Wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin

Zaplecze

Wieści płynące z Ukrainy nie są najlepsze. Po tygodniach względnego spokoju walki rozgorzały z całą mocą – najcięższe na przedpolach Doniecka i położonego na południu Mariupola.

Pierwotnie zamierzaliśmy jechać w okolice stolicy Donbasu – do słynnych już Pisków, stanowiących zaplecze dla sił ukraińskich broniących tamtejszego lotniska. Ale co najmniej od wczoraj port lotniczy w Doniecku jest już w rękach separatystów. Oficjalne komunikaty głoszą co prawda, że „część budynków i część terytorium lotniska wciąż pozostaje pod kontrolą ukraińskich żołnierzy”, zdaje się jednak, że mają one charakter pobożno-życzeniowy.

Nie wiem, czy uda nam się sprawdzić to na miejscu. Rejon Pisków, póki co, zamknięto dla dziennikarzy.

Niewykluczone zatem, że udamy się na południowy odcinek frontu – w okolice nadmorskiego Mariupola.

Tak czy inaczej najpierw musimy zjawić się w Kramatorsku, by odebrać akredytacje, które pozwolą nam poruszać się po tzw.: ATO, strefie działań antyterrorystycznych.

Trzymajcie kciuki za możliwość relacji na bieżąco. W Afganistanie najdłuższy i najtrudniejszy wyjazd w teren kończył się powrotem do którejś z baz ISAF, gdzie funkcjonowała cała niezbędna infrastruktura. Na Ukrainie, w rejonach ogarniętych wojną, „szukanie” Internetu może się okazać zadaniem zbyt karkołomnym. Ba, wyłożyć można się na czymś bardziej prozaicznym – na braku prądu. Warunki, w jakich żyją ukraińscy żołnierze, bliższe są drugowojennym – imponujące zaplecze Zachodu to dla tamtejszej armii wciąż pieśń przyszłości.

Ale w jednym są bardziej do przodu – na maila o przyznaniu akredytacji czekałem zaledwie kilka godzin. Urzędnikom z kwatery głównej ISAF w Kabulu zajmowało to zwykle kilka dni.

Można? Można ;)

—–

Fot. Michał Zieliński

Kamizelki

– No lepszego schowka dla tego waszego sprzętu to nie mogłeś znaleźć… – wyrzut w głosie córki był wyraźny. – Chciałam sobie poczytać w tym miejscu – mówiła do słuchawki, mając na myśli wolną przestrzeń pod piętrowym łóżkiem w jej własnym pokoju. – Ehh – westchnęła.

Parę godzin wcześniej odłożyłem tam kilka ciężkich toreb – w każdej po hełmie i kamizelce – uznając, że „sektor Magdy” jest najbezpieczniejszym miejscem w domu. Bałem się, że wykonane z jakiegoś skóropodobnego tworzywa worki przyciągną uwagę psów, które – w przeszłości – rozpakowały zębami już niejeden zostawiony samopas pakunek. Kamizelka z wkładem balistycznym czy kevlarowy hełm mogłyby nie być godnym wyzwaniem, ale z drugiej strony – kto tam drani wie? Zamknąłem więc pokój córki i pojechałem do pracy.

– Przeniosłaś je gdzie indziej? – spytałem, wizualizując sobie próby przepchania toreb w wykonaniu rozeźlonej dwunastolatki.

– No nie, za ciężkie – usłyszałem w odpowiedzi. – Zresztą, niech sobie wygodnie leżą. One mają ci uratować życie…

Westchnąłem. Wygodnie, czyli na leżącym pod łóżkiem materacu. Wzruszyło mnie to magiczne myślenie i świadomość, że jego źródłem jest dziecięca troska.

– Przepraszam, wrócę do domu i przeniosę te torby gdzie indziej – powiedziałem tylko, kończąc rozmowę.

Ale jej przebieg spowodował, że znów zacząłem się zastanawiać nad pewną kwestią. A mianowicie – pakować kamizelkę do bagażu głównego, czy zakładać na siebie? Jeśli na siebie, to co się stanie na lotnisku, podczas odprawy? Jako dziennikarz mam prawo do wyjazdu za granicę w sprzęcie ochronnym, ale czy czterech oszpejonych gości nie będzie dla lotniskowych służb zbyt wielkim wyzwaniem? A dla pasażerów? Hmm…

Jedenaście kilogramów kłopotów.

Ale bez nich ani rusz.

– Wiesz – mówił mi kilka dni temu dziennikarz, który właśnie wrócił do Polski. – Ludzie tam łatwo i szybko pociągają za spust. A jak dostaniesz z dwanaście-przecinek-siedem, to żadna kamizelka czy hełm cię nie uratuję. Ale ostrzały artyleryjskie są tak częste, że warto się zabezpieczyć przed odłamkami.

W rzeczy samej. Tak czy inaczej czeka nas więc wielbłądzia dola – w drodze na wschodnią Ukrainę.

—–

Tym razem sprawdzanie intrygujących toreb odbyło się pod kontrolą. Ale wczoraj, pod moją nieobecność w domu, mogło być różnie ;)/fot. Marcin Ogdowski

Na początek…

Hasło „bez kamuflażu” kojarzy się z tematyką militarną. I słusznie – mój blog w dużej mierze poświęcony będzie wojskowości i wojnie. Tej ostatniej także w formie bezpośredniej, reporterskiej relacji. Ale jako socjologa i osobę o politologicznym zacięciu w niewiele mniejszym stopniu interesują mnie bieżące wydarzenia polityczne i istotne problemy społeczne. O nich również zamierzam pisać. Z jakiej perspektywy? Myślę, że najlepszą odpowiedzią na to pytanie będzie poniższe credo. A zatem…

Choć pisaniem o wojsku i wojnie zajmuję się już kilkanaście lat, wciąż pozostaję pacyfistą. Lecz daleko mi do durnych komentarzy typu – „a po co nam żołnierze?”. Uważam za rozsądne twierdzenie: „chcesz pokoju, szykuj się do wojny”, wspierając inicjatywy, których celem jest zbudowanie silnej armii.

Dźwięk „Mazurka Dąbrowskiego” wywołuje fizyczne reakcje mojego ciała – ciarki, przełykanie śliny, gwałtowniejsze bicie serca; nie ogarniam biologii na tyle, by precyzyjnie określić owe stany. Wiem jednak, że jest to efekt treningu kulturowego, który – odpowiednio często stosowany – przynosi efekty organiczne. „Wdrukowuje” reakcje i postawy. Takie jak patriotyzm.

Kiedyś, w Afganistanie, brodaci panowie niemal odstrzelili mi głowę, gdy spróbowałem rozprostować owinięta wokół anteny biało-czerwoną flagę. Bo chciałem, by dumnie powiewała nad wozem. Żeby nie było – próba rozwinięcia proporczyka to nie patriotyzm; to bezmyślna reakcja, będąca wszak konsekwencją „wdrukowanego” szacunku do narodowych symboli. Cóż, człowiek w uczuciach bywa niemądry.

Bo i owszem – czuję się patriotą, choć proszę mnie nie utożsamiać z tymi, którzy najgłośniej o Polsce – zwłaszcza „Polsce dla Polaków” – krzyczą. Marzy mi się społeczeństwo demokratyczne, stąd mój opór wobec prawicowego oszołomstwa. Ogarniętego rządzą władzy dla władzy. Gotowego – dla jej zdobycia – na nobilitację stadionowych bandytów. I zarządzania w oparciu o konflikt – o dzielenie, wykluczanie rozmaitych grup społecznych.

Brzydzą mnie nacjonalizm, rasizm czy homofobia – dzielenie ludzi na lepszych i gorszych nigdy nie przyniosło niczego dobrego. I ma charakter wybitnie eskalacyjny – bo dziś bijemy gejów, jutro Żydów, a pojutrze zabierzemy się za niebieskookich. Nie tędy droga.

Nie jestem zwolennikiem idei „wszystkim po równo” i drażni mnie nadmierne rozdawnictwo pod hasłem pomocy społecznej. Niemniej uważam, że idea solidaryzmu społecznego ma sens. Godzę się w jego imieniu na wysokie składki obciążające moje wynagrodzenie, oczekując, że gdy podwinie mi się noga, uzyskam wsparcie państwa. Jak każdy uczciwie pracujący człowiek. To oczywiście bardziej ideał niż funkcjonujące rozwiązanie, ale nie tracę nadziei, że z czasem będzie lepiej.

Jako ateista odrzucam transcendencję, postrzegając religię w kategoriach funkcjonalnych. Dla mnie to mechanizm, który w obliczu deficytu samokontroli pozwala nam okiełznać naszą skłonną do przemocy naturę. Dzięki niemu zamiast się zabijać, zaczęliśmy tworzyć coraz bardziej skomplikowane struktury społeczne.

Czasem jednak ów mechanizm zawodzi, nabierając cech zupełnie przeciwnych, ujawniając największą słabość religii. Gdy produkowany przez nią system wartości daje łatwe usprawiedliwienia dla najgorszych podłości. Świadomość, iż dzieje się tak za sprawą instrumentalnego podejścia do religii jej „funkcjonariuszy”, czyni ze mnie zdeklarowanego antyklerykała.

Oto elementy mojego światopoglądu, które będą miały wpływ na to, co tutaj napiszę. Szczerze, bez owijania w bawełnę.

Bez kamuflażu.

Zapraszam!

—–

Autoportret wykonany jesienią 2013 r. w Afganistanie, w prowincji Ghazni