G001

„Dudi”

Te Jackowe refleksje powstały na gruncie doświadczeń z Afganistanu. Niewiele brakowało, a „Dudi” by tam nie trafił.

– Zdiagnozowali u niego kłopoty z sercem – opowiada siostra żołnierza. – Ale znów na upartego trafiło. Jacek zrobił badania prywatnie, w specjalistycznej klinice, i wyszło, że wszystko jest w porządku. Poleciał.

– Miał jakieś obawy przed wyjazdem? – zwracam się do matki zmarłego.

– No miał – odpowiada Stanisława Dutkiewicz. – Tuż przed wylotem przyszedł do mnie i płakał jak dziecko. Ale lecieć chciał.

*          *          *

Chciał, bo misja wpisywała się w plany Jacka Dutkiewicza. Doświadczenie bojowe to nie lada atut w przypadku kandydatów do jednostek specjalnych – a właśnie tam mierzył „Dudi”. Jeszcze przed Afganistanem dał pokaz swoich technicznych umiejętności jako współkonstruktor systemu rozpoznania improwizowanych urządzeń wybuchowych „Sauron”. Później szedł już ścieżką budowania formy i zwiększania możliwości fizycznych organizmu. Ukończył kilka maratonów i półmaratonów, kurs przetrwania w ekstremalnych warunkach pogodowych, kursy płetwonurka i wspinaczkowy, część z tych przedsięwzięć finansując z własnej kieszeni. W kwietniu 2015 roku, także prywatnie, zapisał się do szkółki spadochronowej w Zielonej Górze.

– W domu miał już wypisany wniosek o przeniesienie do „Lublińca”. – Magdalena ma na myśli elitarną formację Wojsk Specjalnych. – Papiery skoczka miały zwiększyć jego szansę na przyjęcie.

– Podobało mu się to skakanie? – pytam.

– Po pierwszym razie był niesamowicie nakręcony – odpowiada siostra „Dudiego”.

*          *          *

11 maja 2015 roku Jacek znów był na pokładzie samolotu. O godzinie 15:30 stanął na krawędzi rampy – maszyna znajdowała się wówczas na wysokości 1150 metrów. Skoczył, po raz trzeci w życiu. Zdaniem specjalistów z Państwowej Komisji Badań Wypadków Lotniczych przyjął nieprawidłową pozycję. W efekcie „(…) wykonał nieskoordynowany obrót w czasie procesu otwierania się spadochronu” – czytamy w raporcie PKBWL. „Spowodowało to okresowe zablokowanie otwarcia spadochronu, w czasie którego nastąpiło częściowe wyplecenie linek nośnych, które znalazły się blisko głowy i tułowia ucznia-skoczka. Zablokowanie procesu otwarcia ustąpiło po około 12 sekundach, na co wskazuje czas swobodnego spadania, zarejestrowany przez automat spadochronowy. Zdaniem Komisji, odblokowanie procesu otwarcia nastąpiło na skutek zmiany pozycji spadania ucznia-skoczka. Nie można wykluczyć, że zmiana pozycji była związana z próbami oswobodzenia ręki przez ucznia-skoczka z taśmy łączącej pilocik z czaszą. Biorąc pod uwagę ciąg zdarzeń, Komisja przyjęła, że w czasie otwierania się spadochronu, jedna z linek znalazła się pod brodą ucznia, powodując nacisk na jego szyję. Logicznym skutkiem przejścia linki pod brodą ucznia-skoczka była deformacja czaszy, skutkująca po jej napełnieniu obrotami spadochronu – taki przebieg potwierdzają zarówno świadkowie, jak i zwiększona prędkość opadania po otwarciu spadochronu zarejestrowana przez automat spadochronowy (11 m/s)”.

W dalszej części raportu stwierdzono:

„W ocenie Komisji, przejście linki pod brodą ucznia-skoczka i ucisk na szyję było nietypowym zbiegiem okoliczności, na który uczeń nie miał świadomego wpływu. Po napełnieniu się czaszy spadochronu, wskutek ucisku linki na szyję, uczeń prawdopodobnie szybko utracił świadomość. Potwierdzeniem takiego stanowiska może być nieużycie przez ucznia noża, w który był wyposażony, w celu odcięcia linki”.

„Dudi” zawisł na drzewie w pobliżu lotniska.

– Akurat przechodziło tamtędy dwóch spacerowiczów, z których jeden był ratownikiem medycznym. Zdjęli Jacka i zaczęli reanimować – opowiada Magdalena Dutkiewicz. Potem pojawiła się karetka i Jacek trafił do szpitala w Zielonej Górze.

*          *          *

– W jakich okolicznościach dowiedziałaś się o wypadku? – pytam Magdę.

– Zadzwonił do mnie instruktor. Powiedział, że brat jest nieprzytomny, ale oddycha – wspomina siostra „Dudiego”. – Z miejsca zaczęłam organizować transport do Zielonej Góry.

– Robiłam zakupy, gdy zadzwoniła do mnie córka. – Na twarzy pani Stanisławy widać wielkie emocje. – Zostawiłam je w sklepie, na kasie. Sprzedawczyni patrzyła na mnie jak na jakąś głupią…

Magdalena wzdycha.

– Byłam święcie przekonana, że Jacek jest połamany, poobijany – mówi chwilę później. – Z taką wizją jechałam do szpitala.

Na miejscu bliskich Jacka dopadła druzgocąca wiadomość.

– Magda, pamiętasz, co konkretnie powiedział ci lekarz? – dopytuję.

Na twarzy kobiety pojawiają się łzy.

– Że Jacek jest nie do uratowania – słyszę w odpowiedzi. – Że ten jego wypadek to tak, jakby się powiesił. Za długo był nieprzytomny…

Milczymy przez kilkanaście sekund.

– Nie odzyskał przytomności? – upewniam się.

Magdalena kręci głową.

Osiem dni po wypadku lekarze zdecydowali się odłączyć Jacka od aparatury podtrzymującej funkcje życiowe.

– Stwierdzili śmierć mózgu i odłączyli. – Siostra Jacka chowa twarz w dłoniach.

*          *          *

– Czy Jacek miał jakieś plany edukacyjne? – pytam jego najbliższych.

– Swego czasu poszedł na studnia zaoczne, na informatykę w Szczecinie – mówi Stanisława Dutkiewicz. – Ale był może na dwóch zjazdach. „Kicha”, podsumował. „Tam jest mnóstwo matematyki, a ona do pracy nie jest mi potrzebna”. Bo faktycznie, i bez tego robił różne elektroniczne cuda i projektował świetne strony internetowe.

– Samouk – stwierdzam.

– Oj tak. – Magda Dutkiewicz kiwa głową. – Zaczynał od rozbierania „łoki-toki” i fotokomórek w drzwiach.

– Ale głowę miał nie tylko do tego – dodaje matka Jacka. – Wie pan, jak nauczył się języka niemieckiego? Z telewizji satelitarnej. Potem poszedł do technikum i na lekcji niemieckiego poprawił nauczycielkę, bo jakieś rubryki na tablicy były zapisane nie tak, jak trzeba. A pani przyznała mu rację – taki był zdolniacha.

*          *          *

20 maja 2015 roku, na profilu fejsbukowym „Czarnków z charakterem”, pojawił się taki wpis:

„Jacek, jak mogłeś nam to zrobić!? Czarnków Cię potrzebował i potrzebuje! Dzięki Tobie setki ludzi mają tani internet, dzięki Tobie Czarnków ma monitoring i kamerę na Rynku! Jesteś, tak jesteś, i będziesz DUMĄ Czarnkowa! Jacek, chłopie, tęsknimy i płaczemy – (…) bez Ciebie to już nie będzie tak samo”.

*          *          *

– Syn miał wojskowy pogrzeb, prawda? – zwracam się do pani Stanisławy. Ta przytakuje.

– Ale proszę mnie nie pytać o szczegóły, bo niewiele z tego dnia pamiętam – mówi.

– Zadzwonili do mnie z jednostki i zapytali, jaki pogrzeb chcemy. – Głos zabiera Magdalena. – Stwierdziłam, że choćby za ten Afganistan należy się Jackowi ceremonia wojskowa. I taka była.

Jacek Dutkiewicz został pochowany na cmentarzu komunalnym w Czarnkowie 22 maja 2015 roku. Dwa lata później jego matka wciąż nosi żałobne stroje. Gdy zwracam na to uwagę, odpowiada:

– Nie idzie się przełamać…

—–

Na zdjęciu Jacek Dutkiewicz w drodze do Afganistanu/fot. z archiwum autora „Dziennika…”