Gruzowisko

„Majak” był przed wojną ośrodkiem kolonijnym, do którego zjeżdżały dzieci z całej Ukrainy. Dziś położony tuż nad Morzem Azowskim kompleks – po miesiącach artyleryjskich ostrzałów – wygląda jak wielkie gruzowisko. Trafiłem tam na początku lipca br., odnajdując pośród rumowiska żołnierzy batalionu „Azow”. Młodych, bitnych, niezwykle odważnych. Z dumą noszących batalionowe emblematy i tatuaże o nazistowskich konotacjach…

Godzina 11.30. Dżip, którym przyjechaliśmy z odległego o kilkanaście kilometrów Mariupola, zatrzymał się przed niewielkim budynkiem.

– Dalej na pieszo – oznajmiła Natasza, śliczna blondynka z grubym jak przedramię warkoczem. Dziewczyna, pracująca w sztabie batalionu, miała nas dostarczyć na front. Chwilę wcześniej, w okopach na północy miejscowości Szyrokino, zostawiliśmy Rafała i Jarka, kolegów z dziennikarskiego teamu. Mnie z Darkiem, fotoreporterem, wysłano na południe, do „Majaka”. – Idziemy! – Natasza nie pozwoliła na siebie czekać. Mimo ciężkiej kamizelki i hełmu, ruszała się z wprawą, znamionującą co najmniej kilkumiesięczne wojenne doświadczenie.

Szliśmy pośród połamanych parkowych drzew, co rusz mijając leje. Po prawej stronie mając osłonę w postaci niewielkiego wzniesienia i zrujnowanych budynków.

– Teraz uwaga – nasza przewodniczka zatrzymała się przy rogu jednego z nich. – Ten odcinek musimy przebiec, bo to otwarta przestrzeń, a „separy” mają niezłych snajperów – ledwie powiedziała i ruszyła biegiem.

Było ponad 30 stopni, parno jak diabli – już po kilkudziesięciu metrach biegu zdałem sobie sprawę, że to będzie wyczerpujący sprint.

– Dawaj, dawaj, dawaj! – usłyszałem męskie głosy. Grupa mężczyzn siedziała przed wejściem do czegoś, co niegdyś musiało być głównym budynkiem kompleksu. Kibicowali nam, ale żaden nie podniósł się z drewnianej ławki czy plastikowego krzesła. Ot, mieli niezły widok na ciekawe zmagania. I dobrze się bawili.

W ciemnym pomieszczeniu stało kilkanaście piętrowych łóżek/fot. Dariusz Prosiński
W ciemnym pomieszczeniu stało kilkanaście piętrowych łóżek/fot. Darek Prosiński

Godzina 11.40. Najstarszy w oddziale „Paramedyk” – trzydziestoparolatek ani na moment nie rozstający się z kamizelką kuloodporną – przejął obowiązki gospodarza.

– Pokażę wam, gdzie śpicie – powiedział i poprowadził do ciemnego pomieszczenia, w którym stało kilkanaście piętrowych łóżek oraz… telewizor. – Prąd mamy zwykle wieczorem, przez parę godzin, z generatora – wyjaśnił. – Jak zacznie walić ciężka artyleria, zejście do piwnicy jest tu – dodał, wskazując pozbawione skrzydła drzwi. – Sikamy w tym miejscu – oznajmił kilka chwil później, gdy wyszliśmy na zewnątrz, na zawalony wszelkiej maści śmieciami dziedziniec. – Grubsze sprawy… – kontynuował, idąc wzdłuż muru „naszego” budynku… – załatwiamy w teatrzyku – skończył, gdy znaleźliśmy się w całkiem sporym audytorium.

A ja przypomniałem sobie natowskie, polowe posterunki w Afganistanie, gdzie za kloaki służyły wkopane w ziemię beczki. Których zawartość co jakiś czas zalewano ropą i podpalano, robiąc miejsce dla kolejnych „zrzutów”. W „Majaku” nikt nie wykazywał takiej troski o higienę – po prostu, poświęcono teatrzyk, w którym żołnierze defekowali gdzie popadło, głównie jednak na scenie.

– Nie ma to jak kupa robiona na podwyższeniu – skomentowałem, uśmiechając się do Darka.

– Wiejemy stąd, bo nas ten smród powali – usłyszałem w odpowiedzi.

Obóz

– To przeklęta ziemia – mówi starsza kobieta, spotkana na Polskim Cmentarzu Wojennym w Charkowie. Masowe groby kryją tu szczątki ponad czterech tysięcy Polaków, jeńców ze Starobielska, rozstrzelanych w charkowskiej siedzibie NKWD. Których ciała przywożono nocą i grzebano w dołach, obok ukraińskich ofiar radzieckiego terroru, zamordowanych pod koniec lat trzydziestych. – Gdyby człowiek mógł widzieć więcej, zobaczyłby niespokojne duchy wszystkich tych biednych ludzi – dodaje staruszka.

Brzmi to złowieszczo, niepokojąco – zwłaszcza ze świadomością, że za płotem cmentarza działał obóz pionierski, drugi co do wielkości w całym ZSRR. W urokliwym lesie, w drewnianych domkach, mieszkało podczas jednego turnusu nawet tysiąc dwustu członków Komsomołu. Pionierzy z czerwonymi chustami przeżywali tu swoje dziecięce i młodzieńcze przygody, w sąsiedztwie sekretnej wówczas nekropolii. Makabra w iście sowieckim stylu.

Zresztą i dziś „Romaszka” – jak nazwano ów obóz – jest świadkiem tragicznej historii, tym razem już nie Związku Radzieckiego, a powstałej po jego rozpadzie Ukrainy. Zdewastowany i od wielu lat nieremontowany obiekt przekazano bowiem wojennym uchodźcom z Donbasu.

Odpowiedzialność za wybory męża

A właściwie uchodźczyniom i ich dzieciom. W „Romaszce” trudno znaleźć mężczyzn, szczególnie tych w sile wieku. To zresztą po trosze temat tabu, którego uciekinierki starają się unikać. Zapytane wprost, mówią, że mężowie zostali, by pilnować domów i majątków przed szabrownikami. Lecz tajemnicą poliszynela jest, że w większości przypadków panowie po prostu wybrali wojaczkę. Jedni po jednej, drudzy po drugiej stronie.

Żony tych, którzy przystali do separatystów, są szczególnie ostrożne – milion trzysta tysięcy wewnętrznych uchodźców staje się coraz większym problemem ukraińskiego społeczeństwa. Przymusowi przyjezdni coraz częściej wywołują wrogość, a co najmniej niechęć u mieszkańców miejscowości, do których trafiają. Nie brakuje więc opinii, że „suki separów” nie powinny otrzymywać żadnej pomocy.

– A dlaczego ja, albo moje dzieci, mielibyśmy ponosić odpowiedzialność za wybory męża? – pyta jedna z uchodźczyń.

I tak lekko nie mają. 38-letnia Irina Filimonowa z Doniecka trafiła do „Romaszki” jesienią ubiegłego roku. Kobiecie z kilkuletnim synem przydzielono zatęchły pokoik ze zbutwiałą podłogą i pojedynczym oknem, pozbawionym szyb.

– Szła zima i mrozy, a nam do zabezpieczenia okna musiały wystarczyć folia i koce – wspomina kobieta. Dziś mieszka w odremontowanym baraku, w wydzielonym mieszkanku składającym się z dwóch pomieszczeń. – Woda jest, prąd jest. Mamy niezbędne meble. Udało się stworzyć namiastkę domu – na twarzy Iriny widać delikatny uśmiech.

Rodzin, takich jak jej, jest w „Romaszce” czterdzieści, choć był czas, że mieszkała ich tu ponad setka.

Integracja, a nie zamknięte enklawy

Znośne warunki to zasługa Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, USAID, ale przede wszystkim – mimo wewnętrznych napięć na linii uchodźcy-miejscowi – zwykłych charkowian oraz lokalnych firm. Strumień pieniędzy i towarów, głównie żywności, nie jest może wartki, ale pozwala na bieżące funkcjonowanie obozu.

Dla 25-letniej Olgi Rusakowej z obwodu ługańskiego, taki stan rzeczy to – jak sama mówi – dar niebios. Gdy ją spotykam, karmi właśnie ledwie dwutygodniowego noworodka.

– Regina – wymawia imię dziecka młoda nauczycielka nauczania początkowego. Obok kręci się czteroletni malec, pierwsze dziecko dziewczyny o azjatyckich rysach twarzy.

Obóz jest również azylem dla 43-letniej Ileny – inwalidki na wózku.

– Żyję dniem dzisiejszym, bez szansy na pracę, bez możliwości powrotu do domu. Bo tam wojna i ekonomiczna blokada – wyjaśnia, mając na myśli embargo na obrót pieniężny i towarowy, nałożone na separatystyczne republiki przez rząd w Kijowie.

– W przypadku konfliktów zbrojnych nie da się uniknąć organizowania obozów dla uchodźców, zwłaszcza zimą – mówi Rafał Farbisz, koordynator akcji PCPM na Ukrainie. – Ale trzeba dążyć do tego, by miały one charakter przejściowy. By uchodźcy integrowali się z resztą społeczeństwa, a nie żyli w zamkniętych enklawach. Przede wszystkim, by znajdowali pracę i własne mieszkania.

Pomoc

Ukraińscy górnicy zwykle umierają zanim zdążą się zestarzeć. Wielu z nich ginie w wypadkach, będących efektem katastrofalnego stanu kopalnianej infrastruktury. Wielu – tuż po przejściu na emeryturę – zabijają zawodowe choroby i podły stan opieki medycznej. Wiktor Jakowlinicz tymczasem – choć musi wspierać się drewnianą laską – wciąż ma w sobie sporo życiowej energii, a na koncie 82 lata. Byłby zatem prawdziwym szczęściarzem, gdyby nie fakt, że kilkanaście miesięcy temu na Ukrainie wybuchła wojna domowa, a on musiał uciekać z Doniecka do Charkowa.

– Na starość przyszło mi włóczyć się po świecie – mówi, dodając, że sam nie miałby na to odwagi. Samotny, starszy mężczyzna zapewne zostałby w ostrzeliwanym Doniecku, gdyby nie pomoc sąsiadów. – Uciekliśmy razem, a młodzi – emerytowany górnik spogląda na towarzyszącą mu trzydziestoparoletnią kobietę – … zajmują się mną jak ojcem.

– Ma pan własne dzieci? – pytam.

Twarz mężczyzny smutnieje.

– Mam – odpowiada. – Dwie córki. Zostały tam, po drugiej stronie, ze swoimi rodzinami. Nie chciały opuszczać Ługańska, mówiły, że to się zaraz skończy, że trzeba mieć nadzieję. A wojna trwa i trwa i końca nie widać… – Jakowlinicz zawiesza głos. – Strasznie się o nie martwię – przyznaje po chwili.

Człowiek jak żywy bankomat

Z Wiktorem Jakowliniczem spotykamy się na przedmieściach Charkowa, w punkcie pomocy humanitarnej prowadzonym przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Staruszek właśnie odebrał kartę bankomatową do rachunku, na który PCPM przez pół roku będzie przelewał 1200 hrywien miesięcznie.

– Niech wam bóg błogosławi – mężczyzna dziękuje dwóm młodym wolontariuszkom, odpowiedzialnym za wydawanie kart. A ja pytam Rafała Farbisza, koordynatora PCPM na Ukrainie, skąd w ogóle pomysł, by pomagać w taki sposób.

– Kiedyś – wspomina Farbisz, weteran akcji humanitarnych – …zdarzało się, że miałem przy sobie  nawet 60 tysięcy dolarów. Górę forsy, którą ktoś mógłby się zainteresować i potraktować mnie jako żywy bankomat. Karty łatwiej przewieźć, nie rzucają się w oczy, a nasi wolontariusze nie stają się celem dla rabusiów. Oczywiście, ten system dystrybucji pomocy nie wszędzie się sprawdzi – pracujemy w wielu miejscach na świecie, w niektórych zwyczajnie nie ma bankomatów. Tu na szczęście możemy sobie na to pozwolić.

– Sami uchodźcy wiedzą najlepiej, czego im trzeba – stąd w ogóle idea przekazywania pieniędzy, a nie konkretnych produktów czy przedmiotów – dodaje mój rozmówca.

– Po ucieczce do Charkowa wynajęliśmy z mężem dwupokojowe mieszkanie – doniecczanka Tatiana Osipenko również otrzymała kartę PCPM. – „Uchodźcy i dwa pokoje?” – dziwili się niektórzy. Tacy, co to pewnie widzieliby nas w ciasnej, małej norze. A my dzieci dwójkę mamy – kobieta trzyma na rękach kilkumiesięczne niemowlę. – Oprócz tego maleństwa jeszcze synek siedmioletni, sparaliżowany. Potrzebujemy więc trochę więcej przestrzeni. Na szczęście mąż znalazł pracę, mamy za co żyć, ale gdyby nie ta pomoc, mielibyśmy problem z opłaceniem czynszu.

Dom rozbity – wracać nie ma gdzie

Uchodźców takich jak Tatiana i jej rodzina jest w liczącym milion czterysta tysięcy mieszkańców Charkowie ponad sto tysięcy. Karty PCPM trafią w tym roku do 550 z nich.

– Z jednej strony, kropla w morzu potrzeb – przyznaje Farbisz. – Z drugiej jednak, to aż pół tysiąca rodzin, z których większość trafiła tu dosłownie z niczym. Ludzie tak jak stali, tak uciekli z objętych walkami rejonów.

35-letnia Oksana Morozowa z jednego z poddonieckich miasteczek przyjechała do Charkowa z 9-letnim synem Bogdanem.

– A kursy języka polskiego prowadzicie? – pyta jedną z wolontariuszek. – Znam trochę polski – wyjaśnia mi nieco później. – Przez pół roku pracowałam w Przemyślu jako sprzątaczka i chciałabym tam wrócić.

– Wyjechać na zawsze czy tylko do pracy? – dopytuję.

Oksana wzdycha.

– Dom rozbity – wracać więc nie ma gdzie i po co. W Charkowie z robotą ciężko, zwłaszcza dla kobiety. Słowem, nic mnie tu nie trzyma. Ale realistką jestem, wiem, że w Polsce życie drogie. Że lepiej pojechać tam na jakiś czas, odłożyć trochę, i wrócić na Ukrainę. Synowi trochę lepszy start zapewnić.

Blokada

Piękny, choć mocno zapuszczony Lwów, tętnił życiem. W późnowiosenne, niedzielne popołudnie przez ulice przewalały się tłumy odświętnie ubranych ludzi. Roześmianych, zrelaksowanych, korzystających z uroków licznych kawiarnianych i restauracyjnych ogródków. Wielu z nich było turystami, ale sądząc po języku, w miażdżącej większości z samej Ukrainy. Aż trudno było uwierzyć, że przebywa się w kraju, w którym trwa okrutna wojna…

Nie było posterunków, wzmocnionych straży, wojskowych pojazdów. Jedyny wyróżnik to żołnierze na przepustkach – zwykle zbici w grupy niczym szkolne wycieczki. Widać ich było głównie przy muzeach i w sklepach spożywczych, w okolicach stoisk z alkoholem. Nie sposób orzec, czy niezborne ruchy części z nich były efektem zbyt długiego przebywania na upale, czy właśnie – skutkiem użycia napojów wyskokowych. Niemniej mundurowi trzymali rezon – nie wzniecali awantur, co rusz za to krzyczeli „chwała Ukrainie!”, w odpowiedzi na to samo hasło, często wznoszone przez szkolną dziatwę.

Przyglądałem się spalonym słońcem twarzom mężczyzn w mundurach. Większość z nich miała czterdzieści i więcej lat.

– Gdzie ci wszyscy młodzi chłopcy? – spytałem moją lwowską przewodniczkę. Kobieta, nieco zakłopotana, spuściła wzrok – oboje wiedzieliśmy, że patriotycznego uniesienia starczyło ledwie na kilka pierwszych pomajdanowych miesięcy. Że teraz wielu młodych ucieka przed przymusowym poborem za granicę – głównie zresztą do Polski – a na ich miejsce w jednostkach pojawiają się ojcowie. Skorumpowane ukraińskie państwo pozwala na takie praktyki. Ostatecznie „sztuka jest sztuka” – chciałoby się rzec, cytując fragment kultowego „Krolla” Władysława Pasikowskiego.

(Anty)dywersyjna histeria

Miesiąc wcześniej niemal tę samą sielankę zastałem w centrum Doniecka, przy słynnym Prospekcie Puszkina. Choć tego właśnie się spodziewałem, nie oglądałem zrujnowanego miasta, pełnego zmęczonych, szarych ludzi. Ot, sączyłem piwo w restauracyjnym ogródku, przyglądając się leniwie spacerującym parom, dzieciakom na rowerkach i dwóm mężczyznom z gitarami, grającym jakieś rzewne kawałki. I dałbym się zwieść tym widokom, gdyby nie fakt, że z menu skreślono większość piw – o czym poinformował mnie kelner – z uwagi bowiem na blokadę ekonomiczną Donieckiej Republiki Ludowej, ich sprowadzanie okazało się niemożliwe. Z tych samym powodów pizza w sposób niezamierzony zbliżyła się do włoskiego oryginału – za sprawą skromnej liczby dostępnych dodatków.

Jednak wojna przypominała o sobie także dosłownie – hukiem artyleryjskich wystrzałów i wybuchów, które rozlegały się co kilka minut. Na jej obrzeżach i kilka kilometrów od metropolii wciąż toczyły się walki – i to z użyciem broni najcięższych kalibrów, czego zabraniały formalnie obowiązujące Porozumienia Mińskie. Stan wojenny miał też konsekwencje prawne – o 22.00 w Doniecku zaczynała obowiązywać godzina policyjna (dla ruchu pieszego – kierowcy mieli kolejne 60 minut, by dotrzeć do domów). Jej nieprzestrzeganie, w mieście ogarniętym prawdziwą (anty)dywersyjną histerią (przed zamachowcami ostrzegano nawet w autobusach i tramwajach, w specjalnych komunikatach nadawanych przez głośniki, w broszurach, a niekiedy nawet na biletach), mogło się źle skończyć. Zwłaszcza dla cudzoziemca, Polaka, z aparatem fotograficznym pod pazuchą.

Cent wzrosły 2-3 krotnie

Dostać się do Doniecka wcale nie było tak trudno, jak można by wnioskować po dramatycznych relacjach płynących z Donbasu na zachód Europy. Obie strony konfliktu wyznaczyły bowiem kilka punktów do przekraczania granicy/linii demarkacyjnej/linii frontu (celowo użyłem kilku określeń, gdyż wzajemnie się dopełniają). Dodatkowo Ukraińcy wprowadzili przepustki, bez których nie sposób pokonać posterunków rządowej armii. Przejście w okolicach miejscowości Kurahovo wiązało się z koniecznością przejechania przez trzy ukraińskie i dwa rebelianckie „blok-posty”.

O ile te ostatnie – wbrew obawom wynikłym ze świadomości, że obstawiał je cieszący się złą sławą batalion „Wostok” – nie nastręczały problemów, o tyle pierwsze wymagały stania w wielokilometrowej kolejce, w oczekiwaniu na kontrole z niewiadomym rezultatem. Wojskowi nie tylko sprawdzali papiery, ale przede wszystkim szukali kontrabandy – przy czym w realiach blokady DRL, ową kontrabandą mogło się okazać praktycznie wszystko.

Umowność

Korpus zniszczonego czołgu zdołał się już pokryć rdzą, co oznaczało, że maszyna została trafiona co najmniej kilka miesięcy temu. Najpewniej podczas ciężkich walk toczonych w Donbasie na przełomie lata i jesieni 2014 roku, kiedy Ukraińcy stracili co najmniej trzydzieści wozów (choć niektóre źródła mówią nawet o stu).

Rozbebeszony kadłub stał na poboczu drogi, w pobliskim rowie zaś leżała – oderwana siłą wybuchu – potężna, zdawałoby się, wieża. W części, gdzie ostały się jedynie pogruchotane elementy silnika, ktoś – całkiem niedawno – złożył bukiet kwiatów. „Ten czołg musiał być grobem dla załogi…” – przyszło mi do głowy.

Zapewne słusznie – wielu ukraińskich czołgistów znalazło bowiem w zeszłym roku śmierć w swoich maszynach. Niekiedy mówiło się wręcz o „pancernym Armagedonie początków XXI wieku”. Którego skutkiem było również niezbyt chwalebne zjawisko częstego porzucania sprawnych jeszcze czołgów przez ukraińskie załogi. Lecz nie o brak odwagi tu chodziło – w ten sposób mściły się wieloletnie zaniedbania, przede wszystkim zaś brak szkoleń, trawiący zresztą nie tylko pancerniaków, ale całą ukraińską armię.

Jedni się tolerują, inni zabijają

Niespełna dwa kilometry dalej, na wschód, zaczynały się pozycje rządowego wojska. Miejscowość Piski – bo o niej mowa – przez miesiące stanowiła zaplecze dla walczących na donieckim lotnisku oddziałów. Lecz gdy na przełomie stycznia i lutego br. separatystom udało się ostatecznie wyprzeć Ukraińców z ruin portu lotniczego, wioska znalazła się na linii frontu.

P5

Gdy do niej dotarłem, z pełną mocą uświadomiłem sobie dziwaczną umowność toczonej tu wojny. Oto bowiem stanąłem w miejscu, z którego miałem ledwie kilka kilometrów w linii prostej do pozycji, na których byłem niespełna dwa dni wcześniej. Nie przeszedłem jak „po sznurku”, lecz zrobiłem wielkie koło – przemierzając ponad sto kilometrów. Pójście na wprost groziło bowiem śmiercią – bądź to z rąk żołnierza którejś ze stron, bądź od jednej z min, od których roiło się na ziemi niczyjej. Nieformalną granicę między Doniecką Republiką Ludową a Ukrainą przekroczyłem w miejscu, gdzie wojskowi obu armii wcielili się w rolę pograniczników. Kontrolowali dokumenty, szukali kontrabandy, tolerowali swoją nieodległą obecność.

Ci tu zaś bezwzględnie się zabijali…

Lepiej zatrzymać ich tu

Zakląłem siarczyście, gdy zmuszony do schronienia się w okopie, po łydki utknąłem w jakimś czerwonawym błocku. Z trudem wyciągając nogi zrobiłem jeszcze kilkadziesiąt kroków, nim dotarłem do stanowiska, na którym stało potężne DSzK z lufą skierowaną w stronę separatystycznych linii.

– Dzień dobry – przywitałem się z żołnierzem, który chyba nie był rad z dziennikarskiej wizyty. – W czystych butach nie da się tu do was dojść – powiedziałem, próbując rozładować atmosferę. Wojskowy uśmiechnął się, a ja właśnie zdałem sobie sprawę z własnej wpadki. Już jakiś czas temu przekonałem się, że w postrzeganiu Polaków Ukraińcy wciąż pielęgnują stereotyp wyniosłych paniczy, jak na ich standardy, za bardzo wydelikaconych.

Uśmiech był jednak życzliwy, potem zaś dostałem ciepłą kawę, a nawet nóż, by móc zeskrobać zwały błota z moich butów.

001

– Czytałem, że ziemia tu skażona – miałem na myśli efekty dziesięcioleci rabunkowej działalności przemysłowej. – Teraz widzę na własne oczy, że coś z nią nie tak.

– Może masz rację. Nie wiem – Ukrainiec wzruszył ramionami. – Nam w każdym razie zakazali kopać tu studnie. Pijemy tylko wodę z butelek.

– Warto o taką ziemię walczyć? – spytałem, wyczuwając szansę na rozmowę o motywacjach.

– Widzisz – wojskowy patrzył mi prosto w oczy. – Powiem ci, dlaczego ja tu jestem. Mnie nie o Donbas chodzi. Niech go wezmą w diabły. Ja z Dniepropietrowska pochodzę, a to mniej niż 250 kilometrów stąd – mężczyzna zamilkł na moment. – Nie chcę ich u siebie – skinął głową w stronę linii przeciwnika. – Lepiej zatrzymać ich tu, niż mieć tam.