DSC_0277

Obóz

Ślub, rodzina – poważna sprawa

25-letni Denis i rok starsza Marina są przykładem takiej właśnie integracji. Mężczyzna, wolontariusz PCPM, chwyta się co prawda tylko prac dorywczych, ale i tak może mówić o szczęściu. W Izjumie – oddalonym o około 150 km od Charkowa niewielkim miasteczku – jeszcze przed wojną bezrobocie wahało się w granicach 18-20 procent.

– Myślę o jakimś własnym biznesie związanym z transportem samochodowym – rozmarza się Denis. – Jutro bierzemy ślub z Marinką – chłopak uśmiecha się do czarnowłosej dziewczyny. Będę więc mężem i od razu ojcem – Ukrainiec wskazuje palcem 7-letnią Nataszę, córkę Mariny z poprzedniego związku. – Poważna sprawa – kwituje.

– Ten biznes chciałbyś otworzyć w Izjumie, w Charkowie, czy w rodzinnym mieście? – pytam.

– Na razie nie ma szans na powrót do Gorłówki – odpowiada Marina.

Denis kiwa głową i zaczyna opowieść o tym, jak wyglądała ich ucieczka.

– Na pierwszym blok-poście zatrzymali nas separatyści i kazali kierowcy zawracać do Gorłówki – wspomina. – Grozili, że jeśli się nie cofniemy, ostrzelają autobus z automatów. Ale wtedy zaczęły bić grady, zrobiło się zamieszanie, ruszyliśmy więc do przodu. Na kolejnym posterunku znów nas zatrzymali i kazali wysiadać. Gdy mężczyznom wręczyli łopaty, przestraszyłem się, że idziemy kopać własne groby. Na szczęście chodziło tylko o okopy i po dwóch godzinach uzbrojeni mężczyźni pozwolili nam wrócić do autobusu i odjechać. Benzyny starczyło tylko do Izjumu – tak się tu znaleźliśmy.

Wesele i wakacje życia

Następnego dnia jestem gościem na skromnej imprezie weselnej Denisa i Mariny. Zorganizowanej w „Romaszce”, wspólnymi siłami wolontariuszy i uchodźców – młodych bowiem nie stać na samodzielne opłacenie kosztów wesela. I gdy małżeństwo przyjmuje życzenia („pokoju, przede wszystkim pokoju”), przypominam sobie słowa Gieorgija, dziadka Denisa, którego poznałem dzień wcześniej.

– W latach 1958-62 służyłem na okręcie podwodnym – opowiadał 76-letni mężczyzna. – I gdy mieliśmy kubański kryzys, moją załogę wysłano na Kubę. Wzięliśmy jakiś tajny ładunek, czort wie co. Rejs był długi i trudny, ale jak już dotarliśmy na miejsce, następny tydzień spędziliśmy na plaży. Pięknej, rajskiej plaży. To był mój urlop życia – staruszek zaciągnął się papierosem i zmrużył oczy. – Denis swoje przeżył – dodał po chwili. – Też na takie wakacje zasługuje.

„Wakacje” – powtarzam w myślach słowo-klucz. Spoglądam przez okno, gdzie kilkoro roześmianych dzieci biega z papierowymi samolotami. Jest czerwiec, jest przepięknie zielono, jesteśmy w dawnym kolonijnym ośrodku.

„Wakacje”.

Tylko ojców brakuje, a ich żony i dzieci budzą się czasem w środku nocy z głośnym krzykiem na ustach.

Bo znów bombardowali…

—–

Dzieci z obozu w „Romaszce”/fot. Marcin Ogdowski