001

Gruzowisko

Ktoś krzyknął: „idziemy na górę!”, i wokół skrzynek z amunicją zebrał się spory tłumek.../fot. Darek Prosiński
Ktoś krzyknął: „idziemy na górę!”, i wokół skrzynek z amunicją zebrał się spory tłumek…/fot. Darek Prosiński

Godzina 14.10. W cichej dotąd sali, pełnej trawiących posiłek mężczyzn, dało się wyczuć gwałtowne poruszenie. Ktoś krzyknął: „idziemy na górę!”, i wokół skrzynek z amunicją zebrał się spory tłumek.

– Czas na małą wojnę – „Nienawiść” (jak go nazwałem na własny użytek), wkładał właśnie kamizelkę. – Trzeba trochę potrząsnąć tymi kurwami i pederastami – orzekł, zakładając magazynek do swojego AK-74.

– Ten twój napis na czole… – postanowiłem skorzystać z okazji… – to jakieś przesłanie dla „separów”?

Żołnierz obnażył zęby w uśmiechu.

– „Separów” – powtórzył. – Ruskich, kurwa. Ruskich – twardo zaakcentował. – Nienawidzę skurwysynów za to, co zrobili z moim krajem.

– Więc do nich strzelasz, ale tatuaż, w takim miejscu… – czułem się nieprzekonany.

– Te kurwy zdejmują skalpy z naszych zabitych – „Nienawiść” nie pozostawiał złudzeń, że mówi całkiem serio. – Mojego czerepu nie ruszą, albo będą kurwy już zawsze wiedziały, co do nich czułem.

– Opowiadasz o Ruskich, jak o najgorszych, a sam używasz ich języka – zauważyłem.

– Rosyjski to język świń – stwierdził mój rozmówca. – Ale nie moja wina, że mówię nim od dziecka – dodał z wyraźnym żalem.

"Robiłem mu zdjęcia, widząc, jak ostrożnie podchodzi do okna i mierzy w stronę separatystycznych pozycji. Odgłos podobny do tego, jaki towarzyszy wyjęciu korka z butelki, oznaczał wystrzał"/fot. Marcin Ogdowski
„Robiłem mu zdjęcia, widząc, jak ostrożnie podchodzi do okna i mierzy w stronę separatystycznych pozycji. Odgłos podobny do tego, jaki towarzyszy wyjęciu korka z butelki, oznaczał wystrzał”/fot. Marcin Ogdowski

Godzina 14.15. Celowniczy karabinu maszynowego PK zaczął od krótkiej serii. Potem pociągnął za spust ponownie. I raz jeszcze.

– Ale się pederasty rozbiegły… – zaśmiał się znad kolby.

– Daj długą! – radził stojący obok okna kolega.

Poszła długa.

– Padł! – strzelający zerknął w bok, a ja dostrzegłem triumfalny wyraz na jego twarzy. – Jeszcze poprawię! – krzyknął i znów wystrzelił. Po czym zdjął karabin z parapetu i ruszył na inną pozycję.

– Chodź – ktoś położył rękę na moim ramieniu. Żołnierz w krótkich spodenkach poprowadził mnie schodami na wyższą kondygnację. Było tam trzech innych Ukraińców – każdy z „kałachem”, do którego podpięto 40-milimetrowy granatnik.

– Walimy – oznajmił jeden z nich, ładując cylindryczny granat. Robiłem mu zdjęcia, widząc, jak ostrożnie podchodzi do okna i mierzy w stronę separatystycznych pozycji. Odgłos podobny do tego, jaki towarzyszy wyjęciu korka z butelki, oznaczał wystrzał. Usłyszałem go potem jeszcze kilka razy – tak, jak następujące po nim przytłumione wybuchy.

– Chcesz walnąć? – chłopak w mundurze oferował mi swój karabin z załadowanym granatem. To nie były ćwiczenia ze strzelania do celu – 300 metrów dalej okopali się prawdziwi ludzie.

– Nie – pokręciłem głową. – Jestem dziennikarzem.

– Jak chcesz – wojskowy sprawiał wrażenie zdziwionego. Ale nie nalegał – podszedł do najbliższego otworu w ścianie i wypalił.

I wtedy odezwała się druga strona. Byliśmy wyżej, więc wystrzelone stamtąd kule siekały ściany nad naszymi głowami. Wiejąc przed odłamkami i rykoszetami, przebiegliśmy do drugiego pomieszczenia.

– Świnie i pederasty! – wrzeszczał „Nienawiść”, śmiejąc się przy tym jak szalony. – Chyba ich wkurwiliśmy – dodał, kiedy na „Majak” zaczęły spadać pociski moździerzowe. – Nieźle ich wkurwiliśmy – poprawił się nieco później, gdy ostrzał zmusił nas do zejścia z podziurawionego jak rzeszoto drugiego piętra na parter.