Archiwa tagu: Donald Trump

„Strachy”

Podczas prywatnego spotkania z przedstawicielami Rosji, sekretarz obrony USA James Mattis miał usłyszeć, że Moskwa nie zawahałaby się użyć taktycznej broni jądrowej przeciw wojskom NATO, gdyby doszło do wojny w krajach nadbałtyckich. Pisze o tym w swojej najnowszej książce „Strach” Bob Woodward (za „Rzeczpospolitą”).

Co to dla nas oznacza? Nic dobrego.

Oczywiście zawsze można machnąć ręką i na kilku płaszczyznach zdezawuować owo doniesienie. Bo dziennikarz (a nie żadne oficjalne źródło), bo spotkanie prywatne, bo mowa o „Pribałtyce”, nie zaś o Polsce. Rzecz jednak w tym, że Woodward to legenda amerykańskiego dziennikarstwa (niewtajemniczonym wyjaśniam – to ten od ujawnienia afery Watergate). Politykę zagraniczną z kolei uprawia się właśnie podczas nieformalnych spotkań – te oficjalne to tylko wisienki na torcie, możliwe, gdy utarto już pewne kompromisy bądź dokonano pewnych ustaleń właśnie w kuluarach. Co zaś się tyczy ostatniej kwestii – dość przyjrzeć się planom rosyjskich ćwiczeń strategicznych, by uświadomić sobie, że Polska zawsze występuje w nich „w pakiecie” z Litwą, Łotwą i Estonią. Nie sposób bowiem – tu kłania się mapa – odciąć państw nadbałtyckich od pozostałej części NATO, bez zajęcia północno-wschodnich rubieży Rzeczpospolitej.

„Wystarczy nie prowokować wojny z Rosją” – można by rzec, próbując w ten sposób ignorować zacytowane doniesienie. Tyle że nikt w NATO nie planuje ataku na Rosję, wykorzystując do tego celu wschodnią flankę sojuszu (czy jakąkolwiek flankę). Rosyjskie ostrzeżenie wiąże się w istocie z ewentualnymi zamiarami samej Moskwy. Groźba, jaką usłyszał Mattis, gdyby ją rozwinąć i przedstawić w bardziej zrozumiały sposób, brzmiałaby tak: „jeśli zajmiemy państwa nadbałtyckie, niech wam do głowy nie przyjdzie, by je odbijać. Bo wówczas w ruch pójdą nasze atomówki”.

O tym, że Rosjanie właśnie w ten sposób kalkulują, pisał w zeszłym roku gen. Richard Shirreff, były zastępca naczelnego dowódcy sił NATO w Europie. Jego fabularyzowana książka nosiła zresztą znamienny tytuł: „2017. Wojna z Rosją”.

Z rosyjskiego ostrzeżenia można też wywieść pozytywny wniosek – oto Moskwa sama przyznaje, że jest zbyt słaba, by wygrać konwencjonalny konflikt z NATO. No i co z tego, skoro ów słaby mocarz posiada argumenty niwelujące asymetrię?

Zatem nie pozostaje nam nic innego, jak zabezpieczyć się na ewentualność złego. Można to osiągnąć dwoma sposobami, najlepiej uskuteczniając oba jednocześnie. Polska jest krajem, którego potencjał pozwoliłby na zbudowanie w ciągu kilkunastu lat względnie silnej armii. Nie mówię o wojsku, które pokonałoby Rosjan – takie myślenie to mrzonki. Chodzi mi o siły zbrojne na tyle liczne, dobrze wyposażone i wyszkolone, by konfrontacja z nimi wiodła rosyjskich planistów do widma ekonomicznej katastrofy. Federacja ma potężną armię i słabiutką gospodarkę – taki plan wcale nie byłby niewykonalny, w sytuacji gdy tamtejsi generałowie nauczyli się już przeliczać straty na pieniądze.

Drugi sposób to już klasyczna polityka – dbanie o sojusze. „Chodzenie wokół nich” tak, by przyniosły efekt w postaci jak najliczniejszej obecności żołnierzy z innych krajów NATO. Im będzie ich więcej, tym mniejsze ryzyko, że Rosjanie zaatakują.

A teraz wróćmy na ziemię.

Od trzech lat konsekwentnie budujemy siłę naszej armii – na papierze. Symptomatyczny jest przykład z ostatnich dni – powołanie czwartej dywizji wojsk lądowych. Brzmi poważnie, ale gdy przyjrzymy się szczegółom, wychodzi błazenada. Nowy związek taktyczny ma powstać na bazie już istniejących jednostek. Jedyne nowo powołane struktury to dowództwo (kilkaset etatów sztabowych) oraz jeden batalion. Zatem nie 15 tys. nowych żołnierzy, a ledwie tysiąc. No ale „dywizja” jest świetnym produktem z zakresu politycznego marketingu. Nie do przecenienia tuż przed wyborami.

A sojusze? Polityka obecnie rządzących – jakkolwiek w wymiarze retorycznym mowa jest o czymś zupełnie przeciwnym – skutkuje coraz mocniejszym luzowaniem sojuszniczych więzi. Unia Europejska i NATO to byty różne, ale nierozerwalne. Wojna z tą pierwszą – prowadzona przez rząd RP – osłabia również naszą pozycję w NATO. Kto zechce wspierać polskiego pariasa, który ma za nic unijne reguły gry?

Rząd PiS – choć oficjalnie zaprzeczy – zdaje sobie z tego sprawę. I dlatego wdzięczy się do USA. „Kupimy u was to, kupimy tamto, będziecie zadowoleni” – deklaruje. Pokaźne płatności i zapowiedź kolejnych, ma nam zapewnić parasol Waszyngtonu. Pal licho, że część tych wydatków jest niepotrzebna (flotylla VIP), część dokonana z ogromnym opóźnieniem i w trybie mocno przepłaconym (Patrioty). Bo i tak efekt wcale nie jest przesądzony. Prezydent Trump, biznesmen, zapewne pochwala miliardowe transfery do amerykańskiej gospodarki. Osobiście może też patrzeć z sympatią na pisowską rewolucję w Polsce – w końcu lubi silnych ludzi. Rzecz w tym, że Ameryka to nie (tylko) Trump. Że ten ostatni niebawem przeminie – i to z łatką najgorszego prezydenta w historii USA. Amerykańskie pryncypia zaś pozostaną – a pośród nich poszanowanie reguł demokratycznej gry, lekceważonych teraz i łamanych przez PiS.

Dziś mamy w Polsce od paru setek do kilku tysięcy – w zależności od pory roku – amerykańskich żołnierzy. O zwiększeniu tej liczby nie ma mowy. Łatwiej za to wyobrazić sobie odwrotny scenariusz – tak, jak polskie władze machają ręką na demokrację, tak Waszyngton po Trumpie może machnąć ręką na Polskę. Bo po co wspierać autokratyczny reżim znad Wisły? Strategia oparcia Zachodu o Niemcy dobrze się przecież sprawdziła przez ponad 40 lat po II wojnie.

I co wtedy? Co, gdy będziemy nominalnym członkiem NATO, a ze wschodu rzeczywiście przyjdzie burza? Mając kiepskie wojsko, przegramy w ciągu kilku dni. A rosyjska gotowość do użycia taktycznej broni jądrowej skutecznie powstrzyma sojuszników od przyjścia nam z odsieczą. Na wojnie często gra się va banque – ale tylko wtedy, gdy cel jest tego warty. Postdemokratyczna Polska takim celem nie będzie…

—–

Czy w razie wojny zobaczylibyśmy amerykańskie myśliwce nad Polską? Nz. formacja F-22 nad Warszawą, prowadzona przez naszego F-16, podczas defilady z okazji święta Wojska Polskiego, sierpień 2018/fot. Bartek Bera

Ostrzeżenie?

Jeszcze kilka dni temu wiele wskazywało na to, że przywódcy Zachodu godzą się z faktem nieusuwalności Baszara Asada. Świadomość, iż jest on w ogromnej mierze odpowiedzialny za syryjską masakrę, zaczęła ustępować pragmatycznemu przekonaniu, że prezydent – wespół z Rosjanami – ma spore szanse na zażegnanie trwającej już sześć lat wojny. Brutalnie, bezkompromisowo, ale za to bez masowego narażania życia zachodnich żołnierzy.

Dlaczego więc dziś rano na jedną z syryjskich baz spadły amerykańskie rakiety? Czyżby Biały Dom wciąż uważał Asada za przeszkodę? Niekoniecznie. Wedle oficjalnej amerykańskiej narracji, zniszczenie lotniska w al-Shajrat było odwetem za użycie gazu bojowego wobec ludności cywilnej – którego dopuściło się lotnictwo Asada kilka dni temu. W tym ujęciu odwet to rodzaj ostrzeżenia, wyznaczenia „cienkiej czerwonej linii” („na to wam pozwalać nie będziemy”) – i niekoniecznie musi oznaczać dalsze amerykańskie działania, jeśli syryjski rząd zaakceptuje te reguły.

Niebezpieczna próżnia

A jeśli, jak chcą niektórzy, zniszczenie wojskowej infrastruktury w al-Shajrat to początek czegoś większego? Pamiętajmy o priorytetach amerykańskiej, czy szerzej, zachodniej polityki wobec Syrii. Wspieranie tak zwanej opozycji okazało się działaniem nieefektywnym, na dłuższą metę sprzyjającym radykalizacji tych ugrupowań. Dziś większość z nich to islamska bandyteska. Dlatego już od dawna wysiłek zachodniej koalicji obrócony jest przeciwko Państwu Islamskiemu. Sukcesy nalotów – którym towarzyszą działania sił specjalnych – są niepodważalne. Zwłaszcza w połączeniu z naziemną ofensywą w sąsiednim Iraku, gdzie oddziały tamtejszej armii są de facto dowodzone przez Amerykanów. Skumulowany efekt tych działań jest taki, że terytoria IS kurczą się w zastraszającym tempie. Wcześniej równie szybko rosły, wykorzystując słabość państwowych struktur czy to Iraku, czy Syrii. Amerykanie muszą zatem być ostrożni w atakach na Asada. Niszczenie jego sił może bowiem znów stworzyć niebezpieczną próżnię. Chyba że sami zamierzają ją wypełnić, wysyłając na miejsce wojska lądowe. Pojedynczy atak rakietowy nie daje jednak ku temu żadnych przesłanek.

Miejsce w szeregu

Fakt, iż do niego doszło, należy również rozpatrywać w kontekście stosunków amerykańsko-rosyjskich. Kreml już potępił zniszczenie syryjskiej bazy, nazywając ów akt „agresją wobec suwerennego państwa”. To oczywista narracja, ciekawsze jednak będą dalsze kroki Moskwy. Asad jest jej sojusznikiem, rosyjska armia wspiera wojska Damaszku zarówno w powietrzu, jak i na lądzie. Czy Putin odważy się zareagować inaczej niż tylko na poziomie dyplomatycznym? Do tej pory hasał w Syrii jak chciał, wykorzystując fakt, iż światowy żandarm udawał, że tego nie widzi. Rósł zatem w oczach Rosjan, rosła też jego pozycja na arenie międzynarodowej, gdzie – przynajmniej niektórzy – zaczęli go postrzegać jako tego, który może wreszcie zakończyć syryjską wojnę. Zakładając konfrontacyjny model polityki Trumpa wobec Rosji, atak na Syrię to pokazanie Władimirowi Putinowi, gdzie jest jego miejsce w szeregu.

Bomby z Polski

I na koniec wątek polski. Niektóre media już pytają, co ewentualna eskalacja działań w Syrii oznacza dla Wojska Polskiego? Pamiętajmy, że w regionie już operują nasze F-16 – póki co w misji rozpoznawczej. Jednak w MON od dawna rozpatruje się zmianę charakteru zaangażowania na bojowe. To pomysł stary, rozważany zanim jeszcze polskie myśliwce znalazły się na Bliskim Wschodzie – w czasach poprzednich rządów. Dziś jednak ma więcej zwolenników, a i okoliczności niejako wymuszają takie posunięcie. Amerykanie coraz bardziej krytycznie przyglądają się kuracji, jaką naszej armii funduje Antoni Macierewicz. Dają temu wyraz, jak na razie zakulisowo. Powrót Wojska Polskiego na ścieżkę wojenno-ekspedycyjną, to sposób na obłaskawienie Waszyngtonu. Wojsko protestować nie będzie – myśliwcy głodni są takich wyzwań (jako jedyna z elitarnych formacji WP, nie brali dotąd udziału w operacjach bojowych). Ale nawet ten scenariusz nie oznacza, że nasi piloci będą obrzucać bombami pozycje wojsk Asada. Obszar działania pozostanie ten sam i będzie się wiązał z dobijaniem Państwa Islamskiego.

—–

Niezależnie od intencji Amerykanów, jedna rzecz jest absolutnie pewna – syryjska wojna musi się jak najszybciej skończyć. Bo cierpią na niej przede wszystkim niewinni cywile…
Obóz dla uchodźców z Syrii, położony w północnym Libanie, luty 2016/fot. Marcin Ogdowski