Archiwa tagu: Azow

Front

Pisałem już o Kijowie, który ma dość wojny, który chce po prostu żyć. I owszem, ukraińska stolica może sobie pozwolić na ten luksus – lecz 800 kilometrów dalej konflikt trwa w najlepsze.

Jest inny, mniej śmiercionośny, mniej bezwzględny. „Dziwny” – w takich kategoriach, w jakich znamy to określenie z frontu zachodniego sprzed niemieckiej inwazji na Francję w 1940 roku. Tak jak wówczas, tak i teraz obie strony okopały się na swoich pozycjach, niezdolne – z braku politycznej woli – ani pójść do przodu, ani oddać pola.

Posiłek w okopach - pozycje wojsk rządowych, południowy odcinek wschodnio-ukraińskiego frontu/fot. Darek Prosiński
Posiłek w okopach – pozycje wojsk rządowych, południowy odcinek wschodnio-ukraińskiego frontu/fot. Darek Prosiński

Podpisane w białoruskim Mińsku zawieszenie broni respektowane jest wybiórczo. Bo owszem, ciężki sprzęt został w większości wycofany w głąb obu terytoriów, ale pojedyncze działa i moździerze wciąż wykonują swoją morderczą robotę.

– Prowokują nas – przekonywał mnie starszy porucznik Aleksander Lahutenko, zastępca dowódcy jednego z rządowych batalionów, rozlokowanych w pobliżu Mariupola. – Liczą, że odpowiemy, i wtedy zwalą winę za wymianę ognia na nas.

Tymczasem rozkaz dla ukraińskich oddziałów brzmi jasno: odpowiadać wyłącznie w razie bezpośredniego ataku.

Alarm na pozycjach wojsk ukraińskich w okolicach wsi Nowosiliewka, na północ od Mariupola/fot. Darek Prosiński
Alarm na pozycjach wojsk ukraińskich w okolicach wsi Nowosiliewka, na północ od Mariupola/fot. Darek Prosiński

„Profesjonalna robota”

Te także się zdarzają, choć nie są to masowe operacje – zwykle biorą w nich udział niewielkie grupy. Celem tych działań jest raczej dywersja i rozpoznanie słabych punktów ukraińskiej obrony niż przełamanie. Tak czy inaczej, gdy już dochodzi do kontaktu, obie strony nie szczędzą sobie amunicji.

Generalnie jednak frontowa codzienność sprowadza się do sporadycznych ostrzałów artyleryjskich i nieco częstszych z broni ręcznej. Motywowanych chęcią zademonstrowania swojej obecności i uprzykrzenia życia przeciwnikowi.

Przodują w tym separatyści – taka narracja obowiązuje po ukraińskiej stronie frontu.

– Słońce zachodzi, tamci zaczynają strzelać – opowiadał mi Witalij, żołnierz stacjonujący w okolicach wsi Nowosiliewka. Szliśmy właśnie wzdłuż pozycji, kilkanaście metrów za najdalej wysuniętą linią ukraińskich okopów. Mijaliśmy karłowate drzewka – w większości mocno okaleczone, ze śladami wielokrotnych trafień kulami. – Patrz – wojskowy wskazał ręką na sporej wielkości lej. – To z haubicy. Przywaliło dziś w nocy.

– Blisko okopów – zauważyłem.

Ukrainiec uśmiechnął się lekko.

– Gdy strzelają separy, pociski lądują gdzie popadnie. Ten niemal wszedł w cel, co oznacza, że to robota profesjonalna. Ruskich.

Skończyły się czasy solidnych dachów. Nz. Każdy wystrzelony pocisk, każda seria z broni automatycznej, skutkowała telefonami z dowództwa odcinka. "Wszystko u was w porządku?" - pytał oficer dyżurny. "Tak, jemy" - usłyszał w odpowiedzi /fot. Darek Prosiński
Skończyły się czasy solidnych dachów. Nz. Każdy wystrzelony pocisk, każda seria z broni automatycznej, skutkowała telefonami z dowództwa odcinka. „Wszystko u was w porządku?” – pytał oficer dyżurny. „Tak, jemy” – usłyszał w odpowiedzi /fot. Darek Prosiński

Po co ryć w ziemi?

Zmiana charakteru wojny widoczna jest też we frontowej infrastrukturze. Przynajmniej na południowym odcinku, gdzie jeszcze latem zeszłego roku Ukraińcy budowali głębokie okopy, a ziemianki nakrywali żelbetowymi bądź pancernymi płytami. Dziś transzeje są znacznie płytsze, a na dachach legowisk króluje blacha falista, przymocowana do drewnianego stelaża.

– Byle na łeb nie kapało – usłyszałem jakże racjonalne wyjaśnienie.

Czasem frontowe życie toczy się wręcz w zaimprowizowanych szopach obleczonych folią oraz namiotach, dla których jedyną osłonę stanowią kępy roślin i drzew.

A pozycje obu stron oddalone są od siebie o kilkaset metrów, maksymalnie o półtora kilometra.

Ta nonszalancja wynika z przekonania, że nie ma już zagrożenia nawałami artyleryjskimi. Zwłaszcza ostrzałami z budzących przerażenie wyrzutni rakietowych Grad. Pojedyncze ataki i uaktywniający się co jakiś czas snajperzy nie są w stanie zmienić tej postawy. Ostatecznie ginie „tylko” kilku żołnierzy tygodniowo, a parunastu zostaje rannych. I to w skali całego frontu. Po co się więc trudzić ryciem w ziemi?

Okopowa codzienność - trzeba wyjść po wodę i jedzenie/fot. Darek Prosiński
Okopowa codzienność – trzeba wyjść po wodę i jedzenie/fot. Darek Prosiński

„Dobrowolcy”

Wiosną 2014 roku niemała armia ukraińska okazała się tworem funkcjonującym niemal wyłącznie na papierze. Gdy zaczęła się tak zwana operacja antyterrorystyczna, do walki nadawało się tylko sto z ponad siedmiuset ukraińskich czołgów, jakoby pozostających w linii. A z dwóch i pół tysiąca maszyn zapasu mobilizacyjnego, dziewięćdziesiąt procent niszczała pod chmurką, wcześniej ogołocona z co cenniejszego sprzętu, który sprzedano zagranicę. Żołnierze nie mieli nowoczesnych hełmów i kamizelek, często wręcz brakowało dla nich butów czy innego podstawowego ekwipunku.

Dziś wiemy już dobrze, z czego to wynikało – Ukraina, zwłaszcza w czasach Wiktora Janukowycza, była para-państwem. Strukturą, która zdawała się istnieć tylko po to, by grupy oligarchiczne mogły czerpać z jej zasobów. A taka organizacja, nawet jeśli miała znamiona normalnej państwowości, nie potrzebowała silnej armii. Ba, w interesie wszystkich uczestników polityczno-biznesowej gry było osłabianie wojska – bo a nuż któryś z oligarchów mógłby z jego pomocą zdobyć przewagę.

W takich okolicznościach na arenę zmagań z separatystami i armią rosyjską wkroczyły jednostki ochotnicze. Formowane naprędce, na fali patriotycznego wzmożenia, finansowane z publicznych zbiórek i kieszeni bogatych biznesmenów. Ci ostatni dostrzegli bowiem w batalionach jedyny efektywny sposób na zachowanie porządku w rejonach, gdzie prowadzili swoje interesy. Przykładem takich kalkulacji i działań może być Ihor Kołomojski, który żelazną ręką – przy pomocy „dobrowolców” – popędził zwolenników separacji z Dniepropietrowska, zanim miasto na dobre ogarnęła rebelia. Formalnym przypieczętowaniem tych starań była funkcja gubernatora obwodu dniepropietrowskiego, jaką Kijów powierzył „królowi sektora bankowego”.

Na prawdziwym froncie formacje ochotnicze nie radziły już sobie tak dobrze. Brutalna lekcja kotła iłłowajskiego obnażyła wszystkie słabości „dobrowolców” – przede wszystkim słabe wyszkolenie i wyposażenie. Z czasem jednak oddziały ochotników okrzepły i nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że zahamowanie terytorialnej ekspansji rebelii to w dużej mierze ich zasługa. Gdy latem 2015 roku odwiedziłem batalion „Azow”, był on jedyną formacją broniącą podejść do strategicznie ważnego portu w Mariupolu. Kilka dni później azowcy zluzował pozycje, na których pojawił się inny ochotniczy batalion – regularna armia, dosłownie, stała z boku.

Jednak ów wymierny sukces miał też – i wciąż ma – swoje ciemne oblicze. Część batalionów stała się wylęgarnią skrajnie prawicowych, w tym neonazistowskich, idei. Zaś ich dowódcy wzięli się za aktywny udział w życiu politycznym, szantażując rząd w Kijowie manifestacjami swoich podwładnych i zwolenników. Tym zjawiskom towarzyszyły inne, jeszcze niebezpieczniejsze – angażowanie się ochotników w przemyt, porwania dla okupu i wymuszanie haraczy. Wypadki w Mukaczewie – gdzie w lipcu 2015 roku doszło do krwawego starcia bojowników „Prawego Sektora” z milicją i wojskiem – utwierdziły Kijów w przekonaniu, że wobec „dobrowolców” należy stosować zasadę mocno ograniczonego zaufania.

I tak bataliony zaczęły pełnić na Ukrainie rolę destabilizującą. Próbą zniwelowania tej dysfunkcji było wcielenie ochotniczych formacji do struktur regularnej armii. Do tej pory unika się też przekazywania im ciężkiego wyposażenia, by nie powiększać ich potencjału bojowego. Pytanie, jakie przyniesie to skutki, jest wciąż otwarte. Nastroje wśród „dobrowolców” nie są najlepsze. Wielu mówi o „zdradzie kijowskiego rządu”, który nie przeprowadził niezbędnych reform i jest „zbyt uległy wobec Rosji i separatystów”. Często pada argument o „konieczności kolejnej rewolucji”. Część ochotników widzi się jako jej awangarda. A rozmawiamy o uzbrojonych i nawykłych do przemocy ludziach…

Jak to się ma do naszej obrony terytorialnej? Ano powinniśmy mieć ukraińskie doświadczenia z tyłu głowy, tworząc własne ochotnicze formacje. Dlatego podoba mi się idea MON, by obrona terytorialna stała się jednym z rodzajów sił zbrojnych. By od samego początku jej „kościec” stanowiła zawodowa kadra. Poprzedni pomysł – zakładający szeroką autonomię lokalnych struktur, ba, przewidujący istnienie formacji wystawianych przez lokalnych przedsiębiorców – to proszenie się o ukraińskie kłopoty, gdzie entuzjazm tysięcy młodych osób został wykorzystany do budowy małych, prywatnych armii. Oddziały OT muszą być wprost zintegrowane z systemem obrony państwa. Zadaniowane i kontrolowane przed dowództwo sił zbrojnych, oparte o dyscyplinę obowiązującą w armii. Owa integracja musi zachodzić także w obszarze ochrony kontrwywiadowczej. W zeszłym tygodniu ukraińskie służby zatrzymały kilku członków „Prawego Sektora” pod zarzutem działalności na rzecz Rosjan. A nie miejmy złudzeń – członkowie naszej obrony terytorialnej również będą celem działań rosyjskiego wywiadu.

—–

Pozycje ochotniczego batalionu „Azow”, przedpola Mariupola, lato 2015/fot. Darek Prosiński

Kolory

Dziś – zgodnie z zapowiedzią – oddaję łamy blogu laureatowi konkursu. Poniżej recenzja „Uwikłanych”, autorstwa Błażeja Bierczyńskiego. Zapraszam do lektury!

A korzystając z okazji – najlepszego w nowym roku! I niech się dzieje – na blogu w każdym razie będzie się działo.

United Colors of War

Kilka lat temu Marcin Ogdowski przenosił czytelników swojego bloga, a następnie książki, w realia polskiego kontyngentu wojskowego w Afganistanie. Powstały wówczas „Alfabet polskiej misji” ukazywał służbę naszych żołnierzy – kwestie kulturowe, społeczne, wojskowe – w pełnym jej spektrum. Podobnie jest z „Uwikłanymi” – powieścią, której akcja toczy się w trakcie wojny we wschodniej Ukrainie i którą można by określić „Alfabetem konfliktu pisanym cyrylicą”.

Trafniejszym porównaniem dla książki Marcina Ogdowskiego jest jednak, według mnie, odniesienie do kolorów. Sprzyja temu choćby symbolika barw: pomarańczowa rewolucja, niebiesko-żółta flagi Ukrainy, biały konwój, zielone ludziki czy wreszcie generalizujący biało-czarny system podziału na dobrych i złych, który w prosty sposób oczyszcza umysły z wątpliwości i ułatwia spokojne zasypianie w samozadowoleniu swojej słuszności. Ogdowski nie pozwala tak łatwo zamknąć oczu i nie chodzi tu jedynie o umiejętnie prowadzoną narrację i akcję w powieści.

Aby skuteczniej „uwikłać” w lekturę, autor zmniejsza dystans między czytelnikiem a książkowymi wydarzeniami umieszczając jako głównych bohaterów naszych rodaków. Czwórka różnych postaci, każda po innej stronie frontu, a jeśli po tej samej, to z inną bronią – „palną” lub „słowną”. Żołnierz, ochroniarz i dwójka dziennikarzy – wszyscy to weterani afgańskiej misji. Nie powiem, bym mógł się z nimi szczególnie identyfikować. Niekoniecznie wzbudzali także moją wyraźną sympatię, ale na pewno byli dla mnie prawdziwi. Poza tym, nie po to powstali „Uwikłani”, by rozpościerać romantyczną wizję i bym przeczytawszy książkę zapragnął ruszyć na krucjatę po jednej lub po drugiej ze stron niczym „błędny rycerz”. Przedstawiona wojna jest brudna i brutalna, ale nie chodzi tu jedynie o śmieć i zniszczenie, trupy i pożogę, ale o całokształt tę wojnę nakręcający. Umieranie i zabijanie jest proste – w przeciwieństwie do mechanizmów, które za nimi stoją.

Konflikt na Ukrainie jest ukazany nie jako wojna setek tysięcy ludzi, a jako setki tysięcy prywatnych wojen. Tak powstaje pełna paleta wojennych barw. Postaci są wielowymiarowe, nie ma podziału na ostateczne dobro i absolutne zło, na białe i czarne, bo nawet monochromy szarości nie są jedynymi kolorami. Choćby dlatego, że wojna nie jest samoistnym bytem, a opiera się na politycznych grach, układach, zależnościach, wielkich ideach i prywatach. Walka toczy się o pieniądze, wpływy, niespełnione ambicje, żale, dla zemsty i z wielu innych powodów, a w tym całym szaleństwie – także o normalne życie przy wybuchających bombach. Wojna, ściśle powiązana z polityką wewnętrzna i zagraniczną oraz historią, to również spektrum reakcji i opinii, także medialnych – w redakcjach lokalnych, polskich, zachodnich. Konflikt na Ukrainie doskonale ten „teatr rozmaitości” obrazuje, a co autor zaznacza opierając fabułę wokół zbrodni dokonanej przez stosujących nazistowską symbolikę ochotników z batalionu „Burza”. Jednostka nawiązuje do analogicznej autentycznej formacji „Azow”, z której przedstawicielami dziennikarz miał okazję spotkać się podczas swojego pobytu na Ukrainie. A to tylko zwiększa wartość powieści.

Jak na reportera przystało, Marcin Ogdowski nie ocenia, nie podsuwa gotowej odpowiedzi, nie agituje ani nie opowiada się po żadnej ze stron. Słowem przekazuje obraz – ocenę wydarzeń, orientację polityczną wobec nich czy osąd dotyczący bohaterów pozostawia czytelnikowi. Nie ma też w „Uwikłanych” zbędnego epatowania brutalnością – krótkie, trafne sformułowania wystarczają. Analogicznie do zasady, że bardziej przeraża czy fascynuje to, czego nie widać, tak tutaj wstrząsa i oddziałuje na wyobraźnię to, o czym nie przeczytamy wypracowania, ale co jest precyzyjnie zrelacjonowane bez zbędnych słów.

Tytuł „Uwikłani” odbieram jako dwuznaczny. Uwikłani w wielką politykę mocarstw i jej mini-wersję (prowadzoną przez lokalnych polityków, watażków i gangsterów) są główni bohaterowie czy inne książkowe postacie. Ale uwikłani jesteśmy także i my – jako ludzie, którzy codziennie obcują z mediami różnych opcji i na podstawie ich doniesień wyrabiają swoje zdanie o sytuacji u sąsiadów. My również bierzemy udział w tej grze i wojnie na „prawdziwsze fakty”. Tym bardziej warto wziąć pod uwagę głos Marcina Ogdowskiego, któremu udało się stworzyć bezstronną panoramę ukraińskiego konfliktu – paletę wojennych barw, gdzie domniemana biel zaskakująco płynnie potrafi przejść w czerń.

—–

Fot. Kacper Mastelarz

Smutek

Rzecz o tym, jak stałem się „propagatorem nazizmu”.

Opublikowany w portalu Interia.pl mój reportaż z Szyrokino pt.: „Chłopcy z ‘Azowa’ bronią Mariupola. Ukrainy, Europy i… białej rasy” (na blogu zamieszczony z tytułem „Gruzowisko”), spotkał się z szerokim odzewem w postaci tysięcy komentarzy, setek udostępnień i… kilku doniesień do prokuratury. By od razu przejść do konkretów zacytuję autora jednego z nich:

„Panie Marcinie, za propagowanie faszyzmu – a taki jest pana artykuł – będzie zgłoszenie do prokuratora. Tyle w temacie” – napisał Robert Z. (nazwisko zostawiam do swojej wiadomości).

Ten sam Z. na wallu własnego profilu na Facebooku umieścił taki wpis:

„Marcin Ogdowski, będący również na fejsie, a publikujący w Interii, propaguje w jawny sposób faszyzm. W swoim najnowszym artykule opisuje banderowców z batalionu ‘Azow’ oskarżonego o zbrodnie wojenne oraz zamieszcza zdjęcia tych banderowców ze znakami 2 Dywizji SS Das Reich.
Probanderowskich pismaków gloryfikujących faszystów i zbrodniarzy wojennych będziemy zgłaszać do prokuratury”
.

Od tego czasu minęło kilka dni, a wezwania na przesłuchania nie przyszły. Czekam wszak cierpliwie, absolutnie przekonany, że tekst broni się sam. Że jest w nim dość ironii, dystansu i ubolewania, jednoznacznie wskazujących na intencje autora. Zasmuconego, że sztuka czytania ze zrozumieniem staje się coraz rzadziej występującą umiejętnością.

*         *         *

Nienajweselsze są też inne wnioski płynące z całego tego „azowskiego doświadczenia”.

Jadąc do „Azowa”, nie do końca wiedzieliśmy, co zastaniemy na miejscu. Mieliśmy świadomość, że jest to prawicowe ugrupowanie, jednak obraz tego batalionu – budowany przez mainstreamowe media w Polsce – kazał przypuszczać, że nazistowska symbolika i durna ideologia to raczej incydenty, gówniarskie wybryki i powody do wstydu; coś, co będzie przed nami ukrywane. Tymczasem już w koszarach w Mariupolu – na oficjalnym spotkaniu – „dostaliśmy po oczach” wszelkiej maści gapami, swastykami i azowską interpretacją wilczego haka. Na froncie zaś było jeszcze gorzej.

W dominującej czarno-białej narracji na temat ukraińskiego konfliktu (dobra Ukraina, zła Rosja), zwykle nie ma miejsca na takie didaskalia. Mamy za to wzruszające reportaże z pożegnań żołnierzy „Azowa” udających się na front. Albo niemniej ckliwe materiały o wracających do zdrowia weteranach. Do zdjęć esesmańskich błyskawic na hełmach – robionych już w Donbasie – winniśmy podchodzić z należną ostrożnością, bo to najpewniej element „ruskiej propagandy”.

Oprócz zaniedbań, zaniechań i celowej manipulacji mamy też do czynienia ze zwyczajną głupotą – bo jak inaczej nazwać zachowanie koleżanek i kolegów po fachu, mówiących o swoich dziennikarskich kontaktach per „przyjaciele z Azowa”?

Ale niezrozumienie zasad reporterskiej roboty dotyka również odbiorców. „Po co w ogóle pisać o kimś takim!?” – to podstawowe pytanie, ilustrujące problem.

Przyznam – nas (mam na myśli nasz dziennikarski team), również dopadły wątpliwości. Po spotkaniu w dowództwie batalionu – gdzie ustalaliśmy szczegóły wyjazdu na front – przez dobre pół godziny rozmawialiśmy, czy dobrze robimy, jadąc do jawnych neonazistów. Z naszej czwórki, trzech to rodowici warszawiacy, mieszkańcy miasta, gdzie pamięć o esesmańskich zbrodniach, także tych ukraińskich, jest wciąż żywa. Zwyciężył jednak racjonalny argument – że nie my decydujemy o tym, kto walczy. My możemy tylko zdecydować, czy chcemy o tym pisać/robić materiały. Chcieliśmy, bo tak rozumiemy swoją dziennikarską powinność. Bo zamykanie oczu na problem nie jest rozwiązaniem.

*         *         *

A na koniec gorzka konstatacja, która dopadła mnie jeszcze w okopach Szyrokino. Jako rusofilowi nie jest mi łatwo przyznać, że w rosyjsko-ukraińskim konflikcie – mimo wielu cech wojny domowej – mamy do czynienia z zewnętrzną agresją. Agresją, której celem jest nie tylko podporządkowanie Moskwie Ukrainy. Rzecz idzie o większą stawkę – o ustanowienie w Europie takiego ładu, który w pierwszym rzędzie zaspokoi interesy Kremla. Jest więc w jakiejś mierze wschodnioukraiński front rubieżą Europy (choć Ukraina częścią tej kulturowej i gospodarczej wspólnoty nie jest). A kto na tej rubieży stoi? Oto na naszych oczach realizuje się koszmarna wizja goebbelsowskiej propagandy, w myśl której zwolennicy nazizmu bronią środkowej i zachodniej części kontynentu przed zakusami Rosji. Hitler śmieje się zza grobu, szepcząc pod nosem: „a nie mówiłem?”…

—–

Kamizelka kuloodporna jednego z żołnierzy batalionu, Szyrokino, lipiec 2015/fot. Marcin Ogdowski

Gruzowisko

„Majak” był przed wojną ośrodkiem kolonijnym, do którego zjeżdżały dzieci z całej Ukrainy. Dziś położony tuż nad Morzem Azowskim kompleks – po miesiącach artyleryjskich ostrzałów – wygląda jak wielkie gruzowisko. Trafiłem tam na początku lipca br., odnajdując pośród rumowiska żołnierzy batalionu „Azow”. Młodych, bitnych, niezwykle odważnych. Z dumą noszących batalionowe emblematy i tatuaże o nazistowskich konotacjach…

Godzina 11.30. Dżip, którym przyjechaliśmy z odległego o kilkanaście kilometrów Mariupola, zatrzymał się przed niewielkim budynkiem.

– Dalej na pieszo – oznajmiła Natasza, śliczna blondynka z grubym jak przedramię warkoczem. Dziewczyna, pracująca w sztabie batalionu, miała nas dostarczyć na front. Chwilę wcześniej, w okopach na północy miejscowości Szyrokino, zostawiliśmy Rafała i Jarka, kolegów z dziennikarskiego teamu. Mnie z Darkiem, fotoreporterem, wysłano na południe, do „Majaka”. – Idziemy! – Natasza nie pozwoliła na siebie czekać. Mimo ciężkiej kamizelki i hełmu, ruszała się z wprawą, znamionującą co najmniej kilkumiesięczne wojenne doświadczenie.

Szliśmy pośród połamanych parkowych drzew, co rusz mijając leje. Po prawej stronie mając osłonę w postaci niewielkiego wzniesienia i zrujnowanych budynków.

– Teraz uwaga – nasza przewodniczka zatrzymała się przy rogu jednego z nich. – Ten odcinek musimy przebiec, bo to otwarta przestrzeń, a „separy” mają niezłych snajperów – ledwie powiedziała i ruszyła biegiem.

Było ponad 30 stopni, parno jak diabli – już po kilkudziesięciu metrach biegu zdałem sobie sprawę, że to będzie wyczerpujący sprint.

– Dawaj, dawaj, dawaj! – usłyszałem męskie głosy. Grupa mężczyzn siedziała przed wejściem do czegoś, co niegdyś musiało być głównym budynkiem kompleksu. Kibicowali nam, ale żaden nie podniósł się z drewnianej ławki czy plastikowego krzesła. Ot, mieli niezły widok na ciekawe zmagania. I dobrze się bawili.

W ciemnym pomieszczeniu stało kilkanaście piętrowych łóżek/fot. Dariusz Prosiński
W ciemnym pomieszczeniu stało kilkanaście piętrowych łóżek/fot. Darek Prosiński

Godzina 11.40. Najstarszy w oddziale „Paramedyk” – trzydziestoparolatek ani na moment nie rozstający się z kamizelką kuloodporną – przejął obowiązki gospodarza.

– Pokażę wam, gdzie śpicie – powiedział i poprowadził do ciemnego pomieszczenia, w którym stało kilkanaście piętrowych łóżek oraz… telewizor. – Prąd mamy zwykle wieczorem, przez parę godzin, z generatora – wyjaśnił. – Jak zacznie walić ciężka artyleria, zejście do piwnicy jest tu – dodał, wskazując pozbawione skrzydła drzwi. – Sikamy w tym miejscu – oznajmił kilka chwil później, gdy wyszliśmy na zewnątrz, na zawalony wszelkiej maści śmieciami dziedziniec. – Grubsze sprawy… – kontynuował, idąc wzdłuż muru „naszego” budynku… – załatwiamy w teatrzyku – skończył, gdy znaleźliśmy się w całkiem sporym audytorium.

A ja przypomniałem sobie natowskie, polowe posterunki w Afganistanie, gdzie za kloaki służyły wkopane w ziemię beczki. Których zawartość co jakiś czas zalewano ropą i podpalano, robiąc miejsce dla kolejnych „zrzutów”. W „Majaku” nikt nie wykazywał takiej troski o higienę – po prostu, poświęcono teatrzyk, w którym żołnierze defekowali gdzie popadło, głównie jednak na scenie.

– Nie ma to jak kupa robiona na podwyższeniu – skomentowałem, uśmiechając się do Darka.

– Wiejemy stąd, bo nas ten smród powali – usłyszałem w odpowiedzi.