Archiwa tagu: Afganistan

Koronawariactwo

Praca w Iraku czy w Afganistanie do bezpiecznych nie należała. Wojsko, jakkolwiek redukowało różne zagrożenia, inne przyciągało. Teoretycznie nie miałem do rebeliantów nic, oni za to – nie raz i nie dwa – ładowali w moją stronę z wszystkiego, co mieli pod ręką. Przy czym nie chodziło im konkretnie o moją osobę; strzelali w wojsko, ja byłem narażony niejako przy okazji.

Lecz bez względu na to, co by się działo, zawsze towarzyszyła mi pewna myśl: jak się zesra, w try miga załadują mnie do śmigłowca i wywiozą do szpitala. Dobrego szpitala – daj boziu światu, całemu światu, takie szpitale, jak zbudowano do obsługi sił sprzymierzonych w Iraku i Afganistanie. Wiedziałem, że gdziekolwiek z tym wojskiem pojadę, zawsze będzie to dystans, który pozwoli dostarczyć mnie na stół operacyjny w ciągu tak zwanej złotej godziny. W taki sposób budowano (budowali Amerykanie, gwoli rzetelności) zabezpieczenie medyczne na obu wojnach. I nie były to tylko teoretyczne rozważania, bo na własne oczy zobaczyłem, że system działał.

I „wychowany” w takiej bańce, pojechałem na wojnę ukraińsko-rosyjską. A był to czas, kiedy armia ukraińska była jeszcze w opłakanym stanie. Dotyczyło to również ratownictwa pola walki, o czym przekonałem się w tak zwanym kotle debalcewskim zimą 2015 roku. Nie wiem, co mi strzeliło do łba, ale zapytałem żołnierzy, czym, w razie czego, będą ewakuować rannych. Pokazali mi tak zdezelowany ambulans, że bałbym się go poprowadzić z prędkością większą niż 40 kilometrów na godzinę.

Zdaje się, że następnego dnia odwiedziłem z kolegami szpital, do którego mieli trafiać ranni, gdy zacznie się rosyjsko-rebeliancka ofensywa (ruszyła kilka dni później). Do końca życia nie zapomnę widoku ukraińskiego lekarza, który opowiadał mi, jakimi środkami dysponuje placówka. I jego przygnębienia, gdy mówił, że zebrane przez wolontariuszy pieniądze na zakup urządzeń do defibrylacji, ktoś zwyczajnie podpierdolił. Człowiek ów pracował kiedyś w Afganistanie, w polskim szpitalu w Ghazni (był taki czas, kiedy naszych lekarzy zastępowali Bułgarzy i Ukraińcy…) – i z rozrzewnieniem wspominał, czego to wówczas nie miał do dyspozycji.

Podrapałem się po głowie, pomyślałem – od tej pory nie miałem wątpliwości, że dobrze to już było. Że trzeba trochę bardziej uważać, bo w razie czego szanse na uratowanie tyłka nie są już tak duże. Co więcej, jakiś czas później poszedłem za ciosem i zaliczyłem kurs ratownictwa taktycznego, by w razie „cuś” nie umrzeć z byle powodu.

Od dziecka miałem kłopot z podejściem do wszelkiej maści zarazków. Brzydziły mnie różne rzeczy do tego stopnia, że mamy moich kolegów z podwórka nazywały mnie z przekąsem „czyścioszkiem”.

Nie wyzbywszy się tych cech, zacząłem jeździć na wojny, a później w miejsca humanitarnych kryzysów, gdzie zarazki czyhały na mnie z różnych stron. Swojskie pluskwy i grzyby czy egzotyczne choróbska; kilka razy siłowały się z moim układem odpornościowym (a raz nawet z przestarzałymi antybiotykami). Jakoś tam dawałem radę, wchodzą w tryb misyjny, cechujący się ograniczoną wrażliwością na jęki własnego ciała i ducha. Raz tylko miałem ochotę się rozpłakać, gdy mina-pułapka rozwaliła szambiarkę, a ja utonąłem – dosłownie – po kolana w gównie.

Było minęło. Bardziej już zahartowany, trafiłem jakiś czas temu do szpitala w północnej Ugandzie. Placówki, której część pacjentów cierpiała na malarię, a sposób ich izolowania sprowadzał się do oznaczenia łóżek. I w tymże szpitalu rozmawiam z jego wicedyrektorem, gdy stojąca za mną kobieta wydała z siebie ciche jęknięcie, a zaraz potem nastąpiło głośne „chlup!”. I poczułem na nogach sporą ilość jej wód płodowych, które odeszły akurat w tym momencie.

Patrick, mój rozmówca, uśmiechnął się przepraszająco, pielęgniarki zabrały pacjentkę na porodówkę, a ja… cóż miałem robić, wróciłem do rozmowy. W tym szpitalu brakowało wszystkiego, łącznie z bieżącą wodą. Obmycie się w takiej sytuacji byłoby koszmarnym marnotrawstwem – tak wówczas pomyślałem. Ale wyobraźnia nie dawała spokoju i podsuwała często absurdalne scenariusze. Na przykład widok chmary zarazków na moich poobcieranych wcześniej łydkach. „Stop” – powiedziałem sobie, wiedząc, że wieczorem dokonam doustnej dezynfekcji. I tym sposobem znów skupiłem się na robocie.

A po co o tym piszę? Bo z lekkim zażenowaniem obserwuję to, co w ojczyźnie kochanej dzieje się za sprawą koronowirusa. Wiem, objawów paniki nie ma, ale niektórym ewidentnie odbiła szajba, czego najlepszą ilustracją maseczki-gate. Przede wszystkim jednak odwaliło mediom, które rzuciły się na temat niczym Reks na szynkę i szarpią, szarpią, szarpią – aż do zrzygania. Tworząc atmosferę gigantycznego zagrożenia, co przecież może nabrać takiej dynamiki, że wszyscy pożałujemy, że kiedyś nauczono nas mówić i czytać. A wszystko w imię podbijania słupków oglądalności. Dla mnie to jedna z tych sytuacji, kiedy wstydzę się, że pracuję w mediach (i fakt, że jestem na urlopie, wcale nie łagodzi objawów mojego zniesmaczenia).

Tymczasem koronawirus hula sobie po Polsce, noszony w ciałach pewnie i setek ludzi. Z których większość nie ma pojęcia, że właśnie „śmiertelnie zaciążyła” – i nigdy się o tym nie dowie, bo organizmy tych osób poradzą sobie z chorobą. Tak, jak radzą sobie z wieloma innymi zarazkami.

Nie warto przejmować się sprawami, na które nie ma się wpływu. Warto za to do zagrożeń podejść racjonalnie – taki wniosek płynie z przytoczonych przeze mnie historii. Idealnie pasujący do całej tej gówno-burzy z koronawirusem. Wiemy, jak minimalizować ryzyko – stosujmy się więc do zasad. I tyle. Czyste ręce wyjdą nam tylko na dobre.

Zdjęcie nr 1 ma przyciągnąć uwagę (haha). Zdjęcie nr 2 przedstawia sytuację, której byłem świadkiem w Prypeci (tej Prypeci). Pan w kombinezonie to Włoch - pod tym białym czymś ma jeszcze jakieś niebieskie wdzianko (byłem świadkiem, gdy je zakładał). Pani na drugim planie, to młoda ukraińska przewodniczka, która do czarnobylskiej zony przyjechała z grupą zagranicznych fizyków jądrowych. Proszę sobie porównać te dwie osoby i zapytać się w duchu: w stosunku do koronowirusowej napinki jestem wyluzowaną Ukrainką czy zdyganym Włochem?
Zdjęcie nr 1 ma przyciągnąć uwagę (haha). Zdjęcie nr 2 przedstawia sytuację, której byłem świadkiem w Prypeci (tej Prypeci). Pan w kombinezonie to Włoch – pod tym białym czymś ma jeszcze jakieś niebieskie wdzianko (byłem świadkiem, gdy je zakładał). Pani na drugim planie, to młoda ukraińska przewodniczka, która do czarnobylskiej zony przyjechała z grupą zagranicznych fizyków jądrowych. Proszę sobie porównać te dwie osoby i zapytać się w duchu: w stosunku do koronowirusowej napinki jestem wyluzowaną Ukrainką czy zdyganym Włochem?

—–

Nz. Ewakuacja medyczna rannego amerykańskiego żołnierza. Prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Wójcik.
Zdjęcie pochodzi z albumu „Polski Afganistan”, który wydaliśmy z Marcinem jesienią 2014 roku

Tęsknota

– Robi się coraz chłodniej. Nakryję cię kurtą, nie będziesz marzł – mówi kobieta w kadrze i zdejmuje z siebie wierzchnie okrycie. Po czym kładzie je na ziemi, pod którą złożono trumnę z ciałem jej syna. To jeden z najbardziej wzruszających momentów filmu dokumentalnego HBO pt.: „Cmentarz Narodowy w Arlington: Kwatera numer sześćdziesiąt”.

Arlington to gigantyczna nekropolia, na terenie której pochowano niemal 400 tys. osób, głównie żołnierzy i weteranów wszystkich amerykańskich wojen. W kwaterze oznaczonej numerem „60” znajdują się groby poległych w Iraku i Afganistanie.
– Przybył kolejny rząd nagrobków – zauważa jeden z bohaterów filmu.
– Będą kolejne – dodaje inny.

Były. Film powstał w 2007 roku – w czasie, gdy siłom zbrojnym USA udało się znacznie ograniczyć skutki działalności irackich rebeliantów, ale zarazem przed dramatycznym nasileniem walk, do jakiego doszło w Afganistanie w latach 2008-2012.
Zresztą, wojna u podnóża Hindukuszu trwa dla Amerykanów po dziś dzień…

„Cmentarz Narodowy…” opiera się o prosty pomysł – kamera towarzyszy rodzinom odwiedzającym groby bliskich. Matki opowiadają o synach, żony o mężach, dzieci o ojcach. Brat wspomina brata. Zwyczajne historie, które łączy wspólny mianownik – tęsknota. Czasem tak dojmująca, że ojca jednego z poległych zmusza do wielogodzinnego leżenia przy grobie syna.
– Zasnąłem – mówi ów mężczyzna. – Często zasypiam – dodaje. Oczy ma wąskie, opuchnięte – znać po nim niedawny sen i płacz.
– Zbliża się siedemnasta, za chwilę każą nam opuścić cmentarz – martwi się młoda wdowa.
– Słyszałam, że dziś możemy być do osiemnastej – odpowiada jej koleżanka, także wdowa.

Arlington kojarzymy z niekończących się rzędów białych nagrobnych płyt. Gdy groby wizytują rodziny, pojawiają się kwiaty, zdjęcia, narodowe flagi. No i maskotki, przynoszone przez sieroty. Niektóre z tych dzieci nie miały nawet szansy poznać swoich ojców i matki.

– Znów kogoś chowają – zapowiada jakiś głos z offu. Kamera wędruję w miejsce ceremonii. Są galowo ubrani żołnierze, jest honorowa salwa, żałobna melodia odegrana trąbką. I najbliżsi poległego – matka z trwałą na głowie, ojciec z sumiastym wąsem, siostry (kuzynki?), jakieś młodziutkie dziewczęta i młodzi chłopcy. Biali, więc nie sposób oprzeć się wrażeniu, że taki pogrzeb mógłby się odbywać gdziekolwiek indziej. Na przykład w Polsce.

Kolejne ceremonie unaoczniają amerykańską wieloetniczność, zarazem pokazując to, co wspólne dla wszystkich sfilmowanych pogrzebów. I dla miażdżącej większości osób, którym kamera towarzyszy podczas wizyt na grobach najbliższych. Zabici żołnierze pochodzili ze zwykłych rodzin, klasy pracującej, w najlepszym razie aspirującej do grona „średniaków”. Tym samym „Cmentarz Narodowy…” potwierdza starą jak świat prawdę: że wojny wywołują bogaci i wpływowi, giną zaś na nich ci najbiedniejsi. Których śmierć wcale nie oznacza końca dramatu, bo po wszystkim pozostaje jeszcze cierpienie najbliższych.
– Mąż tej kobiety zginął w Wietnamie – słyszymy w pewnym momencie kolejną opowieść. – Minęło czterdzieści lat, a ona wciąż tu przychodzi. I tęskni…

Marcin

Osiem lat temu brałem udział w patrolu, w którym zginął mój imiennik. Rok temu napisałem o plutonowym Porębie reportaż, który został zamieszczony w książce „W naszej pamięci. Irak-Afganistan 2003-2014”. Publikuję go dziś na blogu – w kolejną rocznicę śmierci Marcina.

—–

Plutonowy Marcin Poręba, żołnierz V zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Dowódca sekcji rozminowania w bazie Giro. Służbę wojskową rozpoczął w 1997 roku, w kraju służył w 5 Pułku Inżynieryjnym w Szczecinie. Poległ 4 września 2009 roku, miał 32 lata. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Decyzją ministra obrony narodowej Bogdana Klicha awansowany na stopień sierżanta. Wyróżniony wpisaniem zasług do „Księgi Honorowej Wojska Polskiego”.

*          *          *

Marcin Poręba pochodził ze Szczecyna, niewielkiej miejscowości w województwie lubelskim. Miał trzy siostry i dwóch młodszych od siebie braci.

– To był wesoły dom – Zofia Poręba uśmiecha się serdecznie.

– A sam Marcin był wesołym dzieckiem? – dopytuję.

– Pewnie! – matka poległego nie ma wątpliwości. – I takim wciąż zajętym. Najpierw podwórko, później harcerstwo i ochotnicza straż pożarna. Ciągle chodził na zbiórki i gdzieś wyjeżdżał. A potem przynosił nowe dyplomy i wyróżnienia. Oj, jakie one były dla niego ważne…

Młody Poręba udzielał się także artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie.

– Służył już, a mimo to przyjeżdżał i brał udział w przedstawieniach – opowiada pani Zofia. – Na przykład w Herodach, w których zwykle grał rolę diabła.

*          *          *

Przygoda z wojskiem zaczęła się dla Poręby od służby zasadniczej.

– Najpierw trafił do szkółki do Koszalina, na trzy miesiące – wspomina Zofia Poręba. – Mówił, że jest ciężko, ale chwalił sobie warunki. Aż przenieśli go do Szczecina… Wiem pan, Marcin to był taki trochę delikatny chłopak. Zaczął narzekać na jedzenie, że byle jakie. „Ja, mamo, to bym w wojsku nie chciał być dłużej niż trzeba” – mówił.

Niebawem jednak zmienił zdanie. Został w szczecińskiej jednostce przeciwlotniczej na służbę nadterminową, a w 2001 roku przeniósł się do tamtejszego pułku saperów. Latem 2003 roku wyjechał na pierwszą zmianę polskiego kontyngentu do Iraku.

Wcześniej ożenił się z Anną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

*          *          *

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – twierdzi chorąży Jarosław Kościelak, przyjaciel poległego. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w swoje rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest kawał drogi, jakieś siedemset kilometrów. Ale on w każdej chwili gotów był wracać.

– Mój ojciec był akowcem, więc Marcin miał się na kim wzorować – mówi Zofia Poręba. – Z kijem na ramieniu maszerował już jako trzy-czterolatek. Wciąż widzę go z tym kijem – drobnego blondaska, powtarzającego w równym rytmie „chojsko”, „chojsko”, „chojsko”.

– Chciał jechać do Afganistanu? – pytam chorążego Kościelaka.

– Oczywiście – zapewnia podoficer. – Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

– Ucieszył się, że wyjazd wypadł na 2009 rok – mówi Zofia Poręba. – Że już zimą będzie w domu. Syn był religijnym człowiekiem i bardzo zależało mu na tym, by osobiście towarzyszyć Szymonowi w przygotowaniach do komunii wiosną następnego roku.

*          *          *

Poręba trafił najpierw na posterunek w Karabachu, a później do bazy Giro. Oba miejsca znajdowały się na terenach, w których bardzo aktywnie działały rebelianckie komanda. Sekcja Marcina odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, popularnych „ajdików”, podkładanych w miejscach przejazdu polskich pojazdów.

*          *          *

– Dla nas to też był trudny czas – przyznaje matka Marcina. – Ale po śmierci kapitana Ambrozińskiego (w lipcu 2009 roku – dop. MO), zaczęłam się martwić jeszcze bardziej. Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon, a on do mnie: „mamo, ale pamiętajcie ogrodzić moją działkę”.

– Miał własną działkę? – pytam.

– Tak, w naszej wsi. Kupił trochę ziemi, jakieś zabudowania. Po wojsku chciał wrócić do Szczecyna. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to już teraz”. Jakby jakieś przeczucia miał – moja rozmówczyni wzdycha głośno. – Parę dni później zaczęliśmy z młodszym synem i synową huśtawkę robić. Mówiliśmy: „dla Marcina i Szymona”, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Książka, z której pochodzi reportaż, jest zbiorem sylwetek wszystkich poległych w Iraku i Afganistanie żołnierzy Wojska Polskiego. Wydano ją w zeszłym roku, nakładem Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej, z inicjatywy Centrum Weterana.
Książka, z której pochodzi reportaż, jest zbiorem sylwetek wszystkich poległych w Iraku i Afganistanie żołnierzy Wojska Polskiego. Wydano ją w zeszłym roku, nakładem Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej, z inicjatywy Centrum Weterana.

„Dudi”

Informacja o tym, że niebawem ukaże się „Dziennik dowódcy Rosomaka”, wzbudziła duże zainteresowanie Czytelników Warbooka – i mojego blogu. Co zrozumiałe, pojawiła się prośba o przybliżenie postaci Jacka. Proszę bardzo – oto fragment „Dziennika…”, tej jego części, napisanej przeze mnie, w której kreślę sylwetkę Dutkiewicza.

—–

Starszy kapral Jacek Dutkiewicz, żołnierz IX zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Dowódca załogi Rosomaka w Zgrupowaniu Bojowym „Alfa” w bazie Ghazni. Służbę wojskową rozpoczął w sierpniu 2008 roku, w kraju służył w 17 Wielkopolskiej Brygadzie Zmechanizowanej. Zmarł 19 maja 2015 roku, w wyniku urazów poniesionych podczas wypadku spadochronowego. Miał 33 lata.

*          *          *

Czarnków – nieduże, urokliwie rozłożone na kilku wzgórzach miasteczko w Wielkopolsce. To tu urodził się Jacek, to tu spotykam się z jego najbliższymi – matką, siostrą i siostrzenicą.

– Lubił Czarnków, zawsze z chęcią tu wracał – mówi Stanisława Dutkiewicz, matka Jacka. – Choć usposobienia był wędrowniczego… – Kobieta uśmiecha się serdecznie.

– Miał może pięć lat, byliśmy wtedy na wycieczce w Dziwnowie – do rozmowy włącza się Magdalena, starsza o siedem lat siostra. – Jacuś był z nami i nagle znikł. Zeszłyśmy całe miasto, już zaczęło się ciemno robić, a chłopaka nie ma. Idziemy więc na milicję, pełne najczarniejszych myśli, i oto jest nasza zguba. Cała i zdrowa.

– Co się okazało? – pytam.

– Że poszedł sobie za kimś, kogo uznał za znajomego, a gdy mu się znudziło, próbował wrócić na własną rękę. Zawsze był indywidualistą.

*          *          *

– Była między wami spora różnica wieku – stwierdzam. – Jaki był jako młodszy brat?

– Oj… – Magdalena macha ręką. – Mieliśmy takie charaktery, że żadne nie chciało odpuścić. Kłóciliśmy się więc często, aż futryny latały. A potem ja poszłam do szkoły z internatem, szybko się usamodzielniłam. Nie było już tylu okazji do spięć, a i Jacek dorastał. Gdy skończył osiemnaście lat, nasze relacje przybrały partnerski wymiar. Nie był już dzieciakiem, mądrze kombinował, no i założył firmę, w której pracowaliśmy razem.

– Osiemnastolatek założył firmę? – Nawet nie próbuję ukryć zaskoczenia.

– No tak, jeszcze w szkole średniej – odpowiada siostra Jacka. – On zajął się kwestiami technicznymi, ja papierami. Były wspólne tematy, była potrzeba, byśmy się dogadywali.

*          *          *

W CV Jacka, które ostatni raz zaktualizował tuż przed śmiercią, wśród danych o doświadczeniu zawodowym znalazł się i taki wpis:

„Od 2001 roku, do momentu rozpoczęcia służby w szeregach Wojska, przedsiębiorca telekomunikacyjny (…)”.

Firma „Netbase” zajmowała się dostarczaniem internetu oraz budową i obsługą stron WWW.

– Jak prosperowała? – dopytuję.

– Mam wrażenie, że Jacek się tym bawił, przynajmniej na początku – mówi Magda. – Chyba nie sądził, że to wszystko pójdzie tak daleko. Że zyskamy pozycję lokalnego lidera na rynku usług internetowych.

– Chciał to rozwijać? Miał plan, by po wojsku wrócić do tej działalności? – usiłuję ustalić.

– Nie wiem – przyznaje Magdalena Dutkiewicz. – Ale idąc do armii, firmy nie zamknął. Wydaje mi się, że przez wzgląd na mnie i mamę. Chciał, byśmy miały zajęcie i pracę.

„Netbase” istnieje do dziś, prowadzona przez siostrę i przyjaciół Jacka.

*          *          *

Ta ostatnia informacja skłania mnie do pytania o to, jaki był Jacek w relacjach towarzyskich.

– Nie otaczał się wianuszkiem niepotrzebnych ludzi – mówi jego siostra.

– Na piwo wyskoczył może trzy razy do roku – dodaje Stanisława Dutkiewicz. – Jak wracał, dzwonił wcześniej i prosił, bym wstawiała rosół – na twarzy kobiety pojawia się lekki uśmiech.

– On był trochę inny niż wszyscy – przekonuje siostra Dutkiewicza. – Miał swój własny świat i ciągle mało czasu. Tak naprawdę dopiero w wojsku stał się bardziej towarzyski.

– A dziewczyny? Miał jakąś? – pytam.

– Kiedyś wuja odbierał mnie ze szkoły z Poznania – do rozmowy włącza się Daria, córka Magdy. – Jedziemy samochodem i w pewnym momencie on mówi: „Słuchaj, czy twoim zdaniem jestem atrakcyjnym facetem?”. Myślę, że chodziła mu wtedy po głowie jakaś dziewczyna.

– „Ciekawe, mamo, czy i ja będę miał kiedyś dzieci?”, zastanawiał się w rozmowach ze mną – przyznaje pani Stanisława. – Ale nie, nie przedstawił mi żadnej dziewczyny. Bardzo lubił Baśkę, sanitariuszkę z wojska. Mówił o niej dobrze, tak ciepło. Baśka była na pogrzebie, ale nie podeszła do mnie. Nie miała tyle odwagi, rozmawiałyśmy dopiero później, przez telefon… – Najstarsza z kobiet wzdycha głośno.

*          *          *

Baśka to znajomość z armii, do której droga wiodła Jacka przez… odmowę pełnienia zasadniczej służby wojskowej.

– Powiedział, że nie pójdzie – wspomina Magda Dutkiewicz. – Bo nikt go nie będzie do niczego zmuszał i mówił mu, co ma w życiu robić. „Dudi”, jak na niego mówili, taki właśnie był. Miał mocno rozbudowane poczucie wolności i niezależności. Dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy w końcu w tym wojsku wylądował.

– Ale służby zasadniczej nie odbył? – upewniam się.

– Napisał odwołanie do WKU, które oni odrzucili – opowiada siostra „Dudiego”. – No to sprawa trafiła na wokandę, aż po naczelny sąd administracyjny. Jacek nie poddawał się i w końcu dopiął swego.

– Wyznaczono go do służby zastępczej – wyjaśnia Stanisława Dutkiewicz. – Trafił jako informatyk do urzędu miasta w Czarnkowie.

*          *          *

W 2008 roku zniesiono przymusowy pobór – wojsko stało się formacją zawodową.

– No i pewnego dnia przyszedł do biura Jacek i mówi, że on idzie do szkoły podoficerskiej – opowiada Magdalena Dutkiewicz.

– Tłumaczył jakoś, skąd ta zmiana w nastawieniu do armii? – usiłuję rozwikłać motywy „Dudiego”.

– On nigdy nie tłumaczył swoich decyzji. – Siostra Jacka wzdycha głośno. – Podejmował je i koniec. Ale myślę sobie, że to wojsko było mu potrzebne, by poczuł się jak facet, nie dzieciak. Tak to widzę.

– Szukał swojego miejsca – dodaje matka Dutkiewicza.

– Jako chłopiec nie bawił się żołnierzykami? – pytam.

– A gdzie tam. On nawet WF-u nie cierpiał – słyszę z ust pani Stanisławy.

– Zwiewał z zajęć sportowych. – Magda uśmiecha się szeroko. – Gdy kończył służbę zastępczą, był jak taki pulpecik. Dziewięćdziesiąt kilo ważył. Potem, znów bez żadnych wyjaśnień, zabrał się za swoją kondycję i w krótkim czasie zleciał do siedemdziesięciu kilo. Ludzie pytali mnie, czy mój brat ma raka – bo jakoś ostatnio zmarniał. A on już przygotowywał się do egzaminów wstępnych do szkoły podoficerskiej.

– Czyli wojsko to wymysł już dorosłego Jacka – konkluduję.

– No tak – potwierdza matka „Dudiego”. – Za młodu to tylko kable, przewody, CB, tego typu rzeczy. Elektronika. Po podstawówce nie zastanawiał się długo i zdał do technikum elektronicznego. U nas, w Czarnkowie.

– Powiedz, co robił przed technikum – Magdalena zwraca się do matki.

Patrzę z zaciekawieniem na starszą spośród kobiet.

– Przez trzy lata chodził do szkoły muzycznej – mówi pani Stanisława. – Ale nie skończył jej, bo nauczycielka dała mu czwórkę z gry na fortepianie. Co gorsza, kazała mu poprawić na piątkę, no i Jacek się zawziął. Powiedział, że więcej do szkoły muzycznej nie pójdzie. I nie poszedł…

– Dobrze grał na tym fortepianie? – i ja uśmiecham się serdecznie.

– Jakoś mu tam szło, w końcu pianino w domu miał. – Magda macha ręką z udanym lekceważeniem.

– Słuch miał perfekcyjny – zapewnia matka zmarłego. – Ale ruszał się… – Kobieta zawiesza głos. – Mówię mu kiedyś: „Jacek, masz dobry głos do śpiewania, słuch muzyczny, wyczucie rytmu, grasz; naucz się chłopie tańczyć. A on nic tylko łokciami jak kaczuszka. Od bioder w dół sztywny zupełnie.

*          *          *

W wojsku za to „Dudi” wolał być w ciągłym ruchu. W sierpniu 2009 roku ukończył Szkołę Podoficerską Wojsk Lądowych w Zegrzu (specjalność: łączność i informatyka – obsługa stacji zasilania i ładowania akumulatorów). Stamtąd trafił do 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej, do batalionu dowodzenia w Międzyrzeczu. Został dowódcą stacji zasilania i…

– Posadzili go za biurkiem, męczył się strasznie – mówi Magdalena. – Bardzo szybko zaczął kombinować, jak by tu się przenieść do innej jednostki.

W sukurs Dutkiewiczowi przyszły rozkazy z Dowództwa Operacyjnego – 17 WBZ została wyznaczona do misji w Afganistanie, a Jacek na kurs dowódcy załogi Rosomaka. Nowoczesny transporter opancerzony, w dodatku w wersji bojowej, spełniał oczekiwania kaprala. Ponad półroczna służba w Afganistanie – od kwietnia do października 2011 roku – tylko utwierdziła go w przekonaniu, że jego miejsce jest w jednostce liniowej. Złożył wniosek o przeniesienie i w listopadzie 2012 roku został dowódcą sekcji w drużynie wsparcia plutonu zmechanizowanego. Siedem miesięcy później dowództwo 17 WBZ wyznaczyło „Dudiego” na stanowisko dowódcy drużyny rozpoznawczej, w plutonie rozpoznawczym.

– No i to mu pasowało – mówi siostra Jacka. – Naprawdę stawał na rzęsach, by swoich chłopaków czegoś nauczyć. Sam załatwiał jakieś schroniska w górach, organizował marsze, letnie, zimowe. Biegał z nimi po lasach, brodził w rzekach – wszystko po godzinach. Ci żołnierze do dzisiaj mówią, że był dla nich wzorem.

„Dudi” się spełniał, ale nie był ślepo zapatrzony w wojsko; miał świadomość jego słabości i krytyczne nastawienie. W 2012 roku – w jednym z wysłanych do mnie maili – pisał:

„(…) Konieczne jest odejście od starokomunistycznego sposobu myślenia, w którym byli szweje i wielka kadra. W którym najlepiej sprawdzał się żołnierz głupi, czy nawet tępy, bo takim łatwo było manipulować. (…) Podstawą transformacji Wojska Polskiego musi być nie tylko zmiana sprzętu, wyposażenia żołnierzy (…). To ważne, ale przede wszystkim zmienić trzeba mentalność dowódców. A że ich mentalności zmienić się nie da, zostaje tylko jedno: zmiana dowódców”.

Zapowiedź

No to jest – okładka, oficjalna zapowiedź i data premiery. 27 września, nakładem wydawnictwa WarBook, ukaże się „Dziennik…” Jacka Dutkiewicza – który miałem zaszczyt zredagować.

O czym jest tak książka? Pisze o tym Wydawca:

„Wiosną 2011 roku w Afganistanie znalazła się 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana – elitarna formacja Wojska Polskiego. Nieźle wyszkolona i wyposażona, stanęła do walki z przeciwnikiem, którego najważniejszą bronią okazały się miny-pułapki, znajomość terenu i przychylność miejscowej ludności. Technika musiała odejść na dalszy plan, kluczową rolę odegrać miały cechy charakteru wysłanych na tę dziwną wojnę żołnierzy. Czy „Wielkopolanie” podołali? Bywało z tym różnie, o czym bez owijania w bawełnę pisze kapral Jacek Dutkiewicz. Jego dziennik to świadectwo uczestnika wydarzeń, świetnego żołnierza, obdarzonego przy tym zmysłem obserwacji i talentem literackim. Zredagowany już po śmierci autora, jest pozycją obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych historią wojskowości”.

Cała okładka:

Jacek Dutkiewicz, zdjęcie z archiwum autora dziennika, opr. graf. WarBook
Jacek Dutkiewicz, zdjęcie z archiwum autora dziennika, opr. graf. WarBook