Archiwum kategorii: Syria

Dolary…

Wojna w Syrii trwa już dziewięć lat. al-Asad przetrwał najgorsze i dzięki wsparciu Iranu oraz Rosji – a pośrednio też zachodniej koalicji, której kampanii lotniczej przeciw Państwu Islamskiemu nie sposób przecenić – konsoliduje dziś władzę w zrujnowanym kraju. Jego oddziały usiłują właśnie przejąć kontrolę nad ostatnim dużym bastionem bojowników – prowincją i miastem Idlib. Zajęcie tego regionu pozwoli ogłosić zwycięskie zakończenie wojny.

I nie o samą wymowę propagandową tu chodzi. Syryjska gospodarka jest w fatalnej kondycji i na dłuższą metę pomóc jej może tylko poważny zastrzyk finansowy z zewnątrz, podany przy okazji odbudowy. A inwestorzy, wiadomo, nie wejdą do kraju, w którym toczy się wojna. Co więcej, syryjskiemu prezydentowi kończy się czas. Gwałtowne ożywienie na linii frontu wynika z tej właśnie presji, a jej powody mają ekonomiczny charakter.

Skarbiec świeci już pustkami

To banalne spostrzeżenie, lecz kluczowe dla zrozumienia sytuacji: wojna kosztuje. Przez lata al-Asad jakoś godził finansowanie operacji militarnej przeciwko opozycji, z koniecznością zapewnienia ludności cywilnej, zamieszkałej na terenach kontrolowanych przez rząd, minimalnych środków do życia. Kłody pod nogi rzucał Damaszkowi Zachód, poprzez kolejne sankcje. Pomocne dłonie wyciągnęły Teheran i Moskwa. Zwłaszcza Iran odegrał tu niebagatelną rolę, pomoc Rosji miała bowiem przede wszystkim militarny wymiar.

Sytuacja zmieniła się w 2019 roku za sprawa Donalda Trumpa. Ten już wcześniej zrezygnował z ugodowej polityki wobec Teheranu, prowadzonej przez administrację Baracka Obamy. W minionym roku zagrał „na ostro” (w co uwikłała się i Polska, organizując konferencję bliskowschodnią pod dyktando Waszyngtonu). Przywrócone i kolejne sankcje mocno uderzyły w gospodarkę Iranu, który w efekcie musiał ograniczyć zaangażowanie w Syrii. Skutki takiego stanu rzeczy doskonale widać na syryjskim czarnym rynku. Przed wybuchem wojny jeden dolar wart był 45 miejscowych funtów. W latach 2011-2019 syryjska waluta, choć znacznie osłabiona, trzymała stabilny poziom – za jednego dolara należało płacić nieco ponad 500 funtów. Od kilkunastu tygodni jest to już 1200 funtów.

– Syria jak powietrza potrzebuje ropy, bo roponośne tereny tego kraju wciąż kontrolują Amerykanie – tłumaczy dr Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, które od lat pomaga ofiarom syryjskiego konfliktu. – No i żywności, przede wszystkim zboża i fasoli, bo na „luksusowe” jedzenie stać w tym kraju nielicznych. Odkąd Teheranowi trudniej dotować Damaszek, syryjski rząd musi coraz częściej wybierać: czy nieliczne już rezerwy walutowe przeznaczyć na finansowanie importu żywności, czy na wysiłek wojenny?

Prawdziwy run na banki

Już kilka miesięcy temu al-Asad – świadom nadchodzącego krachu – sięgnął do najgłębszych rezerw. Czyli do kieszeni uprzywilejowanych członków reżimu, biznesmenów, których majątki na wojnie jeszcze bardziej się powiększyły. Prezydent – pod hasłem kampanii antykorupcyjnej – zażądał od nich daniny na podtrzymanie działań zbrojnych i wykarmienie mieszkańców kraju. al-Asadowi się nie odmawia – przynajmniej nie wprost. I tak w spiralę gospodarczych kłopotów wkręcono sąsiedni Liban.

W połowie października ubr. w Bejrucie wybuchły antyrządowe protesty, w wyniku których Liban ma od kilku dni nowy rząd. Najważniejszym zadaniem świeżo powołanego gabinetu jest uchronienie kraju przed bankructwem. Czy technokraci podołają wyzwaniu? – na to pytanie nie ma dziś jednoznacznej odpowiedzi. Oligarchiczny charakter własności kluczowych sektorów gospodarki, gigantyczna korupcja oraz niechęć wobec poddania się nadzorowi międzynarodowych instytucji finansowych – oto czynniki, które nie wróżą najlepiej wyłonionym pod presją ulicy reformatorom. Co gorsza, brakuje też amerykańskich dolarów, bez których Bejrut nie ma czym płacić za dostawy ropy. Cierpi nie tylko ekonomia, cierpią też zwykli ludzie, libański system energetyczny jest bowiem oparty o spalanie pochodnych „czarnego złota”.

Gdzie podziały się dolary? Cofnijmy się w czasie do polecenia al-Asada, który nakazał biznesmenom „dobrowolne” wpłaty do budżetu. Jego efektem był prawdziwy run syryjskich oligarchów na bejruckie banki – biznesmeni w panice przelewali oszczędności do innych, bezpiecznych krajów. Jak to możliwe? Waluty Syrii i Libanu są wzajemnie wymienne, Syryjczycy zaś od dawna trzymają oszczędności u sąsiadów. Depozyty w funtach syryjskich wymieniono na uniwersalny środek płatniczy, w ciągu kilkunastu dni ogołacając libański system bankowy z czterech miliardów dolarów. Na domiar złego gwałtownie umniejszona podaż twardej waluty nie pozostała bez wpływu na reakcje Libańczyków. To oni wypłacili kolejne dwa miliardy dolarów, woląc trzymać je u siebie niż w bankach. Byśmy dobrze zrozumieli skalę zjawiska – sześć miliardów „zielonych” stanowi ponad 10 proc. PKB Libanu. Przenosząc ów odsetek na realia Polski – to tak, jakby z naszych banków wypłynęło 60 miliardów dolarów w żywej gotówce (240 mld zł!).

„Nie” dla mandatu ONZ

Kampania antykorupcyjna al-Asada zakończyła się więc spektakularnym ciosem dla syryjskiej gospodarki, która straciła dostęp do libańskiego rezerwuaru twardej waluty. Sytuacja jest dla reżimu o tyle trudna, że syryjski prezydent wciąż pozostaje politycznym pariasem, a kontakty z nim niosą ryzyko narażenia się Stanom Zjednoczonym. Tymczasem Waszyngton wprowadził niedawno tak zwaną Ustawę Cezara, która daje prezydentowi USA możliwość nałożenia dodatkowych sankcji na podmioty prowadzące interesy z rządem Syrii oraz jego agencjami wojskowymi i wywiadowczymi. Ile firm czy rządów zdecyduje się podjąć ryzyko? Pytanie ma rzecz jasna wymiar retoryczny.

Szczęśliwie dla al-Asada, wciąż sprzyja mu Rosja. A Moskwa posiada w tej grze pewne atuty. W styczniu 2020 roku na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych toczyły się negocjacje dotyczące możliwości przesyłania do Syrii pomocy humanitarnej. Dotychczasowe rezolucje ONZ dawały sposobność wykorzystania w tym celu czterech przejść granicznych (dwóch z Turcją i po jednym z Irakiem i Jordanią). Obowiązywały one przez dwanaście miesięcy i na początku kolejnego roku były ponownie uchwalane. W styczniu br. Rosja powiedziała „nie” dla odnowienia mandatu, by ostatecznie zgodzić się na rezolucję obowiązującą przez pół roku, obejmującą jedynie dwa przejścia (gwoli rzetelności, te najczęściej używane – z Turcją). Czy to oznacza, że w lipcu 2020 roku Syria zostanie bez pomocy międzynarodowych organizacji?

– Nie – mówi Wojciech Wilk. – Zmieni się sposób dystrybucji pomocy humanitarnej, która będzie musiała iść przez Damaszek. W ten sposób kontrolę nad nią przejmie syryjski rząd, który zmusi organizacje humanitarne do wymiany twardej waluty na miejscowe funty. Oficjalny kurs dolara wynosi w tej chwili jeden do czterystu trzydziestu. Istnieje jeszcze coś takiego, jak kurs preferencyjny, gdzie za dolara płaci się siedemset osiemdziesiąt funtów. No i czarnorynkowy, w którym dolar wart jest tysiąc dwieście funtów. Niezależnie od tego, który z nich zostanie zastosowany, i biorąc pod uwagę skalę pomocy, syryjski bank centralny pozyska na tej operacji kilkaset milionów dolarów w skali roku. Prezydent al-Asad będzie miał za co kupować niedostępne w Syrii produkty – w tym większym zakresie, im szybciej zniknie potrzeba finansowania działań zbrojnych.

Jeśli pęknie turecki mur…

I tu dochodzimy do momentu, w którym plany al-Asada wchodzą w kolizję z interesami Turcji. Aby to wyjaśnić, trzeba najpierw przybliżyć najnowszą historię prowincji i miasta Idlib. Przed wojną te tereny zamieszkiwało półtora miliona ludzi, dziś jest ich dwa razy więcej. Wzrost populacji to efekt działań wojennych i celowej polityki syryjskich władz. Gdy rządowa armia rozbijała kolejne ogniska oporu, al-Asad zgadzał się na tworzenie korytarzy humanitarnych z kapitulujących miast. Tymi drogami, z których większość wiodła właśnie do Idlibu, obok ludności cywilnej wychodzili też pokonani bojownicy, ich rodziny oraz zwolennicy. W efekcie prowincja w ogromnym stopniu nasyciła się przedstawicielami często skrajnie ekstremistycznych ugrupowań, w tym syryjskiej al-Kaidy. Ci ludzie mają teraz przed sobą armię al-Asada, a za sobą granicę z Turcją. Jeśli przegrają, zrobią wszystko, by pokonać wysoki graniczny mur – inaczej czeka ich śmierć z rąk asadowców.

Lecz Turcja – co zrozumiałe – wcale nie zamierza takich uchodźców przyjmować. Wspiera więc ekstremistów w walce z rządową armią syryjską, licząc na to, że wymęczony Damaszek odpuści. I że enklawa w Idlibie przetrwa. Patrząc z boku, mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją – Ankara wspiera terrorystów walczących z sojusznikiem Moskwy. A przecież Turcja i Rosja w ostatnich latach mocno się do siebie zbliżyły. Oficjalnie głowy obu państw deklarują dalszą przyjaźń, Rosjanie zaś dają do zrozumienia, że nie są w stanie w pełni kontrolować al-Asada.

Tymczasem sytuacja humanitarna w Idlibie jest dramatyczna. Dla Europy, w tym Polski, może to oznaczać początek poważnych kłopotów. Bo jeśli turecki mur pęknie pod naporem zdesperowanych ludzi, Ankara zrobi wszystko, by pozbyć się idlibskich uchodźców ze swego terytorium. Zapewniając szybki tranzyt bogu ducha winnych cywilów na europejskie plaże, wypchnie pośród nich tysiące dżihadystów.

Czy z tej sytuacji jest jakieś wyjście? Drogę wskazuje Wojciech Wilk.

– Należy jak najszybciej pomóc zbudować bezpieczne schronienia dla uciekinierów – o ile to możliwe, nadal na terytorium Syrii – mówi prezes PCPM.

—–

Nz. Jeden z obozów dla syryjskich uchodźców tuż przy libańsko-syryjskiej granicy, grudzień 2019/fot. Marcin Ogdowski

Arsal

Pod koniec ubiegłego roku Liban ponownie trafił na czołówki serwisów informacyjnych na całym świecie. Do Bejrutu – długo będącego areną krwawej wojny domowej – jak przed laty ściągnęły tłumy dziennikarzy. Szczęśliwie tym razem nie chodziło o wojnę, ale kontekst i tak wesoły nie był. I nadal nie jest, sytuacja bowiem nie uległa zmianie. Antyrządowe protesty mają zmienną dynamikę – raz słabną, raz wybuchają z dużą mocą. Strony generalnie unikają twardej konfrontacji, lecz nie zmienia to faktu, że Liban się chwieje. I że w całym tym zamieszaniu na dalszy plan schodzą problemy milionowej rzeszy syryjskich uchodźców, przerażonych widmem eskalacji konfliktu. „Znów będziemy musieli uciekać?” – zastanawia się wielu z nich.

Wymalowana flaga Państwa Islamskiego na budynku stojącym obok meczetu w Arsal/fot. Marcin Ogdowski
Wymalowana flaga Państwa Islamskiego na budynku stojącym obok meczetu w Arsal/fot. Marcin Ogdowski

1.

Okolice miasta Arsal to teren objęty reżimem stanu wyjątkowego. Widać to na rogatkach miasteczka, na których rozstawiono wojskowe punkty kontrolne. Żołnierze nie wykazują przesadnej wścibskości, czasem nawet machają ręką na nasze paszporty. Ale są – z hełmami, pełnym zapasem amunicji i M16 gotowymi do strzału. Bliskość granicy z Syrią to szansa dla „przedsiębiorczych inaczej” – szmuglerów deficytowych towarów, handlarzy ludźmi i narkotyków. Niejedna fortuna z libańskiego pogranicza wyrosła na tym gruncie. Lecz dla zwykłych ludzi – gdy wraz z wojną znikła zwyczajna transgraniczna wymiana – oraz dla uchodźców, sąsiedztwo Syrii to powód do niepokoju. Kilka lat temu bandyci z Państwa Islamskiego próbowali przejąć kontrolę nad Arsal.

– Wejście libańskiej armii w 2017 roku poprawiło sytuację – przyznaje Nanaf, „sołtys” jednego z syryjskich namiotowisk. – Trzy lata wcześniej całe nasze obozowisko spłonęło, podpalone przez nieznanych sprawców, którzy chcieli wywołać w okolicy jak największy chaos. Teraz to nie do pomyślenia.

Arsal udało się ocalić, lecz nie wszyscy „źli goście” zostali zabici lub uciekli z Libanu. Wciąż tu są – oni i ich lokalni zwolennicy. Spotykają się w jednym z meczetów na modły i dyskusje. Nawet jeśli coś knują, libańskie służby mają ich na oku. Tak przynajmniej twierdzą Arsalczycy. A może to tylko wyraz naiwnej wiary Libańczyków? Gdy Tony – miejscowy, który naszej dziennikarskiej ekipie służył za przewodnika i ochroniarza – dostał informację o kolejnej strzelaninie z udziałem wojska i bliżej nieokreślonych bandytów, kazał nam czym prędzej zwijać się z restauracji, do jakiej dopiero co weszliśmy. Obiad musiał poczekać…

Widok na Arsal, na pierwszym planie jedno z namiotowisk/fot. Marcin Ogdowski
Widok na Arsal, na pierwszym planie jedno z namiotowisk/fot. Marcin Ogdowski

2.

W Arsal i okolicy schronienie znalazło niemal 60 tysięcy uchodźców. W samym miasteczku mieszka około 10 tysięcy Libańczyków, w podległym mu administracyjnie regionie – cztery razy tyle. Uciekinierów z Syrii jest zatem więcej niż miejscowych. Ponad połowa Syryjczyków żyje w namiotach, reszta w wynajmowanych domach (na co pozwolić mogą sobie tylko nieliczni), w mieszkaniach, pokojach i pomieszczeniach gospodarczych.

Syria jest tuż-tuż, za pierwszą linią widocznych z miasta wzgórz; tak blisko i tak daleko zarazem.

– Wróciłbym choćby dziś – deklaruje Ibrahim, 37-latek, w Libanie przebywający od 2012 roku. – Uciekłem z rodziną, gdy spłonął nasz dom, ale to nie jest problem. Dom można przecież wyremontować, albo nawet postawić na nowo.

Pytam zatem, w czym rzecz i słyszę – nie pierwszy raz zresztą – że chodzi o przymusowy pobór. Wykupienie się z armii al-Asada kosztuje dziewięć tysięcy dolarów – kwotę dla większości uchodźców astronomiczną.

Muszę przyznać, że już wcześniej zastanawiałem się nad motywacjami ojców syryjskich rodzin, które uciekły do Libanu (i innych krajów). Zwykle prowadziło mnie to do wniosku, że mając kilkoro dzieci, poświęciłbym się bez wahania. Wrócił do Syrii, wstąpił do armii – skoro najbliższym stworzyłoby to możliwość bezpiecznego powrotu do domu. Aż któregoś razu Paweł – dziennikarz, który spędził na syryjskim froncie wiele miesięcy – uświadomił mi, czym jest tamtejsza rządowa armia. Maszynką do armatniego mięsa, która na skutek fatalnego wyszkolenia i dowodzenia wypluwa ludzkie ochłapy w zatrważającym tempie. Co więcej, jest to wojsko, które z bestialstwa uczyniło jedną z metod postępowania.

– Nie chcę zabijać kobiet i dzieci – mówi wprost Ibrahim.

Ja też bym nie chciał…

Nadia z wnuczką i córką/fot. Marcin Ogdowski
Nadia z wnuczką i córką/fot. Marcin Ogdowski

3.

– Kiedy słyszę „Syria”, chce mi się płakać – 69-letnia Nadia z trudem wstrzymuje łzy. – Mój dom jest właśnie tam, nie tu, w tym namiocie, w Libanie.

Jeden z jej sąsiadów przyznaje, że czasami przekracza libańsko-syryjską granicę, nielegalnie, by w pobliskich górach zobaczyć się z rodziną, która została w kraju. Dwu-trzygodzinne spotkania utwierdzają go w przekonaniu, że w Syrii żyje się jeszcze gorzej. Wojna weszła już co prawda w schyłkową fazę, ale konsolidacja władzy oraz czystki, jakich dokonuje al-Asad, wciąż skutkują masowymi cierpieniami ludności cywilnej. Zwłaszcza jednej z jej grup. Siepacze reżimu mają jasny rozkaz – zniechęcić sunnitów do powrotu do kraju. Wystarczy więc błahy czy wręcz absurdalny powód, by pod zarzutem współpracy z pokonaną opozycją trafić za kraty. Więzienia pełne są osób, które noszą na ciałach blizny po ranach. Syn jednej z moich rozmówczyń został ranny w początkach wojny. Przypadkiem, gdy opuścił schronienie, by poszukać paliwa do generatora. Odłamki moździerzowego granatu pokiereszowały mu plecy. Broni w dłoniach nie trzymał – ani wcześniej, ani później…

Dziś los tego mężczyzny – podobnie jak innych rzekomych bojowników – ma być przestrogą. I jest.

– Gdyby miał kogoś, kto pracuje dla reżimu, kto dałby rodzinie protekcję, wróciłbym – zapewnia „sołtys” Nanaf. – W innym przypadku to proszenie się o kłopoty, a nawet o śmierć.

- Pacjenci szpitala na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć - wspomina Abdel/fot. Marcin Ogdowski
– Pacjenci szpitala na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć – wspomina Abdel/fot. Marcin Ogdowski

4.

A mówimy o ludziach, którzy swoje już przeżyli.

Abdel, 60-latek z al-Kusajr, do Libanu trafił w czerwcu 2012 roku.

– Miasto zajęła Wolna Armia Syrii, oblegało je wojsko al-Asada – wspomina ostatnie tygodnie przed ucieczką. – Rządowi strzelali we wszystko, w co się dało. Strzelali snajperzy, strzelały wielkie działa. Wreszcie ktoś na górze się dogadał i wyznaczyli nam, cywilom, drogę, którą można się było ewakuować. Wyszedłem z żoną, trójką dzieci, wyszedł też dorosły syn z trzema córkami. Było nas w sumie dwadzieścia pięć tysięcy osób. I wtedy wojsko zaczęło strzelać. W kilka minut zginęło półtora tysiąca ludzi.

Po tym zdarzeniu rodzina Abdela szła bez dłuższej przerwy przez cztery dni. Część uciekinierów – nikt z bliskich 60-latka – zmarła z powodu braku wody.

– Wśród ewakuowanych byli pacjenci ze szpitala – opowiada mężczyzna. – Na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć.

– Płakaliśmy, gdy do nas dotarli, tak źle wyglądali – mówi Fatima, Libanka z Arsalu, mając na myśli pierwsze grupy uchodźców, które docierały do miasta.

– Libańska armia dała nam chleb na powitanie – wspomina Nadia.

Dla starszej kobiety ów gest miał dramatyczną wymowę. Kilka dni wcześniej jeden z jej synów odłączył się od grupy, by na pobliskim rumowisku poszukać czegoś do jedzenia. Eksplozja pocisku, który przyleciał nie wiadomo skąd, zabiła mężczyznę na miejscu. Dwie doby wcześniej urodziła mu się córka.

Siedmioletnia dziś dziewczynka nie może pamiętać tego, co działo się, gdy najbliżsi wędrowali z al-Kusajr do Libanu. Urodziła się jeszcze w Syrii, w obozie prowadzonym przez Czerwony Krzyż.

– Któregoś wieczoru przyszli do nas ludzie i ostrzegli, że musimy uciekać – relacjonuje Nadia. – Że wszyscy niechrześcijanie zostaną wkrótce zabici przez wojsko. Ruszyliśmy, unikając głównych dróg. Męczyłam się potwornie, bo po nieudanej operacji nóg, od dwudziestu lat chodzę o kulach.

– To wielki luksus zasypiać bez ostrzału na dobranoc – do rozmowy włącza się córka Nadii. – Budzić się bez ostrzału na dzień dobry – kobieta uśmiecha się lekko.

Nadia również wykrzywia usta.

– Mieliśmy sąsiadkę, która chowała się pod koc, przekonana, że da jej schronienie – nie kryje rozbawienia. A potem, w równie żartobliwym tonie, opowiada o popłochu, jaki w niej, i w sąsiadach, wywoływał dźwięk spadających bomb beczkowych.

Szybko jednak poważnieje.

– Armia Wolnej Syrii przekonywała nas, że wkrótce będzie dobrze. Tymczasem al-Asad wciąż tam jest. Tyle ofiar i wszystko na nic…

Schronienia muszą mieć tymczasowy charakter/fot. Marcin Ogdowski
Schronienia muszą mieć tymczasowy charakter/fot. Marcin Ogdowski

5.

Ta ofiara – poza śmiercią i ranami – ma też całkiem materialny wymiar. W Arsal i okolicy stanęło ponad sześć i pół tysiąca namiotów. Rodziny, które w nich mieszkają, potraciły w Syrii domy, mieszkania, ogrody, sady, żywy inwentarz i ruchomości. Większość żyje w prowizorycznych schronieniach już siódmy rok. Niczego solidniejszego postawić im nie wolno, bo obozowisko musi mieć charakter tymczasowy. Uchodźcy powinni wrócić do siebie – oczekuje libański rząd i stąd jego umiarkowanie empatyczna postawa.

Latem nie jest to aż tak problematyczne, ale zimą – zwłaszcza w nocy, gdy temperatura spada poniżej zera – w namiotach robi się paskudnie zimno.

– Dręczą nas przeziębienia, grypy, zapalenia płuc – wylicza „sołtys” Nanaf.

Dlatego tak istotne jest odpowiednie docieplenie prowizorycznych domostw. Dwa lata temu w Arsal pojawili się Polacy. Dysponujące dotacją rządu RP Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej wydało niemal trzy i pół miliona złotych na zakup odpowiednich komponentów – gąbek, plastikowych płacht oraz belek wzmacniających konstrukcje namiotów. W 2019 roku skala przedsięwzięcia była już niższa – na rzecz uchodźców przeznaczono milion trzysta tysięcy złotych. Przy okazji przeprowadzono też niezbędne szkolenia z zakresu ochrony przeciwpożarowej. Namioty bowiem wyposażone są w piecyki, latem służące tylko do gotowania, zimą również do ogrzewania.

Jeśli akurat jest czym grzać. Mazut – paliwo wykorzystywane w tym celu – drożeje z tygodnia na tydzień. To efekt fatalnej sytuacji ekonomicznej Libanu, której skutki dotykają nie tylko rdzennych mieszkańców, ale i uchodźców.

– Boję się tego, że kryzys wywoła zamieszki – Nanaf wzdycha głośno. – Znów będziemy musieli uciekać? Dokąd?

Plac Męczenników w Bejrucie pełen jest tego typu graffiti/fot. Marcin Ogdowski
Plac Męczenników w Bejrucie pełen jest tego typu graffiti/fot. Marcin Ogdowski

6.

Konflikt narastał od dawna, ale w ostrą fazę wszedł jesienią ubiegłego roku, po zapowiedziach władz o podwyższeniu podatków i wprowadzeniu nowych danin. Oburzyło to przede wszystkim młodzież, plan rządu zakładał bowiem opodatkowanie połączeń przez komunikatory typu WhatsApp. Ceny zwyczajnych telefonów są w Libanie wygórowane, stąd wielka popularność tej technologii.

Oczywiście, powodów do frustracji było więcej – kraj od kilku lat zmaga się z kłopotami w dostępie do pitnej wody oraz tonie w śmieciach. Niewydolna służba zdrowia, droga edukacja, problemy z ustanowieniem i przestrzeganiem praw pracowniczych – oto codzienność miażdżącej większości Libańczyków. Fatalna polityka gospodarcza skutkuje drożyzną – ceny podstawowych produktów rosną o kilkanaście procent w skali miesiąca. I na to wszystko nakłada się kompletnie nieefektywna polityka energetyczna. Większość energii w tym kraju pochodzi z generatorów zasilanych pochodnymi ropy (powietrze w Libanie jest jednym z najbardziej toksycznych na świecie). Co więcej, handel tym surowcem oraz największe huby generatorów należą do ludzi pośrednio bądź bezpośrednio związanych z rządem. I na tym gruncie rozrosła się koszmarna korupcja. Libańczycy mają dostęp do „państwowego”, tańszego prądu, tylko przez kilka godzin na dobę. Przez większość dnia muszą korzystać ze znacznie droższych usług prywaciarzy. Którzy, będąc jednocześnie władzą, ani myślą zmieniać ów stan rzeczy.

– Zmusi ich do tego ulica – twierdzą protestujący.

W tym samym czasie upadają kolejne sektory gospodarki. Prężna jeszcze jakiś czas temu budowlanka – w której zatrudnienie znalazło mnóstwo syryjskich mężczyzn – to dziś głównie puste kamieniołomy, opuszczone budowy i smętnie stojące dźwigi. Podupadająca libańska klasa średnia coraz rzadziej korzysta z usług Syryjek, dotąd zatrudnianych jako pomoc domowa. Pracują jeszcze dzieci uchodźców – głównie w sklepach i na targowiskach – bo ich praca jest zwyczajnie tańsza.

Co oczywiste, taki stan rzeczy przekłada się na uchodźcze menu. Dla Syryjczyków mięso to rarytas, jedzą głównie ryż i chleb, z niewielkim dodatkiem warzyw i owoców.

No i marzną w niedogrzanych namiotach.

Te dzieci nie znają innej rzeczywistości niż obozowa/fot. Marcin Ogdowski
Te dzieci nie znają innej rzeczywistości niż obozowa/fot. Marcin Ogdowski

7.

Z obozowiska na obrzeżach Arsal łatwo dostrzec oddalone o kilkadziesiąt kilometrów Góry Libanu. Ośnieżone pasmo przypomina o panującej zimie i ostro kontrastuje z widokiem stóp 3-letniej Maalak. Bosych, wsuniętych w szmaciane klapki.

– Nie jest ci zimno? – pytam.

Dziewczynka kręci głową, zdziwiona moją troska. Na przymusowej emigracji urodziło się dotąd ponad pół miliona Syryjczyków. Te dzieci nie znają innego świata niż obozy – czy to w Libanie, Turcji czy Jordanii – i w jakiejś mierze nawykły już do życia w niedostatku.

Maalak z miejsca zdobywa moje serce. Ten uśmiech, ta odwaga, ta ciekawość ludzi. Na pożegnanie przybijam jej piątkę, robię zdjęcie. Uśmiecham się przy tym szeroko, choć wcale do śmiechu mi nie jest. To dzieciom najbardziej chciałoby się pomóc. Ileż to razy uciekałem w fantazje, że łapię takiego malca i zabieram ze sobą. Z dala od obozu, wszechobecnej biedy, wojny i zagrożeń czyhających w miejscach, w których dorośli już dawno stracili ostatnią nadzieję.

Lecz zaraz potem przychodziło brutalne poczucie „tu i teraz”. Dziecka nie da się w ten sposób uratować – to nie pies (a psy zdarzało mi się wywozić z takich miejsc). To maleńki człowiek, czyjaś córka, syn; kochające i kochane dziecko, którego zniknięcie mogłoby przynieść więcej szkód niż korzyści. Pomagam więc, jak potrafię. Trochę jako wolontariusz, trochę jako donator, ale przede wszystkim jako dziennikarz i pisarz. Ilustrując i opisując rzeczywistość takich dzieci jak Maalak, otwieram niektórym oczy na paskudną rzeczywistość cywilnych ofiar wojny.

Wy też możecie pomóc.

Przelej dowolną kwotę na konto Fundacji PCPM

mBank: 61 1140 1010 0000 5228 6800 1003

Tytuł wpłaty: Wsparcie dla uchodźców syryjskich

Maalak i „piątka” na pożegnanie. Takich dzieci, jak trzylatka – Syryjczyków urodzonych na wygnaniu – jest już ponad pół miliona/fot. Marcin Ogdowski
Maalak i „piątka” na pożegnanie. Takich dzieci, jak trzylatka – Syryjczyków urodzonych na wygnaniu – jest już ponad pół miliona/fot. Marcin Ogdowski

Teatr

Nocne naloty zachodniej koalicji na Syrię mogłyby przejść do historii wojskowości jako dowód skrajnej nieskuteczności. Amerykanie mieli wystrzelić ponad sto pocisków, nieznaną, ale zapewne nie mniejszą liczbę bomb zrzucili Brytyjczycy i Francuzi. W efekcie wartej kilkaset milionów dolarów operacji… nikt nie zginął.

Lecz o to w tym wszystkim chodziło – druga strona (Zachód wykorzystał do tego Rosję), została o celach ataku uprzedzona. Personel ośrodka badawczego i fabryki produkującej bojowe chemikalia zdołał się ewakuować. Również w wojskowych magazynach nikt nie ucierpiał. Kwintesencją „dokuczliwości” nalotu były zdjęcia z syryjskiej telewizji, przedstawiającej prezydenta Baszszara Assada, udającego się, jak gdyby nic, w sobotni poranek do pracy.

Syryjska „wojna zastępcza”?

Tymczasem jeszcze kilkadziesiąt godzin temu sytuacja wyglądała dużo groźniej. Po tym, jak Syryjczycy po raz kolejny użyli wobec własnych cywilów broni chemicznej, Trump zagroził karnymi bombardowaniami. W odpowiedzi na to Rosjanie – których kontyngent od kilku lat wspiera władze w Damaszku – zapowiedzieli, że będą zestrzeliwać amerykańskie rakiety. Biorąc pod uwagę zebrany na miejscu potencjał (rosyjskie systemy S-400 są zdolne do strącania zachodnich rakiet samosterujących), chęć odwetu Moskwy za masakrę rosyjskich najemników, jakiej kilka tygodni temu dopuściły się siły powietrzne Stanów Zjednoczonych, starcie dwóch mocarstw wisiało na włosku. Tak to przynajmniej wyglądało.

Jednak twitterowe prężenie muskułów przez Donalda Trumpa oraz pomruki dochodzące z rosyjskiego MSZ i sztabu generalnego od początku należało traktować jako… teatrzyk. Mówiąc wprost, ani Zachód, ani Rosja nie będą umierać za Syrię. Koncepcja „wojny zastępczej” – miejsca, gdzie można się bezkarnie mierzyć, nie narażając własnych terytoriów i żywotnych interesów – ma wobec Syrii ograniczone zastosowanie. Syria nie stała się i nie stanie bliskowschodnią Koreą czy Wietnamem. Na taki scenariusz (swoistej wojny totalnej), nie stać nie tylko Moskwy – Waszyngton, Londyn czy Paryż też nie mogą sobie na niego pozwolić.

Tego już „nie widzimy”

Jednak gdy w świat poszły kolejne wstrząsające zdjęcia zagazowanych ofiar, Zachód coś zrobić musiał. Demokratyczne rządy działają bowiem pod presją opinii publicznych. Te co prawda nie zaakceptują długotrwałych działań zbrojnych wobec syryjskiego dyktatora (a zwłaszcza skutków jego obalenia; iracka lekcja wciąż jest żywa w USA i Wielkiej Brytanii), niemniej dla spokoju sumienia oczekują ograniczonej reakcji. I właśnie ją dostały.

Wojskowi załatwili rzecz w taki sposób, by nie razić Rosjan (częściowo koordynując z nimi działania), Moskwa zatem nie ma powodów, by zrobić coś więcej poza wyrażeniem rytualnego oburzenia. Ostatecznie przecież jej prestiż nie ucierpiał. Assadowcy też specjalnie nie oberwali, operacja zatem nie stworzyła ryzyka, że będą naciskać na rosyjskich sojuszników, by ci przeprowadzili jakąś akcję odwetową. Innymi słowy, media mają swoje show, a status quo zostało zachowane. Co w tym przypadku oznacza, że w syryjskiej wojnie domowej wciąż ginie dziennie co najmniej kilkadziesiąt osób. Ale tego już „nie widzimy”…

—–

Łatwo zapominamy, kto najbardziej cierpi w syryjskim konflikcie. Nz. uchodźcy w jednym z obozów w Libanie/fot. Paweł Krawczyk

Pułapki

Rimas, 6-letnia Syryjka, nie potrafi usiedzieć w miejscu – wręcz nosi ją po niewielkim pokoju. Raz rzuca się na szyję matce, potem wchodzi na plecy siedzącej na materacu babki. Odstawiona na bok, łapie w dłoń telefon, robi kilka kroków i rzuca aparatem o ścianę. Stara komórka rozpada się na kawałki.

– Rimas! – krzyczy matka. Dziewczynka posłusznie zbiera części komórki, próbuje złożyć je do kupy, by po chwili znów cisnąć plastikowym prostokątem – tym razem w podłogę.

W pułapce choroby

– Sąsiedzi nie mogli takich zachowań zaakceptować – mówi ze smutkiem Hiba, matka autystycznej Rimas. – Bali się o swoje dzieci i dlatego źle traktowali moją córkę. Musiałam się przeprowadzać z miejsca na miejsce, aż wreszcie trafiłam tu, z dala od innych.

Hiba, jeden z jej synów, oraz matka, Malak/fot. Paweł Krawczyk
Hiba, jeden z jej synów, oraz matka, Malak/fot. Paweł Krawczyk

Tu oznacza gospodarczy budynek na tyłach okazałej willi w podbejruckim Aley. Wzniesiona na wzgórzu rezydencja jest jedną z wielu takich budowli w okolicy. Aley pośród stołecznych Libańczyków już dawno zyskała status kurortu – miejsca, gdzie jest chłodniej niż w stolicy, co zwłaszcza latem ma niebagatelne znaczenie. Po 11 września 2001 roku schronienia przed dokuczliwym upałem zaczęli tu szukać również Saudyjczycy i Katarczycy. Nawet oni – zasobni mieszkańcy Bliskiego Wschodu – odczuli nieprzychylny stosunek ludzi Zachodu. Aley dawała wytchnienie i święty spokój – jak grzyby po deszczu rosły więc kolejne rezydencje. Aż nastała rewolucja w Syrii i miasteczko zapełniło się innym rodzajem tymczasowych mieszkańców – uchodźcami.

Dziś jest ich w Aley kilka tysięcy – wśród nich Hiba z rodziną.

– To idealne miejsce – mówi Syryjka. Płot oddzielający posiadłość od reszty świata sprawia, że autystyczna Rimas ma kontakt tylko z dwójką nieco starszych od niej braci. Co prawda w diagnozie wystawionej przez lekarza ze szpitala przy Uniwersytecie Amerykańskim w Bejrucie znalazło się zalecenie, by dziewczynka integrowała się z rówieśnikami. Jest tam jednak też zastrzeżenie, że należałoby to robić pod okiem doświadczonego personelu. Na co pozbawionej dosłownie wszystkiego rodziny zwyczajnie nie stać.

– Mąż jest malarzem – opowiada Hiba. – Zatrudnia się do różnych budów, ale często jest tak, że przez wiele dni nie ma żadnego zajęcia.

– Dziś pracuje? – pytam.

– Pojechał na rekrutację – odpowiada kobieta. Syryjka ma na myśli targi taniej siły roboczej – miejsce, w którym zbierają się uchodźcy, gdzie libańscy przedsiębiorcy poszukują wszelkiej maści fachowców na jedną bądź kilka dniówek. Oczywiście nielegalnej pracy.

W pułapce tradycji

Ta rodzina i tak ma sporo szczęścia. Pomieszczenia gospodarcze – niewielki pokój, kuchnia i WC – wynajmują w zamian za pracę na rzecz właściciela willi.

Imas i Mustafa, dzieci Hiby/fot. Paweł Krawczyk
Imas i Mustafa, dzieci Hiby/fot. Paweł Krawczyk

– Pielęgnujemy ogród, sprzątamy w domu – opowiada Hiba. Jej rodacy, którym przyszło mieszkać w Bejrucie i okolicy, płacą 300-400 dolarów miesięcznie za wynajem nędznych zwykle mieszkań, garaży czy zaadaptowanych piwnic. Hibie pomaga też matka, 60-letnia Malak. Nie ma tu mowy o wsparciu finansowym – zarabiająca na ulicznej sprzedaży chusteczek higienicznych kobieta sama żyje poniżej granicy ubóstwa. Chodzi o pomoc przy dzieciach, zwłaszcza absorbującej uwagę Rimas.

– Jesteśmy Arabami – tłumaczy Hiba. – U nas nie można obcej dziewczyny nawet dotknąć. A Rimas nie rozumie tych zasad. Lgnie do nieznajomych, także mężczyzn. Może nam przez to sprawić sporo kłopotów – kobieta milknie na chwilę. – Ale najbardziej boję się tego, że ktoś wykorzysta jej naiwność. Zrobi krzywdę. Drżę z tego powodu już dziś, choć wiem, że najgorzej będzie w przyszłości, jak Rimas stanie się kobietą.

– Może wówczas będziecie już w Syrii? – sugeruję pozytywne zakończenie dramatu uciekinierów.

Malak wyciąga zdjęcia zrobione dwa tygodnie temu na gruzach rodzinnego domu w Aleppo/fot. Paweł Krawczyk
Malak wyciąga zdjęcia zrobione dwa tygodnie temu na gruzach rodzinnego domu w Aleppo/fot. Paweł Krawczyk

– Gdzie? Po co? – jako pierwsza reaguje Malak i wyciąga zdjęcia zrobione dwa tygodnie temu na gruzach rodzinnego domu w Aleppo. Wykonali je pracownicy Czerwonego Półksiężyca, dokumentujący skalę zniszczeń prywatnego majątku mieszkańców miasta. – Kto to odbuduje, za co?

– Zostaniecie w Libanie? – pytam.

Hiba rozkłada ręce. Kilka miesięcy temu jej rodzinę zakwalifikowano do programu relokacji uchodźców. Syryjczycy mieli trafić do Francji. Wszystko szło dobrze póki nie trzeba było wyrobić zdjęcia do paszportu. Zgodnie z francuskimi wymogami, Hiba miała stanąć przed obiektywem bez hidżabu. Mąż nie wyraził zgody, szansa przepadła…

—–

Nz. Hiba i Rimas/fot. Paweł Krawczyk

Masakra

Była godzina 16.15, kiedy doszło do pierwszego wybuchu. Chwilę wcześniej w grupkę osób, które właśnie wyszły z kościoła, wmieszał się młody mężczyzna. Szarpnął szelki plecaka, czym zdetonował niesioną w środku bombę. Tak zaczął się dramat, który potrwał kilka kolejnych godzin. Chrześcijańska Al-Qaa – niewielkie miasteczko na północy Libanu – stało się celem islamskich radykałów. 27 czerwca 2016 roku ośmiu Syryjczyków przeprowadziło serię samobójczych zamachów. Zabili pięć osób, a trzydzieści pięć ranili. Wszystkie ofiary oddały życie i zdrowie w sąsiedztwie katolickiej świątyni. Nie przypadkiem – tego właśnie chcieli zamachowcy-samobójcy.

Kilkanaście miesięcy później spotykam się z uczestnikami i świadkami tych wydarzeń. Jednym z nich jest ksiądz Elian Nasrallah, proboszcz parafii pod wezwaniem świętego Eliasza.

Ksiądz Elian Nasrallah/fot. Paweł Krawczyk
Ksiądz Elian Nasrallah/fot. Paweł Krawczyk

– Gdy doszło do pierwszego wybuchu, siedziałem na plebanii z Bulusem, kierowcą ambulansu – wspomina ksiądz, jednocześnie szef fundacji, która prowadzi przykościelną klinikę. – Myśleliśmy, że to pocisk rosyjskiej artylerii, który przyleciał zza pobliskiej granicy. To był czas tuż po tym, jak Rosjanie mocno uaktywnili się w Syrii. Całymi dniami słyszeliśmy ich działa, widzieliśmy samoloty. Takie wytłumaczenie wydawało się najbardziej prawdopodobne.

Budynek plebani zadrżał w posadach, lecz zaraz potem zrobiło się cicho. Na chwilę – wkrótce zza okien dało się słyszeć przeraźliwe ludzkie jęki.

Bulus zerwał się do karetki. Ledwie wyjechał z przykościelnego placu, gdy  nastąpił kolejny wybuch. Kolejny młody mężczyzna pociągnął za szelki plecaka. Wcześniej jednak odczekał, aż do ofiar dobiegną inni ludzie niosący pomoc. Bulus był emerytowanym żołnierzem, niejedno w życiu widział. Nie uciekł, gdy doszło do drugiej eksplozji. Podjechał ambulansem jak najbliżej rozrzuconych po ulicy ciał i zaczął szukać najciężej rannych. Gdy dwoje z nich na własnych rękach zaniósł do karetki, przy aucie pojawił się trzeci zamachowiec.

– Chłopak uaktywnił zapalnik – na twarzy księdza rysuje się wyraźny smutek. – Bulus zginął na miejscu, ambulans poszatkowały odłamki.

Przechodnie, którzy ocaleli, zaczęli biec w stronę kościoła. Wtedy wysadził się czwarty samobójca. Łącznie do tego czasu zginęło pięciu mieszkańców Al-Qaa, a trzy razy tyle zostało rannych.

*          *          *

Wieść o kombinowanej zasadzce dotarła do Bejrutu. Szybko podjęto decyzję o wysłaniu do Al-Qaa wojska i policji. Do helikopterów zapakowali się również ministrowie obrony i spraw wewnętrznych oraz dowódca libańskiej armii. Wojsko otoczyło centrum miasta, a mieszkańcom zakazano wychodzić z domów. Mimo to wielu Alkarczyków, uzbrojonych we własne karabiny, przyłączyło się do mundurowych.

– Nie wiedzieliśmy, co się dzieje – wspomina Nikola, emerytowany policjant. – Miasto pełne było plotek, najpopularniejsza głosiła, że z gór zeszła duża grupa bojowników ISIS, która planuje przejąć Al-Qaa. Przerażeni ludzie opowiadali, że jacyś mężczyźni kręcą się po mieście i podkładają pod domy ładunki wybuchowe. Ktoś widział nawet samochód z uzbrojonymi terrorystami. Rozumiesz? – mężczyzna patrzy mi w oczy. – Ludziom udzielił się nastrój zagrożenia.

*          *          *

Ten sam nastrój, który tuż po serii wybuchów sparaliżował ekipę karetki pogotowia Czerwonego Półksiężyca.

– Bali się podjechać pod kościół – opowiada ksiądz Elian.

– Każdy mógł być zamachowcem – staję w obronie zespołu ratowników. – Jak mogliby ich odróżnić?

Ksiądz kiwa głową. Wcześniej mówił mi o tym, że w pięciotysięcznym mieście schronienie znalazło 25 tysięcy uchodźców z Syrii. To pośród nich ukryli się zamachowcy.

– Ale nie wyglądali na typowych uchodźców – słyszę z ust Nikoli. – Modne fryzury, gładkie policzki, markowe ciuchy. Wziąłbym ich raczej za studentów z Bejrutu – były policjant uśmiecha się lekko. Wie, co mówi – jednego z samobójców widział na własne oczy. Innego na filmie, który nagrała zamontowana w centrum miasta kamera.

*          *          *

Przed wejściem do domu Amali jeden z jej synów zawiesił skrzyneczkę, w której postawił zdjęcie ojca oraz należący do niego portfel i telefon ze stłuczoną szybką. Obie te rzeczy Jouzef trzymał w kieszeniach, gdy drugi z zamachowców odpalił swój ładunek. Wystawka przywodzi na myśl relikwiarz – i tak jest traktowana przez członków rodziny. Gdy Amalia wyciąga portfel, w jej ruchach widać i tkliwość, i nabożność.

– Tyle zostało mi z męża – mówi i zaczyna płakać.

Amalia przed własnym domem. W tle wizerunek przedstawiający zmarłego tragicznie męża/fot. Paweł Krawczyk
Amalia przed własnym domem. W tle wizerunek przedstawiający zmarłego tragicznie męża/fot. Paweł Krawczyk

– Jak dowiedziałaś się o śmierci Jouzefa? – pytam, gdy kobieta jest już spokojniejsza.

– Byłam wtedy w domu – opowiada Amalia. – Nagle usłyszałam jakiś ruch przed wejściem, głosy wielu ludzi. Wyszłam, zobaczyłam sąsiadów, znajomych, ludzi z miasta. „W centrum stało się coś złego” – mówili. „Ale nie możesz tam iść, bo zaminowano drogę” – skłamali. Stało przede mną wielu mężczyzn, lecz żaden nie miał odwagi powiedzieć mi prawdy. Dopiero, gdy zobaczyłam kilka kobiet idących w moją stronę, zrozumiałam, że chodzi o męża. Że stała mu się krzywda…

*          *          *

Rannych zawieziono do lecznic w okolicznych miejscowościach, najciężej poszkodowani trafili do szpitali w Bejrucie. Przeszukiwanie miasteczka nie przyniosło żadnych efektów, nie nastąpił żaden atak z zewnątrz, na posterunki wojska czy policji. Sytuacja zdawała się normalizować.

Jeszcze przed 21.00 z Al-Qaa wylecieli wszyscy notable, mieszkańcy zaczęli opuszczać domy. Duża grupa udała się pod kościół – jedni zaczęli porządkować teren, inni przygotowywać świątynię do pogrzebów ofiar zamachów.

– Byłem pod kościołem – wspomina Nikola. – Stałem tyłem do ulicy. Już nie pamiętam, dlaczego się obróciłem – mężczyzna milknie na chwilę. Wzdycha. – Opowiadam to pierwszy raz od tamtego czasu – przyznaje. Znów nie odzywa się przez kilka sekund, po czym wraca do opowieści. – Zobaczyłem młodego chłopaka, który rzuca w moją stronę granat. Przez głowę przeleciała mi myśl: „nie zginę, jeśli pobiegnę do przodu!”. Skoczyłem, za moment byłem twarzą w twarz z zamachowcem. Chciałem go chwycić, ale ten obrócił się i zaczął uciekać. Jego plecak ruszał się w górę i w dół, wiedziałem, że szarpie szelki. Wybuchł granat, odłamki trafiły mnie w plecy i rękę, upadłem. Wtedy ktoś zaczął strzelać. Zabójca oberwał, ale biegł dalej. W końcu się wysadził. Jego głowa potoczyła się pod pomnik świętego Eliasza…

Była godzina 22.00.

*          *          *

– Nastąpiła seria wybuchów – relacjonuje ksiądz Elian, który w tym czasie pomagał przystrajać kościół. – Byliśmy pewni, że wojsko znalazło terrorystów i właśnie z nimi walczy.

*          *          *

Tymczasem w centrum Al-Qaa trwało polowanie na ludzi. Tuż po tym, jak wysadził się pierwszy z napastników, kolejny cisnął dwoma granatami w spanikowany tłum. Jeden z odłamków ranił przebywającego na urlopie żołnierza armii libańskiej. Trafiony w bok wojskowy rzucił się na zamachowca, obydwaj upadli. Młodszy, silniejszy Syryjczyk wyrwał się jednak z uścisku. Przestraszony, zaczął biec w stronę, gdzie nikogo już nie było. Gdy wreszcie skutecznie szarpnął szelki, zabił tylko siebie.

– Święty Eliasz nad nami czuwał – kwituje Nikola, nazywając taki obrót sprawy cudem.

Figura świętego Eliasza i kościół pod jego wezwaniem. To tu rozegrał się dramat/fot. Paweł Krawczyk
Figura świętego Eliasza i kościół pod jego wezwaniem. To tu rozegrał się dramat/fot. Paweł Krawczyk

Trzeci z zamachowców wysadził się przy generatorze, który zasilał okoliczne latarnie. Światła zgasły, w centrum miasteczka zrobiło się ciemno. Czy taki był cel terrorystów? Tego nie udało się ustalić. Faktem jest, że czwarty napastnik – ósmy, licząc od początku serii zamachów – stanął nieco zdezorientowany. Ulica pełna była leżących rannych, oni jednak już nie byli wartym poświęcenia celem. Zdaniem Nikoli, młody mężczyzna zamierzał wbiec do kościoła, dostrzegł jednak nadjeżdżający wojskowy transporter. Ruszył w stronę świateł maszyny, z zamiarem wysadzenia się przy wozie. Padł, nim zdołał odbezpieczyć ładunek – dwa metry przed potężnym M-113. Był jedynym spośród sprawców zamachów, którego zabiła karabinowa kula.

Jeszcze tego samego wieczoru do szpitali trafiło kolejnych 20 rannych Alkarczyków.

*          *          *

Z Nikolą spotykam się w biurze wójta Al-Qaa. Na jednej ze ścian sali konferencyjnej wisi plakat z wizerunkami pięciu zabitych przez terrorystów mieszkańców miasta. Towarzysząca Nikoli kobieta mówi o nich per szahidzi, męczennicy. Zapewne w ten sam sposób wyrażali się o swoich towarzyszach bojownicy z Państwa Islamskiego, które przyznało się do ataków.

Plakat ze zdjęciem wszystkich śmiertelnych ofiar zamachów z Al-Qaa/fot. Paweł Krawczyk
Plakat ze zdjęciem wszystkich śmiertelnych ofiar zamachów z Al-Qaa/fot. Paweł Krawczyk

W Al-Qaa nie doszło do wymierzania kar zgodnie z zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Dla lokalnej społeczności jest jasne, że syryjscy uchodźcy to nie współpracownicy, a ofiary ISIS.

Kilka miesięcy po serii zamachów armia libańska wkroczyła na przygraniczne tereny w pobliskim rejonie Arsal. Był to jedyny fragment granicy, który znajdował się poza kontrolą Bejrutu, za to we władaniu Państwa Islamskiego. Po wielodniowych, ciężkich walkach niebezpieczna luka została zamknięta.

*          *          *

W pobliżu kościoła – zaraz obok figury świętego Eliasza – stoi dziś pomnik upamiętniający wydarzenia z 27 czerwca 2016 roku. Na parkingu przed kliniką prowadzoną przez księdza Eliana – nowy ambulans. Karetkę ufundowało Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, ze środków przekazanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP. Poza tym nie sposób znaleźć fizycznych śladów po dramacie sprzed kilkunastu miesięcy.

Pomnik upamiętniający tragedię w Al-Qaa, stojący nieopodal kościoła pod wezwaniem świętego Eliasza/fot. Paweł Krawczyk
Pomnik upamiętniający tragedię w Al-Qaa, stojący nieopodal kościoła pod wezwaniem świętego Eliasza/fot. Paweł Krawczyk

Psychiczne rany wciąż leczy Amalia.

– Brakuje mi Jouzefa – przyznaje. – Ale nie tylko mnie – dodaje i prowadzi do pokoju szesnastoletniej córki. Sięga pod łóżko i wyciąga ozdobne pudełeczko. – Proszę – mówi, otwierając pojemnik. Moim oczom ukazują się męskie kosmetyki, jakieś leki, niewielki notes. – To rzeczy po mężu – wyjaśnia Libanka. – Córka trzyma je w tym miejscu, bo jak mówi, dzięki temu wciąż ma wrażenie, że ojciec jest gdzieś blisko.

*          *          *

Czterech z pięciu zabitych w zamachach Libańczyków służyło niegdyś w armii i policji. Ich rodziny otrzymały od państwa emerytury. Rodzina Jouzefa nie dostaje żadnych świadczeń. W tym roku PCPM wypłaciło wdowie 200 dolarów na zakup opału na zimę.

– Jak poradzicie sobie dalej? – pytam.

Amalia wzrusza ramionami. A gdy wychodzę, pokazuje mi zdjęcie męża w ozdobnej ramce. Obok wizerunku mężczyzny znajduje się krótka sentencja po arabsku – w typowej dla tego języka, poetyckiej stylistyce. „Wcześnie zgasła świeczka tego pięknego uśmiechu” – głosi ów napis.

—–

Nz. Nicola, emerytowany policjant, ranny podczas wydarzeń z 27 czerwca 2016 roku/fot. Paweł Krawczyk