P4

Dostatek

Tak lepiej się walczy

Armia Ukrainy zmaga się z prorosyjskimi sympatiami we własnych szeregach, wielu ukraińskich wojskowych jest przekonanych o istotnej obecności rosyjskich agentów wśród kadry zawodowej. Przekonanie to (prawdopodobnie słuszne) osłabia morale i sprawia, że dowódcy na poszczególnych szczeblach często nie koordynują ze sobą planów, ponieważ sobie nie ufają. Problem unaocznił się już na początku kryzysu za sprawą efektownej wolty admirała Denisa Berezowskiego: jednego dnia przyjął on nominację na dowódcę ukraińskiej floty, a kolejnego przeszedł na stronę „narodu krymskiego”.

Brak zaufania i koordynacji działań jest tragiczny w skutkach. Brakuje oficjalnych danych, ale szacuje się, że większość ukraińskich strat wynika nie tyle z niekompetencji, co z zaniedbań – także celowych – wyższych rangą dowódców. I nie chodzi tylko o wysyłanie żołnierzy w pole z niedostatecznym zapasem amunicji i pożywienia, czy porzucanie ich w kolejnych kotłach, jak ten w Iłłowajsku. Kilka tygodni temu jeden z brytyjskich instruktorów – który na własną rękę walczył u boku Ukraińców m.in. pod Debalcewe – ocenił, że friendly fire (ostrzelania własnych pozycji) i wypadki z bronią (po roku prowadzenia wojny!) odpowiadają za 60 procent ukraińskich strat. Dodajmy do tego inne istotne „zaniedbanie” – wciąż zdarzające się terrorystyczne ostrzały cywilnych obiektów, skutkujące negatywnym nastawieniem do rządowej armii. Nie może więc dziwić, że w wojsku szerzy się szpiegomania, mająca wpływ na operacyjną nieefektywność nawet najlepszych oddziałów. Dobrym przykładem są bataliony ochotnicze, wciąż działające de facto na własną rękę, co – poza innymi czynnikami – wynika właśnie z przekonania, że „w armii roi się od szpiegów”.

Kolejnym warunkiem zwycięskiej kampanii jest – jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – przeprowadzenie w armii czystek.

Wrócą po mnie

O morale wojska, które przekłada się na jego możliwości, decydują też bardziej „delikatne” czynniki. Pod koniec stycznia odwiedziłem szpital w donbaskim Selidowie. Cywilnymi karetkami bądź czym popadło zwożono tam rannych żołnierzy z odległego o kilkadziesiąt kilometrów frontu. O opartym na śmigłowcach systemie ewakuacji medycznej (stosowanym przez NATO w Afganistanie i dającym ponad dziewięćdziesięcioprocentową przeżywalność wśród rannych) nikt nawet nie marzył Taki sprzęt jest poza zasięgiem ukraińskiej armii („Nam brakuje nawet prostych urządzeń do intubacji…” – przyznał mi jeden z lekarzy), z pewnością jednak stać ją na większą troskę o swoich żołnierzy.

Gdy latem 2009 roku w potyczce z talibami zginął Polak, fakt że jego ciało dostało się w ręce przeciwnika, wojsko starało się przemilczeć. Na samym polu bitwy nie szczędzono jednak sił i środków, by zwłoki poległego odzyskać. Na własne oczy widziałem również, z jaką skrupulatnością – mimo obecności przeciwników – żołnierze polskiego kontyngentu przeszukiwali teren zasadzki, chcąc znaleźć urwane przez minę członki ciężko rannego kolegi. Tymczasem w Donbasie pobitewne tereny przeczesują członkowie organizacji „Czarne Tulipany” – wolontariusze, którzy do tej pory znaleźli ponad sto porzuconych ciał ukraińskich wojskowych. Zwykle trudnych do zidentyfikowania także z uwagi na brak nieśmiertelników, których armia im nie wydała – mimo iż zobowiązuje ją do tego prawo. Film na temat działalności „Tulipanów” oglądałem w towarzystwie oficera Wojska Polskiego, weterana kilku misji.

– Zasada nikt nie zostaje w ukraińskim wydaniu – skomentował, kręcąc głową. Po chwili zaś dodał: – Pełen brzuch i magazynki to nie wszystko. Żołnierz musi wiedzieć, że jak go dojadą, armia stanie na głowie, by odzyskać jego szczątki. Tu chodzi o rodzinę i jej spokój. Ta świadomość jest dla żołnierza nie mniej istotna, niż to, że po jego śmierci bliscy dostaną odszkodowanie. Daje komfort, dzięki któremu lepiej się walczy.

Fundamentalną kwestią jest jednak fakt, że problemy armii są istotne, ale to nie one przesądzają o rezultacie wojny. Latem ubiegłego roku to słabe-silne wojsko przeszło do kontrofensywy i niemalże pokonało separatystów. Na drodze do ostatecznego rozwiązania problemów stanęły regularne oddziały armii rosyjskiej, w pośpiechu ściągnięte do zbuntowanych obwodów. Ukraińskie natarcie straciło impet, a z czasem rządowe wojska przeszły do defensywy, w której znajdują się do dziś.

Wiele wskazuje na to, że ukraińskie władze unikają zaczepnych działań, obawiając się powtórki tego scenariusza. Kijów – zdaje się – chce zachować rezerwy na poważniejsze zagrożenia i obawia się, iż jeśli rzuci na front większe siły, Rosja może potraktować to jako zaproszenie do inwazji na pełną skalę. Z tej perspektyw donbaski klincz nie jest takim złym rozwiązaniem.

—–

Pozycje wojsk ukraińskich w miejscowości Pieski, kwiecień 2015/fot. Darek Prosiński