Wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin

Łada

Surrealizm. Takie poczucie towarzyszyło mi, gdy stałem przed bankomatem wmontowanym w ścianę dworca autobusowego w Artiomowsku. Wkładałem kartę do urządzenia, gdy rozległy się pierwsze wystrzały. Spojrzałem za siebie, dostrzegając przechodniów niezrażonych odgłosem artyleryjskiej salwy.

– Nasi pracują – skomentował stojący za mną w kolejce żołnierz. – Pospieszcie się, proszę – powiedział, patrząc mi w oczy. – Musimy zaraz jechać – wskazał głową na dwóch swoich kolegów opartych o maskę UAZ-a.

– Jasne – odrzekłem i zacząłem wbijać kod, ponownie słysząc charakterystyczny odgłos. Ukraińska artyleria musiała być gdzieś w okolicy miasta. I, zdaje się, była bardzo zapracowana.

Z hrywnami w portfelu wróciłem do chłopaków, którzy zajęli się organizacją transportu do oddalonego o trzydzieści kilometrów miasta Popasna. Od kilku dni intensywnie ostrzeliwanego przez separatystów. Jeszcze poprzedniego dnia jeździły tam autobusy, ale gdy dotarliśmy do Artiomowska okazało się, że komunikacja w tamtą stronę została wstrzymana.

– Facet jednak zrezygnował – Rafał miał na myśli taksówkarza, który kilka minut wcześniej, jako jedyny spośród kilku mężczyzn, zgodził się z nami pojechać. Oczywiście za większą niż standardowa opłatą.

– Dorzucę wam jeszcze dwieście hrywien – młoda kobieta z dwiema kilkuletnimi dziewczynkami patrzyła błagalnie na taksiarza. Chciała dopłacić do naszego kursu, by w drodze powrotnej kierowca wywiózł z niebezpiecznego miasteczka jej przyjaciółkę.

– Ni-chuja! – taksówkarz był już zdecydowany. – Droga ostrzeliwana, boję się.

– Ehh… – kobieta machnęła ręką i odwróciła się na pięcie. Śledziłem ją wzrokiem przez jakiś czas, po czym podszedłem do pobliskiej budy z jedzeniem i kawą. Poprosiłem o cappuccino i gdy mieszałem drewnianym patykiem spienioną zawartość papierowego kubka, w oddali znów zagrzmiała artyleria.

– Dobra kawa? – babuszka z kramiku obdarzyła mnie przyjaznym spojrzeniem.

– Dobra – skrzywiłem usta w uśmiechu, choć po głowie pętała mi się natrętna myśl. „Kompletny, kurwa, surrealizm”.

*         *         *

Taksówkarz pozostał nieugięty, ale ostatecznie dał się przekonać do pomysłu, by podrzucić nas na podmiejski blok-post. „Może uda nam się zabrać z jakąś wojskową kolumną” – kalkulowaliśmy, słysząc wcześniej, że Ukraińcy koncentrują w tym rejonie znaczne siły. Wsiedliśmy więc do rozklekotanej wołgi i kilkanaście minut później zatrzymaliśmy się na posterunku przecinającym jedną z wylotówek.

– Spokojnie, jakoś wam pomożemy – dowódca blok-postu, wielki facet z AKS-74, chwilę wcześniej nie był tak pozytywnie nastawiony. Zdenerwowały go nasze aparaty i kamera; dobitnie dał nam do zrozumienia, że nie wolno nam robić zdjęć i filmować. – Na pewno chcecie tam jechać? – spytał. – Droga niebezpieczna. Popasna pod ogniem. Walą moździerze, walą grady. Ludzie stamtąd uciekają.

Jak na zawołanie pod blok-post podjechał wypełniony po dach – dosłownie – moskwicz. Ciągnący zabudowaną częściowo przyczepkę z dwoma żywymi prosiakami w środku. Z tyłu wiekowego auta siedziała najwyżej trzydziestoletnia kobieta z maleńkim dzieckiem na ręku. Jej smutna, pełna rezygnacji twarz sprawiła, że przeszły mnie dreszcze.

– Zastanówcie się – oficer chyba pożałował swojej wcześniejszej deklaracji i teraz starał się nas zniechęcić.

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu do rozmyślań.

– On jedzie do Popasna! – krzyknął jeden z żołnierzy, który chwilę wcześniej zaczął kontrolować starą ładę.

Hmm… Byłem przekonany, że droga do miasteczka została zamknięta. A my pojedziemy z wojskiem.

– Nie można mu zabronić – dowódca blok-postu jakby czytał moje myśli. – Ale on może was zabrać.

Wsiedliśmy więc do łady, czując się trochę głupio, mając wrażenie, że jej właściciel został zmuszony do podróży z intruzami.

– Naprawdę możemy z wami jechać? – zapytał jeden z nas. Mężczyzna po sześćdziesiątce – chyba inwalida, wnioskując pod znaczku na przedniej szybie – pokiwał tylko głową.

– A nie boicie się? – drążyliśmy. – Separatystów…?

– A chuj z nimi wszystkimi! – kierowca machnął prawą ręką. – Co mam zrobić? Do domu nie jechać? Ja tu u siebie jestem.

I wystartował niczym rakieta, mknąc po oblodzonej drodze.

—–

Ostrzelana posesja na drodze między Słowiańskiem a Artiomowskiem/fot. Michał Zieliński

Fotoradar

Piękne, długonogie dziewczyny zalotnie spoglądały znad szklanek wypełnionych kolorowymi drinkami. Wystrojone, z nienagannym makijażem, wyglądały jakby szły na pierwszą randkę. Nienachalny, elegancki wręcz wystrój klubu tylko podkreślał wyjątkowość i odświętność całego zdarzenia. Tymczasem nie działo się nic nadzwyczajnego – ot, sobotni wieczór w modnej pizzerni w Kramatorsku. Wesoła muzyka, dobre jedzenie, nienajgorszy alkohol.

Bal na „Titanicu”? Być może. Powstańcy przygotowują się do zamknięcia klina, wżynającego się w ich tereny. Kramatorsk co prawda znajduje się nieco wyżej, ale pewności nie ma, że miasto nie znajdzie się w zasięgu ofensywy. Smutna statystka ostatnich dziewięciu dni zdaje się potwierdzać rozmach, z jakim działają separatyści. Według danych ONZ, w tym czasie na wschodzie Ukrainy zginęło niemal 300 osób, w większości, niestety, cywilów.

Kramatorsk już był pod władaniem separatystów – latem 2014 roku, wraz z nieodległym Słowiańskiem, został odbity przez armię ukraińską. Przejeżdżając przez miasto nie widzieliśmy śladów toczonych tu walk, ale hotel, w którym się zatrzymaliśmy, w dużej mierze został zajęty przez wojsko. Tak naprawdę mieliśmy sporo szczęścia, że udało nam się znaleźć wolny pokój.

Do Kramatorska przywiózł nas Ilja – taksówkarz z Dniepropietrowska. W jego rozklekotanym lanosie spędziliśmy bite sześć godzin. Mając wrażenie, że nasze tyłki szorują po podłej, pełnej dziur jezdni. Trzech mężczyzn z tyłu, pasażer i kierowca z przodu – na każdym blok-poście (jak tutaj nazywa się punkty kontrolne obsadzone przez wojsko i milicję), zwracaliśmy na siebie uwagę. Co zwykle oznaczało konieczność opuszczenia auta i okazania paszportów.

Już niemal u kresu podróży – tuż po tym, jak przejechaliśmy kilkanaście kilometrów wzdłuż linii frontu – natknęliśmy się na lotny patrol drogówki.

– Tu Ukraina, tam DRL – tłumaczył nam milicjant, wskazując drogę odbijającą w prawą stronę. Po czym wrócił do zatrzymanego wcześniej samochodu na lokalnych numerach rejestracyjnych. W tym czasie jego kolega zwijał rozstawiony na trójnogu przenośny fotoradar…

—–

W lanosie było tak zimno, że szyby zamarzły od wewnątrz…/fot. Michał Zieliński

Studzienka

Jeszcze w czwartek wieczorem, gdy odprawiałem się przez Internet, samolot Ukrainian International Airlines był tylko w niewielkim stopniu obłożony. Bez trudu wybrałem sobie inne miejsce niż proponowane przez system (wskazując rzecz jasna rząd trzynasty), chłopakom zaś na Facebooku napisałem:

„Mamy prawie całą maszynę dla siebie. Będziemy się gonić po pokładzie”.

„Wojna” – tłumaczyłem sobie taki stan rzeczy. „Komu chce się tam latać?”. Zwłaszcza, że pod koniec tygodnia z Warszawy do Kijowa latają zwykle Ukraińcy pracujący w Polsce. A nie jest żadną tajemnicą, że wielu spośród nich nie garnie się do wojska. Wolą więc nie wracać do domów, by nie otrzymać wezwania, co po niedawnym ogłoszeniu kolejnej mobilizacji stało się dużo bardziej prawdopodobne.

Tymczasem samolot był niemal pełen, choć rzeczywiście – męskich rówieśników nie znalazłem zbyt wielu.

Obok mnie siedziała młoda matka z najwyżej czteroletnim brzdącem. Strasznie przejętym lotem. Widząc ich ukraińskie paszporty na chwilę zrobiło mi się smutno. „Ja pewnie leciałbym z dzieckiem w drugą stronę, starając się wywieźć je w bezpieczniejsze miejsce” – myślałem. „Tylko że ja mam ‘lepszy’ paszport…”.

Zaraz jednak zganiłem się za takie myśli. Za niepotrzebne wkręcanie się w wojenną retorykę. W Kijowie, dokąd leciała ta para, jest przecież spokojnie – wojna toczy się gdzieś daleko.

Także w oddalonym o kilkaset kilometrów od stolicy Dniepropietrowsku – do którego dotarliśmy wczoraj późnym wieczorem – konflikt wydaje się być odległym bytem.

– Strasznie tu ciemno – zauważyłem, gdy opuściliśmy lokalny terminal.

– Wygląda, jakby mieli jakieś zaciemnienie – dodał Michał, najmłodszy członek naszej wyprawy. – To możliwe?

– Nie, nie – Ziemowit, znający Ukrainę na wylot, uśmiechnął się. – To normalne tutaj.

No cóż, po niemal milionowym europejskim mieście spodziewałem się większej iluminacji.

Nie zawiodło mnie za to ścisłe centrum. Co prawda tuż przed północą większość lokali była już zamknięta, ale młodzi ludzie specjalnie się tym nie przejmowali, pijąc wódkę i imprezując na ulicy. Głośno i radośnie.

Minąwszy jedną z takich grupek, stanąłem zaintrygowany widokiem zarwanej na dobre trzydzieści centymetrów studzienki kanalizacyjnej. Choć po ulicy wciąż poruszały się samochody, dziury nikt nie zasłonił, nie postawiono żadnego znaku ostrzegawczego. Ktoś, po prostu, włożył w otwór oponę – pionowo, tak, by jej część wystawała ponad poziom jezdni.

Pomysłowa improwizacja. Wręcz alegoryczna – gdyby odnieść ją do stanu współczesnej Ukrainy.

—–

To zdjęcie zrobiłem dwa dni później, w okolicach Słowiańska, gdzie obok wysadzonego przez rebeliantów mostu, armia zbudowała pontonową przeprawę. Wydaje mi się, iż ta fotografia ma niemniej symboliczną wymowę niż wspomniana opona w studzience/fot. Marcin Ogdowski

Zaplecze

Wieści płynące z Ukrainy nie są najlepsze. Po tygodniach względnego spokoju walki rozgorzały z całą mocą – najcięższe na przedpolach Doniecka i położonego na południu Mariupola.

Pierwotnie zamierzaliśmy jechać w okolice stolicy Donbasu – do słynnych już Pisków, stanowiących zaplecze dla sił ukraińskich broniących tamtejszego lotniska. Ale co najmniej od wczoraj port lotniczy w Doniecku jest już w rękach separatystów. Oficjalne komunikaty głoszą co prawda, że „część budynków i część terytorium lotniska wciąż pozostaje pod kontrolą ukraińskich żołnierzy”, zdaje się jednak, że mają one charakter pobożno-życzeniowy.

Nie wiem, czy uda nam się sprawdzić to na miejscu. Rejon Pisków, póki co, zamknięto dla dziennikarzy.

Niewykluczone zatem, że udamy się na południowy odcinek frontu – w okolice nadmorskiego Mariupola.

Tak czy inaczej najpierw musimy zjawić się w Kramatorsku, by odebrać akredytacje, które pozwolą nam poruszać się po tzw.: ATO, strefie działań antyterrorystycznych.

Trzymajcie kciuki za możliwość relacji na bieżąco. W Afganistanie najdłuższy i najtrudniejszy wyjazd w teren kończył się powrotem do którejś z baz ISAF, gdzie funkcjonowała cała niezbędna infrastruktura. Na Ukrainie, w rejonach ogarniętych wojną, „szukanie” Internetu może się okazać zadaniem zbyt karkołomnym. Ba, wyłożyć można się na czymś bardziej prozaicznym – na braku prądu. Warunki, w jakich żyją ukraińscy żołnierze, bliższe są drugowojennym – imponujące zaplecze Zachodu to dla tamtejszej armii wciąż pieśń przyszłości.

Ale w jednym są bardziej do przodu – na maila o przyznaniu akredytacji czekałem zaledwie kilka godzin. Urzędnikom z kwatery głównej ISAF w Kabulu zajmowało to zwykle kilka dni.

Można? Można ;)

—–

Fot. Michał Zieliński

Kamizelki

– No lepszego schowka dla tego waszego sprzętu to nie mogłeś znaleźć… – wyrzut w głosie córki był wyraźny. – Chciałam sobie poczytać w tym miejscu – mówiła do słuchawki, mając na myśli wolną przestrzeń pod piętrowym łóżkiem w jej własnym pokoju. – Ehh – westchnęła.

Parę godzin wcześniej odłożyłem tam kilka ciężkich toreb – w każdej po hełmie i kamizelce – uznając, że „sektor Magdy” jest najbezpieczniejszym miejscem w domu. Bałem się, że wykonane z jakiegoś skóropodobnego tworzywa worki przyciągną uwagę psów, które – w przeszłości – rozpakowały zębami już niejeden zostawiony samopas pakunek. Kamizelka z wkładem balistycznym czy kevlarowy hełm mogłyby nie być godnym wyzwaniem, ale z drugiej strony – kto tam drani wie? Zamknąłem więc pokój córki i pojechałem do pracy.

– Przeniosłaś je gdzie indziej? – spytałem, wizualizując sobie próby przepchania toreb w wykonaniu rozeźlonej dwunastolatki.

– No nie, za ciężkie – usłyszałem w odpowiedzi. – Zresztą, niech sobie wygodnie leżą. One mają ci uratować życie…

Westchnąłem. Wygodnie, czyli na leżącym pod łóżkiem materacu. Wzruszyło mnie to magiczne myślenie i świadomość, że jego źródłem jest dziecięca troska.

– Przepraszam, wrócę do domu i przeniosę te torby gdzie indziej – powiedziałem tylko, kończąc rozmowę.

Ale jej przebieg spowodował, że znów zacząłem się zastanawiać nad pewną kwestią. A mianowicie – pakować kamizelkę do bagażu głównego, czy zakładać na siebie? Jeśli na siebie, to co się stanie na lotnisku, podczas odprawy? Jako dziennikarz mam prawo do wyjazdu za granicę w sprzęcie ochronnym, ale czy czterech oszpejonych gości nie będzie dla lotniskowych służb zbyt wielkim wyzwaniem? A dla pasażerów? Hmm…

Jedenaście kilogramów kłopotów.

Ale bez nich ani rusz.

– Wiesz – mówił mi kilka dni temu dziennikarz, który właśnie wrócił do Polski. – Ludzie tam łatwo i szybko pociągają za spust. A jak dostaniesz z dwanaście-przecinek-siedem, to żadna kamizelka czy hełm cię nie uratuję. Ale ostrzały artyleryjskie są tak częste, że warto się zabezpieczyć przed odłamkami.

W rzeczy samej. Tak czy inaczej czeka nas więc wielbłądzia dola – w drodze na wschodnią Ukrainę.

—–

Tym razem sprawdzanie intrygujących toreb odbyło się pod kontrolą. Ale wczoraj, pod moją nieobecność w domu, mogło być różnie ;)/fot. Marcin Ogdowski