplikowane struktury społeczne.

Czasem jednak ów mechanizm zawodzi, nabierając cech zupełnie przeciwnych, ujawniając największą słabość religii. Gdy produkowany przez nią system wartości daje łatwe usprawiedliwienia dla najgorszych podłości. Świadomość, iż dzieje się tak za sprawą instrumentalnego podejścia do religii jej „funkcjonariuszy”, czyni ze mnie zdeklarowanego antyklerykała.

Oto elementy mojego światopoglądu, które będą miały wpływ na to, co tutaj napiszę. Szczerze, bez owijania w bawełnę.

Bez kamuflażu.

Zapraszam!

—–

Autoportret wykonany jesienią 2013 r. w Afganistanie, w prowincji Ghazni