Archiwa tagu: Debalcewe

Koronawariactwo

Praca w Iraku czy w Afganistanie do bezpiecznych nie należała. Wojsko, jakkolwiek redukowało różne zagrożenia, inne przyciągało. Teoretycznie nie miałem do rebeliantów nic, oni za to – nie raz i nie dwa – ładowali w moją stronę z wszystkiego, co mieli pod ręką. Przy czym nie chodziło im konkretnie o moją osobę; strzelali w wojsko, ja byłem narażony niejako przy okazji.

Lecz bez względu na to, co by się działo, zawsze towarzyszyła mi pewna myśl: jak się zesra, w try miga załadują mnie do śmigłowca i wywiozą do szpitala. Dobrego szpitala – daj boziu światu, całemu światu, takie szpitale, jak zbudowano do obsługi sił sprzymierzonych w Iraku i Afganistanie. Wiedziałem, że gdziekolwiek z tym wojskiem pojadę, zawsze będzie to dystans, który pozwoli dostarczyć mnie na stół operacyjny w ciągu tak zwanej złotej godziny. W taki sposób budowano (budowali Amerykanie, gwoli rzetelności) zabezpieczenie medyczne na obu wojnach. I nie były to tylko teoretyczne rozważania, bo na własne oczy zobaczyłem, że system działał.

I „wychowany” w takiej bańce, pojechałem na wojnę ukraińsko-rosyjską. A był to czas, kiedy armia ukraińska była jeszcze w opłakanym stanie. Dotyczyło to również ratownictwa pola walki, o czym przekonałem się w tak zwanym kotle debalcewskim zimą 2015 roku. Nie wiem, co mi strzeliło do łba, ale zapytałem żołnierzy, czym, w razie czego, będą ewakuować rannych. Pokazali mi tak zdezelowany ambulans, że bałbym się go poprowadzić z prędkością większą niż 40 kilometrów na godzinę.

Zdaje się, że następnego dnia odwiedziłem z kolegami szpital, do którego mieli trafiać ranni, gdy zacznie się rosyjsko-rebeliancka ofensywa (ruszyła kilka dni później). Do końca życia nie zapomnę widoku ukraińskiego lekarza, który opowiadał mi, jakimi środkami dysponuje placówka. I jego przygnębienia, gdy mówił, że zebrane przez wolontariuszy pieniądze na zakup urządzeń do defibrylacji, ktoś zwyczajnie podpierdolił. Człowiek ów pracował kiedyś w Afganistanie, w polskim szpitalu w Ghazni (był taki czas, kiedy naszych lekarzy zastępowali Bułgarzy i Ukraińcy…) – i z rozrzewnieniem wspominał, czego to wówczas nie miał do dyspozycji.

Podrapałem się po głowie, pomyślałem – od tej pory nie miałem wątpliwości, że dobrze to już było. Że trzeba trochę bardziej uważać, bo w razie czego szanse na uratowanie tyłka nie są już tak duże. Co więcej, jakiś czas później poszedłem za ciosem i zaliczyłem kurs ratownictwa taktycznego, by w razie „cuś” nie umrzeć z byle powodu.

Od dziecka miałem kłopot z podejściem do wszelkiej maści zarazków. Brzydziły mnie różne rzeczy do tego stopnia, że mamy moich kolegów z podwórka nazywały mnie z przekąsem „czyścioszkiem”.

Nie wyzbywszy się tych cech, zacząłem jeździć na wojny, a później w miejsca humanitarnych kryzysów, gdzie zarazki czyhały na mnie z różnych stron. Swojskie pluskwy i grzyby czy egzotyczne choróbska; kilka razy siłowały się z moim układem odpornościowym (a raz nawet z przestarzałymi antybiotykami). Jakoś tam dawałem radę, wchodzą w tryb misyjny, cechujący się ograniczoną wrażliwością na jęki własnego ciała i ducha. Raz tylko miałem ochotę się rozpłakać, gdy mina-pułapka rozwaliła szambiarkę, a ja utonąłem – dosłownie – po kolana w gównie.

Było minęło. Bardziej już zahartowany, trafiłem jakiś czas temu do szpitala w północnej Ugandzie. Placówki, której część pacjentów cierpiała na malarię, a sposób ich izolowania sprowadzał się do oznaczenia łóżek. I w tymże szpitalu rozmawiam z jego wicedyrektorem, gdy stojąca za mną kobieta wydała z siebie ciche jęknięcie, a zaraz potem nastąpiło głośne „chlup!”. I poczułem na nogach sporą ilość jej wód płodowych, które odeszły akurat w tym momencie.

Patrick, mój rozmówca, uśmiechnął się przepraszająco, pielęgniarki zabrały pacjentkę na porodówkę, a ja… cóż miałem robić, wróciłem do rozmowy. W tym szpitalu brakowało wszystkiego, łącznie z bieżącą wodą. Obmycie się w takiej sytuacji byłoby koszmarnym marnotrawstwem – tak wówczas pomyślałem. Ale wyobraźnia nie dawała spokoju i podsuwała często absurdalne scenariusze. Na przykład widok chmary zarazków na moich poobcieranych wcześniej łydkach. „Stop” – powiedziałem sobie, wiedząc, że wieczorem dokonam doustnej dezynfekcji. I tym sposobem znów skupiłem się na robocie.

A po co o tym piszę? Bo z lekkim zażenowaniem obserwuję to, co w ojczyźnie kochanej dzieje się za sprawą koronowirusa. Wiem, objawów paniki nie ma, ale niektórym ewidentnie odbiła szajba, czego najlepszą ilustracją maseczki-gate. Przede wszystkim jednak odwaliło mediom, które rzuciły się na temat niczym Reks na szynkę i szarpią, szarpią, szarpią – aż do zrzygania. Tworząc atmosferę gigantycznego zagrożenia, co przecież może nabrać takiej dynamiki, że wszyscy pożałujemy, że kiedyś nauczono nas mówić i czytać. A wszystko w imię podbijania słupków oglądalności. Dla mnie to jedna z tych sytuacji, kiedy wstydzę się, że pracuję w mediach (i fakt, że jestem na urlopie, wcale nie łagodzi objawów mojego zniesmaczenia).

Tymczasem koronawirus hula sobie po Polsce, noszony w ciałach pewnie i setek ludzi. Z których większość nie ma pojęcia, że właśnie „śmiertelnie zaciążyła” – i nigdy się o tym nie dowie, bo organizmy tych osób poradzą sobie z chorobą. Tak, jak radzą sobie z wieloma innymi zarazkami.

Nie warto przejmować się sprawami, na które nie ma się wpływu. Warto za to do zagrożeń podejść racjonalnie – taki wniosek płynie z przytoczonych przeze mnie historii. Idealnie pasujący do całej tej gówno-burzy z koronawirusem. Wiemy, jak minimalizować ryzyko – stosujmy się więc do zasad. I tyle. Czyste ręce wyjdą nam tylko na dobre.

Zdjęcie nr 1 ma przyciągnąć uwagę (haha). Zdjęcie nr 2 przedstawia sytuację, której byłem świadkiem w Prypeci (tej Prypeci). Pan w kombinezonie to Włoch - pod tym białym czymś ma jeszcze jakieś niebieskie wdzianko (byłem świadkiem, gdy je zakładał). Pani na drugim planie, to młoda ukraińska przewodniczka, która do czarnobylskiej zony przyjechała z grupą zagranicznych fizyków jądrowych. Proszę sobie porównać te dwie osoby i zapytać się w duchu: w stosunku do koronowirusowej napinki jestem wyluzowaną Ukrainką czy zdyganym Włochem?
Zdjęcie nr 1 ma przyciągnąć uwagę (haha). Zdjęcie nr 2 przedstawia sytuację, której byłem świadkiem w Prypeci (tej Prypeci). Pan w kombinezonie to Włoch – pod tym białym czymś ma jeszcze jakieś niebieskie wdzianko (byłem świadkiem, gdy je zakładał). Pani na drugim planie, to młoda ukraińska przewodniczka, która do czarnobylskiej zony przyjechała z grupą zagranicznych fizyków jądrowych. Proszę sobie porównać te dwie osoby i zapytać się w duchu: w stosunku do koronowirusowej napinki jestem wyluzowaną Ukrainką czy zdyganym Włochem?

—–

Nz. Ewakuacja medyczna rannego amerykańskiego żołnierza. Prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Wójcik.
Zdjęcie pochodzi z albumu „Polski Afganistan”, który wydaliśmy z Marcinem jesienią 2014 roku

Pokój

Lokalne władze dogadały się z armią i transporty ludzi oraz sprzętu odbywają się tylko nocą. Za dnia wojskowych na ulicach prawie nie widać. Nie zmienia to faktu, że Mariupol to przyfrontowe miasto. Gdy kilkanaście kilometrów dalej, na wschodzie, zaczyna bić artyleria, odgłosy wystrzałów i wybuchów niosą się pośród budynków. I choć na nikim nie robią już większego wrażenia, wojnę czuć tutaj bardziej niż atmosferę zbliżających się świąt.

Miasto w większości zamieszkują wierni obrządków wschodnich, którzy Boże Narodzenie obchodzą w styczniu, lecz w sklepach i miejscach publicznych już od kilku tygodni stoją choinki i świąteczne ozdoby. A z głośników sączą się, głównie anglosaskie okolicznościowe przeboje. Ich radosne rytmy mają się nijak do nastrojów mariupolan. Nie jest co prawda tak źle, jak zimą 2014 roku. Wtedy z miasta uciekło wielu mieszkańców, w tym lokalny biznes – w wyniku czego brakowało nawet podstawowych produktów. Zaś przedmieścia znajdowały się pod ostrzałem.

Modlitwy o pokój

Dziś ten półmilionowy portowy ośrodek nad Morzem Azowskim funkcjonuje w miarę normalnie. Wciąż jednak istnieje ryzyko, że separatyści przełamią ukraińskie linie i wojna wróci na ulice Mariupola.

– To już trzecie święta ze świadomością takiego zagrożenia – mówi paulin, ksiądz Leonard Aduszkiewicz z parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. – Ludzie są naprawdę zmęczeni.

Wśród nich Polacy oraz osoby polskiego pochodzenia, których zostało w mieście około tysiąca. Tak przynajmniej wynika z oficjalnych danych – te nieoficjalne mówią o pięciu tysiącach rodaków i ich potomków. Dwa dni przed wigilią spotykam się z kilkoma z nich w niewielkiej kaplicy, prowadzonej przez księdza Aduszkiewicza.

Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski
Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski

– Podczas mszy kilka razy modliliście się o pokój – zauważam.

– Nie byłoby dla nas lepszego prezentu – zapewnia Tetiana Mirnaja, jedna z kobiet, które po nabożeństwie zostały w kaplicy, by przyozdobić choinkę. – Dla miejscowych, ale i dla całej Ukrainy.

Ekumenizm w okopach

Ów scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Formalne zawieszenie broni znów przestaje być przestrzegane. Od kilku dni na wschodnioukraińskim froncie dochodzi do coraz liczniejszych potyczek. Podczas jednej z nich, w okolicach miasta Debalcewe, zginęło pięciu ukraińskich żołnierzy (druga strona miała mieć aż dwudziestu zabitych bojowników). To największe jednorazowe straty rządowej armii od lipca bieżącego roku.

– Tu słyszymy strzały, tam słyszmy strzały – kobieta wzdycha głośno. – Szkoda tych chłopców, którzy siedzą w okopach…

– Naszą, katolicką wigilię, obchodzimy 24 grudnia, a wojskowi to głównie grekokatolicy i prawosławni – mówi ksiądz Aduszkiewicz. – Ale i tak pojedziemy na pozycje z poczęstunkiem, pomodlić się, podzielić opłatkiem. Mamy tu w Mariupolu taki zwyczaj, że razem celebrujemy swoje święta. Katolicy, protestanci, prawosławni – wszyscy jesteśmy równo narażeni na śmierć. To nas zjednoczyło, to sprawia, że nasze uroczystości mają ekumeniczny charakter. 24 grudnia będzie mi towarzyszył pop, 6 stycznia to ja pojadę z nim w okopy.

– A wasze święta jak będą wyglądać? – pytam pani Tetiany.

– No jak każdego roku – moja rozmówczyni uśmiecha się lekko. – Będzie dwanaście potraw, dzielenie się opłatkiem i śpiewanie kolęd. Da bóg, a będzie to radosny czas.

Święto w święta

Powodów do radości zapewne nie zabraknie 24-letniej Sofii, lwowianki z urodzenia, od pół roku mieszkającej w Mariupolu.

– Jaki masz związek z Polską? – pytam, gdy zaczynamy rozmowę.

– Mama jest Polką – słyszę w odpowiedzi.

– Przejechałaś całą Ukrainę i zamieszkałaś w miejscu, z którego wciąż więcej ludzi ucieka, niż do niego przyjeżdża. Musiałaś mieć ważny powód – stwierdzam.

– O tak – na twarzy młodej kobiety pojawia się szeroki uśmiech. – Mój mąż jest żołnierzem, wysłali go właśnie tu, do Mariupola. Przyjechałam za nim.

– Odważna decyzja – wskazuje palcem na brzuch mojej rozmówczyni, nie pozostawiający wątpliwości, że Sofia jest w zaawansowanej ciąży. Dziewczyna wzrusza ramionami.

Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski
Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski

– Chłopak czy dziewczynka? – dopytuję.

– Chłopiec, będzie miał na imię Ihor – przyszła mama uśmiecha się jeszcze szerzej. – Ma przyjść na świat w Boże Narodzenie – dodaje. – Takie będę miała święta.

—–

Strojenie choinki w kaplicy, na zdjęciu od lewej Tetiana Mirnaja/fot. Marcin Ogdowski

 

Strategie

Czym jest normalność? Niby oczywista sprawa, ale spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie w kontekście wojennej codzienności. No właśnie… Przed laty przeczytałem w jednym z tygodników artykuł poświęcony ostatnim dniom przed wybuchem Powstania Warszawskiego. I była tam mowa o restauracyjnych ogródkach nad Wisłą. Nie dla Niemców, dla Polaków. Wychowany w kulturze martyrologii, przeżyłem poznawczy szok. Ogródki restauracyjne dla mieszkańców najbardziej umęczonego przez hitlerowców miasta?! A jednak…

Z biegiem czasu wojna stała się moim zawodowym doświadczeniem. Szukałem więc tej normalności w nienormalności w Iraku, Afganistanie, a ostatnio na Ukrainie. I o tym będzie ta krótka opowieść.

Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Ważne, że nie strzelają

Pod koniec stycznia ubiegłego roku dotarłem z ekipą pod Debalcewe. Cudem znaleźliśmy transport – cywilne auto, a w nim straszą panią z synem za kółkiem. Kobieta była elegancko ubrana, miała pełen makijaż. Tego dnia, rano, wywiozła z Debelacewe do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Artiomowska swoje wnuki (kierowca był ich ojcem). Ale państwo ci ewakuowali dzieci w pośpiechu i już w drodze uświadomili sobie, że nie zamknęli drzwi od mieszkania na klucz. Więc pod odstawieniu pociech znów wsiedli w samochód, by wrócić do siebie. Miasto było już pod ciężkim ostrzałem, a oni jechali do domu, by zamknąć drzwi na klucz. „Bo przecież wojna się skończy, a człowiek musi mieć gdzie mieszkać”.

Kilkanaście dni później rebelianci – przy wsparciu armii rosyjskiej – zajęli Debalcewe. Zjawiłem się w nim dwa miesiące po tym fakcie, będąc już na terytorium Donieckiej Republiki Ludowej. W wyniku niedawnych walk ucierpiało prawie 70 procent zabudowy miasta. Niektóre fragmenty wyglądały naprawdę fatalnie – mówiło się wręcz o „małym Stalingradzie”. Ale mieszkańcy – ci, którzy wcześniej uciekli – wracali do siebie. „Ważne, że już nie strzelają” – mówili i w skrzykniętych z własnej inicjatywy grupach sprzątali gruzowiska.

Ten argument – że już nie strzelają – jest zresztą bardzo charakterystyczny. Po zachodniej stronie linii frontu, na Ukrainie, często ze wzgardą mówi się o ludziach, którzy zostali po „tamtej” stronie. Słyszałem określenie „zombie”, popularna jest też nazwa „wata” – od waty, którą wypełnia się kufajki, uchodzące za symbol radzieckości, czy teraz rosyjskości. Przy czym wata odnosi się też do dyspozycji intelektualnej – „oni mają watę zamiast mózgu”, mówi się. To reakcje między innymi na informacje rozpowszechniane przez liderów DRL – że większość mieszkańców nowej republiki popiera działania jej władz. Oczywiście można mieć zastrzeżenia do prawdziwości takich twierdzeń, ale w Doniecku wielokrotnie stykałem się ze zjawiskami, które w jakiejś mierze potwierdzały legitymizację nowego ustroju. Dla mnie to zupełnie zrozumiałe postawy – oto po miesiącach zawieruchy i ciężkich ostrzałach, jakie towarzyszyły początkom DRL, nastał względy spokój i stabilizacja. „Najważniejsze, że nie spadają na nas grady” – mówiła doniecka ulica. I cieszyła się z każdego przejawu normalności – kursujących autobusów, otwartych kin i szkół. To, kto rządził, miało drugorzędne znaczenie. To, że na przedmieściach wciąż toczyły się walki – również.

Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Zabawa do białego rana

Do tego, że wojna jest gdzieś tam, ale da się z nią, w niej, przy niej funkcjonować, przyzwyczajają się też dzieci. Wiosną zeszłego roku oglądałem eliminacje do lokalnych mistrzostw w piłce nożnej. Chłopcy z różnych dzielnic Doniecka rozgrywali mecze nie na powietrzu, a pod dachem – co było jedynym novum w odniesieniu do poprzednich lat. W innej szkole, na południowych obrzeżach miasta, byłem świadkiem zajęć z baletu – kilku-kilkunastoletnie dzieciaki nawet nie zwracały uwagi na pomruki artylerii, które niosły się pomiędzy blokami i powodowały drżenie szyb. Nauczyciele, z którymi wówczas rozmawiałem, tłumaczyli mi, że szkoła – jak większość w Doniecku – nie działała tylko przez trzy miesiące jesienią 2014 roku, kiedy o miasto toczyły się najcięższe walki. Lecz nawet wtedy nie przerwano edukacji – większość uczniów miała dostęp do internetu i za jego pośrednictwem przesyłano dzieciom zadania. Oczywiście, w piwnicach każdej ze szkół zorganizowano schrony, ale w kwietniu 2015 roku już z nich nie korzystano. Coś, co na Ukrainie odebrano jako narodową tragedię – wyparcie obrońców, tak zwanych cyborgów, z ruin donieckiego lotniska – w samym mieście, jego mieszkańcom, przyniosło ulgę; pozwoliło na odepchnięcie frontu o kilka kilometrów od centrum metropolii.

Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Analogiczna sytuacja miała miejsce na południu, w Mariupolu – tyle że tam odepchnięci zostali separatyści. Zaledwie kilkunastokilometrowy bufor sprawił, że dziś niemal nie ma stamtąd uchodźców – a jeszcze latem zeszłego roku władze Mariupola nie mogły się doliczyć 40 procent mieszkańców. Lecz nawet wówczas mariupolanie organizowali swoje życie na przekór wojnie. Któregoś lipcowego wieczoru poszliśmy z kolegami nad morze, piękne Morze Azowskie. Był weekend, knajpy i dyskoteki pękały w szwach. Alkohol, głośna muzyka, tańce, odstawione dziewczyny, eleganccy chłopcy – i zabawa do białego rana. Czasem tylko, patrząc wzdłuż wybrzeża, można było dostrzec oddalone wybuchy.

Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński
Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński

Żywy dowód

Rano wsiedliśmy w samochód i po niespełna 15 kilometrach znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Okopy, zrujnowane budynki, przekształcone w małe twierdze; cały ten frontowy sztafaż, charakterystyczny dla znanego niegdyś kurortu w Szyrokino. Lecz i ta sytuacja daję okazję do rozważań o normalności w nienormalności. Do czasu wojny na Ukrainie miałem specyficzne doświadczenia wojenne. Dotyczyły one konfliktów asymetrycznych, partyzanckich czy antypartyzanckich, biorąc pod uwagę stronę, z jakiej je relacjonowałem. By nie wchodzić w zbędne szczegóły, iraccy bojownicy czy afgańscy talibowie nie mieli do dyspozycji ciężkiej artylerii. Nie w zakresie, który umożliwiałby nawały ogniowe. Z lektur, z filmów, wiedziałem zaś, że zmasowany ogień jest przyczyną wielu załamań nerwowych u żołnierzy, ale wiedziałem też, że ludzie się do niego przyzwyczajają. Co mimo wszystko wydawało mi się niewyobrażalne. Aż trafiłem na całonocną kanonadę. Separatyści i Rosjanie okładali pozycje, na których byłem, z najcięższych dział i haubic. Zmusili nas – mnie, kolegę i przede wszystkim ukraińskich żołnierzy – do zagrzebania się w piwnicach i jamach. Na początku było strasznie – każda kolejna eksplozja rodziła obawy, że za chwilę strop zwali mi się na głowę. Dość szybko jednak dałem sobie z tym spokój – idąc śladem Ukraińców, skupiłem się na oglądaniu jakiegoś bzdurnego filmu. Zdaje się, że był to „Seks w wielkim mieście”, z zabawnym rosyjskim dubbingiem. A gdy skończyło się paliwo w generatorze i telewizor zgasł, po prostu poszedłem spać.

Rano okolica wyglądała jak po kataklizmie, ale żołnierze – jak gdyby nigdy nic – wykonywali swoje rutynowe działania. Czyszczenie broni, parzenie kawy, przygotowanie śniadania. Tam, gdzie było jedzenie, pojawiły się psy – nieodzowny „element” frontowej rzeczywistości. Uchodźcy z terenów objętych działaniami zbrojnymi często zostawiają czworonogi, nie mając możliwości, by zabrać je ze sobą; natura ma też swoje prawa – zwierzęta parzą się bez względu na okoliczności, które zafundował im człowiek. Psy (ale i koty) ciągną do ludzi, żołnierz wiele z nich obdarza opieką. Bo zwierzak to substytut normalności, domu, przedwojennego życia, a zarazem żywy dowód na potrzebę zachowania oczywistego w normalnych czasach człowieczeństwa. Te ludzko-zwierzęce więzi potrafią być bardzo silne – piszę to z perspektywy człowieka, który pomagał kiedyś żołnierzowi WP przemycić 30-kilogramowego psa z Iraku do Polski.

Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński
Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński

Debalcewe

Uniesione w górę w charakterystycznym geście dłonie nie pozostawiały wątpliwości – jadący na pancerzach transporterów ukraińscy żołnierze pewni byli zwycięstwa. Zmierzali z tym przekonaniem ku bitwie, która toczyła się kilka kilometrów dalej – w Debalcewe – a której odgłosy, zwłaszcza złowrogie dźwięki wydawane przez wyrzutnie Grad, słychać było niemal bez przerwy. Był koniec stycznia br. – kilkanaście dni później te same oddziały, choć już mocno przetrzebione, ustępowały pola przeciwnikowi z separatystycznej Donieckiej Republiki Ludowej.

aaa

Pod koniec kwietnia br. – wraz z trzema innymi dziennikarzami – udało nam się przedostać na teren DRL. Wojnę, którą w styczniu relacjonowaliśmy z pozycji ukraińskich, tym razem zobaczyliśmy z perspektywy prorosyjskich separatystów. Przede wszystkim zaś ludności cywilnej, która pozostała na zajętych przez rebeliantów terenach. Kilka dni temu – jako pierwsi polscy reporterzy – dotarliśmy do Debalcewe. Miasta-duchów, jak nam mówiono jeszcze po ukraińskiej stronie, ostrzegając przed „grasującymi bandami pijanych żołdaków”.

„Nikt głodny nie chodzi”

Debalcewe to duży węzeł kolejowy, przez który przechodzą tory łączące Donieck, stolicę DRL, z Ługańskiem – centrum drugiej separatystycznej republiki (Ługańskiej Republiki Ludowej). Miasto miało więc znaczenie strategiczne i stąd determinacja rebeliantów, by przejąć nad nim kontrolę. Walki, które toczyły się w okolicy, poważnie uszkodziły kolejową infrastrukturę – tuż po zajęciu Debalcewe nie było zatem możliwości, by dostać się do niego pociągiem. Jednak kilka tygodni temu przywrócono regularne połączenia, choć droga z Doniecka – w czasach pokoju zajmująca niecałą godzinę – teraz wymaga aż trzech.

001

– Po co wy tam jedziecie, chłopcy? Przecież tam nic nie ma… – usłyszeliśmy od kasjerki w poddonieckiej Makijewce, gdy kupowaliśmy bilety. Utwierdzeni w przekonaniu, że jedziemy do miasta-widma, już na samym początku przeżyliśmy ogromne zaskoczenie. Wywołał je tłum ludzi, stojący przed jednym z kolejowych magazynów.

– Wydają humanitarkę – starszy mężczyzna miał na myśli pakiety zawierające żywność i chemię gospodarczą. – Rosja nam pomaga – podkreślił, dowiedziawszy się, że ma do czynienia z zagranicznymi dziennikarzami. Szybko okazało się, że pomoc przeznaczona jest tylko dla najstarszych – osób od 65. roku życia. – Młodsi też dostaną. Nie dziś, ale dostaną – zapewniał nasz rozmówca. – Nikt tu głodny nie chodzi – dodał, po czym wskazał ręką na dawny przydworcowy bar, przed którym siedziało całe stado bezdomnych psów. – Tam dają za darmo obiad i gorącą herbatę – wyjaśnił.

Rejon po drugiej stronie frontu

Jakieterynę – która właśnie wyszła z jadłodajni – nie speszył widok naszych aparatów.

– Tu chłopcy – zaczęła mówić – …tu jest nawet dobrze. Ludzie mają już prąd, wodę, gaz nawet mają. Gdy tylko skończyły się walki, naprawiać zaczęli. Ale u mnie – kobieta wymieniła nazwę jednej z okolicznych wiosek – większość chałup zrujnowana, a w tych, które zostały, nawet światła nie ma. I nie ma komu tego naprawić, bo to już nie jest rejon (energetyczny – dop. MO) Debalcewe. Nasz rejon został po drugiej, ukraińskiej stronie. A tamci przecież nie przyjadą, nie naprawią.

– A deerelowskie służby nie mogą tego zrobić? – spytał jeden z nas.

– Zrobią – usłyszeliśmy. – Ale najpierw miasto – miasto jest ważniejsze. Przed 9 maja, przed wielkim świętem, ma tu być już porządek.

Rozejrzałem się wokół. Rynek nie nosił wielu śladów walk – owszem, był zużyty, zaniedbany, ale raczej bez związku z wojną; w taki sposób wygląda większość ukraińskich miasteczek, z ich rozsypującą się od ćwierćwiecza infrastrukturą. Co nie zmienia faktu, że gruzy uprzątnięto, podobnie, jak wypalone wraki samochodów, które widziałem na jednym z filmików, opublikowanych w Internecie tuż po zajęciu miasta przez separatystów.

– O! – Jakieteryna zwróciła głowę w stronę, skąd doszły nasz dźwięki wojskowej orkiestry. – Przygotowania idą pełną parą.

„To zrobili wasi przyjaciele”

Rzeczywiście, jakieś dwieście metrów dalej, na placyku odchodzącym od rynku, blisko setka żołnierzy – przy dźwiękach „Pożegnania Słowianki” – ćwiczyła paradny krok.

– Nasze, deerelowskie wojsko – mężczyzna koło pięćdziesiątki sprawiał wrażenie autentycznie dumnego. Zdaje się, że nie przeszkadzała mu ruchowa nieporadność służących od niedawna chłopaków. Eklektycznie umundurowanych (niektórzy nosili sportowe dresy z wielkimi nazwami zachodnich firm na plecach), znacząco odstających swoim wyglądem od grupki eleganckich oficerów, nadzorujących przygotowania.

Jeden z tych ostatnich, w stopniu majora, podszedł do nas, gdy tylko zaczęliśmy robić zdjęcia.

– Nie chcemy tu obcych dziennikarzy – stwierdził, gdy usłyszał, kim jesteśmy. Jego głos brzmiał uprzejmie, ale zdecydowanie. – Zwłaszcza dziennikarzy z Polski – dodał już znaczenie twardziej.

– Idźcie w miasto, zobaczcie, co z nimi zrobili wasi przyjaciele Ukraińcy – obok majora pojawił się kolejny wojskowy, tak jak i on noszący na ramieniu rosyjskie oznaczenia państwowe.

Poszliśmy.