036

Strategie

Surrealistyczne doświadczenie

Ta potrzeba zachowania elementarnego człowieczeństwa ma też inny wymiar. Wojna na Ukrainie, jakkolwiek nosi cechy zewnętrznej agresji i w taki sposób funkcjonuje w urzędowej-państwowej narracji – jest przede wszystkim konfliktem wewnętrznym, domowym – ze wszystkimi tego skutkami. Jednym z nich jest fakt, że często naprzeciw siebie stają ludzie dotąd sobie bliscy. Ba, bywają sytuacje, że wewnętrzne podziały rozcinają biologiczne rodziny. Dlaczego o tym wspominam? Któregoś razu, w Szyrokino, byłem świadkiem i uczestnikiem takiej sytuacji. Do okopu, w którym przebywałem z fotoreporterem i dwoma ukraińskimi żołnierzami, przybiegł inny Ukrainiec – z wiadomością, że za kwadrans zacznie się separatystyczny ostrzał z moździerzy. „Schowajcie się”, mówił chłopak. I rzeczywiście, minęło 15 minut – wybiła pełna godzina, bodajże siódma – i zaczął się, trwający kolejny kwadrans, ostrzał. W nocy podpytałem, skąd ów chłopak miał tak dokładne informacje – wówczas mnie zbyto, ale później dowiedziałem się, że po drugiej stronie stali koledzy z klasy moich ukraińskich towarzyszy. I to oni, esemesem, ostrzegli, nie pierwszy zresztą raz, swoich dawnych (?) przyjaciół. „Chowajcie się, będzie walić nasza artyleria”. Jeszcze później ustaliłem, że to częsta praktyka po obu stronach wschodnio-ukraińskiego frontu. Że gdy tylko chłopcy wiedzą o sobie i istnieje techniczna możliwość przekazania informacji – dają sobie nawzajem znać o zagrożeniach, których sami nie powodują.

I może dlatego – mimo iż wojna na Ukrainie jest w wymierzę materialnym niezwykle wyniszczająca – nawet w najbardziej dotkniętych nią obszarach zwykle zachowują się maszty telefonii komórkowej. Co zresztą niesie niesamowite, surrealistyczne doświadczenie – możliwość obsługi na przykład Facebooka niemalże na linii frontu. Normalność przenika się tu z nienormalnością w sposób absolutnie wyjątkowy.

Dewocjonalia są nieodzownym elementem frontowej rzeczywistości. Ziemianka w Popasne, styczeń 2015/fot. Michał Zieliński
Dewocjonalia są nieodzownym elementem frontowej rzeczywistości. Ziemianka w Popasne, styczeń 2015/fot. Michał Zieliński

Niełatwy powrót

A skoro mowa o ocalonej infrastrukturze – warto wspomnieć o cerkwiach, które z rzadka poddane zostają wojennej destrukcji. Będąc na wschodniej Ukrainie mam wprost wrażenie istnienia tabu, które powoduje, że obie strony nie tykają tych obiektów. To zaskakujący wymiar normalności, biorąc pod uwagę sowieckie dziedzictwo tych terenów. Piszę to jako ateista, ale jednocześnie absolwent socjologii, nieźle obeznany w społecznych funkcjach religii. Z tej perspektywy patrząc, próba jej wykorzenienia była czymś nienormalnym, jej triumfalny powrót – nie tylko zresztą na Ukrainę, także do Rosji – oznaką normalności. I oczywiście doszło do tego zanim wybuchała wojna, wojna jednak ową odnowioną religijność mocno wspiera. W okopach potrzebę transcendencji można spotkać na każdym kroku – nigdy wcześniej nie widziałem tylu obrazków, krzyżyków, różańców i innych dewocjonaliów, co po obu stronach ukraińskiego frontu.

Co nie zmienia faktu, że jest to wojna wyjątkowo brutalna. Z dostępnych szacunków wynika, że do początków tego roku na pozycje wojsk ukraińskich spadło 70 tysięcy rakiet typu grad, 80 tysięcy pocisków artyleryjskich, 300 tysięcy granatów moździerzowych. Ilość wystrzelonej amunicji z broni małokalibrowej idzie w setki milionów. A przecież Ukraińcy nie stali z bronią u nogi. Oficjalne dane mówią o 10 tysiącach zabitych i 50 tysiącach rannych i poszkodowanych, ale wiele wskazuje na to, że rzeczywiste straty są nawet pięć razy większe. Dlaczego o tym wspominam? Bo jakkolwiek Ukraińcy – jak wszyscy ludzie, którym dane było znaleźć się w sytuacji wojny – rozwinęli rozmaite strategie radzenia sobie z nienormalną rzeczywistością, prędzej czy późnej wojna się skończy. A jej charakter – widoczny też w statystykach – zadecyduje o tym, jak będzie wyglądał ów powrót do normalności. Dziś wszystko wskazuje na to, że nie będzie on łatwy.

Wojenne doświadczenie dzieci-uchodźców z Donbasu nie przeszkadza im w pogrywaniu w "strzelanki". Obóz Romaszka, czerwiec 2015/fot. Marcin Ogdowski
Wojenne doświadczenie dzieci-uchodźców z Donbasu nie przeszkadzają im w pogrywaniu w komputerowe „strzelanki”. Obóz Romaszka, czerwiec 2015/fot. Marcin Ogdowski

Mimo wszystko

Latem zeszłego roku odwiedziłem uchodźców z Donbasu w obozie w Romaszce pod Charkowem. Matki dzieci, które tam wówczas mieszkały, opowiadały o nocnych koszmarach swoich pociech (co nie przeszkadzało tym ostatnim bawić się czołgami czy grać w wojenne gry). Same kobiety – przynajmniej niektóre z nich – wyglądały na głęboko straumatyzowane. I nie było w tym nic nadzwyczajnego, biorąc pod uwagę to, czego doświadczyły. Stres pourazowy – PTSD – od lat jest przedmiotem badań. W wymiarze wojennym celują w tym Amerykanie. Z ich ustaleń wynika, że nawet 25 procent żołnierzy biorących udział w działaniach bojowych, prędzej czy później ma objawy PTSD. Jednocześnie, z obawy przed stygmatyzacją, większość weteranów unika sięgania po pomoc psychologiczną/psychiatryczną. Efekt? Do 2010 roku 100 tysięcy byłych żołnierzy US Army, walczących w Wietnamie, popełniło samobójstwo. To niemal dwa razy więcej niż zginęło w walce.

Z polskich doświadczeń wynika, że mniej niż tysiąc – spośród czterdziestu tysięcy – weteranów z Iraku i z Afganistanu wymagało do tej pory pomocy psychiatrycznej. Ale to wciąż świeże konflikty, a PTSD może się ujawnić nawet po latach. Przez strefę ATO przewinęło się 180 tysięcy ukraińskich żołnierzy, druga strona wystawiła mniejsze siły, ale też idące w dziesiątki tysięcy. Brakuje kompleksowych badań na temat powojennej traumy całych społeczeństw, ale to oczywiste, że PTSD dotyka też cywilów. W rejonie ATO na samym początku żyło 7 milionów ludzi – mieszkańców odwodu ługańskiego i donieckiego. Jedna szósta zdecydowała się uciec – co również może być powodem to kłopotów natury psychologicznej. Kilkaset tysięcy osób znalazło się w strefie bezpośrednich działań bojowych. Stres pourazowy to choroba, w której cierpi także otoczenie chorującego. Niesie bowiem alkoholizm, przemoc, w tym przemoc seksualną. Tymczasem Ukraina – jako państwo – nie jest przygotowana do tego, by nieść swoim obywatelom pomoc psychologiczną/psychiatryczną, zwłaszcza w tak gigantycznym zakresie. Zatem nawet gdy już zamilkną działa, normalność będzie na wschodniej Ukrainie wciąż strategią „mimo wszystko”.

Wojna się skończy, ale zostanie w pamięci... Mieszkaniec wsi Nowosiliewka, w okolicach której przebiega obecnie linia wschodnio-ukraińskiego frontu, maj 2016/fot. Darek Prosiński
Wojna się skończy, ale zostanie w pamięci… Mieszkaniec wsi Nowosiliewka, w okolicach której przebiega obecnie linia wschodnio-ukraińskiego frontu, maj 2016/fot. Darek Prosiński

—–

Droga Artiomowsk-Debalcewe, styczeń 2015/fot. Michał Zieliński. Więcej ukraińskich zdjęć Michała – ale także fotografii wykonanych w Strefie Gazy i na pograniczu libańsko-syryjskim  – można obejrzeć na wystawie pt.: „Konflikt wewnętrzny” w krakowskim „Lost barze” przy ul. Szewskiej 20/3. Ekspozycja będzie dostępna do 5 czerwca br.

Artykuł to wystąpienie autora, wygłoszone 21 maja br. podczas Festiwalu Wachlarz we Wrocławiu. Poniżej zapis wideo.