Studzienka

Jeszcze w czwartek wieczorem, gdy odprawiałem się przez Internet, samolot Ukrainian International Airlines był tylko w niewielkim stopniu obłożony. Bez trudu wybrałem sobie inne miejsce niż proponowane przez system (wskazując rzecz jasna rząd trzynasty), chłopakom zaś na Facebooku napisałem:

„Mamy prawie całą maszynę dla siebie. Będziemy się gonić po pokładzie”.

„Wojna” – tłumaczyłem sobie taki stan rzeczy. „Komu chce się tam latać?”. Zwłaszcza, że pod koniec tygodnia z Warszawy do Kijowa latają zwykle Ukraińcy pracujący w Polsce. A nie jest żadną tajemnicą, że wielu spośród nich nie garnie się do wojska. Wolą więc nie wracać do domów, by nie otrzymać wezwania, co po niedawnym ogłoszeniu kolejnej mobilizacji stało się dużo bardziej prawdopodobne.

Tymczasem samolot był niemal pełen, choć rzeczywiście – męskich rówieśników nie znalazłem zbyt wielu.

Obok mnie siedziała młoda matka z najwyżej czteroletnim brzdącem. Strasznie przejętym lotem. Widząc ich ukraińskie paszporty na chwilę zrobiło mi się smutno. „Ja pewnie leciałbym z dzieckiem w drugą stronę, starając się wywieźć je w bezpieczniejsze miejsce” – myślałem. „Tylko że ja mam ‘lepszy’ paszport…”.

Zaraz jednak zganiłem się za takie myśli. Za niepotrzebne wkręcanie się w wojenną retorykę. W Kijowie, dokąd leciała ta para, jest przecież spokojnie – wojna toczy się gdzieś daleko.

Także w oddalonym o kilkaset kilometrów od stolicy Dniepropietrowsku – do którego dotarliśmy wczoraj późnym wieczorem – konflikt wydaje się być odległym bytem.

– Strasznie tu ciemno – zauważyłem, gdy opuściliśmy lokalny terminal.

– Wygląda, jakby mieli jakieś zaciemnienie – dodał Michał, najmłodszy członek naszej wyprawy. – To możliwe?

– Nie, nie – Ziemowit, znający Ukrainę na wylot, uśmiechnął się. – To normalne tutaj.

No cóż, po niemal milionowym europejskim mieście spodziewałem się większej iluminacji.

Nie zawiodło mnie za to ścisłe centrum. Co prawda tuż przed północą większość lokali była już zamknięta, ale młodzi ludzie specjalnie się tym nie przejmowali, pijąc wódkę i imprezując na ulicy. Głośno i radośnie.

Minąwszy jedną z takich grupek, stanąłem zaintrygowany widokiem zarwanej na dobre trzydzieści centymetrów studzienki kanalizacyjnej. Choć po ulicy wciąż poruszały się samochody, dziury nikt nie zasłonił, nie postawiono żadnego znaku ostrzegawczego. Ktoś, po prostu, włożył w otwór oponę – pionowo, tak, by jej część wystawała ponad poziom jezdni.

Pomysłowa improwizacja. Wręcz alegoryczna – gdyby odnieść ją do stanu współczesnej Ukrainy.

—–

To zdjęcie zrobiłem dwa dni później, w okolicach Słowiańska, gdzie obok wysadzonego przez rebeliantów mostu, armia zbudowała pontonową przeprawę. Wydaje mi się, iż ta fotografia ma niemniej symboliczną wymowę niż wspomniana opona w studzience/fot. Marcin Ogdowski