Archiwa tagu: dezinformacja

Inwazja

Jest październik 2019 roku. Rosja koncentruje duże siły w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi. Moskwa twierdzi, że to ćwiczenia, ale z informacji polskich służb wynika, że manewry są jedynie przykrywką do rozpoczęcia inwazji na Rzeczpospolitą i kraje nadbałtyckie. Czy wyniszczone czystkami i niedoposażone Wojsko Polskie będzie w stanie stawić skuteczny opór? Zdaniem generałów Mieczysława Gocuła, byłego szefa Sztabu Generalnego WP, Mirosława Różańskiego, byłego dowódcy generalnego oraz Waldemara Skrzypczaka, dawnego dowódcy Wojsk Lądowych – autorów okładkowych recenzji „(Dez)informacji” – prawdopodobieństwo poniższego scenariusza jest bardzo wysokie…

[Fragment powieści]

Sześć godzin po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana przestała istnieć jako zorganizowany i zdolny do obrony związek taktyczny. Intensywność ataku była tak wielka, że straty – w zależności od brygady – sięgały od 40 do 50 procent stanu osobowego. W sprzęcie zaś były jeszcze wyższe.

„Trudno to nazwać walką…” – generał Radosław Sawicki, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, miał ponurą minę. Na pozycje broniącej Warmii i Mazur „szesnastki” Rosjanie zrzucili masę stali, używając rakiet, samolotów i artylerii. Intensywności tej „obróbki” nie dało się porównać z niczym znanym z prowadzonych na przestrzeni ostatnich lat wojen. W efekcie polskie oddziały rozpierzchły się – tylko nieliczne były w stanie podjąć obronę. Tam, gdzie dochodziło do starć, dawały o sobie znać wojskowy kunszt i siła woli Polaków. Rosyjskie czołgi i transportery płonęły, piechota ginęła. Lecz napór Rosjan, ich liczba i determinacja, stworzyły walec nie do zatrzymania. Armia rosyjska wkraczała właśnie do Elbląga, jej czołówki pancerne dotarły do przedmieść Olsztyna. Uderzający z obwodu kaliningradzkiego wróg zajął już Mrągowo, Mikołajki, Ełk.

Siły inwazyjne, które rozpoczęły atak z terenu Białorusi, wbiły się we flanki pozycji obronnych 16 Dywizji, a niżej – na wysokości Białegostoku – stanęły naprzeciw najdalej wysuniętym oddziałom 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej. Stolicę Podlasia poddano bez walki – nie licząc krótkiej wymiany ognia między rosyjskimi zwiadowcami a żołnierzami z podlaskiej brygady WOT. Skoncentrowane wcześniej między białoruskim Grodnem a Wołkowyskiem trzydywizyjne zgrupowanie parło na Warszawę, by oskrzydlić ją od północy. Oś natarcia była doskonale widoczna – biegła wzdłuż drogi ekspresowej E-8. „Dopiero co skończyliśmy modernizację tej trasy…” – gorzkie myśli zagościły w głowie Sawickiego. „Czteropasmówka posłuży teraz Ruskim do szybszego przemieszczania”.

– Nie tak to powinno wyglądać – szepnął.

Na drodze Rosjan – poza oddziałami osłonowymi wojsk operacyjnych – w Zambrowie stał batalion „terytorialsów”. Generał nie liczył na spektakularną obronę – wiedział, że nieprzyjaciel zatrzyma się dopiero na wysokości Ostrowi Mazowieckiej. Tam na rosyjskie czołgi czekały polskie Leopardy 2. Jeśli wcześniej nie zniszczy ich lotnictwo wroga, Sawicki zyska kilkanaście godzin. Kiedyś dowodził brygadą Leopardów, znał wysoką wartość tych niemieckich pojazdów. Mogły zniszczyć właściwie wszystko, czym dysponowali Rosjanie, lecz czy zdołają podjąć równorzędną walkę?

Maszyny były na wyposażeniu żołnierzy 1 Dywizji od niedawna – wcześniej Leopardy znajdowały się na stanie 14 Lubuskiej Dywizji Pancernej. Odwodowej, rozlokowanej przy granicy polsko-niemieckiej. Zmiana koncepcji rozmieszczenia polskich sił – przeforsowana przez Partię Sprawiedliwości – zakładała przesunięcie większego potencjału na wschód kraju. W jej ramach odtworzono 1 Dywizję, a należące do niej cztery bataliony pancerne wyposażono w czołgi dotąd stacjonujące na zachodzie. „Czternastka” – przez lata najsilniejszy związek taktyczny tego typu w Europie – dostała czołgi z wojskowego muzeum. Ta roszada, w efekcie której 250 Leopardów znalazło się w okolicach Warszawy, podzieliła środowisko mundurowych. Ale dziś rozmowy na ten temat były właściwie bezprzedmiotowe. Liczył się fakt, że najwcześniej przezbrojony z batalionów 1 Dywizji jeździł Leopardami już dwa lata – dość, by mówić o gotowości operacyjnej. Pozostałe trzy raptem kilka miesięcy.

Na domiar złego kończyła się amunicja wyprodukowana w Niemczech. Zapasów zaś nie odświeżono. Pancerniacy zmuszeni byli używać pocisków polskiej produkcji. Lepszych niż pierwotne partie – których egzemplarze potrafiły wybuchać w lufie – lecz nadal mniej skutecznych niż niemieckie oryginały. Taki był praktyczny wymiar obsesji polityków, by dostawy dla sił zbrojnych RP oprzeć na nieefektywnym rodzimym przemyśle obronnym.

A to nie było jedyne zmartwienie szefa sztabu. Rosyjskie ugrupowanie, skoncentrowane na wysokości białoruskiego Brześcia, też nie próżnowało. Nieprzyjacielskie dowództwo rozdzieliło je na dwie części. Siły operujące bardziej na północ wzięły z marszu Terespol, dwie godziny później Białą Podlaską, a teraz zmierzały w kierunku Siedlec. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni i znajomości planów nieprzyjaciela, by wiedzieć, że celem tej grupy było podejście pod polską stolicę od strony wschodnich i południowych dzielnic.

„Nie tak łatwo, skurwysyny” – pogroził w myślach Sawicki. W Siedlcach i okolicy czekały na Rosjan liczne oddziały 1 Dywizji, które – jak wynikało z raportów – mimo poważnych strat zachowały zdolność bojową. Generał pokładał nadzieję głównie w izraelskich przenośnych wyrzutniach rakietowych Spike. Polska miała ich ćwierć tysiąca, na tym odcinku około trzydziestu. W ostatnim półroczu kończyły się terminy przydatności niemal dwustu najstarszych rakiet – wojsko więc sporo strzelało. Teraz – Sawicki zatarł ręce – doświadczenie operatorów powinno przynieść odpowiedni skutek. Oczyma wyobraźni generał widział dziesiątki płonących rosyjskich czołgów.

Ta bitwa miała dopiero nadejść, inne starcia toczyły się już na drugiej osi natarcia zgrupowania brzeskiego armii rosyjskiej. Na przedmieściach Lublina krwawą jatkę czołówkom zmechanizowanym wroga sprawiały właśnie oddziały 6 Brygady Powietrznodesantowej. W polskich planach nie przewidywano obrony tego miasta – spieszonych spadochroniarzy użyto w działaniach opóźniających. „Czerwone berety” wywiązywały się z zadania znakomicie, ale było jasne, że niebawem będą musiały opuścić pozycje. Spadochroniarzy szkolono do walk w okrążeniu – mogliby zostać w Lublinie i wytrwać w nim jeszcze kilka dni – szkoda jednak było tracić w ten sposób jedną z najlepszych brygad Wojska Polskiego. W tym rejonie obronę zamierzano ustanowić na Wiśle, z silnymi punktami oporu w Dęblinie, Puławach, Kazimierzu Dolnym i Sandomierzu.

Rosjanie mogli tu utknąć na dłużej – pod warunkiem, że nie użyją swoich sił skoncentrowanych na Ukrainie.

Południowy front, póki co, nie został otwarty.

– Chociaż tyle… – westchnął Sawicki.

Właśnie mściła się na Polsce odkładana przez lata decyzja o zakupie systemu obrony przeciwrakietowej. Nie było czym zestrzeliwać rosyjskich rakiet, samoloty przeciwnika niemal bezkarnie hasały po polskim niebie. Obrona przeciwlotnicza istniała jedynie w zalążkowej formie, biało-czerwone lotnictwo już na początku otrzymało potężne uderzenie. Rosjanom udało się zniszczyć jeszcze na ziemi jedną trzecią samolotów F-16. Rakiety podobne do tych, które obróciły w perzynę bazę w Łasku, bez trudu raziły wiele innych najważniejszych instalacji obronnych Rzeczpospolitej. Wróg zaatakował między innymi wszystkie porty i stałe lotniska, fabrykę amunicji i zakłady remontowe. Zniszczył siedem z dwunastu baz materiałowych WP, liczne budynki dowództw oraz elementy wojskowego systemu łączności. I wciąż zadawał Polakom kolejne ciosy.

– Zambrów padł – ten komunikat prędzej czy później musiał wybrzmieć. Sawicki spojrzał na dowódcę WOT. Pająk zachowywał się jak ojciec na meczu szkolnej ligi, w którym drużyna syna właśnie dostawała solidne baty.

– A czego się spodziewałeś? Że twoi chłopcy zrobią tam Stalingrad? – zadrwił pod nosem szef sztabu. Mimo to było mu żal kolegi. Właściwie to żałował wszystkich, którzy w tych dniach nosili mundur Wojska Polskiego.

Omiótł wzrokiem Strategiczne Centrum Dowodzenia, pełne mężczyzn i kobiet ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Siedział przy długiej ławie, w wygodnym fotelu. Niczym w kinie miał poniżej kilka rzędów z podobnymi siedziskami, a na wprost gigantyczny ekran z mapą Polski i najbliższego sąsiedztwa. To był prawdziwy cud techniki, bodaj najnowocześniejsze urządzenie w Wojsku Polskim. Zawarte na nim dane odwzorowywały sytuację na teatrze działań wojennych niemalże w czasie rzeczywistym. Aktualizowano je w oparciu o meldunki spływające z poszczególnych dowództw – część z tych czynności odbywała się automatycznie, część za sprawą ludzi siedzących poniżej Sawickiego. On sam miał przed sobą komputer, na który otrzymywał wszystkie raporty – te ważniejsze anonsowali mu podwładni z niższych rzędów, dzwoniąc na telefon stojący przy klawiaturze.

Oprócz tego aparatu generał miał jeszcze do dyspozycji urządzenie do łączności niejawnej, za pomocą którego mógł się łączyć ze wszystkimi abonentami sieci. Jedna z linii zarezerwowana była dla zwierzchnika sił zbrojnych RP. Sawicki właśnie uświadomił sobie, że niebawem będzie musiał jej użyć.

Sytuacja, w jakiej znalazła się Rzeczpospolita, była dramatyczna.

(Dez)informacja

A więc wszystko już jasne. Moja najnowsza książka ukaże się na rynku 4 kwietnia. Już dziś zachęcam do lektury, a na pobudzenie apetytu podrzucam krótki fragment:

„Sawicki wstał od biurka i podszedł do wielkiej mapy Europy, wiszącej na jednej ze ścian. Z zazdrością popatrzył na kraje nadbałtyckie. Już poprzedni „Zapad” uruchomił w NATO alarmowe dzwonki. Rosjanie przeprowadzili ćwiczenia z wielkim rozmachem, co w Europie Środkowo-­Wschodniej wywołało lęki zbliżone do obecnych – choć w mniejszym natężeniu. Przewidując podobny bieg wydarzeń za dwa lata, Sojusz – pod naciskiem Waszyngtonu – zaplanował własne manewry „z przytupem”. W ramach „Allied Shield” na Litwie, Łotwie i w Estonii wylądowały trzy ciężkie brygady armii amerykańskiej oraz sześć batalionów zmechanizowanych z innych krajów NATO. To nie była nawet połowa sił niezbędnych do skutecznej obrony „Pribałtyki”, lecz ich potencjał wymagał w razie wojny zaangażowania nawet pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy Federacji. Dużo za dużo, jeśli Moskwa chciała jednocześnie atakować Polskę. Rosyjscy sztabowcy mieli tego świadomość – kto potrafił czytać przejęte mapy, widział, że „Zapad” zakładał wycofanie się sojuszników Bałtów bez jednego wystrzału. Jednak ci wciąż tam byli, Trump zaś – który lokatora Kremla traktował niczym szefa wrogiego gangu – w typowy dla siebie sposób oświadczył światu, że Amerykanie ani myślą o oddaniu Wilna czy Rygi bez walki. Wal się, panie Putin! Jeśli nie chcesz w zęby, trzymaj się z dala od naszych bałtyckich przyjaciół… – tweetował prezydent USA.

Ile ta deklaracja była warta, najlepiej wiedział sam Trump. O Polsce w każdym razie już tak nie mówił i nie pisał. Sawicki zaś nie dysponował tyloma asami w rękawie, co jego koledzy z północno­wschodnich krajów Sojuszu – w Rzeczpospolitej stacjonowała zaledwie jedna brygadowa grupa bojowa US Army. Jej wartość – w zestawieniu z możliwościami wojsk inwazyjnych – była nieduża. Szef sztabu generalnego nawet bez uzyskanych map miał świadomość, że Rosjanie bardzo się przyłożą, by w ciągu dwóch­-trzech dni rozbić główne polskie siły. To dlatego scenariusz „Zapadu” przewidywał użycie w pierwszym rzucie aż dwunastu dywizji. Sawicki tymczasem mógł wystawić do walki cztery związki taktyczne tej wielkości. Razem z Amerykanami i pozostałymi jednostkami WP – miał ekwiwalent pięciu. A potrzebował co najmniej ośmiu”.

Ps. Kto czytał poprzedni wpis, może się poczuć lekko skołowany. Tak, zmieniłem ostateczny tytuł. „(Dez)informacja” trafniej definiuje istotę książki.

(dez)informacja_okladka_duza

Narracja

Każda ze stron, zaangażowanych w jakikolwiek konflikt zbrojny, opowieść na jego temat poddaje specjalnej obróbce. Fakty podlegają manipulacji w dowolnym zakresie – w zależności od bieżących i długofalowych potrzeb. Dlatego tak trudno o obiektywną wiedzę na temat tego, co dzieje się w rejonie walk.

Możemy mieć to gdzieś, jeżeli rzecz dotyczy egzotycznej z naszej perspektywy wojny. Ale co, gdy mówimy o Ukrainie – która jest tuż za progiem – czy o Afganistanie, gdzie swego czasu zaangażowaliśmy własnych żołnierzy?

Posłuchajcie proszę tego, o czym mówię na załączonym nagraniu. Moje wystąpienie zarejestrowano podczas konferencji Tedx Toruń, która miała miejsce w listopadzie ub.r.

—–

Nz. żołnierz Zespołu Bojowego Charlie XIII zmiany PKW Afganistan podczas patrolu. Okolice Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski