Archiwum kategorii: Społeczeństwo

Godność

Gdy próbujemy zrozumieć, czy wytłumaczyć działania naszych przodków, niemal zawsze wpadamy w pułapkę kontekstu. Przeżyłem w komunie niemal jedną trzecią swojego życia, rozumiem istotę tego systemu, ale gdy przychodzi mi opowiadać nastoletniej córce o kłopotach codzienności czasów PRL, ta krzywi twarz i wymownie pyta: „cooo!?”. Mam wrażenie, że raczę ją historiami z innego wszechświata.

Z podobnym problemem mamy do czynienia, gdy usiłujemy dziś zrozumieć motywację młodzieży, idącej do Powstania. Kto nie zna wojska, nie czuje się usatysfakcjonowany wyjaśnieniem, że padł rozkaz. A żołnierz nie jest od tego, by rozkazy kwestionować. Zresztą, takie ujęcie nie wyczerpuje istoty zagadnienia. Co smutne, coraz częściej natykam się na opinie o zmanipulowanej młodzieży, która z gołymi rękoma poszła do walki. Naiwniakach, którzy dali się podejść szalonemu dowództwu. Mam krytyczny stosunek do tego ostatniego, niemniej taką interpretację uważam za mocno krzywdzącą. Dlaczego? Odpowiadając, spróbuję wynieść się ponad wspomniany kontekst, przenieść doświadczenie pokolenia Kolumbów w czasy nam współczesne.

Biegacie w parku, od lat ciesząc się efektami regularnego treningu. I któregoś ranka na waszej trasie pojawia się gość z bronią. I na waszych oczach zabija innego biegacza. Tylko za to, że ten biegał. Bo biegać NIE WOLNO. Władze, które nastały jakiś czas temu, uznały, że macie fizycznie skarleć. I już. Znacie brata zabitego, szybko poznajecie jego emocje. Poznajecie też innych, bowiem zabójstw w parkach, czy na siłkach (bo siłek też zakazano…), jest dużo, dużo więcej. „Jak można zakazywać coś tak oczywistego!?” – pytacie samych siebie. „Jak, kurwa, można nas zabijać z byle powodu!?”. Tak, mimo przerażenia, rodzi się bunt.

Teraz już rozumiecie?

Można krytykować zemstę, dostrzegać jej kontrproduktywność (często zwala na nas jeszcze większe kłopoty). Lecz kim będziemy, jeśli zrezygnujemy z prawa do elementarnej godności?

Dlatego zgadzam się z tezą, że Powstanie, po prostu, musiało wybuchnąć. Że było logicznym skutkiem nastrojów panujących pośród akowskiej (i nie tylko) młodzieży. Mającej dość wyjątkowo brutalnej polityki okupanta. Pozostając na gruncie przywołanej analogi – zgadza się, w wyniku buntu spłonął cały park. A w nim mnóstwo przypadkowych osób. Ale u licha, oceniając to wydarzenie nie zapominajmy, że to gość z bronią był tym złym. I że to on podkładał ogień.

PS. Zakaz aktywności fizycznej był jednym z pierwszych dekretów okupacyjnej władzy. A była to tylko jedna z tysięcy niedogodności, jakie Niemcy zafundowali Polakom.

—–

Fot. Darek Prosiński

Bohaterowie

Skoro wszędzie o pożarach i strażakach…

Mój wuj był zawodowym strażakiem. Jako mały chłopiec odwiedzałem go czasem w remizie. Kilka razy zdarzyło się, że zawył alarm i panowie zrywali się do wozów. Jak mi to wtedy imponowało…

26 lat temu moje rodzinne miasto spowiły paskudne dymy. Płonęły podtoruńskie lasy, ogień przedostał się na usiany niewybuchami poligon. Służby rzuciły do walki wszystko, co było pod ręką – od pożarniczych samolotów, po wozy wyciągnięte z lamusa. Pamiętam wiekowe Stary, ledwie jadące w stronę pożogi. Wielu z nich nawet nie ratowano, gdy po opróżnieniu zbiorników utknęły w strefie ognia. Na dzielnicy przytulonej do poligonu czuło się grozę sytuacji, żegnaliśmy więc strażackie zastępy niczym oddziały udające się na front. To byli wtedy moi bohaterowie, tym więksi, że miejska plotka głosiła, iż ogień jest nie do zatrzymania. A oni, mimo wszystko, robili swoje.

Kilka lat późnej zapłonął dach mojej kamienicy. Widziałem strażaków, z kocią zręcznością poruszających się po gzymsie – na niemałej przecież wysokości. A potem, gdy dostałem się przed front budynku, dojrzałem kilka potężnych jednostek ratowniczych. Budziły respekt i dawały poczucie bezpieczeństwa. Stalowe bestie, zaprzęgnięte do walki w słusznej sprawie.

Dziś czytam, że Szwedzi są zdumieni widokiem polskiego, strażackiego kontyngentu, który ruszył im na pomoc (na prośbę szwedzkiego rządu Polska wysłała za morze dwa moduły gaśnicze). „Wysłaliście najlepsze, co macie?” – pytają. Ha! Niekoniecznie… Obserwuję zawodową straż pożarną od lat. I pamiętam, że nawet w czasach najbardziej podłych jej wyposażenie było imponujące. O wyszkoleniu nawet nie wspomnę. Albo wspomnę. To rodzaj cudu jest, że mimo płacowej mizerii – i tej polskiej filozofii „jakoś-to-będzie” – udało nam się zbudować coś takiego. Niewiele instytucji państwa polskiego może pochwalić się techniczną i organizacyjną skutecznością, będącą wzorem na skalę ponadnarodową. Państwowa Straż Pożarna jest jedną z nich.

Tak, wiele razy żałowałem, że nie zostałem strażakiem…

—–
PS. nie dość, że nie zostałem strażakiem, to jeszcze nie mam w zasobach porządnych zdjęć niewojskowych „fajermenów”. Z konieczności zatem ratuję się fotografią przedstawiającą wóz wojskowej straży. Ghazni, zima 2012/fot. własne

Adaptacja

– Ruski czy nasz? – zastanawiał się ukraiński sanitariusz, wskazując palcem niewielki obiekt na niebie. Pytanie nie wymagało odpowiedzi – bo i skąd miałem ją znać? – ale mimowolnie pokręciłem głową, mówiąc, że nie mam pojęcia. Tymczasem Ukrainiec uznał, że chyba jednak nie „nasz” – i wysunął dłoń przed siebie w geście uchodzącym za wulgarny. Uśmiechnąłem się. Nie była to „moja” wojna, nie było we mnie tylu emocji, którymi napędzali się ukraińscy żołnierze. Niemniej i ja „poczęstowałem” wiszący nad nami dron fakiem. Dla większego efektu wytknąłem jeszcze język – tak mocno, jak tylko się dało. Kilka godzin wcześniej przeklinałem wszystko, co ruskie, przygwożdżony do podłogi przez wyjątkowo natrętnego kaemistę.

Wkrótce zrobiło się ciemno, a ja poszedłem za potrzebą. Gdy wracałem do budynku, w którym miałem swój śpiwór i polowe łóżko, w jednej chwili usłyszałem świt i poczułem za plecami wybuch. Wbiegłem przez szerokie wejście do środka, śmiejąc się wariacko. Miał to być zuchwały uśmiech – i tak pewnie brzmiał – lecz w istocie była to nerwowa reakcja przerażonego ciała. Artyleryjski pocisk upadł naprawdę blisko; kilka sekund różnicy i wystawiłbym się na podmuch z niezliczoną ilością odłamków.

A potem przyszło to, czego nie znałem. Do tej pory relacjonowałem wojny antypartyzanckie, w których właściwie nie używano artylerii. Tu, w Szyrokino, naprzeciw siebie stanęły dwie armie, wyposażone w niemal wszystko, co ludzkość wymyśliła, by móc się wzajemnie unicestwić. I choć formalnie obowiązywało porozumie przewidujące wycofanie z frontu najcięższego uzbrojenia, walczący mieli je w dupie. Tak, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłem i poczułem, czym jest artyleryjska nawała – z perspektywy osoby, która znajduje się pod ogniem.

Tamci walili przez kilka następnych godzin. Budynek, w którym się schroniliśmy, drżał w posadach; chwilami miałem wrażenie, że zwali nam się na łby.

– To przez ten twój wytknięty język – medyk miał poważną minę, lecz zaraz wykrzywił usta. W tym momencie poczułem, że ściskający szyję strach zaczyna ustępować. Jakieś dwie godziny później, mimo trwającego ostrzału, byłem już na tyle spokojny, że wsunąłem się w śpiwór i zasnąłem.

Rano miałem siwą głowę – od tynku spadającego z sufitu. I gardło tak podrażnione, jakbym całą noc zajadał się szklaną watą. Przede wszystkim jednak potrzebowałem kofeiny. Znalazłem kawę, czajnik, wrzątek – po kilku minutach, z parującym kubkiem w dłoni, wyszedłem z budynku. Przed wejściem, na ławeczce, siedział już niezawodny paramedyk. Uśmiechnął się i wskazał ręką miejsce koło siebie.

– Znów im się nie udało – skomentował nocne wysiłki donbaskich „górników, hutników i budowlańców”. – Żyjemy.

Rozejrzałem się po okolicy. Księżycowy krajobraz wokół dowodził, że „tamci” – choć nieskutecznie – podeszli do sprawy ambitnie. Wzdrygnąłem się.

Ale też świeciło cudowne słońce, a siedzące na poharatanych drzewach ptaki śpiewały tak ładnie. No i ta kawa, pieszcząca nozdrza mocnym, czekoladowym (!) aromatem. Było mi naprawdę dobrze…

—–

„Przywykliśmy” – zapewnia weteran, dziś starszy już mężczyzna. „Inaczej człowiek by zwariował” – dodaje po chwili. On i jego koledzy – ale też dawni wrogowie – w jednym z odcinków „Wietnamskiej wojny” opowiadają o mechanizmach adaptacyjnych, pozwalających żołnierzom przetrwać trudy wojennej rzeczywistości. Obejrzyjcie ten serial, jest na Netfliksie. Ja oglądałem wczoraj, przypadek chciał, że dokładnie trzy lata po opisanej wyżej historii.

—–

Szyrokino, pozycje wojsk ukraińskich, lipiec 2015/fot. Dariusz Prosiński

Feniks

Wojtek miał pecha – złapał za klamkę drzwi, szarpnął… i cały jego świat runął w jednej chwili.

Latem 1992 roku w Krajinie pełno było porzuconych domów. W wielu z nich wszystkie strony jugosłowiańskiego konfliktu umieszczały miny pułapki. Chodziło o to, by ładunki zabijały pragnących wrócić do swych domostw mieszkańców. Trafiło na Polaka, żołnierza sił ONZ.

Wojtek poniósł ciężkie rany, między innymi głowy. Tuż po zdarzeniu lekarze dawali mu… jeden procent szans na przeżycie.

– Wykaraskałem się – mówił wiosną zeszłego roku. Kręciłem głową z niedowierzaniem, czytając protokół przyjęcia pacjenta, sporządzony przez szpital w Zagrzebiu. „Cuda się zdarzają” – mówi się zwykle w takich sytuacjach. Ale to żaden cud! Wojtek trafił na wspaniałych ludzi – personel medyczny, rehabilitantów – no i przede wszystkim miał wielką wolę życia. I poczucie, że ma po co i do kogo wracać.

Ożenił się, doczekał dwóch synów. Pełni zdrowia nie odzyskał, ale nie jest przykuty do łóżka, nie jeździ na wózku.

Poznałem Wojtka w szpitalu weteranów, byliśmy na jednym turnusie, w jednym pokoju – przez niemal trzy tygodnie. Na własny użytek mówiłem o nim per „Feniks”.

Znam wielu takich Feniksów – weteranów, którzy mimo ciężkich ran (nie zawsze fizycznych), zdołali odbudować swoje życie. Ale znam też wielu, którym się nie udało. Niektórzy postanowili odejść z tego świata na własną rękę, inni żyją w cierpieniu, przeklinając swój los. I dzieląc owo cierpienie z najbliższymi. Często – zbyt często! – zapomniani przez państwo, które wysłało ich na wojnę…

Dziś wszyscy oni mają swoje święto – Dzień Weterana. Dobrego życia życzę Wam, Koleżanki i Koledzy.

—–

Nz. Jeden z budynków kompleksu wypoczynkowego w Kupari na południu Chorwacji. Nigdy nie odbudowany po zakończonej ponad dwadzieścia lat temu wojnie. Trafnie ilustrujący los wielu weteranów wszystkich wojen…/fot. Marcin Ogdowski

(Dez)informacja

A więc wszystko już jasne. Moja najnowsza książka ukaże się na rynku 4 kwietnia. Już dziś zachęcam do lektury, a na pobudzenie apetytu podrzucam krótki fragment:

„Sawicki wstał od biurka i podszedł do wielkiej mapy Europy, wiszącej na jednej ze ścian. Z zazdrością popatrzył na kraje nadbałtyckie. Już poprzedni „Zapad” uruchomił w NATO alarmowe dzwonki. Rosjanie przeprowadzili ćwiczenia z wielkim rozmachem, co w Europie Środkowo-­Wschodniej wywołało lęki zbliżone do obecnych – choć w mniejszym natężeniu. Przewidując podobny bieg wydarzeń za dwa lata, Sojusz – pod naciskiem Waszyngtonu – zaplanował własne manewry „z przytupem”. W ramach „Allied Shield” na Litwie, Łotwie i w Estonii wylądowały trzy ciężkie brygady armii amerykańskiej oraz sześć batalionów zmechanizowanych z innych krajów NATO. To nie była nawet połowa sił niezbędnych do skutecznej obrony „Pribałtyki”, lecz ich potencjał wymagał w razie wojny zaangażowania nawet pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy Federacji. Dużo za dużo, jeśli Moskwa chciała jednocześnie atakować Polskę. Rosyjscy sztabowcy mieli tego świadomość – kto potrafił czytać przejęte mapy, widział, że „Zapad” zakładał wycofanie się sojuszników Bałtów bez jednego wystrzału. Jednak ci wciąż tam byli, Trump zaś – który lokatora Kremla traktował niczym szefa wrogiego gangu – w typowy dla siebie sposób oświadczył światu, że Amerykanie ani myślą o oddaniu Wilna czy Rygi bez walki. Wal się, panie Putin! Jeśli nie chcesz w zęby, trzymaj się z dala od naszych bałtyckich przyjaciół… – tweetował prezydent USA.

Ile ta deklaracja była warta, najlepiej wiedział sam Trump. O Polsce w każdym razie już tak nie mówił i nie pisał. Sawicki zaś nie dysponował tyloma asami w rękawie, co jego koledzy z północno­wschodnich krajów Sojuszu – w Rzeczpospolitej stacjonowała zaledwie jedna brygadowa grupa bojowa US Army. Jej wartość – w zestawieniu z możliwościami wojsk inwazyjnych – była nieduża. Szef sztabu generalnego nawet bez uzyskanych map miał świadomość, że Rosjanie bardzo się przyłożą, by w ciągu dwóch­-trzech dni rozbić główne polskie siły. To dlatego scenariusz „Zapadu” przewidywał użycie w pierwszym rzucie aż dwunastu dywizji. Sawicki tymczasem mógł wystawić do walki cztery związki taktyczne tej wielkości. Razem z Amerykanami i pozostałymi jednostkami WP – miał ekwiwalent pięciu. A potrzebował co najmniej ośmiu”.

Ps. Kto czytał poprzedni wpis, może się poczuć lekko skołowany. Tak, zmieniłem ostateczny tytuł. „(Dez)informacja” trafniej definiuje istotę książki.

(dez)informacja_okladka_duza