Archiwum kategorii: Społeczeństwo

Lojalność

Mężczyzna ze zdjęcia ma moje oczy, mój nos, moje usta, moje kości policzkowe. Można więc przyjąć, że tak wyglądałbym w mundurze, gdybym urodził się pod koniec XIX wieku.

To mój pradziad, żołnierz armii niemieckiej, zmobilizowany w czasie I wojny światowej, wysłany na front zachodni. Odznaczony Żelaznym Krzyżem, ciężko ranny, zdaje się, że nad Sommą. Mimo poważnych obrażeń nie wrócił do domu przed końcem walk. Aż do listopada 1918 roku służył w oddziałach pogrzebowych – zwoził trupy z bitewnych pól.

Wiele dekad później jego córka opowiadała mi zasłyszane od ojca historie. Jedna z nich utkwiła szczególnie w mojej pamięci. Pradziad powoził i czasem, spod sterty ciał rzuconych na wóz, dochodziły go ludzkie jęki – gdy wzięty za zabitego żołnierz nagle odzyskiwał przytomność. Zwalało się wtedy wszystkie trupy, by wyciągnąć jęczącego. Czasem w ten sposób ratowano stracone już, zdawałoby się, człowiecze istnienie.

Jeden z takich cudem ocalonych został pradziadowym przyjacielem – wiele, wiele lat później żegnał go na pogrzebie, dziękując za dar długiego życia. Spędzonego nie tak jak mój przodek, w Polsce, ale w Niemczech.

Gdy wybuchła kolejna wojna, syn pradziada, w ciągu niespełna roku, z wcielonego pod przymusem żołnierza armii niemieckiej, zmienił się w żołnierza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Dziś, gdyby nastał kolejny konflikt, ja założyłbym mundur Wojska Polskiego. Bo lojalność wobec bytów politycznych jest rzeczną umowną, zmienną – nikt nie rodzi się Niemcem czy Polakiem. Ostatecznie sam potwierdza swoją przynależność etniczną, gdy jest już dorosłym człowiekiem. Wszyscy za to – bez względu na paszportowe etykiety – mamy dość empatii, by w najbardziej skurwiałych okolicznościach wykrzesać z siebie ludzkie odruchy.

Ufam, że to one zwyciężą, że wezmą górę nad oszalałymi nacjonalizmami, które znów podnoszą łby. Nie bez powodu wyrażam tę nadzieję dziś, w 72. rocznicę zakończenia II wojny światowej, która dobitnie pokazała, czym jest wiara w wyjątkowość „własnego” narodu…

pradziad

Rocznica

Trzy lata temu na Ukrainie zaczęło się zabijanie. Ówczesna władza postanowiła przy użyciu broni palnej rozprawić się z protestującymi na Majdanie. Padli pierwsi zabici.

Z czasem konflikt przeniósł się na wschód Ukrainy, z zamieszek przekształcając się w krwawą wojnę domową, inspirowaną przez rosyjskiego sąsiada.

Jakkolwiek mocno „wyhamowała”, ta wojna wciąż trwa. Wciąż giną na niej ludzie.

Przyglądam się jej od początku. Najpierw za pośrednictwem mediów i relacji moich kolegów po fachu. Mieliśmy w redakcji człowieka, który specjalizował się w postradzieckim wschodzie, nie był to więc „mój” temat. A i czas był taki, że musiałem odpocząć po Afganistanie, który naprawdę dał mi w kość. Jednak od początku 2015 roku Ukraina stała się i moim osobistym doświadczeniem. Chyba ważniejszym niż Afganistan, choć nie czas i miejsce, by o tym pisać.

Chcę bowiem zwrócić uwagę na co innego.

To zdjęcie zrobiłem latem 2015 roku, w zrujnowanym domu na linii frontu pod Mariupolem. Nie wiem, kto splądrował domostwo, ale nie zostało w nim nic cennego w materialnym tego słowa znaczeniu. Za to wszędzie walały się osobiste rzeczy właścicieli – ciuchy, zabawki i fotografie.

Popołudnie było spokojne – walki rozgorzały dopiero wieczorem. Zebrałem więc zdjęcia z podłogi i zacząłem je oglądać. Nie było na nich nic szczególnego – ot, zwyczajne życie nieco lepiej sytuowanych Ukraińców.

Nie znam losów kobiety z fotografii, nie mam pojęcia czy przeżyła wojenną zawieruchę. Ale patrząc na jej uśmiechniętą buzię, poczułem ściskający gardło żal. To było zdjęcie ze „starych, dobrych czasów”, sprzed dramatu, po którym nic już nie może być takie samo.

Daleki jestem od skrajnie złowróżebnych scenariuszy, tyczących się nas, Polaków. Jednak od wielu miesięcy patrzę w przyszłość z niepokojem, widząc w niej zagrożenie. Nie dla pozycji „lemingów”, „gorszego sortu”, „bydła oderwanego od koryta”, lecz dla wszystkich. I nie tylko w materialnym wymiarze. Dawno nie byliśmy tak podzieleni, a w geopolitycznym układzie sił tak osamotnieni. Świat zaś dawno nie był tak nieobliczalny.

Mówiąc wprost, boję się trochę, że za jakiś czas, ktoś, na gruzach mojego domu, będzie oglądał moje zdjęcia ze „starych, dobrych czasów”. Nie mogąc w żaden sposób ustalić, gdzie podziałem się ja i moi bliscy.

Takie myśli łażą mi po głowie w rocznicę ukraińskiego Majdanu.

Pokój

Lokalne władze dogadały się z armią i transporty ludzi oraz sprzętu odbywają się tylko nocą. Za dnia wojskowych na ulicach prawie nie widać. Nie zmienia to faktu, że Mariupol to przyfrontowe miasto. Gdy kilkanaście kilometrów dalej, na wschodzie, zaczyna bić artyleria, odgłosy wystrzałów i wybuchów niosą się pośród budynków. I choć na nikim nie robią już większego wrażenia, wojnę czuć tutaj bardziej niż atmosferę zbliżających się świąt.

Miasto w większości zamieszkują wierni obrządków wschodnich, którzy Boże Narodzenie obchodzą w styczniu, lecz w sklepach i miejscach publicznych już od kilku tygodni stoją choinki i świąteczne ozdoby. A z głośników sączą się, głównie anglosaskie okolicznościowe przeboje. Ich radosne rytmy mają się nijak do nastrojów mariupolan. Nie jest co prawda tak źle, jak zimą 2014 roku. Wtedy z miasta uciekło wielu mieszkańców, w tym lokalny biznes – w wyniku czego brakowało nawet podstawowych produktów. Zaś przedmieścia znajdowały się pod ostrzałem.

Modlitwy o pokój

Dziś ten półmilionowy portowy ośrodek nad Morzem Azowskim funkcjonuje w miarę normalnie. Wciąż jednak istnieje ryzyko, że separatyści przełamią ukraińskie linie i wojna wróci na ulice Mariupola.

– To już trzecie święta ze świadomością takiego zagrożenia – mówi paulin, ksiądz Leonard Aduszkiewicz z parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. – Ludzie są naprawdę zmęczeni.

Wśród nich Polacy oraz osoby polskiego pochodzenia, których zostało w mieście około tysiąca. Tak przynajmniej wynika z oficjalnych danych – te nieoficjalne mówią o pięciu tysiącach rodaków i ich potomków. Dwa dni przed wigilią spotykam się z kilkoma z nich w niewielkiej kaplicy, prowadzonej przez księdza Aduszkiewicza.

Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski
Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski

– Podczas mszy kilka razy modliliście się o pokój – zauważam.

– Nie byłoby dla nas lepszego prezentu – zapewnia Tetiana Mirnaja, jedna z kobiet, które po nabożeństwie zostały w kaplicy, by przyozdobić choinkę. – Dla miejscowych, ale i dla całej Ukrainy.

Ekumenizm w okopach

Ów scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Formalne zawieszenie broni znów przestaje być przestrzegane. Od kilku dni na wschodnioukraińskim froncie dochodzi do coraz liczniejszych potyczek. Podczas jednej z nich, w okolicach miasta Debalcewe, zginęło pięciu ukraińskich żołnierzy (druga strona miała mieć aż dwudziestu zabitych bojowników). To największe jednorazowe straty rządowej armii od lipca bieżącego roku.

– Tu słyszymy strzały, tam słyszmy strzały – kobieta wzdycha głośno. – Szkoda tych chłopców, którzy siedzą w okopach…

– Naszą, katolicką wigilię, obchodzimy 24 grudnia, a wojskowi to głównie grekokatolicy i prawosławni – mówi ksiądz Aduszkiewicz. – Ale i tak pojedziemy na pozycje z poczęstunkiem, pomodlić się, podzielić opłatkiem. Mamy tu w Mariupolu taki zwyczaj, że razem celebrujemy swoje święta. Katolicy, protestanci, prawosławni – wszyscy jesteśmy równo narażeni na śmierć. To nas zjednoczyło, to sprawia, że nasze uroczystości mają ekumeniczny charakter. 24 grudnia będzie mi towarzyszył pop, 6 stycznia to ja pojadę z nim w okopy.

– A wasze święta jak będą wyglądać? – pytam pani Tetiany.

– No jak każdego roku – moja rozmówczyni uśmiecha się lekko. – Będzie dwanaście potraw, dzielenie się opłatkiem i śpiewanie kolęd. Da bóg, a będzie to radosny czas.

Święto w święta

Powodów do radości zapewne nie zabraknie 24-letniej Sofii, lwowianki z urodzenia, od pół roku mieszkającej w Mariupolu.

– Jaki masz związek z Polską? – pytam, gdy zaczynamy rozmowę.

– Mama jest Polką – słyszę w odpowiedzi.

– Przejechałaś całą Ukrainę i zamieszkałaś w miejscu, z którego wciąż więcej ludzi ucieka, niż do niego przyjeżdża. Musiałaś mieć ważny powód – stwierdzam.

– O tak – na twarzy młodej kobiety pojawia się szeroki uśmiech. – Mój mąż jest żołnierzem, wysłali go właśnie tu, do Mariupola. Przyjechałam za nim.

– Odważna decyzja – wskazuje palcem na brzuch mojej rozmówczyni, nie pozostawiający wątpliwości, że Sofia jest w zaawansowanej ciąży. Dziewczyna wzrusza ramionami.

Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski
Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski

– Chłopak czy dziewczynka? – dopytuję.

– Chłopiec, będzie miał na imię Ihor – przyszła mama uśmiecha się jeszcze szerzej. – Ma przyjść na świat w Boże Narodzenie – dodaje. – Takie będę miała święta.

—–

Strojenie choinki w kaplicy, na zdjęciu od lewej Tetiana Mirnaja/fot. Marcin Ogdowski

 

Siekiery

We wrześniu 1939 roku rodzina mojej Babci została ewakuowana na wschód Rzeczpospolitej – na tereny ówczesnego województwa wołyńskiego. Po koszmarze ucieczki pociągiem, ostrzeliwanym przez samoloty Luftwaffe, uchodźców ulokowano w jednej z wiosek. I tam jednak nie dane im było zaznać spokoju. Po kilku dniach, nocą, musieli uciekać przed skrzykniętymi ad hoc ukraińskimi bandami, które upadek państwa polskiego sprowokował do rozliczeń z Lachami.

„Moi” nie zostali na Wołyniu – jeszcze jesienią 1939 roku wrócili do Torunia, na terytoria zajęte przez Niemców. Niewykluczone, że była to decyzja, która uratowała im życie (cała czwórka – pradziad, prababka, Babcia i jej brat przeżyli wojnę). Rzeź wołyńska z lata 1943 roku nie była zatem ich osobistym doświadczeniem. Lecz traumatyczne przeżycia z 1939 roku sprawiły, że temat ukraińskich mordów na Polakach wracał w moim domu przy różnych okazjach.

Babcia nie pielęgnowała nienawiści. Nie chciała jej przekazywać – przynajmniej intencjonalnie. Lecz dzieląc się swoim strachem, sprawiła, że wyszedłem z domu wyposażony w pewien myślowy schemat. Odkąd pamiętam słowo „Ukrainiec” zawsze przywodziło skojarzenie z siekierą. Wracały babcine opowieści, do których z czasem dołączyły historie wyczytane z książek i wysłuchane od innych świadków tamtych wydarzeń. Tym łatwiej, że przez wiele lat nie miałem z Ukraińcami żadnych kontaktów. Ukraina to był odległy ląd w posowieckim Mordorze, z którego mojemu krajowi szczęśliwie udało się wyrwać.

Zjeżyłem się, gdy latem 2005 roku spotkałem ukraińskich żołnierzy w Iraku. Byli sojusznikami, ale ja widziałem te przeklęte siekiery.

Kibicowałem Majdanowi w 2013 i 14 roku, ale morze ukraińskich flag – dobitny wyraz lokalnego etnosu – nie pozwalało tak do końca zidentyfikować się ze słusznym przecież protestem. Znów zaważyły siekiery.

Zdrętwiałem, gdy ukraiński żołnierz, mówiąc do mnie „brat”, objął mnie gdzieś na linii frontu pod Debalcewe. Była zima 2015 roku, mimo cech konfliktu wewnętrznego Ukraina toczyła wojnę z rosyjskim najeźdźcą. Wrogim także nam, Polakom. Świadom tego wszystkiego wciąż ciążyłem ku siekierom.

To siekiery – chyba bardziej niż przywiązanie do potrzeby zachowania dziennikarskiego obiektywizmu – napędzały moje oburzenie widokiem polskich reporterów, w geście solidarności owijających się ukraińskimi flagami.

Więc gdy wiosną tego roku na froncie pod Mariupolem zobaczyłem Ukraińców w pobliżu prawdziwych siekier, nie mogłem się powstrzymać. Zwolniłem migawkę, rejestrując swoje uprzedzenia.

Tak, uprzedzenia – bo w istocie o coś złego tutaj idzie. O paskudne uproszczenie, które uwiodło mnie przed laty. Które sprawiło, że tak bardzo bałem się filmu „Wołyń”. Tego, że znów poczuję niemal fizyczną obecność siekier.

I tak też się stało.

Wyszedłem z seansu utwierdzony w przekonaniu, że Ukraińcy tak długo, jak stanowią etniczną wspólnotę genetycznie związaną ze sprawcami mordów, winni się czuć odpowiedzialni za to, co stało się na Wołyniu. Zawstydzeni, skruszeni i przepraszający – podobnie jak Niemcy w odniesieniu do Holocaustu i piekła II wojny światowej. I że choć sytuacja na Wołyniu czarno-biała nie była – co Smarzowski uczciwie pokazuje – nie może być mowy o żadnym „symetrycznym dzieleniu winy”. Kat był jeden i ofiara jedna.

To rzecz dla mnie niedyskutowalna, tylko u licha, co dalej?

Kilka dni temu, przy okazji Kongresu Kultury Polskiej, prof. Maria Janion wspominała o konieczności przemiany żałoby w empatię. Pisała szerzej o stosunku do polskiej historii, lecz jej słowa można wykorzystać i w tym kontekście. Empatia to między innymi zrozumienie, zrozummy zatem, skąd się bierze ukraińskie wyparcie wołyńskiej zbrodni, co decyduje o tym, że znienawidzony u nas Bandera na Ukrainie zyskuje status narodowego bohatera.

Wielu Ukraińców nie ma pojęcia o wołyńskich wyczynach UPA, dla innych ważniejszy jest fakt, że formacja ta walczyła z sowietami. Część święcie wierzy w radzieckie prowokacje, niektórych przekonuje argument o rzekomo masowej współpracy Polaków z Niemcami – przeciw Ukraińcom. A miażdżąca większość ma to zwyczajnie gdzieś, wszak karnie staje w szeregu na wezwanie „biją naszych!”, „naszym, obcy, chcą zrobić historyczną krzywdę!”. Znamy to skądś, prawda? Dość przypomnieć sprawę Jedwabnego i histeryczne reakcje rodzimych „patriotów”.

Nie Ukraińcy jedyni, którzy ulegają pokusie wybielania historii. Wielu Niemców do dziś podziela pogląd o rycerskim Wehrmachcie, u nas, od kilku lat, usiłuje się wytworzyć kult tzw. wyklętych, ignorując fakt, że działali oni bez szerszego społecznego wsparcia, zabijali rodaków i wreszcie (choć rzecz jasna w innej skali) – dopuszczali się wojennych zbrodni wobec cywilów niepolskiej narodowości.

Spójrzmy w lustro – i wówczas zrozumiemy więcej.

Przede wszystkim jednak rozmawiajmy. Piszę to z perspektywy własnych doświadczeń. Nie wyzbyłem się siekier – one wciąż we mnie są – ale nie przepuszczam żadnej okazji, by opowiedzieć Ukraińcom o polskich krzywdach. To kropla w morzu, jednostkowe działanie, ale przecież jest nas więcej. Wojna na wschodzie zmusiła rządy Polski i Ukrainy do bliższej współpracy. Sytuacja ekonomiczna pchnęła miliony Ukraińców do zarobkowania w Polsce. Nigdy po 1945 roku nie było lepszej okazji, by rozmawiać o naszej wspólnej, tragicznej przeszłości.

Bądźmy w tym asertywni, ale nie pielęgnujmy uprzedzeń. Dajmy dojść do głosu cierpliwości, zagłuszmy siekiery w głowach. One nie mogą decydować o tym, jak postrzegamy swoich sąsiadów. Bo inaczej skarzemy się na nacjonalizm.

A to oznacza zjazd po równi pochyłej. Smarzowski w swoim filmie doskonale pokazuje przyczyny wołyńskiej tragedii. Nierówności społeczne i ekonomiczną eksploatację „chamów”, rozpad państwowości, sowieckie podjudzanie Ukraińców na Polaków z lat 1939-41 i wreszcie niemiecką eksterminację Żydów, która przez swą skalę i okrucieństwo doprowadziła mieszkańców Wołynia do zobojętnienia na przemoc i akceptacji siłowych rozwiązań narodowościowych problemów. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia na ziemiach współdzielonych z Białorusinami, a tam nie doszło do ludobójstwa Polaków. Bo to właśnie nacjonalizm, który skaził umysły wołynian ukraińskiego pochodzenia, był głównym powodem bestialskiej rzezi.

Strzeżmy się więc tej idei. Bo nie trzeba wojny z obcym, by nacjonalizm pokazał nam swoje ohydne oblicze. W „Wołyniu” jest scena, w której upowiec zabija Ukraińca, gdy ten buntuje się przeciw bandyckim porządkom. Dlaczego „nasz” nacjonalizm miałby być inny?

—–

Nz. Żołnierze ukraińskiej piechoty morskiej na froncie w okolicach Mariupola/fot. Marcin Ogdowski

Blogowanie

W miniony weekend wziąłem udział w Blog Forum Gdańsk – największej i najbardziej prestiżowej imprezie rodzimej blogosfery. Miałem tam wystąpienie pt.: „Nie wystarczy tylko być. Kulisy wojennego blogowania”. Opowiadałem o swoich doświadczeniach z pracy nad „zAfganistanu.pl” i „bezkamuflazu.pl”, spory nacisk kładąc na pułapki, które wiążą się z pracą wojennego reportera. Zapraszam do obejrzenia wideo-zapisu mojej prezentacji.

Nz. Autor na pozycjach wojsk ukraińskich w Szyrokino, lato 2015/fot. Darek Prosiński