IMG_20150418_142347

Blokada

Skutkiem wspomnianej blokady były nie tylko braki w restauracyjnym menu – miała ona dużo poważniejsze konsekwencje. Już krótki spacer po mieście pozwalał zauważyć, że większość aptek została zamknięta z powodu braku medycznego asortymentu.

– Te, które działają, jadą na zapasach, przemycie z Ukrainy i na poły nielegalnym imporcie z Rosji. Lada moment władze republiki (DRL – dop. MO) mają wprowadzić przepisy, regulujące zasady sprowadzania leków z Rosji – zapewniała Ola, młoda prawniczka, jak sama o sobie mówiła „w pierwszym rzędzie Donieczczanka”.

Czy to pozwoli uniknąć dramatycznych sytuacji, o których wspominali inni mieszkańcy miasta, mówiący o cierpiących pacjentach, czy wręcz przedwczesnych zgonach? Ci, którzy nie otrzymają leków od działających w Doniecku organizacji humanitarnych, wciąż będą mieli problem. Dwa tysiące hrywien emerytury – wypłacanej po siedmiomiesięcznej przerwie od kwietnia br. – może nie starczyć na niezbędne wydatki. W porównaniu z zeszłym rokiem ceny w Doniecku wzrosły 2-3 krotnie, osiągając poziom podobny do cen w Polsce. A owe dwa tysiące to zaledwie 330 złotych…

Za MacDonaldami nie tęsknimy

– Chleba nam nie zabraknie – Kola, posiadacz imponującej baterii złotych zębów, oznajmił to w sposób niemal triumfalny. W Doniecku próżno było szukać czynnego MacDonalda czy KFC – wszystkie zabito dechami, podobnie jak zachodnie sieciówki odzieżowe i salony samochodowe. I chociaż lokalne sklepy w dużej części świeciły pustkami, podstawowych towarów żywnościowych nie brakowało.

– Katastrofy humanitarnej nie będzie – zapewniał mnie Denis Puszylin, premier separatystycznej republiki. – A za MacDonaldami nie tęsknimy – mamy swoje, lepsze jedzenie i restauracje.

Przytaknąłem (sam mając wyrobione zdanie na temat oferty fast foodów), choć zaraz przypomniałem sobie afisz przed jednym z donieckich kin – i moje zdziwienie, gdy zapoznałem się z repertuarem, w którym nie brakowało nowych europejskich i amerykańskich produkcji.

– Kopie są oczywiście nielegalne – odpowiedziała bez ogródek jedna z pracownic kina. – Sankcje sankcjami, ale ludzie chcą oglądać zachodnie filmy. Teraz chyba nawet bardziej.

Lecz o tym, że mogli je oglądać, donieczczanie nie dowiedzieli się z wielkich bilbordów. Te albo straszyły resztkami starych reklam, albo zachęcały do „wypełnienia patriotycznego obowiązku” i wstępowania w szeregi „Wostoka”. Po drugiej, ukraińskiej stronie, w podobny sposób zachęcano do wstępowania do batalionów ochotniczych. I tu, i tam bilbordy były znakiem czasu – dowodem, że donbaska wojna weszła w fazę konfliktu przewlekłego. Strumień ochotników – wartki na początku, gdy wszystkie rozwiązania były jeszcze możliwe – nieubłaganie wysychał, należało więc sięgnąć po sprawdzone metody propagandowe.

„Donieccy” poszli dalej, patos zastępując humorem. Nawet ja uśmiechnąłem się pod nosem, widząc plakat rekrutacyjny, przedstawiający potężny T-72 i hasło: „przygarnij swój własny czołg”. Kilka dni później już nie było mi do śmiechu, gdy na jednym z takich plakatów przeczytałem odręczny dopisek: „A ja mam w dupie wasze czołgi. Chcę pokoju”. To również był znak czasu…

—–

Centrum Doniecka, kwiecień 2015/fot. Marcin Ogdowski