DSC_3085

Księstwo

Przeszkolenie tysięcy dodatkowych ludzi może się nam zwrócić w przypadku wielkiej wojny, angażującej duże zasoby ludzkie.

Oczywiście, ale nawet wtedy głównym zadaniem WOT winno być obsadzenie ważnych obiektów na tyłach, naszych tyłach. Chronienie ich przed aktami dywersji. I tyle. Żadnych tajnych operacji za liniami wroga, żadnego uzupełniania luk między formacjami wojsk operacyjnych – takie zamysły to absurd. Dobrą ilustracją nieporozumienia strategicznego jest sama koncepcja rozwijania WOT. Proszę zwrócić uwagę, że w pierwszej kolejności te brygady są tworzone na wschodzie. Zatem twórcy idei przewidują, że WOT znajdą się na pierwszej linii strategicznej obrony, gdzie nie będą stanowić żadnej przeszkody dla pierwszego, najgwałtowniejszego, przeprowadzonego przy użyciu najlepszych sił, uderzenia nieprzyjaciela. To oczywiste, że taki atak muszą wziąć na siebie wojska silnie uzbrojone, manewrowe. Mówiąc wprost, oddziały terytorialne zostaną rozjechane.

Może więc byłoby lepiej zmienić priorytety i większy wysiłek organizacyjno-finansowy skierować na inne obszary? Swego czasu był pan zwolennikiem idei przeskoku generacyjnego w odniesieniu do lotnictwa – rezygnacji z zakupu samolotów załogowych na rzecz bezpilotowców. Przeskok można by zastosować także w innych rodzajach sił zbrojnych.

My co prawda już dopędziliśmy średnią europejską, jeśli idzie o poziom wojska – jego wyposażenia, wyszkolenia. Nie mamy się czego wstydzić, będąc tuż-tuż za czołówką, tymi czterema-pięcioma najlepszymi armiami w Europie. Ale wciąż musimy je ścigać. Jesteśmy państwem o takim położeniu, że dla własnego dobra winniśmy znaleźć się w samej czołówce. Lecz teoria pościgu podpowiada, że podążanie śladami rozwiązań modernizacyjnych tych najlepszych, nie jest właściwym rozwiązaniem. Potrzebny jest właśnie ów przeskok, pójście w pewnym momencie na skrót – czyli inwestycja w super nowoczesne rozwiązania.

Co by to było dzisiaj?

Cybertechnologie – zarówno defensywne, jak i ofensywne. Tu potrzebne  są niemałe pieniądze, zwłaszcza, że trzeba zainwestować w ludzi. Technologia nie jest tak kosztowna jak odpowiednie kadry. Trzeba przyciągnąć z politechnik najzdolniejszych absolwentów, tworząc w warunkach służby państwowej atrakcyjną alternatywę dla rynku komercyjnego. Tak, jak robi to na przykład Izrael.

W „twardym”, kinetycznym wymiarze, obszarem priorytetowym wciąż pozostaje obrona przeciwrakietowa. Dzięki Bogu, obecna ekipa tak właśnie ją traktuje.

Rozstrzygnięcia dotyczące zakupów wciąż się opóźniają…

– Prawda. Niepotrzebnie straciliśmy już dwa lata, a może i więcej. Ufam jednak, że MON się w tej materii jak najszybciej ogarnie.

W co jeszcze trzeba dziś inwestować?

W robotyzację, zbiorowe systemy bezzałogowe. W całą sferę związaną z kosmosem, z satelitami. Dziś nie sposób dowodzić armią bez wykorzystania tej technologii. Tu rzecz jasna bez kooperacji z sojusznikami się nie obejdzie.

Oczywiście, nie wolno nam zapomnieć o innych obszarach.

Na przykład marynarce wojennej…

… która jest w takim stanie, że jedynym ratunkiem może być dla niej właśnie przeskok generacyjny.

Małe, bezzałogowe okręty?

Nie tylko. Marynarze, podobnie jak piloci myślący tylko o tym, czym by tu latać, skupiają swoją uwagę na tym, czym by tu pływać. A przecież nie chodzi o samo pływanie, tylko o cały system reagowania na zagrożenia, jakie wiążą się z morzem.

A co obecnie jest największym zagrożeniem dla Polski?

Moim zdaniem, istnieją poważne ryzyka, jeśli idzie o nasz dalszy udział w zbiorowym, europejskim systemie bezpieczeństwa. To jest ogromne wyzwanie dla naszej dyplomacji, dla naszej zewnętrznej polityki obronnej. Musimy czuwać, analizować, pilnować, proponować. Bo jeśli tylko wypadniemy z zachodniego systemu, to po nas. Nawet najnowocześniejsze uzbrojenie nie pomoże nam, gdy zostaniemy sami. I nie chodzi o to, że przegramy wojnę i znajdziemy się pod okupacją, ale że w warunkach pokojowych będziemy zależni, ciągle szantażowani, pod presją. Że staniemy się szarą strefą bezpieczeństwa.

Ryzyka wypadnięcia biorą się z uwarunkowań zewnętrznych, czy są skutkiem naszej polityki zagranicznej?

One biorą się przede wszystkim z kryzysów, jakie przeżywają NATO i Unia Europejska. Problem z nami polega na tym, że nie traktujemy tych zagrożeń z należytą uwagą. Weźmy, w mojej ocenie już przesądzoną, ideę Europy kilku prędkości. Nasze władze wykazują daleko idący eurosceptycyzm, gdy tymczasem winniśmy zrobić wszystko, by znaleźć się w najtwardszym jądrze integracyjnym. Co gorsza, skazując się na szarą strefę w UE, w NATO będziemy mieli ten sam status. Jestem przekonany, że dezintegracja UE skutkowałaby tym, że i w NATO powstałaby strefa bezpieczeństwa członków drugiej kategorii.

Mimo tego, że w UE największą siłę sprawczą ma duet niemiecko-francuski, zaś istotę NATO stanowią Amerykanie?

Powtórzę: od tego, jaka będzie Unia, zależy też to, jakie będzie NATO. Większość UE stanowią państwa natowskie; te dwa byty są ze sobą nierozerwalnie połączone. Dlaczego Niemcy mieliby przysyłać na wschodnią flankę żołnierzy, jeśli nie wiąże się to z zabezpieczeniem interesów ich kraju? Owo trywializowanie, machanie ręką „ee, Unia… Jesteśmy w NATO, to nasz faktyczny gwarant”, jest strasznie niebezpieczne. Nasze władze zapominają, albo nie mają pojęcia, że siła NATO jest w dużej mierze pochodną siły Unii Europejskiej. Tam, gdzie jest centrum siły UE, jest także europejskie centrum siły NATO. Odsunięcie się od tego centrum, pozwolenie sobie na „luksus” bycia na peryferiach, oznacza także peryferyzację naszego bezpieczeństwa w NATO. Ponadto wydolność wojskowych struktur Sojuszu jest wprost związana z możliwościami gospodarczymi krajów Unii. W czasie pokoju możemy tego nie dostrzegać, ale w czasie wojny moce gospodarki potęg europejskich byłyby nie do przeszacowania.

Ale my, silniejszemu, nie będziemy się kłaniać. Właśnie wstaliśmy z kolan. Poza tym, obok NATO i UE, jest jeszcze trzeci filar naszego bezpieczeństwa – sojusz z USA.

Też obarczony ryzykiem, z uwagi na niewiadome, dotyczące głównych celów amerykańskiej polityki zagranicznej. No i nasze głupie posunięcia, chociażby słynne już „dziwne” i niepoważne wypowiedzi ministrów (o mistralach, niedojrzałej demokracji, sprawie smoleńskiej, widelcach itp.), skandalicznie długo odwlekana decyzja z obsadą szefa ataszatu w Waszyngtonie, czy przeciągające się powstanie dowództwa dywizji w Elblągu, pod które miałyby podlegać amerykańskie oddziały na flance wschodniej. Tak nie buduje się wiarygodności sojuszniczej.

A skoro wspomina pan o filarach – proszę nie zapominać o czwartym, naszym własnym systemie bezpieczeństwa…

…który, jak już mówiliśmy, jest w tej chwili mocno rozchwiany.

Nawet bardziej niż wynikałoby to z naszych dotychczasowych rozważań. Bo nie dość, że osłabiane jest wojsko, to jeszcze nie robi się nic, by ów system zintegrować. Takie prace podjęto za poprzedniej kadencji, ale one nie są kontynuowane. Nie postępuje integracja armii, policji, pozostałych służb, w spójny system. Przeciwnie, instytucje mundurowe stały się udzielnymi księstwami wysokiej rangi polityków rządzącej partii. Swoista prywatyzacja MON pod rządami Macierewicza najlepszym tego przykładem. Nie działa Rada Bezpieczeństwa Narodowego, w rządzie nie powstał jej merytoryczny odpowiednik; w Polsce nie ma dziś ciała koordynującego kwestie bezpieczeństwa, co jest tym dotkliwsze, że prezydent z tego abdykował. MON swoje, MSW swoje, koordynator służb specjalnych swoje. Formalnie jest nad tym pani premier, ale faktycznie ona niczego nie spina, nie koordynuje.

Struktura państwa stała się narzędziem walki o partyjne wpływy?

Tak jest. To upartyjnienie całego kierowania państwem jest praprzyczyną naszych słabości. Myślenie w kategoriach partii, w kategoriach kontynuowania władzy. W państwie PiS wszystko jest podporządkowane temu, aby zdobywać i utrzymywać poparcie elektoratu, rozwiewać jego wątpliwości. Te wszystkie wystąpienia ministra obrony narodowej, które nijak się mają do rzeczywistości, w istocie rzeczy są wystąpieniami do i dla swoich – by ich uspokoić. „My dbamy”, „my robimy”, „w r e s z c i e ktoś dba i robi”. Nieważne, czy to prawda, czy nie. Obiektywnie patrząc, to tworzenie alternatywnej rzeczywistości. Budowanie PRL-bis.

PRL upadła z hukiem…

Jeśli obecna władza nie zmieni swojego postępowania, Polakom zaczną się otwierać oczy. I za dwa lata pokażą, co sądzą o takich metodach sprawowania urzędów. Tylko nie wiem, czy obecne siły opozycyjne są zdolne do tego, aby tę władzę wziąć. Jedna partia wciąż liże rany po przegranych wyborach, druga cierpi na młodzieńcze bóle porodowe, trzecia jest za spokojna i zajęta swoim małym podwórkiem. Więc te dwa lata są też wyzwaniem dla opozycji – by zapewnić koordynację swych działań i dać rzeczywistą alternatywę.

Tak może się wytworzyć wewnętrzna presja na pisowskie rządy. A zewnętrzna?

Już mamy z nią do czynienia. Podejrzewam, że ostatnie ruchy prezydenta były motywowane również reakcjami sojuszników.

Pozostając zaś na gruncie wojskowym, mam nadzieję, że nowo mianowani dowódcy opanują sytuację w armii. Daję im jakieś pięćdziesiąt procent szans.

A co się mieści w pozostałych pięćdziesięciu?

Ryzyko, że i ci nowi dowódcy, w zderzeniu z wypaczoną wizją cywilnej kontroli nad armią, powiedzą „basta!” – i ostentacyjnie podadzą się do dymisji.

Ich nie będzie już kim zastąpić…

Zgadza się. Te dymisje oznaczałoby już rzeczywisty koniec strategicznego dowodzenia siłami zbrojnymi i zapanowanie w pełni woluntarystycznego systemu politycznego kierowania nimi przez MON. W takich warunkach armia nie jest w stanie zrealizować swoich zadań, także tych sojuszniczych. I tu nie będzie „przebacz!”. Bo jeśli sojusznicy dojdą do przekonania, że w całej układance operacyjnej klocek polski – który na wschodniej flance stanowi potężną siłę – nie działa, prędzej czy później zadadzą sobie pytanie: „po cholerę mamy się tam angażować, skoro oni sami nie chcą/nie mogą/nie potrafią?”.

I skrócą linię obrony.

No tak to się robi…

—–

Na bagnetach władzy utrzymać się nie da…/fot. Marcin Ogdowski