004bb

Inwazja

– Jasiu, chyba czas na „Iglicę”? – Sawicki spojrzał oczekująco na szefa zespołu doradców, generała Wirskiego. Tamten nie zwlekał z odpowiedzią, szybko kiwnął głową.

„Iglica” była kryptonimem operacji odwetowej, w której zamierzono użyć najgroźniejszej broni z arsenału WP – pocisków manewrujących JASSM. Polska zakupiła od Amerykanów 70 takich rakiet, wynoszonych do miejsc odpalenia przez samoloty F-16. Służyły one do precyzyjnego rażenia umocnionych obiektów o istotnym znaczeniu strategicznym, daleko poza linią frontu.

W „Iglicy” – choć jej nazwa mogła się kojarzyć z kremlowską Basztą Spasską – nie chodziło o uderzenie w siedzibę prezydenta Rosji. Atakowanie stolicy mijało się z celem – Moskwa miała doskonałą obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Skutecznych prób jej przełamania mogli się podjąć co najwyżej Amerykanie. Polacy nie mieli ani tylu rakiet, ani odpowiednich systemów walki radio-elektronicznej. A nawet gdyby udało im się razić wybrane cele, szybko padliby ofiarą własnego sukcesu. Sawicki znał regułę samoograniczenia, wywodzącą się jeszcze z czasów zimnej wojny. Amerykanie nie zamierzali zmieniać Moskwy i Leningradu w sterty gruzu w pierwszym rzucie. Rosja – wówczas ZSRR – bez tych dwóch ośrodków była bowiem niczym. Pozbawiona tego, co najcenniejsze, odpowiedziałaby z całą siłą, nie oglądając się na katastrofalne dla świata skutki.

Takie ryzyko, w odpowiednio mniejszym zakresie, miało też zastosowanie w polsko-rosyjskim konflikcie. Z komputerowych symulacji – które przeprowadzano w Sztabie Generalnym WP – jasno wynikało, że odpowiedzią na zbombardowanie Moskwy byłoby uderzenie w Warszawę z użyciem taktycznej broni jądrowej.

Wizja zniszczeń i skażenia w centrum kraju skutecznie odstraszała dowództwo Wojska Polskiego. Kwatera Główna NATO „zdecydowanie odradzała” Polakom działania odwetowe, skierowane w Moskwę. Tych nie dałoby się przeprowadzić także z technicznych powodów. JASSM-y miały zasięg do 900 kilometrów, za krótki, żeby dolecieć do stolicy Federacji Rosyjskiej po wystrzeleniu znad polskiego terytorium. Skuteczne użycie gwarantował rajd silnego zespołu F-16 nad Zatokę Fińską, skąd do Moskwy było już tylko 750 kilometrów. Jednak polskie maszyny, aby tam dolecieć, musiałyby zatankować w powietrzu. Program MRTT, który przewidywał zakup samolotów transportowo-tankujących, został kilka lat temu uwalony w zaciszu gabinetów MON. Politycy zamiast tego sprezentowali sobie pięć nowiutkich odrzutowców do przewozu VIP-ów. Sawicki pamiętał wściekłość kolegów w stalowych mundurach, dla których był to kolejny przykład samorozbrojenia armii.

Bez samolotów-cystern „efy” szesnaste spadłyby do morza. Nikt zaś z sojuszników nie kwapił się do pomocy Polsce w niebezpiecznej rozgrywce. Nie znaczyło to, że JASSM-y były bezużyteczne. „Iglica” zakładała uderzenie w bazy w Kaliningradzie, Bałtyjsku i Donskoje. Ich poważne uszkodzenie odcięłoby na wiele dni Flotę Bałtycką od zaplecza logistycznego. Gdyby dodatkowo udało się zatopić część jej jednostek na wodzie – a takie zadanie mogły z powodzeniem wykonać oba Nadbrzeżne Dywizjony Rakietowe – rosyjskie działania na Bałtyku zostałyby mocno ograniczone. Wówczas zapewne nie doszłoby do desantów na Wybrzeżu, a tym samym oddziały przeciwnika nie wyszłyby na tyły formującej się linii polskiej obrony. Losów wojny od razu by to nie zmieniło – na razie najważniejsza bitwa toczyła się między Wisłą a Bugiem. Plan dawał jednak czas i tworzył miejsce na przybycie sojuszniczych posiłków.

Gdyby te nie nadeszły, „Iglica” byłaby jak honorowa bramka w przegrywanym zero do dziesięciu meczu. „Niechby skurwysyny poczuły, że jesteśmy jak osa – łatwo nas pacnąć, ale potrafimy też użądlić” – generałowi spodobało się to porównanie.

Znów spojrzał na wielki wyświetlacz – na Bałtyku nie notowano aktywności rosyjskich okrętów. Nie licząc zbombardowanych obiektów, także w całym nadmorskim pasie panował spokój. Rosjanie – z jakichś powodów – czekali z wyprowadzeniem uderzenia od strony morza.

Tymczasem piloci z 31 Bazy Lotnictwa Taktycznego wracali znad Warmii, gdzie zbombardowali kolumny pancerne wroga. Szef sztabu wiedział, że za godzinę załogi „Jastrzębi” znów mogą być w powietrzu. To od niego zależało, z jakim zadaniem. „Teraz albo nigdy! – miał ochotę krzyknąć.

Lampka na telefonie zamigała. Sawicki uniósł słuchawkę.

– Pilny raport z Dowództwa Sił Powietrznych – meldował oficer z niższych ław. – Mapa już się aktualizuje.

Szef sztabu znieruchomiał. W odniesieniu do myśliwców system odwzorowujący aktualną sytuację zaprojektowano tak, że pojedyncze oznaczenie przypisano całemu kluczowi maszyn. Trójkątny punkcik był zatem na mapie obecny tak długo, jak długo w powietrzu znajdował się choć jeden z trzech „efów” szesnastych. Teraz wszystkie trójkąty zaczęły znikać. Jeden po drugim.

Sawicki kliknął w najświeższą wiadomość. Na kilka chwil – gdy cieszył się wizją płonących składów Floty Bałtyckiej – wrócił mu dobry humor. Teraz znów spochmurniał, czytając krótki raport. Wracającą do bazy eskadrę biało-czerwonych zaatakowało aż 70 rosyjskich myśliwców Su-35. Generał spojrzał ponad monitor. W prawym górnym rogu mapy sztabowej pojawił się ekran. Administrator rozszerzył go do takiej wielkości, by każdy z obecnych na sali widział dokładnie transmitowany obraz. Ten pochodził z kamery zainstalowanej w kabinie F-16. „Istny Top Gun…” – skojarzenie z kultowym filmem samo przyszło do głowy. Wirujące w ogromnym tempie ujęcia nie pozostawiały wątpliwości – samoloty prowadziły walkę manewrową, rzadkość we współczesnym lotnictwie. Skoro rakiety załatwiały sprawy na odległość, a paliwo trzeba było oszczędzać, nie ćwiczono jej zbyt często ani w polskim, ani w rosyjskim lotnictwie.

Lecz to starcie musiał ktoś wygrać.

– Mam skurwysyna! – wraz z obrazem transmitowano też dźwięk z kabiny „efa”, w której z kolei słychać było głosy innych pilotów. Strategiczne Centrum Dowodzenia wypełniło się dźwiękami walczących o życie i zabijających mężczyzn. To był festiwal wzajemnych ostrzeżeń, radosnych zawołań, rozpaczliwych próśb, paskudnych przekleństw. Jego natężenie słabło z sekundy na sekundę.

Potem rozległo się głośne „pik, pik, pik!” – komunikat o namierzeniu wiązką lasera.

– Cześć, żegnajcie! – zdołał krzyknąć pilot, po czym ekran wypełnił się szumem. Admin zwinął go dopiero po chwili, odsłaniając północne rubieże teatru działań.

– Czy stało się to, o czym myślę? – generał Wirski wciąż był poruszony tym, co zobaczył i usłyszał.

– Tak Jasiu, właśnie straciliśmy resztę naszego lotnictwa – potwierdził Sawicki. – Chuj bombki strzelił, „Iglicy” nie będzie – dodał.

Schował twarz w dłoniach. Jeszcze trzy lata temu był zwyczajnym dowódcą brygady – jednogwiazdkowym generałem. Wielkie czystki się skończyły, nastał czas dla takich jak on – ambitnych oficerów, sprawdzonych na szczeblu taktycznym. Ale sprawy toczyły się za szybko. Dwa lata później Sawicki był już generałem dywizji i dowódcą komponentu wojsk lądowych, jedenaście miesięcy po tym awansie dostał kolejną gwiazdkę. Latem tego roku, jako generał broni, odebrał nominację na szefa sztabu generalnego. Błyskawiczna kariera, nieczęsta nawet w czasie wojny. W warunkach pokoju przejście z etatu dowódcy brygady na obecne stanowisko winno zająć minimum dziewięć lat. I dopiero po dwóch latach pełnienia funkcji najważniejszego oficera w armii można było mówić o odpowiednim doświadczeniu. Sawickiemu dramatycznie go brakowało. Czuł też, że skala odpowiedzialności zwyczajnie go przerasta. „W normalnych okolicznościach strzeliłbym sobie w łeb” – uznał. Nie było w tym ani grama teatralnej pozy…