Archiwa tagu: covid-19

Koronawojna

Gdy zaczynała się wielka narodowa kwarantanna, w mojej bańce było jak na „Titanicu”. Tak, jakbyśmy poczuli, że zbliża się katastrofa, której nie da się uniknąć, a i z dużym prawdopodobieństwem przeżyć. „Bawmy się więc, bo co nam zostało?” – czytałem to hasło po wielokroć, wciąż zapraszany na kolejne e-imprezy.

Dziś nie ma już śladu tej specyficznie radosnej autodestrukcji. Gdzie się nie obejrzę, widzę zmęczenie, złość, niecierpliwość, a nawet rozgoryczenie. Statek nie zatonął i raczej nie zatonie. Dryfuje za to w Czerń, a załoga nie potrafi uruchomić silników. Społeczne i ekonomiczne skutki izolacji zaczynają nam coraz bardziej doskwierać. Przyszłość zaś napawać lękiem.

Rodzi się sprzeciw wobec rygorów, mnożą żałosne teorie o pochodzeniu koronawirusa. Mądrzy ludzie, nawykli do funkcjonowania w intelektualnym reżimie przyczynowo-skutkowości, chcą dojrzeć sens „tego wszystkiego”. Człowiekowi, który musiał zamknąć dobrze prosperującą firmę, trudno przyjąć do wiadomości, że całe zamieszanie jest efektem przypadkowych mutacji niewidzialnych gołym okiem „zarazków”.

Ta niewidzialność tylko pogarsza problem. Gdyby za zamrożenie gospodarki i konieczność siedzenia w domach odpowiadały krążące nad naszymi miastami samoloty wroga, na swój sposób byłoby nam łatwiej. Nienawiść daje siłę, umacnia; koronawirusa nienawidzić się nie da. Można co najwyżej obdarzyć tym uczuciem „nośniki” choróbska, zakażonych, ale do tego etapu (na szczęście) jeszcze nie doszliśmy. Zagrożenie wielu z nas wciąż wydaje się cholernie abstrakcyjne.

Sprzyjają temu media i sama natura choroby, wymagająca izolowania chorych. Dramaty osób zakażonych – tych w najcięższym stanie – dzieją się poza naszymi oczami. Mimo zalewu koronatreści, większość z nich tak naprawdę nie zasługuje na uwagę. To medialna papka, bezwartościowe gówno, które w sposób naturalny zaczyna nas już odrzucać. To, co dzieje się po „brudnych stronach” szpitalnych oddziałów, dla większości pozostaje tabu.

Odzywają się w nas również atawistyczne odruchy, co widać w rosnącej akceptacji dla narracji typu: warto robić to wszystko, skoro zagrożone są przede wszystkim osoby w podeszłym wieku? W domyśle – już niepotrzebne, stanowiące balast dla współczesnych społeczeństw. COVID-19 to test dla czegoś, co nazywa się solidarnością społeczną. W praktyce sprowadza się on do odpowiedzi na pytanie: czy jestem gotowy/a na materialne perturbacje, będące ceną za ratowanie życia naszych rodziców, dziadków i pradziadków?

Jak zatem poświęcić wiele, nie poświęcając nikogo? Gdy wyjazdy na wojny stały się częścią mojej pracy, przyjąłem, że będąc „tam”, muszę sprowadzić swoje funkcjonowanie do najprostszych czynności. Oprzeć je o rutynę, w której nie ma miejsca na plany wykraczające poza następny dzień. I nawet wobec nich przyjąć strategię „na dwa uda” – uda się albo nie uda. A przy tym wszystkim nie dać się zabić i nie pozwolić, by z mojego powodu zginął ktoś inny.

Tak, będzie nam łatwiej, jak na koronawirusowe wyzwanie popatrzymy jak na wojnę. Komu trudno, niech pobudza wyobraźnię statystykami – te bowiem są już mocno wojenne. Ponad 170 tysięcy zmarłych, niemal 2,5 miliona zakażonych – tak wyglądają oficjalne dane na dziś. A wedle nieoficjalnych, samych zmarłych może być 5 do 10 razy więcej. A te liczby urosną – gros krajów, w tym niemal cała Afryka, szczyt zachorowań ma jeszcze przed sobą. Już więc mamy do czynienia z katastrofą. Właśnie na skalę wojny.

Co daje też nadzieję, bo po każdej wojnie następuje szybkie odbicie. Chęć do polepszenia warunków życia to nasza naturalna cecha. Możemy ją czasowo „zawiesić”, ale jako gatunek nigdy z niej nie zrezygnujemy. Zobaczycie, „jeszcze będzie przepięknie”…

PS. Ten i poprzedni wpis dzielą zaledwie tygodnie. A jednocześnie jakby całe lata świetlne. W tym czasie zmieniło się wiele, także moje postrzeganie zagrożenia związanego z epidemią i jej skutkami. Wcześniej nieco ją trywializowałem, dziś nabrałem do cholery większego respektu. Chyba nie jestem jedyny…

—–

Nosiłem na sobie już różne atrybuty wojenne, takich jak maseczki jeszcze nie/fot. własna