Archiwa tagu: Donbas

Rocznica

Trzy lata temu na Ukrainie zaczęło się zabijanie. Ówczesna władza postanowiła przy użyciu broni palnej rozprawić się z protestującymi na Majdanie. Padli pierwsi zabici.

Z czasem konflikt przeniósł się na wschód Ukrainy, z zamieszek przekształcając się w krwawą wojnę domową, inspirowaną przez rosyjskiego sąsiada.

Jakkolwiek mocno „wyhamowała”, ta wojna wciąż trwa. Wciąż giną na niej ludzie.

Przyglądam się jej od początku. Najpierw za pośrednictwem mediów i relacji moich kolegów po fachu. Mieliśmy w redakcji człowieka, który specjalizował się w postradzieckim wschodzie, nie był to więc „mój” temat. A i czas był taki, że musiałem odpocząć po Afganistanie, który naprawdę dał mi w kość. Jednak od początku 2015 roku Ukraina stała się i moim osobistym doświadczeniem. Chyba ważniejszym niż Afganistan, choć nie czas i miejsce, by o tym pisać.

Chcę bowiem zwrócić uwagę na co innego.

To zdjęcie zrobiłem latem 2015 roku, w zrujnowanym domu na linii frontu pod Mariupolem. Nie wiem, kto splądrował domostwo, ale nie zostało w nim nic cennego w materialnym tego słowa znaczeniu. Za to wszędzie walały się osobiste rzeczy właścicieli – ciuchy, zabawki i fotografie.

Popołudnie było spokojne – walki rozgorzały dopiero wieczorem. Zebrałem więc zdjęcia z podłogi i zacząłem je oglądać. Nie było na nich nic szczególnego – ot, zwyczajne życie nieco lepiej sytuowanych Ukraińców.

Nie znam losów kobiety z fotografii, nie mam pojęcia czy przeżyła wojenną zawieruchę. Ale patrząc na jej uśmiechniętą buzię, poczułem ściskający gardło żal. To było zdjęcie ze „starych, dobrych czasów”, sprzed dramatu, po którym nic już nie może być takie samo.

Daleki jestem od skrajnie złowróżebnych scenariuszy, tyczących się nas, Polaków. Jednak od wielu miesięcy patrzę w przyszłość z niepokojem, widząc w niej zagrożenie. Nie dla pozycji „lemingów”, „gorszego sortu”, „bydła oderwanego od koryta”, lecz dla wszystkich. I nie tylko w materialnym wymiarze. Dawno nie byliśmy tak podzieleni, a w geopolitycznym układzie sił tak osamotnieni. Świat zaś dawno nie był tak nieobliczalny.

Mówiąc wprost, boję się trochę, że za jakiś czas, ktoś, na gruzach mojego domu, będzie oglądał moje zdjęcia ze „starych, dobrych czasów”. Nie mogąc w żaden sposób ustalić, gdzie podziałem się ja i moi bliscy.

Takie myśli łażą mi po głowie w rocznicę ukraińskiego Majdanu.

Pokój

Lokalne władze dogadały się z armią i transporty ludzi oraz sprzętu odbywają się tylko nocą. Za dnia wojskowych na ulicach prawie nie widać. Nie zmienia to faktu, że Mariupol to przyfrontowe miasto. Gdy kilkanaście kilometrów dalej, na wschodzie, zaczyna bić artyleria, odgłosy wystrzałów i wybuchów niosą się pośród budynków. I choć na nikim nie robią już większego wrażenia, wojnę czuć tutaj bardziej niż atmosferę zbliżających się świąt.

Miasto w większości zamieszkują wierni obrządków wschodnich, którzy Boże Narodzenie obchodzą w styczniu, lecz w sklepach i miejscach publicznych już od kilku tygodni stoją choinki i świąteczne ozdoby. A z głośników sączą się, głównie anglosaskie okolicznościowe przeboje. Ich radosne rytmy mają się nijak do nastrojów mariupolan. Nie jest co prawda tak źle, jak zimą 2014 roku. Wtedy z miasta uciekło wielu mieszkańców, w tym lokalny biznes – w wyniku czego brakowało nawet podstawowych produktów. Zaś przedmieścia znajdowały się pod ostrzałem.

Modlitwy o pokój

Dziś ten półmilionowy portowy ośrodek nad Morzem Azowskim funkcjonuje w miarę normalnie. Wciąż jednak istnieje ryzyko, że separatyści przełamią ukraińskie linie i wojna wróci na ulice Mariupola.

– To już trzecie święta ze świadomością takiego zagrożenia – mówi paulin, ksiądz Leonard Aduszkiewicz z parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. – Ludzie są naprawdę zmęczeni.

Wśród nich Polacy oraz osoby polskiego pochodzenia, których zostało w mieście około tysiąca. Tak przynajmniej wynika z oficjalnych danych – te nieoficjalne mówią o pięciu tysiącach rodaków i ich potomków. Dwa dni przed wigilią spotykam się z kilkoma z nich w niewielkiej kaplicy, prowadzonej przez księdza Aduszkiewicza.

Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski
Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski

– Podczas mszy kilka razy modliliście się o pokój – zauważam.

– Nie byłoby dla nas lepszego prezentu – zapewnia Tetiana Mirnaja, jedna z kobiet, które po nabożeństwie zostały w kaplicy, by przyozdobić choinkę. – Dla miejscowych, ale i dla całej Ukrainy.

Ekumenizm w okopach

Ów scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Formalne zawieszenie broni znów przestaje być przestrzegane. Od kilku dni na wschodnioukraińskim froncie dochodzi do coraz liczniejszych potyczek. Podczas jednej z nich, w okolicach miasta Debalcewe, zginęło pięciu ukraińskich żołnierzy (druga strona miała mieć aż dwudziestu zabitych bojowników). To największe jednorazowe straty rządowej armii od lipca bieżącego roku.

– Tu słyszymy strzały, tam słyszmy strzały – kobieta wzdycha głośno. – Szkoda tych chłopców, którzy siedzą w okopach…

– Naszą, katolicką wigilię, obchodzimy 24 grudnia, a wojskowi to głównie grekokatolicy i prawosławni – mówi ksiądz Aduszkiewicz. – Ale i tak pojedziemy na pozycje z poczęstunkiem, pomodlić się, podzielić opłatkiem. Mamy tu w Mariupolu taki zwyczaj, że razem celebrujemy swoje święta. Katolicy, protestanci, prawosławni – wszyscy jesteśmy równo narażeni na śmierć. To nas zjednoczyło, to sprawia, że nasze uroczystości mają ekumeniczny charakter. 24 grudnia będzie mi towarzyszył pop, 6 stycznia to ja pojadę z nim w okopy.

– A wasze święta jak będą wyglądać? – pytam pani Tetiany.

– No jak każdego roku – moja rozmówczyni uśmiecha się lekko. – Będzie dwanaście potraw, dzielenie się opłatkiem i śpiewanie kolęd. Da bóg, a będzie to radosny czas.

Święto w święta

Powodów do radości zapewne nie zabraknie 24-letniej Sofii, lwowianki z urodzenia, od pół roku mieszkającej w Mariupolu.

– Jaki masz związek z Polską? – pytam, gdy zaczynamy rozmowę.

– Mama jest Polką – słyszę w odpowiedzi.

– Przejechałaś całą Ukrainę i zamieszkałaś w miejscu, z którego wciąż więcej ludzi ucieka, niż do niego przyjeżdża. Musiałaś mieć ważny powód – stwierdzam.

– O tak – na twarzy młodej kobiety pojawia się szeroki uśmiech. – Mój mąż jest żołnierzem, wysłali go właśnie tu, do Mariupola. Przyjechałam za nim.

– Odważna decyzja – wskazuje palcem na brzuch mojej rozmówczyni, nie pozostawiający wątpliwości, że Sofia jest w zaawansowanej ciąży. Dziewczyna wzrusza ramionami.

Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski
Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski

– Chłopak czy dziewczynka? – dopytuję.

– Chłopiec, będzie miał na imię Ihor – przyszła mama uśmiecha się jeszcze szerzej. – Ma przyjść na świat w Boże Narodzenie – dodaje. – Takie będę miała święta.

—–

Strojenie choinki w kaplicy, na zdjęciu od lewej Tetiana Mirnaja/fot. Marcin Ogdowski

 

Tron

Serial „Gra o tron” ma swoich fanów na całym świecie. Nie brakuje ich także pośród ukraińskich żołnierzy, służących na wschodzie kraju, oraz pomagających im wolontariuszy. Kilku z nich stworzyło kopię serialowego tronu. Frontowy odpowiednik okazałego siedziska nie składa się jednak z mieczy poległych przeciwników, ale z wojskowego złomu, zalegającego na bitewnych polach.

– Mamy tu taśmy amunicyjne, skrzynki, rury od granatników RPG, odłamki różnej wielkości, pociski z dział, haubic i moździerzy, no i mnóstwo strzeleckiej drobnicy – wymienia Igor, żołnierz Gwardii Narodowej. – W sumie ponad sześćset kilo złomu.

Autorem tej specyficznej instalacji jest Denis Busztec, artysta z Zaporoża, od dwóch lat czynnie zaangażowany w pomoc dla ukraińskiej armii.

– Dotąd woziłem na front jedzenie, wodę, kupowany przez ludzi sprzęt dla żołnierzy – mówi. – Kilka tygodni temu postanowiłem zrobić coś nietypowego.

Denis poprosił o pomoc mundurowych, z którymi w ciągu dwóch dni uzbierał niezbędny budulec. Po tygodniu prac tron był gotowy. Spod Awdijewki, o którą od wielu miesięcy toczą się walki między siłami rządowymi a separatystami, rzeźba trafiła do Zaporoża. Wolontariusze ustawili ją pod siedzibą tamtejszej rady obwodowej – najwyższych władz w regionie.

– Możesz obejrzeć dziesięć tysięcy filmów, ale nie będziesz wiedział nic o wojnie – Denis opowiada o swoich motywacjach. – Przeżyjesz jeden artyleryjski ostrzał, i spojrzysz jej prosto w oczy. Tylko ilu ludzi ma taką możliwość? Mieszkańcy Zaporoża – i inni Ukraińcy, w tym nasze władze – niewiele wiedzą o tym, co dzieje się na froncie. Tron ma zwrócić ich uwagę i uzmysłowić im, z czym mają do czynienia nasi żołnierze.

Instalacja spełniła też bardzo konkretną funkcję – tuż po przywiezieniu jej do Zaporoża odbyła się specjalna aukcja. Jeden z lokalnych biznesmenów zaoferował za tron 150 tysięcy hrywien (25 tysięcy złotych). Pieniędzy nie wpłacił, lecz kupił za nie dwa termowizory. Jedną z bolączek ukraińskiej armii jest niedostateczna liczba urządzeń, umożliwiających działania nocą. Specjaliści mówią wprost o siłach zbrojnych Ukrainy, że to „ślepa formacja”. Tron, choć w niewielkim stopniu, przyczynił się do poprawy tej sytuacji.

Fot. Kateryna Klochko (3), Marcin Ogdowski (2), Marcin Wesołowski (1)

 

Kontenery

– Po siódmym czy ósmym ostrzale naszej okolicy, kiedy rakiety zaczęły spadać mniej niż sto metrów od okien, postanowiłem uciekać z miasta – mówi Andriej, 40-latek z Doniecka. – Nie dla siebie, ale dla Eveliny – mężczyzna kładzie dłoń na ramieniu ośmioletniej dziewczynki. – Wyjechaliśmy na kilka tygodni, a minęły już dwa lata, odkąd nie było nas w domu. I nie wrócimy tam tak długo, jak długo będą strzelać. Nie zamierzam narażać życia córki – deklaruje mój rozmówca.

„Modułowe miasteczko” – jak mówią o nim miejscowi – znajduje się na obrzeżach Zaporoża, przytulone do osiedla z wielkiej płyty. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zaplecze socjalne dla ekip budowlanych. Wrażenie jest tym bardziej zasadne, że kilkaset metrów dalej wciąż powstają kolejne bloki. Tymczasem poustawiane w kilka grup kontenery, to prowizoryczne domy dla niemal 450 uchodźców z Donbasu – głównie matek i babć z dziećmi. Miały być schronieniem „na chwilę” – taka idea przyświecała oenzetowskiej agencji UNHCR, ze środków której powstało „miasteczko”. Czas jednak płynie, a końca wojny – choć tak straciła na intensywności – nadal nie widać. W efekcie uliczki „miasteczka” właśnie pokrywane są solidną brukową kostką.

Wcześniej między blaszakami zbudowano plac zabaw, a tuż za siedliskiem niewielkie boisko ze sztuczną nawierzchnią. W zestawieniu z koszmarnymi obrazkami – jakie znamy z „dżungli” w Calais – „modułowe miasteczko” zdaje się być wzorcowym obozowiskiem.

Z dnia na dzień

Ale względny komfort tylko łagodzi traumę wygnania.

– Miałem mieszkanie, pracę, przyjaciół, a co mam i kim jestem dziś? – Andriej z trudem panuje nad głosem.

– Większość z 19 tysięcy uchodźców, którzy przebywają w Zaporożu, ma kłopoty ze znalezieniem pracy – mówi Anastazja Golikowa z ukraińskiej misji Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH). – Szczęściarze dostają zwykle posady, które nie wymagają specjalnych kwalifikacji. Rzecz jasna, są to zajęcia nisko płatne.

Andriej nie ma nawet takiej pracy – pieniądze na żywność i media (samo użytkowanie kontenera jest bezpłatne), otrzymuje od rozmaitych organizacji, w tym PAH-u. Żyje, jak sam mówi, z dnia na dzień, dla Eveliny.

Jest tak sobie

Podobna motywacja zdaje się przyświecać Aleksandrze, drobnej, 65-letniej kobiecie. Złamanej artretyzmem, poruszającej się przy pomocy kuli. W przydzielonym jej kontenerze cała jedna ściana zajęta jest rysunkami, wykonanymi przez 10-letnią wnuczkę, Nastię.

– Mądra dziewczynka, dobrze się uczy – babcia zachwala wnuczkę, gdy ta, z torbą na plecach, wraca ze szkoły.

– Nastia nie ma w klasie kłopotów z miejscowymi? – pytam.

Aleksandra zaprzecza ruchem głowy. I powtarza wcześniej wypowiedziane zdanie.

– Jest tak sobie… – Andriej okazuje się bardziej wylewny. – Miejscowi nie są do nas tak dobrze nastawieni, jak w Charkowie, gdzie spędziłem kilka miesięcy. Problemy zaczynają się już pośród trochę starszych dzieci.

005

Ludzie „stamtąd”

Mężczyzna ma na myśli wyzwiska i poszturchiwania. Te postawy nie biorą się znikąd. Część dorosłych mieszkańców blokowiska nazywa uchodźców pijakami, narkomanami, czy cwaniakami, naciągającymi rząd i organizacje pomocowe. I nie jest to tylko prostacka reakcja na niechciane sąsiedztwo – dla wielu zaporożan uciekinierzy z Donbasu to „oni”, ludzie „stamtąd”. „Od separatystów” czy wręcz „separy”. W bardziej prorosyjskim Charkowie takich postaw jest mniej, w Zaporożu – gdzie idea ukraińskiej niezależności od Rosji cieszy się większym poparciem – są popularniejsze. Zwłaszcza, że w blokach sąsiadujących z „miasteczkiem” mieszka sporo weteranów donbaskiej wojny oraz rodziny wojskowych, służących właśnie na froncie. Żyją tu też najbliżsi poległych żołnierzy i ochotników.

– Nie będę narzekać – zastrzega Aleksandra. – Mam co jeść, dach nad głową, ciepło. Nastia chodzi do szkoły, jeździ na ferie. Ale gdybym tylko mogła, wróciłabym do Charcyza, oj wróciła…

—–

„Modułowe miasteczko” i jego mieszkańcy. Nz. nr 4 Andriej z córką, nz. nr 5 – Aleksandra z wnuczką/fot. Marcin Ogdowski

Dyplomacja

– W miejscu takim jak to, czas odmierza się nie godzinami, ale kilometrami – mówi Swietłana Dworkina, szefowa wydziału edukacji w powiecie izjumskim na wschodzie Ukrainy. – Zimą dzieci z najdalszych wiosek, oddalonych od Małej Kamaszywachy o dwadzieścia kilka kilometrów, wstają o piątej rano, by zdążyć na zajęcia o ósmej. Takie parszywe drogi mamy w okolicy. Ale w samej szkole też nie jest dobrze. Mróz wciska się przez dziurawe okna i drzwi, dzieciaki marzną w klasach. Tak wygląda u nas edukacja w XXI wieku…

Mała Kamaszywacha to królestwo eternitu, okrywającego maleńkie szare domki, otoczone walącymi się płotami bądź ogrodzeniami wykonanymi z byle czego. Wioskę przecina potwornie dziurawa droga, która zdaje się przywodzić znikąd i donikąd prowadzić. Co jakiś czas przemyka nią zdezelowany samochód, trąbiąc na wałęsające się bezpańskie psy.

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy. Ów region wygląda jak postapokaliptyczne terytorium, w którym państwo już dawno przestało pełnić swoje funkcje, porzucając obywateli na pastwę losu. Paradoksalnie, wojna w tym krajobrazie niewiele zmieniła.

Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana.../fot. Paweł Krawczyk
Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana…/fot. Paweł Krawczyk

Szkoły bez bieżącej wody

Powiat izjumski, gdzie leży Mała Kamaszywacha, to część województwa charkowskiego. Za miedzą zaczyna się Donbas, a tam tocząca się od ponad dwóch lat brutalna wojna.

– W jej wyniku do obwodu charkowskiego trafiło 120 tysięcy uchodźców – wylicza Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). – Dwie trzecie z nich próbuje ułożyć sobie życie w Charkowie, pozostali wyjechali na wieś. Z tych ostatnich aż 30 tysięcy znalazło schronienie w powiecie izjumskim.

W tym gronie jest kilkanaście tysięcy dzieci, które mimo wojennej zawieruchy muszą kontynuować edukację. Recz w tym, że znalazły się w regionie, który nawet jak na ukraińskie standardy jest wyjątkowo ubogi.

– Brakuje nam właściwie wszystkiego – Swietłana Dworkina załamuje ręce. – Dajcie mi godzinę, to spiszę nasze potrzeby.

I tak jak w Małej Kamaszywasze, tak w przypadku innych placówek w okolicy, nie chodzi jedynie o rachityczne dachy, nieocieplone ściany czy rozpadające się okna. Szkoły w powiecie izjumskim to także zniszczone łazienki, zużyte meble, pomoce naukowe i sprzęty pamiętające jeszcze czasy świetności Związku Radzieckiego. To sale komputerowe z urządzeniami z lat 90., niepodłączone do Internetu. Niektóre z placówek pozbawione są nawet dostępu do bieżącej wody. Mimo to nie ma w nich brudu czy bałaganu, jest za to wszechobecna, kładziona warstwami, jaskrawa farba – przy użyciu której przez lata „modernizowano” wnętrza szkół.

– Jak w takich warunkach uczyć dzieci? – pytanie Dworkiny ma wymiar retoryczny.

Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat.../fot. Paweł Krawczyk
Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat…/fot. Paweł Krawczyk

Polityka… zdobywania wdzięczności

Na szczęście idzie lepsze. Ponieważ w Małej Kamaszywasze uczą się również uciekinierzy z Donbasu, szkołę zakwalifikowano do specjalnego programu. Niebawem wymienione w niej zostaną wszystkie okna. Podobne remonty przeprowadzone będą także w dziewięciu innych szkołach w powiecie. Te, i dziesięć kolejnych placówek, otrzymają też dodatkowe wyposażenie – na przykład rzutniki multimedialne. Za ów projekt odpowiada Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej oraz Fundacja Solidarności Międzynarodowej. Pieniądze pochodzą z naszego MSZ – można zatem te działania traktować jako rodzaj polityki zagranicznej.

A nawet warto myśleć o nich w ten sposób. Dlaczego? Przez ostatnich kilkanaście lat przekonywano nas, że delegowanie armii na odległe misje jest efektywnym elementem polskiej polityki zagranicznej. Wciąż nie brakuje głosów, że tak samo jak w przypadku Iraku i Afganistanu, winniśmy działać na Ukrainie. Bo przecież toczy ona wojnę z wrogą nam Rosją. To niebezpieczne myślenie, które na szczęście nie ma zbyt wielu stronników.

Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk
Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk

Ale pomagać trzeba – abstrahując od powodów natury humanitarnej, stabilizacja sytuacji na Ukrainie leży w interesie Rzeczpospolitej. Sposobem na jej osiągniecie jest – pośród szeregu innych działań – zapewnienie dobrych warunków do edukacji kolejnym rocznikom Ukraińców. Wymiana okien czy drzwi nie brzmi zbyt efektownie, póki nie uświadomimy sobie, że daje możliwość nauki niezależnie od warunków atmosferycznych. I tym samym zostawia co najmniej kilkaset ukraińskich rodzin w przekonaniu, że „to Polacy nam pomogli”. Wdzięczność, która za tym idzie, ma już konkretny wymiar w relacjach między naszymi narodami.

—–

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy/fot. Paweł Krawczyk