001

(Nie)normalnie

– Biletów do Mariupola już nie ma – kasjerka na kijowskim dworcu kolejowym była wyraźnie zirytowana. Nie mogłem uwierzyć, więc pytałem kilka razy – stąd jej reakcja. Pani z okienka na dworcu autobusowym była już znacznie milsza. – Przyjdźcie chłopcy po piętnastej. Zobaczymy, może któryś z kierowców gdzieś was wciśnie – miała na myśli przejazd na podłodze bądź schodach, wolnych miejsc bowiem i tu już nie było.

Niestety, i ta możliwość okazała się jedynie teoretyczna. Ostatecznie trafiłem z ekipą do Mariupola, stosując taktykę żabich skoków – przemieszczając się z miasta do miasta, słynnymi ukraińskimi marszrutkami. Słynącymi z ciasnoty, zaduchu i kiepskiego stanu technicznego. „Wszystko przez święta” – tłumaczyłem sobie, zły, że nie wziąłem pod uwagę prawosławnej Wielkanocy jako problemu natury komunikacyjnej. „Ludzie pewnie wracają w swoje strony. Tylko u licha – do Mariupola?”.

Jeszcze latem zeszłego roku w tym portowym ośrodku nad Morzem Azowskim brakowało 40 procent mieszkańców. Uciekli przed wojną, która rozgrywała się kilkanaście kilometrów na wschód od miasta, czasem dosięgając i jego centrum. Cały świat z oburzeniem oglądał filmy nagrane w styczniu 2015 roku, kiedy rebelianckie rakiety upadły na pełne ludzi blokowisko, zabijając 30 osób. Zaś sami separatyści wielokrotnie zapowiadali, że wezmą Mariupol szturmem – „jeśli nie dziś, to jutro”.

Żołnierz armii ukraińskiej na pozycjach w pobliżu Mariupola.
Żołnierz armii ukraińskiej na pozycjach w pobliżu Mariupola.

Plaże wciąż w zasięgu dział

Jutro nie nadchodziło, za to do roboty wzięły się oddziały rządowe, które odparły siły Donieckiej Republiki Ludowej na tyle daleko, że dziś nikt już nie bierze na poważnie groźby przejęcia miasta. Przekonałem się o tym na własne oczy jeszcze zanim dotarłem do Mariupola. W autobusie, do którego wsiedliśmy w Dniepropietrowsku, spotkałem Heinza, berlińczyka, żonatego z Ukrainką, rodowitą mariupolanką. Starsi państwo mieszkali przed wojną pół roku na Ukrainie, pół roku w Niemczech. Zeszłorocznej wiosny już do Mariupola nie wrócili – z obawy przed działaniami zbrojnymi. Teraz jednak uznali, że przyszła pora wracać do utartego schematu – a święta stworzyły doskonały pretekst do przyjazdu.

– Dziś brakuje w mieście tylko pięciu procent stałych mieszkańców – Tetiana, miejscowa dziennikarka pracująca dla dużej kijowskiej stacji telewizyjnej, nie kryła zadowolenia z tego faktu. Jej słowa – wskazujące na pewną stabilizację – potwierdzał widok ulicy. Działające sklepy, szkoły, komunikacja miejska, czy drogi pełne aut. Gwarne i głośne wieczorami kluby. – Ostatni ostrzał miasta był w sierpniu 2015 roku – mówiła. – Informacja idzie w świat, więc ludzie wracają. Miasto odżywa.

– Wrócą też letnicy? – spytałem, mając w pamięci piękną plażę w pobliskim Szyrokino.

– Ojjj… – Tetiana pokręciła głową. – Nieprędko. Latem zeszłego roku miny zabiły w morzu trzy kąpiące się osoby. Poza tym plaże są wciąż w zasięgu artylerii separatystów.

„W Doniecku jest jeszcze gorzej”

O zmianie klimatu świadczą też tematy podejmowane przez lokalne media i ulicę. Wojna nadal dominuje, niemniej coraz częściej na status wiadomości dnia czy tygodnia wybijają się inne historie. Kilka tygodni temu Mariupol żył zabawnym na swój sposób zdarzeniem, do którego doszło w Sartanie, niewielkiej miejscowości pod miastem. Tamtejsze zoo – znane w okolicy, w czasach pokoju tłumnie odwiedzane przez mariupolan – stało się sceną niecodziennego wypadku. Pijany mężczyzna postanowił bowiem wejść do klatki z lwem. Nie bardzo wiadomo dlaczego, wiadomo za to, że miał sporo szczęścia. Przeżył, choć został solidnie poturbowany.

Z kolei kilka dni temu wojnę przyćmiła Wielkanoc. W przedświąteczny czwartek, w taksówce, wysłuchałem audycji, w której mowa była nie tyle o samych przygotowaniach do świąt, co o drożyźnie, która będzie miała wpływ na zawartość świątecznych stołów. „W Doniecku jest jeszcze gorzej” – owo stwierdzenie miało zapewne dodać słuchaczom otuchy. W wielki piątek, jadąc do Nowosiliewki – wsi położonej 40 kilometrów na północ od Mariupola – zobaczyłem sznur samochodów na donieckich tablicach rejestracyjnych, czekających na przejazd przez „przejście graniczne” w Hnutowe.

– U nich nie dość, że drogo, to jeszcze sklepy puste. Chcą czy nie, przyjeżdżają na zakupy do nas, na Ukrainę – skwitowała ów widok Tetiana.

Ceremonia przekazania darów od ukraińskich wolontariuszy dla żołnierzy walczących na froncie w okolicach wsi Nowosiliewka.
Ceremonia przekazania darów od ukraińskich wolontariuszy dla żołnierzy walczących na froncie w okolicach wsi Nowosiliewka.

„Kto wyciągnie dzieci ze schronu?”

– Mam nadzieję, że na świątecznym stole nie zabraknie wam niczego – Witalij z Zaporoża uścisnął dłoń dowódcy batalionu, rozlokowanego w pobliżu Nowosiliewki. – Zwłaszcza w takich dniach pamiętajcie, że doceniamy waszą trudną służbę.

Siedziałem w sali wiejskiego domu kultury, towarzysząc kilkudziesięciu wojskowym. Właśnie odbywała się krótka ceremonia przekazania darów, zebranych przez Witalija i grupę wolontariuszy. Do żołnierzy trafiły świąteczne babki, tak zwane paschy, jajka, wędliny, ale też bielizna, skarpety, koszulki. Ukraińska armia – jakkolwiek coraz lepiej wyekwipowana – wciąż w sporym zakresie korzysta z ofiarności cywilów.

Do paczek dołączono również kolorowe kartki, robione własnoręcznie przez dzieci. Kilka z tych życzeń odczytano na głos. „By w Ukrainie jak najszybciej zapanował pokój” – brzmiał najczęściej pojawiający się motyw.

Trudno o lepsze życzenia w Nowosiliewce. Linia frontu rozciągnęła się wzdłuż okolicznych pól i choć natężenie walk znacząco osłabło w porównaniu do sytuacji z zeszłego roku, wieś nadal znajduje się w strefie rażenia. Dla 68-letniej Swietłany to już jakiś postęp.

– Nie muszę wnuków w schronie zamykać – mówiła, uśmiechając się smutno. Ów schron to niewielka piwniczka w chałupie, na tyle duża, by pomieścić dwoje nastolatków.

– A wy się nie chowaliście? – spytałem Swietłany, obok której stał starszy od niej o dwa lata mąż.

– Miejsca nie było, a poza tym, niech by w dom trafiło – kto by dzieci z piwnicy wyciągnął? Nam wystarczył rów.

Sierioża i Wiktor, 14-latkowie z Nowosiliewki.
Sierioża i Wiktor, 14-latkowie z Nowosiliewki.

„Do nich nie strzelamy”

 14-letni Sierioża z trudem przyznał, że i jemu zdarzało się chować podczas ostrzałów.

– Ale tylko pod łóżko – zastrzegł. Rówieśnik, Wiktor, wybuchł śmiechem po tym wyznaniu kolegi. On nigdzie się nie chował. A do wojny już przywykł, bo trzeba jakoś żyć. Szkoda tylko, że nie wiadomo, co będzie ze szkołą.

– Nauczyciele zostali wszyscy, ale dużą część uczniów rodzice powywozili. A z naszej dwójki dziesiątej klasy nie zrobią – chłopak miał naprawdę zafrasowaną minę. Zaraz jednak rozpogodził się wizją wakacji. Wyjazdu na kolonie organizowanego specjalnie dla dzieci takich jak on i Sierioża – z terenów dotkniętych działaniami wojennymi. – Bo widzisz – Wiktor wskazał dłonią niewielkie centrum wsi, po którym kręcili się żołnierze. – Niby tu normalnie, ale tak naprawdę nienormalnie. Więc rekreację chcą nam zapewnić gdzie indziej.

„Niby normalnie” – powtarzałem sobie później w myślach. Jechałem na pierwszą linię ukraińskiej obrony ścieżkami wytyczonymi między świeżo zaoranymi połaciami pól. Ba, gdzieniegdzie widziałem nawet pracujące traktory. W zasięgi strzału z broni ręcznej, czasem wręcz tuż obok okopów. I po jednej, i po drugiej stronie frontu.

– Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci – zapewnił mnie jeden z Ukraińców.

„Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci”.
„Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci”.

—–

Centrum wioski Nowosiliewka. Dziś linia wschodnio ukraińskiego frontu przebiega wzdłuż okolicznych pól/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski