P4

Dostatek

Stracona szansa

Nie jest prawdą, że Ukraińcy nie posiadali dobrze wyszkolonych żołnierzy, gdy rozpoczynał się konflikt z Rosją. W Iraku stacjonowała ukraińska brygada, duże doświadczenie bojowe zdobyło tam około ośmiu tysięcy wojskowych znad Dniepru.

W Iraku po raz pierwszy zetknąłem się z Ukraińcami wiosną 2005 roku w mieście Al-Kut. Wchodzili oni w skład Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe, dowodzonej przez Polaków. W tym czasie na czele dywizji stał generał Waldemar Skrzypczak, który bardzo pozytywnie wypowiadał się na temat swoich ukraińskich podwładnych. Jego opinia zbieżna była z relacjami innych polskich oficerów, którzy w superlatywach mówili o umiejętnościach i możliwościach bojowych wschodnich sojuszników. Jedyny zarzut dotyczył nadmiernego spożywania alkoholu (co z jednej strony było prawdą, a z drugiej z podobnymi problemami borykała się polska armia).

„Gdzie są ci wszyscy żołnierze?” – to pytanie z ust polskich wojskowych padało wiele razy od wiosny zeszłego roku. Odpowiedzi udzielił w końcu generał Skrzypczak – doświadczona kadra w ogromnej większości opuściła szeregi ukraińskiego wojska jeszcze w czasach Wiktora Janukowycza (wypowiedź dla programu „Fakty po faktach”, 26-02-2015 roku – dop. MO). Miano ją nieustanie do tego „zachęcać”, co wpisuje się w popularną narrację o umyślnym osłabianiu ukraińskiej armii przez poprzednie władze.

Gdy na początku 2014 roku rozpoczynała się „rosyjska wiosna”, a aktywność „zielonych ludzików” i ich lokalnych zwolenników miała cechy typowe dla działań asymetrycznych, zaangażowanie doświadczonych ukraińskich wojskowych mogło rozstrzygnąć konflikt na korzyść Ukrainy. Kijów pozostał jednak bierny. Kiedy później spora część weteranów wstępując do batalionów ochotniczych, czy uzupełniając szeregi armii w ramach mobilizacji ponownie chwyciła za broń, było już za późno. Wróg okrzepł, a wojna nabrała cech klasycznej konfrontacji.

„Dupochrony”

Toczone od roku walki pozwoliły na zaprawienie się w boju kolejnych tysięcy żołnierzy, a dowódcy najniższego szczebla – plutonu czy kompanii – prezentują coraz wyższy kunszt taktyczny. Główną słabością ukraińskiej armii jest jednak dowodzenia na wyższym szczeblu i koordynacja działań. Chodzi o koncepcję funkcjonowania struktur militarnych: skrajnie odmienną od tej, którą spotykamy w armiach zachodnich.

Implementacja nowych wzorów zachowań nie jest procesem łatwym, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze. Gdy jeden z polskich plutonów w Afganistanie dostał się w zasadzkę talibów, jego dowódca poprosił Centrum Operacji Taktycznych o wsparcie artyleryjskie. O użyciu dalekonośnych armato-haubic decydował sam dowódca kontyngentu, który postanowił skonsultować się z dowódcą operacyjnym w kraju. Sytuację taktyczną na poziomie plutonu omawiało zatem dwóch generałów – oddział tymczasem usiłował wyrwać się z zasadzki. Dział nie użyto, co tłumaczono bliską odległością cywilnych zabudowań. Na szczęście żołnierze „odkleili się” od wroga bez strat. Milczenie artylerii skomentowali jednym słowem: „dupochron”.

Pytani o ogólną ocenę Polaków walczących w Afganistanie, Amerykanie zwykle podkreślali waleczność i pomysłowość zwykłych żołnierzy. Dość krytycznie wypowiadali się jednak na temat umiejętności kadry oficerskiej średniego i wyższego szczebla, zarzucając jej schematyczność, zachowawczość i brak samodzielności. A działo się to kilkanaście lat po wstąpieniu Polski do NATO, niemal dwadzieścia od czasu rozpoczęcia integracji z zachodnimi strukturami wojskowymi (w programie „Partnerstwo dla Pokoju” uczestniczymy od 1993 roku).

Po roku walk w Donbasie doskonale widać, jak filozofia (i praktyka) „dupochronu” – uciekania od decyzji, przerzucania odpowiedzialności i szukania akceptacji na wyższych poziomach dowodzenia przy błahych nawet sprawach – przy jednoczesnych skłonnościach do omnipotencji najważniejszych decydentów, wpływa na funkcjonowanie ukraińskich sił zbrojnych. Ów mentalny balast po czasach radzieckich w praktyce często uniemożliwia efektywne wykorzystanie sił i środków. Być może pomogą natowskie misje szkoleniowe, które zaczęły docierać na Ukrainę. Szkolenia przeprowadzane są na niewielką skalę, ale w warunkach wojny na własnym terytorium „kropla drąży skałę szybciej”.

Na szczęście dla Ukraińców, druga strona boryka się z podobnymi problemami.