Archiwum kategorii: Społeczeństwo

Dość

Na kijowskim Majdanie nie ma śladów po wydarzeniach sprzed ponad dwóch lat. Jest czysto, schludnie, na wschodni sposób szykownie. Gdy byłem tu rok temu, wokół stojącej w centrum placu kolumny rozstawiono zdjęcia z Donbasu, dokumentujące wojenny wysiłek ukraińskiego państwa. Obok zaś założono punkt werbunkowy do gwardii narodowej.

Dziś nie ma już nawet tego.

W sobotni wieczór na Chreszczatyku – głównej alei miasta – weekendowy gwar. Ulicę zamknięto, stawiając na obu jej końcach nowoczesne samochody nowopowołanej policji. Co kawałek – wymijając tłum eleganckich kijowian – natykam się na jakąś kapelę, przygrywającą spacerującym.

Julek, dziennikarz z Polski, pracujący w jednej z ukraińskich stacji telewizyjnych opowiada, że wojenne newsy nie cieszą się już zainteresowaniem. Że ich emisja oznacza spadek oglądalności.

Modny klub „Porter” pęka w szwach. Na scenie zespół z ciemnoskórą frontmenką, grający klasyki amerykańskiego bluesa, choć z ostrym, rockowym pazurem

– „Hit the road Jack” – wokalistka zaczyna kolejną piosenkę, znaną z genialnego wykonania Raya Charlesa.

– No more!, no more!, no more! – śpiewają razem z nią klubowicze, a na mini-parkiecie pojawia się kilkanaście par. Młodzi podskakują w tańcu, rozradowani, uśmiechnięci, trochę pijani.

„No more” brzmi mi w uszach jeszcze długo potem, gdy wracam do mieszkania z widokiem na tonący w iluminacji Majdan.

„No more”.

Tak, Kijów ma już dość wojny. Kijów chce się bawić. Żyć.

Szok

„Polska jest bezpieczna” – zapewniła premier Beata Szydło tuż po brukselskich atakach. Od kilku dni w mediach społecznościowych karierę robi grafika, z której wynika, że w ciągu ostatnich 15 lat do zamachów terrorystycznych doszło w całej Europie – za wyjątkiem Polski.

Czytam, słucham i trochę się boję – bo dobrze znam tę narrację. Wiem, że jest głupio-naiwna lub nieszczera. Że ma prowokacyjny charakter. I że niesie ze sobą poważne zagrożenie psychologiczne.

Drwina z „ostoi spokoju”

Najpierw trochę historii. „Nasi żołnierze są bezpieczni” – brzmiał standardowy komunikat MON, gdy do Polski docierały wieści o atakach na oddziały ISAF w Afganistanie. Informacji o zabitych Polakach nie sposób było ukryć, ale bardzo szybko zrezygnowano z komunikatów o rannych (poza najcięższymi przypadkami). Nie podawano danych na temat strat sojuszników, działających w „polskiej” strefie – niemałych amerykańskich i bardzo wysokich, afgańskich. „Nie nasz interes” – tłumaczono „wścibskim” dziennikarzom. W ten sposób tworzono obraz względnie bezpiecznej misji, na co przez lata nabierała się opinia publiczna. Ba, złudzeniu ulegli nawet żołnierze i cywilni pracownicy wojska, którym przyszło stacjonować w Afganistanie bez konieczności wykonywania zadań poza bazami.

Aż przyszedł „dzień sądu”. 28 sierpnia 2013 roku talibskie komando rozniosło mur największej, najlepiej chronionej polskiej bazy w Ghazni, dokonując serii samobójczych ataków.

Zostawmy na moment to wydarzenie. „Uważaj, co piszesz. Tu na miejscu walczymy z wioskowymi głupkami, ale wspierają ich inteligentni goście na całym świecie, na przykład dostarczając informacje wygrzebane w Internecie” – usłyszałem latem 2009 roku. Radziłem się wówczas znajomego w mundurze, na ile mogę sobie pozwolić pisząc, jako świadek, o okolicznościach ataku, w którym talibom po raz pierwszy udało się zabić Polaka w „niezniszczalnym” Rosomaku.

A teraz do sedna. Europa jest w stanie wojny – wojny z terroryzmem. A na wojnie nie ma bezpiecznych miejsc – są tylko względnie bezpieczne. I taką enklawą jest w tej chwili Polska. Tylko i aż. Lecz u licha, nie obnośmy się z tym – zwłaszcza w tonie sugerującym naszą większą mądrość („nie wpuściliśmy muzułmanów – mamy spokój”). Gardłowanie – wszem i wobec, w sieci, w prasie, na oficjalnych konferencjach – może nam napytać biedy, bo a nuż „tamci” – sprawnie poruszający się w świecie informacji – powiedzą „sprawdzam”. Islamiści lubią pogrywać z symbolami – znamienna w tym kontekście była ich zwiększona aktywność w Afganistanie (czy wcześniej w Iraku) w okolicach chrześcijańskich świąt. Czy w czasie wizyt polskich notabli. Niewykluczone więc, że zadrwią także z „ostoi pokoju”.

Drugorzędne śmierć i cierpienie

Jednak nie ta argumentacja jest najważniejsza. Historia z prezydencką oponą nie napawa optymizmem, rzuca poważny cień na jakość służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo naszego państwa. Pragmatyka funkcjonowania, oparta o filozofię „jakoś to będzie”, ma się nijak do „właściwego zabezpieczenia zdrowia i życia” – prawda?

Wróćmy teraz do wydarzeń z 28 sierpnia 2013 roku. Polakom udało się odeprzeć atak zamachowców-samobójców przy relatywnie niskich stratach własnych (dwóch zabitych oraz kilkudziesięciu rannych i poszkodowanych). Lecz to, co najważniejsze, wydarzyło się później. Świadomość, że baza przestała być azylem, spowodowała wysyp wniosków o przyśpieszoną rotację do kraju, składanych przez personel zabezpieczający misję. Szok, jakiego doznały nienawykłe do funkcjonowania w warunkach zagrożenia osoby, był dla kontyngentu poważnym problemem. Zaś w wymiarze taktyczny oznaczał sukces dżihadystów.

Nie czarujmy się – islamości uderzą i w Polsce; to tylko kwestia czasu. Bilans strat ludzkich i materialnych się nie zmieni (bądź zmieni się w niewielkim stopniu) czy będziemy utrzymywać mit „bezpiecznej przystani”, czy też nie. Ale trwanie w złudnym spokoju przełoży się na skalę naszego szoku. A, jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, śmierć i cierpienie nawet setek ofiar mają dla terrorystów znaczenie drugorzędne. W ich kalkulacjach liczy się właśnie ów szok i wywołana nim trauma. Im bardziej masowe, tym lepiej.

—–

Fot. Marcin Ogdowski

Namiastka

Duża część budynków mieszkalnych w Libanie ma na poziomie parteru garaże. Jednak w wielu z nich nie sposób dziś zaparkować samochodu. Tocząca się w sąsiedniej Syrii wojna sprawiła, że pomieszczenia te opanowali uchodźcy. Całymi, często wielopokoleniowymi rodzinami, które na kilkunastu metrach kwadratowych próbują zbudować sobie namiastkę utraconego domu.

W Deir Ammar na przedmieściach libańskiego Trypolisu spotykam się z Aymanem i jego żoną, Wisal. Stalowe drzwi zajętego przez nich garażu za dnia pozostają otwarte – Syryjczyków oddziela od ulicy jedynie zasłona. Za drugą kotarą, w głębi pomieszczenia, kryje się prowizoryczna łazienka i kuchnia. Przednia część lokum pełni funkcję sypialni i pokoju dziennego. Na podłodze leżą wytarte dywany i materace. Na jedynym z nich siedzą gospodarze, na drugim – ich trzy kilkuletnie córki. Dziewczynki wpatrują się w niewielki telewizor – wkrótce przekonam się, że to typowy widok w domostwach uchodźców. Odbiorniki – zwykle wysłużone niewielkie urządzenia – zobaczę nawet w najpodlejszym namiotowisku. Usłyszę, że pudełko z ruchomymi obrazkami pozwala zająć czymś dzieci, zaś dorosłym daje możliwość śledzenia serwisów informacyjnych. To, co dzieje się w Syrii, dla większości z nich ma bowiem nadal ogromne znaczenie.

Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski
Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski

Czterdzieści dni piekła

– W Homs mieszkaliśmy w dwustumetrowym domu z czterema pokojami – 30-letnia Wisal zdaje się być nieco zakłopotana warunkami, w jakich przyszło jej pełnić rolę gospodyni. Jeszcze trzy lata temu należała do syryjskiej klasy średniej. Ayman wraz z bratem mieli pod miastem sporo ziemi, na której uprawiali oliwki. Mężczyzna był też właścicielem kilku mieszkań pod wynajem oraz niewielkiej firmy transportowej. – Trudno nam było przywyknąć do nowego standardu życia. Zwłaszcza do świadomości, że nie możemy zapewnić dzieciom godnych warunków.

Ayman kiwa głową. Rzutki niegdyś biznesmen – choć ma zaledwie 33 lata – jest dziś wrakiem człowieka, wymagającym stałej opieki. Z trudem się porusza, miewa ataki epilepsji i omdlenia. Przez wiele miesięcy walczył z ciężką depresją. Mówi o tym w czasie przeszłym, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż jest pod jej wpływem.

– Torturowali mnie – wyjaśnia. – Podłączali prąd do stóp, do głowy, i razili nim aż do utraty przytomności.

– Byłeś w opozycji? Walczyłeś przeciwko armii? – pytam, wcześniej ustaliwszy, że „oni” to rządowa służba bezpieczeństwa.

Syryjczyk zaprzecza.

– Twierdzili, że gdy mnie pojmano, byłem uzbrojony i brałem udział w jakichś wystąpieniach. A ja siedziałem w domu, z rodziną…

– Wzięli tylko ciebie? – dopytuję.

– Mnie i brata – słyszę w odpowiedzi. – No i samochód – dodaje mój rozmówca. To charakterystyczny element, pojawiający się w wielu opowieściach uchodźców. Zatrzymaniom pod formalnie uzasadnionymi zarzutami często towarzyszą motywy rabunkowe. Z zapewnień Aymana wynika, że auta nie odzyskał.

– Na przesłuchaniach kazali mu się przyznać, że był w jakiejś bojówce. Miał podać nazwiska innych członków – relację kontynuuje Wisal. – Gdy milczał, poddawano go elektrowstrząsom.

– I tak przez czterdzieści dni – Syryjczyk ma nieobecne spojrzenie. – Czterdzieści dni tortur i leżenia nago na betonowej posadzce. Dobrze, że większość tego czasu byłem nieprzytomny.

Ayman i Wisal w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy rozmówców
Wisal i Ayman w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy moich rozmówców/fot. Marcin Ogdowski

Łapówka na wagę życia

Z ciemnej piwnicy gdzieś na obrzeżach Homs przeniesiono Aymana do tamtejszego aresztu. Przez prawie dwa lata czekał na rozprawę sądową. W tym czasie w mieście toczyły się intensywne walki.

– Na naszej ulicy coraz częściej zaczęły spadać bomby – wspomina Wisal. – Nie mogłam ryzykować życia dzieci, choć tak bardzo chciałam być blisko męża.

Kobieta wyniosła się za miasto. Wszystkie próby dotarcia do Aymana spełzły na niczym.

– Ludzie, którym udało się wyjść z więzienia, opowiadali, w jak fatalnym stanie jest mąż – drobna Syryjka głośno przełyka ślinę. – Mówili: „ratuj go, bo on lada moment umrze”. Nie mogłam, nie potrafiłam zrezygnować.

Po roku i dziewięciu miesiącach Wisal dopięła swego. Za łapówkę w wysokości półtora tysiąca dolarów wykupiła męża z aresztu. Z ponurej celi Ayman trafił do kliniki w Libanie. Trzy miesiące później dołączyła do niego żona z dziećmi. W międzyczasie rodzinie udało się również wydostać z więzienia brata mężczyzny. W tym przypadku okup był dwa razy wyższy.

W takich okolicznościach zasobni do niedawna Syryjczycy pozbyli się ostatnich większych oszczędności.

– Jak sobie radzicie w Libanie? – pytam.

– Ayman nie może pracować – Wisal uśmiecha się smutno. – Sprzątam u libańskich rodzin, z czego są niewielkie pieniądze. Czasem któryś z sąsiadów podrzuci nam coś do jedzenia.

– Czyli Libańczycy zachowują się wobec was przyzwoicie? – staram się, by nie zabrzmiało to jak stwierdzenie.

– Trudno narzekać, biorąc pod uwagę to, co przeżyliśmy – mówi moja rozmówczyni.

Trolle

Nie trzeba być uważnym obserwatorem, by widzieć, jak mainstreamowe redakcje – od lewa do prawa – relacjonują wojnę na Ukrainie. W tym zakresie panuje niepisana zgoda między światem mediów i polityki. Jeśli już ktokolwiek krytykuje prokijowską linię rządu Rzeczpospolitej – gazeta czy działacz opozycji – odnosi się to do konkretnych działań, nie zaś do intencji czy ogólnej zasadności. Takie zjawiska jak tendencje autonomiczne, obecne od zawsze wśród mieszkańców Donbasu, czy brutalność ukraińskiej armii, ostrzeliwującej cywilne obiekty, w polskim dyskursie medialnym właściwie nie istnieją. Wojna musi być czarno-biała – z Rosją i w pełni z nią utożsamianymi separatystami po złej stronie mocy.

Taki stan rzeczy ma dwie przyczyny. Pierwszą jest jawna, powszechna i niezależna od aktualnych wydarzeń rusofobia. Politycy i dziennikarze schlebiają jej dla własnego interesu bądź zwyczajnie ją podzielają. Druga – zresztą wzmacniająca pierwszą – bierze się z poczucia zagrożenia, wywołanego agresywnymi poczynaniami Moskwy. Co by nie mówić, ukraiński kryzys zaczął się od aneksji Krymu, a w Donbasie – mimo zaprzeczeń Kremla – rebeliantów wspierają oddziały regularnej rosyjskiej armii. W niektórych środowiskach strach, „że Polska będzie następna”, czyni z proukraińskiej narracji wręcz rację stanu.

Oczywiście, w kraju wolnego słowa nie brakuje odmiennych opinii na temat ukraińskiego konfliktu. Towarzyszy im antypatia, dla której usprawiedliwieniem ma być przede wszystkim rzeź wołyńska z 1943 roku. I tu dochodzimy do sedna problemu. Przed wybuchem wojny na wschodzie Ukraińcy cieszyli się dużo lepszą opinią wśród Polaków. Dramat napadniętego kraju winien te sympatie wzmocnić. Stało się inaczej, gdyż tego właśnie chcieli Rosjanie. Imponuje mi sprawność, z jaką ci poruszają się w obszarze nowych technologii. Nie tylko doskonale zagospodarowali potencjał użytecznych idiotów, tworzących niszowe, ale liczne strony internetowe, na których przestrzega się przed „ukraińskim rewanżyzmem”. Opłacani przez własne ministerstwo obrony rosyjscy trolle, przy pomocy nieświadomych manipulacji polskich internautów, zdominowali też fora dyskusyjne mediów głównego nurtu. Wystarczy zerknąć w komentarze pod dowolnym tekstem poświęconym Ukrainie. Zwykle jest to ściek – pełen inwektyw, niesprawiedliwych ocen i zwykłych wymysłów, przedstawiających Ukraińców w paskudnym świetle. Jednak w jego oparciu wiele osób buduje sobie alternatywny obraz wydarzeń.

Taki jest efekt prowadzonej przez Rosjan wojny informacyjnej. Oczywiście, możemy rzecz zignorować, uznać, że taki stan nie ma żadnego wpływu na obronność. Lecz będzie to błąd. Labilność postaw naszych obywateli jest naszą słabością – której musimy przeciwdziałać. To nie zewnętrzne podmioty winny mieć wpływ na kształtowanie poglądów Polaków. A że dziś kształtują się one w dużej mierze w Internecie, powołanie brygady trolli staje się wyzwaniem chwili.

Od woli naszych polityków zależy, czy nadamy jej defensywny czy ofensywny charakter. Czy jej „żołnierze” skupią się wyłącznie na neutralizowaniu obecności rosyjskich trolli na polskich stronach, czy – w ramach retorsji – zaatakują również rosyjskojęzyczny Internet. Brzmi to niezwykle wojowniczo, ale w praktyce sprowadza się do uczestniczenia w dyskusjach na każdym intelektualnym poziomie, rozpowszechnianiu informacji i dezinformacji korzystnych dla Polski, ale i promowaniu pozytywnego wizerunku naszego kraju. I owszem, walka bez karabinu może się wydać niezbyt pociągająca, a jej „specjalsi” raczej nie staną się idolami młodzieży. Rzecz jednak w tym, że słowem i obrazem (zdjęciem, memem, filmikiem) można dziś zaszkodzić przeciwnikowi bardziej niż klasyczną bronią.

—–

Klawiatura to też narzędzie wojny/fot. Marcin Ogdowski

Zabijanie

„Nasza religia jest lepsza. Nasza nie nakazuje nam zabijać”. „Nasza”, znaczy chrześcijańska, czy precyzyjniej – katolicka.  Oto opinie, które zalewają media społecznościowe w reakcji na zamachy w Paryżu.

Brzmią one żałośnie i dowodzą, lekko mówiąc, ograniczenia intelektualnego.

Każda religia – jak wszystko, co wymyślił człowiek – może zostać użyta tak w dobrym, jak i w złym celu. Można nią głosić pokój i szerzyć wojnę. W przypadku tej ostatniej, religia często okazuje się wręcz niezbędna.

Byśmy mogli się zabijać bez większych szkód psychicznych, stworzyliśmy rozmaite konstrukty – zarówno w sferze abstrakcji, jak i w warstwie materialnej. Mamy zatem coś takiego, jak rycerski/żołnierski etos, czy idee (i instytucje) państwa narodowego. I w oparciu o te wymysły (w socjologicznym tego słowa znaczeniu) potrafimy się tłuc aż wióry lecą.

Ale to wystarcza tylko do „normalnego” zabijania. Gdy w grę zaczyna wchodzić bestialstwo – palenie ludzi w piecach, czy strzelanie do niewinnych uczestników koncertu rockowego – potrzebujemy silniejszych uzasadnień. Historia ludzkości pokazuje, że najprościej znaleźć je w religii. Dehumanizacja innych nie będzie skuteczną praktyką, jeśli nie nadamy jej wymiaru metafizycznego, transcendentnego. Jeśli nie powiemy sobie, że „bóg jest z nami” (i wybaczy nam wszelkie łajdactwo).

Zanim zatem do reszty zatracimy się w islamofobii, warto zdać sobie sprawę, że dzisiaj „oni”, wczoraj „my”. Dość przypomnieć Holocaust, zorganizowany przez awangardę chrześcijańskiej cywilizacji. Dla którego „zwykli Niemcy” szukali usprawiedliwienia w „przyrodzonej”/”nadanej z woli boga” wyższości aryjczyków i karłowatości Żydów.

Zatem to nie z przewag „naszej” religii wynika kulturowa wyższość Zachodu, w tym jego technologiczna i organizacyjna sprawność. Jest ona konsekwencją desakralizacji, sfalsyfikowania durnych religijnych dogmatów, wypchnięcia religii w sferę prywatną. Jej społecznej marginalizacji.

Swoją drogą, nie mielibyśmy tego bez Francji – i Wielkiej Rewolucji, co ma dziś wymiar wielce symboliczny.

Wracając do sedna. Zapewne wskażecie mi Stalina i jego „ateistyczne” imperium – jako kontrargument. Kula w płot. Sowiecki system, gdy stanął nad przepaścią – po niemieckiej agresji na ZSRR – szybko odwołał się do religijnej retoryki. Wbrew stereotypowym (u nas) wyobrażeniom, bóg w sposób całkowicie legalny był „obecny” wśród żołnierzy Armii Czerwonej. Bez niego nie dałoby się usprawiedliwić masowego mordowania – swoich i wrogów.

I owszem – bardzo chciałbym napisać, że ateizm wyzwoli nas od bestialstwa. Ale wcale tak nie myślę. Społeczeństwa zlaicyzowane są mniej skłonne do przemocy, lecz natury nie przeskoczymy. Jeśli nie bóg, to znajdzie się inny pretekst. Bo nade wszystko lubimy się zabijać…

—–

Zdjęcie ilustracyjne/fot. Marcin Ogdowski