Archiwum kategorii: Społeczeństwo

„Kler”

Twierdzenie, że „Kler” jest obrazem antyreligijnym czy antychrześcijańskim, to jak mówienie, że sekwencja lądowania w Normandii – która otwiera „Szeregowca Ryana” – propaguje militaryzm. Absurd w najczystszej postaci. Smarzowski akurat jest ateistą, ale ów film równie dobrze mógłby nakręcić głęboko wierzący reżyser – gdyby tylko zechciał uczciwie podejść do tematu. „Kler” to nie jest głos w filozoficznej dyspucie o (nie)istnieniu boga. To film o braku boga – w sercach i umysłach tych, którzy roszczą sobie prawo do bycia „boskimi przedstawicielami”.

Czy odmalowując obrzydliwą gębę tytułowego kleru, Smarzowski kłamie? A czy nieprawdą jest, że kościół ma problem z pedofilią? Że usiłuje tuszować związane z tym skandale, chroniąc przy tym gwałcicieli? Że księża są jedną z grup zawodowych najmocniej narażonych na alkoholizm? Że – używając ich własnego języka – cudzołożą? Że kłamią, klną, dają się zaczadzić nacjonalizmem, rasizmem i innymi chorobami umysłu? Że instytucja, która za nimi stoi, ma niejasne (z zewnątrz) i niekontrolowane przez państwo mechanizmy finansowania? Że w kościelnych placówkach wychowawczych (sic!) od zawsze pleniły się przemoc i gwałt? No właśnie…

Czy „Kler” jest antypolski? Jeśli za część polskości uznać uległość instytucji państwa wobec hierarchów i ich podwładnych – to tak. W filmie Smarzowskiego jest kilka scen, w których paniska w sutannach „ustawiają” czy to polityków, czy policjantów. Wymysł? Wolne żarty. Przypomina mi się historia z początku lat 90, kiedy kilku moich kumpli, gówniarzy, włamało się do jednej z parafii. Pośród wyniesionych „fantów” były też kasety wideo, na których zarejestrowano seksualne uciechy panów księży. Zwyczajne homoseksualne akty dorosłych ludzi, w tamtych jednak czasach raczej szokujące. Świeżo przemianowana na policję milicja (pamiętam, że jeszcze przez kilka lat o „glinach” mówiło się na dzielni per „milicja”), szybko dorwała złodziejaszków. „Zapomnimy o sprawie, jeśli kasety wrócą do właścicieli” – obiecał chłopcom jeden z policjantów. Słowa dotrzymał. „Mieli czerwonego pana, teraz mają czarnego” – skwitowała Babcia, której opowiedziałem tę historię. Później, już jako dziennikarz, wiele razy przyglądałem się różnym sytuacjom, w których dostrzegałem rażącą asymetrię w relacjach przedstawicieli państwa i kościoła. Zresztą, co tu dużo mówić – wystarczy poczytać konkordat. Albo wysłuchać czołobitnych wystąpień byłego ministranta, Andrzeja Dudy, prezydenta RP…

Nie naśmiewam się z ministrantów. Sam nim kiedyś byłem. Ba, wyniosłem z tego doświadczenia pozytywne wspomnienia (władzy – gdy dzwoniłem, a setki ludzi zgromadzonych na mszy padało na kolana – czy finansowej satysfakcji, gdy ksiądz pozwalał zarobić na kolędzie). Nikt mnie nie skrzywdził, a jedynym zagrożeniem byliśmy sami dla siebie, usiłując – czasem skutecznie – podpierdzielić księdzu mszalne wino. Co więcej, działo się to w latach 80., kiedy lokalny kościół – jak zresztą większość w Polsce – był miejscem redystrybucji zachodniej pomocy. Do dziś mam w ustach smak, a przed oczami widok żółtego sera, który trafił na stół w moim domu, via parafia, z Holandii.

To jednak był ten sam kościół (ta sama instytucja), w którym jednocześnie – w cieniu, w szarej strefie – działy się rzeczy straszne i obrzydliwe. Jest w „Klerze” scena z nabożeństwa patriotycznego z lat 80., prowadzonego przez księdza, który chwilę wcześniej zgwałcił ministranta. Część widzów może ją odebrać jako obrazoburczą, uderzającą w legendę kościoła jako podpory opozycji antykomunistycznej. Ale przecież nie brakuje świadectw ofiar pedofilów, których przykre doświadczenia sięgają czasów sprzed 89’ roku. Dla mnie, antyklerykała, zło w kościele jest czymś oczywistym – „Kler” nie jest więc filmem, który może zmienić moje przekonania. To film dla tych, którzy nie widzieli, bądź nie chcieli widzieć. Jego przesłanie jest jasne – czas dojrzeć grzech i słabość kościoła, które współistnieją z jego dobrymi stronami. Czas wyciągnąć z tego wniosek. Jaki? Wiara nie potrzebuje takiego kościoła. A sam kościół musi się zmienić. „Kler” kończy niezwykle symboliczna sekwencja – samospalenia nawróconego na dobro kapłana. Bez radykalnych kroków, bez wypalenia tego, co złe, zinstytucjonalizowany katolicyzm nie przetrwa. Ja płakał nie będę.

PS. To nie jest najlepszy film Smarzowskiego. Ale grzechem byłoby nie pójść i nie obejrzeć.

—–

Fot. Marcin Ogdowski

Groby

Był obóz na toruńskich Glinkach jedną z wielu umieralni, gdzie radzieccy jeńcy – traktowani przez Niemców w sposób bardziej niż podły – padali jak przysłowiowe muchy. Zmarło ich tam w sumie 14 tys. – dwie trzecie spośród wszystkich osadzonych żołnierzy Armii Czerwonej.

Po wojnie powstał w tym miejscu cmentarz. W czasach komuny, jako uczeń pobliskiej podstawówki, przynajmniej raz w roku chodziłem tam z klasą, by uprzątnąć teren. Nie dlatego, że „ruski”, ale dlatego, że był to cmentarz.

Kilka dni temu centrum nekropolii wygląda tak, jak na zdjęciu głównym. Trzeba się było mocno wysilić, by dostrzec pojedyncze litery na pomniku, zaś spomiędzy kostek głównej alejki wyrastały prawdziwe chaszcze. Znalazłem też pojedynczy wieniec, ufundowany przez Związek Nauczycielstwa Polskiego, i kilka starych zniczy. Sądząc po stanie wiązanki, położoną ją tam kilka miesięcy temu. „Żałosny widok…” – skomentowała moja córka.

Post w tej sprawie opublikowałem w poniedziałek na swoim Facebooku. Wasze komentarze zachęciły mnie do dziennikarskiej interwencji. We wtorek zadzwoniłem do urzędu gminy Wielka Nieszawka, który formalnie odpowiada za utrzymanie porządku na „radzieckiej” nekropolii.

– Pod koniec tygodnia cmentarz będzie wyglądał tak, jak powinien – zapewnił mnie wójt Kazimierz Kaczmarek, dodając, że obecny stan to efekt zaangażowania gminnych służb w zwalczanie skutków upałów.

Przy tej okazji dowiedziałem się, że gmina dostaje z budżetu państwa na utrzymanie cmentarza 2 tys. złotych rocznie (słownie: dwa tysiące, na nekropolię, gdzie spoczywa ponad 10 tys. pomordowanych jeńców). Starcza to na jedno koszenie trawy…

Dziś otrzymałem maila z Urzędu Gminy w Wielkiej Nieszawce – z informacją, że cmentarz na Glinkach został uprzątnięty. Do wiadomości dołączono poniższe zdjęcia.

Zatem warto interweniować – do czego zachęcam wszystkich, którzy spotykają na swojej drodze zaniedbane, wojenne cmentarze. Tam, gdzie ich stan nie wynika ze złej woli, można szybko osiągnąć właściwy efekt.

PS. Dla tych, którzy uważają, że nie ma się co spinać, bo „to przecież ruskie”. Ustawa z 28 marca 1933 r. o grobach i cmentarzach wojennych nie pozostawia wątpliwości. W art. 2 czytamy: „Groby wojenne bez względu na narodowość i wyznanie osób w nich pochowanych, oraz formacje, do których osoby te należały, mają być pielęgnowane i otaczane należnym tym miejscom szacunkiem i powagą”. No i jak trafnie zauważył wójt Wielkiej Nieszawki, tak szanują nasze groby, jak my szanujemy groby innych…

Beczka

Właściwie niezauważenie mijają nam kolejne rocznice zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Nawet w moim, branżowym środowisku, nieszczególnie się o tym wspomina. A szkoda…

Jakiś czas temu miałem okazję rozmawiać z młodszymi ode mnie o 15-20 lat ludźmi na temat ich percepcji nuklearnego zagrożenia. Wyszło, że właściwie nie dostrzegają takiego ryzyka. Owszem, wielu słyszało o Kimie i koreańskim programie jądrowym, ale „to przecież daleko i w żaden sposób nam nie grozi”. Ja, dzieciak wychowany „w cieniu atomowego grzyba”, poczułem się dziwnie. W latach 80. przekonywano mnie, że zegar – symbolicznie odliczający minuty do wybuchu atomowej apokalipsy – wskazuje tuż przed 12.oo. Ćwiczyłem posługiwanie się dozymetrem, kładłem się pod ławką na hasło „błysk”, co miało we mnie wyrobić odpowiedni nawyk na wypadek niespodziewanego wybuchu. A wiosną 1986 roku, po Czarnobylu, piłem płyn Lugola, przekonany, że nadchodzi koniec świata. Nie bomba wówczas wybuchła, lecz lęk ów był konsekwencją edukacyjnej zaprawy, którą fundowano mi w szkole, w telewizji, na zbiórkach drużyny harcerskiej.

Potem przyszły lata 90. i powszechna w mediach (w tym w popkulturze), troska o stan rosyjskiego arsenału jądrowego. Rosja konała, świat obawiał się, że jej bomby i rakiety wpadną w nieodpowiednie ręce.

Nie wpadły. Przyszły za to inne zagrożenia i to one są dziś obecne w głowach młodzieży. Ta nie obawia się atomówek, tylko domowej roboty bomb, detonowanych w tłumie. Mówiąc o wojnie, myśli o „wojnie z terrorem”, ewentualnie wskazuje rosyjskie zagrożenie (co charakterystyczne, bardziej przy tym bojąc się ruskich czołgów niż trolli – ale to kwestia na osobny wpis). Świadomość, że ludzkość wciąż dysponuje tysiącami głowic zdolnych razić właściwie dowolny cel na Ziemi, zdaje się być szczątkowa bądź nieobecna.

A może to i dobrze?

Dla tych, którzy wolą wiedzieć, znamienne porównanie. Bomby, które 6 i 9 sierpnia 1945 roku spadły na Hiroszimę i Nagasaki, zabiły 150-170 tysięcy ludzi. Z kolei naloty dywanowe na III Rzeszę przyniosły śmierć 200 tysięcy cywilom. Dwa małe (w zestawieniu z mocą współczesnych głowic) ładunki, właściwie w oka mgnieniu wyrządziły niewiele niższe straty niż koszmarna, czteroletnia obróbka, jaką poddano niemieckie miasta w latach 1941-45.

Na takiej beczce prochu siedzimy…

—–

Po 30 latach zmierzyłem się ze źródłem czarnobylskiego lęku, odwiedzając felerną elektrownię/fot. Rafał Stańczyk

Godność

Gdy próbujemy zrozumieć, czy wytłumaczyć działania naszych przodków, niemal zawsze wpadamy w pułapkę kontekstu. Przeżyłem w komunie niemal jedną trzecią swojego życia, rozumiem istotę tego systemu, ale gdy przychodzi mi opowiadać nastoletniej córce o kłopotach codzienności czasów PRL, ta krzywi twarz i wymownie pyta: „cooo!?”. Mam wrażenie, że raczę ją historiami z innego wszechświata.

Z podobnym problemem mamy do czynienia, gdy usiłujemy dziś zrozumieć motywację młodzieży, idącej do Powstania. Kto nie zna wojska, nie czuje się usatysfakcjonowany wyjaśnieniem, że padł rozkaz. A żołnierz nie jest od tego, by rozkazy kwestionować. Zresztą, takie ujęcie nie wyczerpuje istoty zagadnienia. Co smutne, coraz częściej natykam się na opinie o zmanipulowanej młodzieży, która z gołymi rękoma poszła do walki. Naiwniakach, którzy dali się podejść szalonemu dowództwu. Mam krytyczny stosunek do tego ostatniego, niemniej taką interpretację uważam za mocno krzywdzącą. Dlaczego? Odpowiadając, spróbuję wynieść się ponad wspomniany kontekst, przenieść doświadczenie pokolenia Kolumbów w czasy nam współczesne.

Biegacie w parku, od lat ciesząc się efektami regularnego treningu. I któregoś ranka na waszej trasie pojawia się gość z bronią. I na waszych oczach zabija innego biegacza. Tylko za to, że ten biegał. Bo biegać NIE WOLNO. Władze, które nastały jakiś czas temu, uznały, że macie fizycznie skarleć. I już. Znacie brata zabitego, szybko poznajecie jego emocje. Poznajecie też innych, bowiem zabójstw w parkach, czy na siłkach (bo siłek też zakazano…), jest dużo, dużo więcej. „Jak można zakazywać coś tak oczywistego!?” – pytacie samych siebie. „Jak, kurwa, można nas zabijać z byle powodu!?”. Tak, mimo przerażenia, rodzi się bunt.

Teraz już rozumiecie?

Można krytykować zemstę, dostrzegać jej kontrproduktywność (często zwala na nas jeszcze większe kłopoty). Lecz kim będziemy, jeśli zrezygnujemy z prawa do elementarnej godności?

Dlatego zgadzam się z tezą, że Powstanie, po prostu, musiało wybuchnąć. Że było logicznym skutkiem nastrojów panujących pośród akowskiej (i nie tylko) młodzieży. Mającej dość wyjątkowo brutalnej polityki okupanta. Pozostając na gruncie przywołanej analogi – zgadza się, w wyniku buntu spłonął cały park. A w nim mnóstwo przypadkowych osób. Ale u licha, oceniając to wydarzenie nie zapominajmy, że to gość z bronią był tym złym. I że to on podkładał ogień.

PS. Zakaz aktywności fizycznej był jednym z pierwszych dekretów okupacyjnej władzy. A była to tylko jedna z tysięcy niedogodności, jakie Niemcy zafundowali Polakom.

—–

Fot. Darek Prosiński

Bohaterowie

Skoro wszędzie o pożarach i strażakach…

Mój wuj był zawodowym strażakiem. Jako mały chłopiec odwiedzałem go czasem w remizie. Kilka razy zdarzyło się, że zawył alarm i panowie zrywali się do wozów. Jak mi to wtedy imponowało…

26 lat temu moje rodzinne miasto spowiły paskudne dymy. Płonęły podtoruńskie lasy, ogień przedostał się na usiany niewybuchami poligon. Służby rzuciły do walki wszystko, co było pod ręką – od pożarniczych samolotów, po wozy wyciągnięte z lamusa. Pamiętam wiekowe Stary, ledwie jadące w stronę pożogi. Wielu z nich nawet nie ratowano, gdy po opróżnieniu zbiorników utknęły w strefie ognia. Na dzielnicy przytulonej do poligonu czuło się grozę sytuacji, żegnaliśmy więc strażackie zastępy niczym oddziały udające się na front. To byli wtedy moi bohaterowie, tym więksi, że miejska plotka głosiła, iż ogień jest nie do zatrzymania. A oni, mimo wszystko, robili swoje.

Kilka lat późnej zapłonął dach mojej kamienicy. Widziałem strażaków, z kocią zręcznością poruszających się po gzymsie – na niemałej przecież wysokości. A potem, gdy dostałem się przed front budynku, dojrzałem kilka potężnych jednostek ratowniczych. Budziły respekt i dawały poczucie bezpieczeństwa. Stalowe bestie, zaprzęgnięte do walki w słusznej sprawie.

Dziś czytam, że Szwedzi są zdumieni widokiem polskiego, strażackiego kontyngentu, który ruszył im na pomoc (na prośbę szwedzkiego rządu Polska wysłała za morze dwa moduły gaśnicze). „Wysłaliście najlepsze, co macie?” – pytają. Ha! Niekoniecznie… Obserwuję zawodową straż pożarną od lat. I pamiętam, że nawet w czasach najbardziej podłych jej wyposażenie było imponujące. O wyszkoleniu nawet nie wspomnę. Albo wspomnę. To rodzaj cudu jest, że mimo płacowej mizerii – i tej polskiej filozofii „jakoś-to-będzie” – udało nam się zbudować coś takiego. Niewiele instytucji państwa polskiego może pochwalić się techniczną i organizacyjną skutecznością, będącą wzorem na skalę ponadnarodową. Państwowa Straż Pożarna jest jedną z nich.

Tak, wiele razy żałowałem, że nie zostałem strażakiem…

—–
PS. nie dość, że nie zostałem strażakiem, to jeszcze nie mam w zasobach porządnych zdjęć niewojskowych „fajermenów”. Z konieczności zatem ratuję się fotografią przedstawiającą wóz wojskowej straży. Ghazni, zima 2012/fot. własne