001

Gruzowisko

Popołudniowa drzemka w "Majaku"/fot. Darek Prosiński
Popołudniowa drzemka w „Majaku”/fot. Darek Prosiński

Godzina 16.10. „Paramedyk” siedział na ławeczce przy wejściu do budynku, popijał kawę i czytał książkę. Większość azowców drzemała na łóżkach, a kilku korzystało z uroków posiadania prądu i oglądało telewizję. A właściwie puszczany z płyty CD odcinek „Seksu w wielkim mieście”, z śmiesznie brzmiącym rosyjskim dubbingiem. Słowem, sielanka.

– Idziemy do domów na plaży – oznajmił po polsku Wadim. – Zabierzecie się?

– Musicie zobaczyć te chałupy – „Sigma” już wcześniej zwrócił moją uwagę paskiem z runicznymi znakami i „kałachem” z tłumikiem.

– Pewnie! – odparłem i chwilę później schodziliśmy zarośniętą skarpą na wybrzeże, rozkoszując się wspaniałym widokiem morza.

Lecz kilkaset kroków dalej naszym oczom ukazał się świat po apokalipsie. W tej części Szyrokino rezydowali przed wojną majętni Ukraińcy, stawiając na plaży okazałe domy – warte setki tysięcy dolarów. Dziś właściwie żadna z tych budowli nie uchowała się w całości, a niektóre zostały niemal kompletnie zniszczone. Osiedle ostrzelano z artylerii i rakiet, biła się o nie piechota. Do walk doszło w lutym tego roku, kiedy „Azow” – zniecierpliwiony asekurancką postawą dowództwa ukraińskiej armii – na własną rękę postanowił odrzucić rebeliantów spod Mariupola. Zadanie wykonano, dając miastu kilkunastokilometrowy bufor, w dużej mierze chroniący je przed kolejnymi bandyckimi ostrzałami „separów”.

– Gdybyśmy dostali więcej amunicji i ciężki sprzęt, poszlibyśmy dalej – i Wadim i „Sigma” byli w tej materii absolutnie zgodni. Po roku prowadzenia wojny morale w ochotniczych formacjach wciąż było wysokie – nawet w tych batalionach, które tak jak pod Mariupolem, działały praktycznie bez wsparcia regularnej armii.

Wierzyłem tym młodym chłopakom. A ponieważ dzień wcześniej widziałem tętniący życiem Mariupol – jakże inny od martwego miasta sprzed paru miesięcy – czułem dla nich pewien rodzaj podziwu. Wciąż jednak biłem się z myślami. Wszystkie te runy i swastyki, cały ten nazistowski badziew – nie dawały mi spokoju. I jeszcze ów napis przy jednej z nadmorskich willi, zajętej przez oddział azowców: „Dirlewanger. Skinheads”

Plaża w Szyrokino.../fot. Marcin Ogdowski
Plaża w Szyrokino…/fot. Marcin Ogdowski

Godzina 18.15. Po zejściu z plaży przenieśliśmy się do okopów, które stanowiły pierwszą linię obrony kompleksu „Majak”. Głębokich, z solidnymi ziemiankami, z których rozciągał się dobry widok na pozycje separatystów. I właśnie w jednej z takich ziemianek Ross – irlandzki operator, który dołączył do nas w międzyczasie – nagrywał rozmowę z ukraińskim „dobrowolcem”. Siedziałem przed wejściem, na turystycznym krześle – i łapiąc promienie słońca, przysłuchiwałem się temu wywiadowi.

– Widzisz Ross… – mówił łamaną angielszczyzną żołnierz… – biali są zagrożeni przez czarnych. Czytałem, że w Stanach wśród murzynów popularne jest powiedzenie: „chcesz mieć udany dzień, kopnij białego”.

– Nie słyszałem – głos Rossa, kręcącego dokument o ochotnikach walczących w Donbasie, nie zdradzał żadnych emocji. – Ale ja mieszkam w Meksyku, nie w USA.

– Czyli tam, gdzie Latynosi – westchnął Ukrainiec. – Z nimi też są kłopoty…

– Nie zauważyłem, a żyję tam od czterech lat. I sam mam latynoską dziewczynę – Irlandczyk brzmiał równie profesjonalnie jak przed chwilą.

Jego rozmówca zamilkł na kilka sekund. Ross był w „Majaku” już wcześniej, lubiano go – a tu tymczasem takie wyznanie…

– Mniejsza o czarnych czy Latynosów – azowiec odzyskał rezon. – My tu bronimy nie tylko Mariupola i Ukrainy, ale całej Europy. Całej białej rasy – przed zapędami Ruskich.

– Ale Rosjanie też są biali – zwrócił uwagę Ross.

– Ani oni biali, ani Europejczycy – żołnierz powiedział to bardzo dobitnie. – To azjatycka horda.

Napis przy jednej z nadmorskich willi, zajętej przez oddział azowców.../fot. Marcin Ogdowski
Napis przy jednej z nadmorskich willi, zajętej przez oddział azowców…/fot. Marcin Ogdowski