Archiwa tagu: F-16

„Pożeracz”

A więc wchodzimy w to. Za cztery lata pierwsi polscy piloci będą się szkolić na samolotach F-35, kilka lat później pierwsze maszyny wylądują w Polsce (egzemplarze przekazane nam w 2024 roku pozostaną w Stanach, gdyż tylko tam możliwe będzie przeprowadzenie niezbędnych szkoleń). Za kilkanaście lat – z pewnością już w kolejnej dekadzie – obie zakupione eskadry osiągną gotowość operacyjną.

Długo, bardzo długo, choć nie ma się co tu zżymać na pisowskich architektów umowy z USA. Wdrażanie nowoczesnych maszyn bojowych nie następuje z roku na rok. Mniej zaawansowane efy szesnaste „przeszczepialiśmy” na polski grunt przez niemal dziesięć lat. Warto wszak o tym wspomnieć, by zderzyć się z pobożnożyczeniowym myśleniem, zgodnie z którym 31 stycznia 2020 roku sytuacja militarna Polski uległa gwałtownej poprawie. Nie uległa, tak jak nie zmieniła się po zakupie systemu antyrakietowego Patriot czy baterii rakietowych Himars (zdolnych do rażenia celów na odległość do 300 km). Stanie się tak dopiero, gdy cały ten sprzęt trafi nad Wisłę i gdy zostanie z powodzeniem zintegrowany z pozostałymi elementami, składającymi się na rodzimą obronność.

Ideologizacja tematu

Nie zmienia to faktu, że podpisana dziś umowa na zakup 32 samolotów F-35, to początek nowej drogi w historii polskiej armii. Tylko czy drogi w dobrą stronę? Ano właśnie…

Zakup amerykańskich maszyn – jak niemal wszystkie istotne kwestie – z miejsca stał się elementem politycznej wojny, toczonej w naszym kraju między PiS-em a anty-PiS-em. Ta ideologizacja problemu sprawiła, że trudno dziś wypowiadać jakąkolwiek opinię na temat zasadności podjętej przez rząd decyzji, bez ryzyka posądzenia o brak obiektywności. Ponieważ istotna większość specjalistów zajmujących się kwestiami militarnymi już dawno temu została zakwalifikowana jako „krytycy władzy”, taki stan rzeczy de facto sprzyja PiS. Daje bowiem pretekst do stwierdzenia, że „cokolwiek byśmy nie zrobili, i tak będą mówić, że to źle” (i chyba nie sprzyja refleksji typu: „a może rzeczywiście z naszą polityką obronną jest coś nie tak?”). Ubolewając nad takim stanem rzeczy spróbuję, mimo wszystko, przekonać Was – zwłaszcza tych, którym bliżej do władzy – że efy trzydzieste piąte to zły wybór. Że to decyzja, która zaciąży na naszych możliwościach obronnych na lata – i z czasem odbije nam się czkawką.

Ma rację Andrzej Duda, mówiąc, że F-35 to najlepszy i najnowocześniejszy samolot na świecie. Rosyjskie próby doścignięcia Amerykanów w tym obszarze jak na razie nie przyniosły zadawalających skutków. Jakby się kremlowska propaganda nie spinała, w rzeczywistości Su-57 nie dorasta do pięt najnowszemu efowi. Dość powiedzieć, że po dwudziestu latach prac Rosjanie nadal mają kłopot z silnikiem, który pozwalałby ich maszynie zachować cechy „niewidzialności”. O jego energetycznej wydajności nie wspomnę. Być może za jakiś czas Amerykanie będą musieli się mierzyć z chińskimi odpowiednikami myśliwca piątej generacji, lecz póki co mamy tam do czynienia z konstrukcjami w fazie prototypowej. Zaawansowanej, ale wciąż relatywnie dalekiej od wdrożenia do linii.

Co zamiast „trzydziestki piątki”

A zatem istotnie, użytkując F-35 wejdziemy do „pierwszej ligi”. Tylko po co? Czy my naprawdę chcemy mierzyć się z rosyjską obroną przeciwlotniczą (najlepszą na świecie – warto podkreślić) i atakować cele znajdujące się głęboko za liniami wroga? Wówczas „niewidzialność” „trzydziestki piątki” rzeczywiście okaże się poważnym atutem. A może jednak nasza doktryna ma charakter obronny i zadaniem polskiego lotnictwa byłoby wsparcie oddziałów na lądzie i niezbędne do tego wywalczenie przewagi w powietrzu, bezpośrednio nad teatrem działań wojennych? Pytanie ma rzecz jasna charakter retoryczny i jasne jest, że mamy się bronić, nie zaś atakować. A do tego niepotrzebny jest samolot piątej generacji, chyba że byłby to inny amerykański cud techniki – F-22 Raptor. Stworzony do „wymiatania nieba” z wrogich maszyn, absolutnie bezkonkurencyjny w swojej kategorii. Rzecz jednak w tym, że Stany Zjednoczone nigdy i nikomu go nie sprzedały, a gigantyczne koszty utrzymania Raptora sprawiły, że po wdrożeniu do linii 180 maszyn, zawieszono jego produkcję.

Jeśli nie F-22 to co? Biorąc pod uwagę charakter wyzwań – konieczność zestrzelenia jak największej liczby rosyjskich maszyn czwartej generacji – sprawdziłby się na polskim niebie F-15. Jak nazwał go jeden z moich kolegów, głęboko osadzonych w tematyce lotniczej, swoista „ciężarówka na rakiety”. Niezbudowany w technologii stealth, wywodzący się jeszcze z czasów głębokiej zimnej wojny, ale wielokrotnie modernizowany. Co więcej, używany już w konfrontacjach z maszynami proweniencji radzieckiej, w trakcie których niemal zawsze dowodził swojej wyższości.

Lecz, niestety, drogi. I będący zupełnie inną maszyną niż użytkowany u nas z powodzeniem F-16. A musimy pamiętać, że samolot to skomplikowana maszyneria, wymagająca całej, nie mniej skomplikowanej technologii, związanej z zapewnieniem odpowiedniego zaplecza. Tak – już bez niepotrzebnego rozważania innych typów myśliwców – dochodzimy do najsensowniejszej z polskiej perspektywy opcji. Mówiąc wprost, lepiej byłoby kupić znacznie więcej (koło 50 sztuk) najnowszych wersji F-16, a pozostałe w służbie Jastrzębie zmodernizować do ich poziomu. Z uwagi na nasze doświadczenie w eksploatacji, proces wdrażania kolejnych maszyn byłby szybszy, doraźny efekt odstraszania bardziej realny i zgodny z potrzebami sił zbrojnych. Przede wszystkim zaś – byłoby taniej.

„Pożeracz” budżetu MON

Bo koszty to kolejna istotna kwestia. Kupno F-35 i odpowiedniego pakietu (szkolenia, dodatkowe wyposażenie, amunicja) wiąże się z koniecznością wydania 18 mld złotych. Dużo, a będzie jeszcze więcej. Rocznie na utrzymanie flotylli efów szesnastych wydajemy około miliarda złotych – „trzydziestki piątki” będą kilka razy droższe. Niewykluczone, że 32 maszyny będą „zjadać” 1/10 budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej. Problem w tym, że wojsko potrzebuje inwestycji właściwie we wszystkich obszarach, gdzieś więc zabraknie. Obecny rząd chwali się co prawda, że w ciągu najbliższych piętnastu lat wydamy na modernizację ponad 500 mld złotych, tyle że to suma wyższa od zsumowanej kwoty całych budżetów MON w tym czasie. A co z wydatkami osobowymi (które stanowią niemal połowę kwot przeznaczanych na obronność)? Co z pieniędzmi na szkolenia, na zakup paliw, amunicji itd.?

Na nic nam się przyda F-35, jeśli nie zbudujemy „parasola ochronnego” – skutecznego systemu obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej. Minister Błaszczak mówi: „kupiłem Patrioty”. Zgoda, tyle że zeszłoroczna transakcja dotyczyła zaledwie dwóch baterii, a potrzebujemy ich co najmniej osiem. Przypomnę: te dwie baterie kosztowały nas… 16 miliardów złotych.  A Patrioty to nie wszystko – nieba broni się na kilku poziomach, amerykańskie antyrakiety zapewniają ochronę tylko na jednym z nich (najwyższym).

A co z Marynarką Wojenną, która tonie? Wprowadzenie do służby upośledzonej korwety czy małego niszczyciela min w niewielkim stopniu podniosło jej wartość bojową. Co z lotnictwem wojsk lądowych? W tej chwili niemal trzy czwarte śmigłowców stoi bezczynnie, niezdolna do lotów, przede wszystkim z powodów technicznych. Utrącony przez Antoniego Macierewicza kontrakt na Caracale miał zostać zastąpiony zakupami amerykańskich maszyn, składanych w polskiej fabryce. Jak dotąd kupiono… cztery helikoptery, które dopiero za kilkanaście miesięcy zostaną skonfigurowane pod potrzeby wojsk specjalnych. Zamówiono też śmigłowce dla marynarki – kolejne cztery sztuki – których odbiór nastąpi za trzy lata. Warto przypomnieć – Caracali miało być 50, dziś służbę pełniłoby ponad trzydzieści sztuk.

Kilkanaście procent funkcjonalności

Mimo bombastycznych zapowiedzi, ślimaczy się modernizacja czołgów Leopard, do natychmiastowej wymiany nadaje się połowa parku czołgowego WP (maszyny typu T-72 i PT-91). Wszystkie transportery gąsienicowe, znajdujące się na stanie wojska, mają zwykle po 40 lat. Wprowadzane na wyposażenie samobieżne haubice Krab, to istotny skok jakościowy. Jednak nasza artyleria nadal pozostaje daleko w tyle za wiodącymi państwami NATO oraz potencjalnym przeciwnikiem – Rosją. Kupiony w zeszłym roku dywizjon Himars zabezpiecza w tym obszarze zaledwie jedną czwartą potrzeb. Za kolejne trzy – jeśli je kupimy – zapłacić trzeba będzie grubo ponad miliard złotych.

A mowa tylko o „najgrubszych” elementach programu modernizacji armii. No i nie wspomniałem dotąd o czymś, co w wojsku określane jest mianem środowiska sieciocentrycznego. Wyjątkowość platformy, jaką jest F-35, sprowadza się nie do jego uzbrojenia, awioniki czy wspomnianej „niewidoczności” (czy raczej niskiej widoczności). „Trzydziestka-piątka” to „bank informacji” zdolny współpracować z każdym dowolnym elementem sił zbrojnych – także tym najniższego szczebla. Zebrane przez niego informacje mogą posłużyć lepszemu wykorzystaniu zarówno batalionu czołgów, jak i pojedynczego wozu. Mogą wesprzeć działania brygady piechoty, jak i kilkuosobowej sekcji. Stanie się tak, jeśli w sieciocentryczny system wpięte będą nie tylko dowództwa wysokiego i średniego szczebla, ale też załogi pojedynczych wozów. I tak dochodzimy do sedna. Co zrobi z otrzymanym z F-35 pakietem danych dowódca 50-letniego wówczas czołgu T-72? Albo niewiele młodszego bewupa. Pierwszy z pojazdów ma wysłużoną i kiepską armatę, drugi nieprzydatne dziś działko i system rakietowy z lat 60 XX wieku. A zatem bez zapewniania właściwego środowiska, będziemy w stanie wykorzystać zaledwie kilkanaście procent potencjału efów trzydziestych piątych. Kupując je, stwarzamy poważne zagrożenie, że na zmianę tego środowiska stać nas nie będzie. I tak błędne koło się zamyka…

—–

Fot. John Nimmo, USAF, domena publiczna

Rocznice

8 listopada 2006 roku do Polski przyleciały pierwsze dwa samoloty myśliwskie F-16, zakupione trzy lata wcześniej w USA. Już nad terytorium Polski parę „efów” szesnastych przywitały trzy MiG-29 z eskadry z Mińska Mazowieckiego. Radzieckie maszyny spotkały się z amerykańskimi, symbolicznie zwiastując nową erę w Polskich Siłach Powietrznych.

Przez następne miesiące do kraju docierały kolejne maszyny – dziś nasze lotnictwo ma ich w sumie 48, rozdzielonych między trzy eskadry. Nazywane „Jastrzębiami”, chronią polskiego nieba, biorą udział w zagranicznych ćwiczeniach (nawet tak odległych jak na Alasce) oraz w operacjach sojuszniczych. Te ostatnie to zarówno cykliczne dyżury w krajach NATO pozbawionych lotnictwa, jak i misje bojowe w ramach koalicji antyterrorystycznej w Iraku.

„Efy” to przysłowiowa pięść polskiego lotnictwa. Nowoczesne, z pełną gamą uzbrojenia (pośród nich znajdują się pociski dalekiego zasięgu Jassm), stanowią realne narzędzie odstraszania…

Zdjęcia pochodzą z albumu pt.: „Sięgając nieba”, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Warbook z okazji 100-lecia Polskich Sił Powietrznych. Ich autorem jest Bartek Bera.

 

Inwazja

Jest październik 2019 roku. Rosja koncentruje duże siły w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi. Moskwa twierdzi, że to ćwiczenia, ale z informacji polskich służb wynika, że manewry są jedynie przykrywką do rozpoczęcia inwazji na Rzeczpospolitą i kraje nadbałtyckie. Czy wyniszczone czystkami i niedoposażone Wojsko Polskie będzie w stanie stawić skuteczny opór? Zdaniem generałów Mieczysława Gocuła, byłego szefa Sztabu Generalnego WP, Mirosława Różańskiego, byłego dowódcy generalnego oraz Waldemara Skrzypczaka, dawnego dowódcy Wojsk Lądowych – autorów okładkowych recenzji „(Dez)informacji” – prawdopodobieństwo poniższego scenariusza jest bardzo wysokie…

[Fragment powieści]

Sześć godzin po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana przestała istnieć jako zorganizowany i zdolny do obrony związek taktyczny. Intensywność ataku była tak wielka, że straty – w zależności od brygady – sięgały od 40 do 50 procent stanu osobowego. W sprzęcie zaś były jeszcze wyższe.

„Trudno to nazwać walką…” – generał Radosław Sawicki, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, miał ponurą minę. Na pozycje broniącej Warmii i Mazur „szesnastki” Rosjanie zrzucili masę stali, używając rakiet, samolotów i artylerii. Intensywności tej „obróbki” nie dało się porównać z niczym znanym z prowadzonych na przestrzeni ostatnich lat wojen. W efekcie polskie oddziały rozpierzchły się – tylko nieliczne były w stanie podjąć obronę. Tam, gdzie dochodziło do starć, dawały o sobie znać wojskowy kunszt i siła woli Polaków. Rosyjskie czołgi i transportery płonęły, piechota ginęła. Lecz napór Rosjan, ich liczba i determinacja, stworzyły walec nie do zatrzymania. Armia rosyjska wkraczała właśnie do Elbląga, jej czołówki pancerne dotarły do przedmieść Olsztyna. Uderzający z obwodu kaliningradzkiego wróg zajął już Mrągowo, Mikołajki, Ełk.

Siły inwazyjne, które rozpoczęły atak z terenu Białorusi, wbiły się we flanki pozycji obronnych 16 Dywizji, a niżej – na wysokości Białegostoku – stanęły naprzeciw najdalej wysuniętym oddziałom 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej. Stolicę Podlasia poddano bez walki – nie licząc krótkiej wymiany ognia między rosyjskimi zwiadowcami a żołnierzami z podlaskiej brygady WOT. Skoncentrowane wcześniej między białoruskim Grodnem a Wołkowyskiem trzydywizyjne zgrupowanie parło na Warszawę, by oskrzydlić ją od północy. Oś natarcia była doskonale widoczna – biegła wzdłuż drogi ekspresowej E-8. „Dopiero co skończyliśmy modernizację tej trasy…” – gorzkie myśli zagościły w głowie Sawickiego. „Czteropasmówka posłuży teraz Ruskim do szybszego przemieszczania”.

– Nie tak to powinno wyglądać – szepnął.

Na drodze Rosjan – poza oddziałami osłonowymi wojsk operacyjnych – w Zambrowie stał batalion „terytorialsów”. Generał nie liczył na spektakularną obronę – wiedział, że nieprzyjaciel zatrzyma się dopiero na wysokości Ostrowi Mazowieckiej. Tam na rosyjskie czołgi czekały polskie Leopardy 2. Jeśli wcześniej nie zniszczy ich lotnictwo wroga, Sawicki zyska kilkanaście godzin. Kiedyś dowodził brygadą Leopardów, znał wysoką wartość tych niemieckich pojazdów. Mogły zniszczyć właściwie wszystko, czym dysponowali Rosjanie, lecz czy zdołają podjąć równorzędną walkę?

Maszyny były na wyposażeniu żołnierzy 1 Dywizji od niedawna – wcześniej Leopardy znajdowały się na stanie 14 Lubuskiej Dywizji Pancernej. Odwodowej, rozlokowanej przy granicy polsko-niemieckiej. Zmiana koncepcji rozmieszczenia polskich sił – przeforsowana przez Partię Sprawiedliwości – zakładała przesunięcie większego potencjału na wschód kraju. W jej ramach odtworzono 1 Dywizję, a należące do niej cztery bataliony pancerne wyposażono w czołgi dotąd stacjonujące na zachodzie. „Czternastka” – przez lata najsilniejszy związek taktyczny tego typu w Europie – dostała czołgi z wojskowego muzeum. Ta roszada, w efekcie której 250 Leopardów znalazło się w okolicach Warszawy, podzieliła środowisko mundurowych. Ale dziś rozmowy na ten temat były właściwie bezprzedmiotowe. Liczył się fakt, że najwcześniej przezbrojony z batalionów 1 Dywizji jeździł Leopardami już dwa lata – dość, by mówić o gotowości operacyjnej. Pozostałe trzy raptem kilka miesięcy.

Na domiar złego kończyła się amunicja wyprodukowana w Niemczech. Zapasów zaś nie odświeżono. Pancerniacy zmuszeni byli używać pocisków polskiej produkcji. Lepszych niż pierwotne partie – których egzemplarze potrafiły wybuchać w lufie – lecz nadal mniej skutecznych niż niemieckie oryginały. Taki był praktyczny wymiar obsesji polityków, by dostawy dla sił zbrojnych RP oprzeć na nieefektywnym rodzimym przemyśle obronnym.

A to nie było jedyne zmartwienie szefa sztabu. Rosyjskie ugrupowanie, skoncentrowane na wysokości białoruskiego Brześcia, też nie próżnowało. Nieprzyjacielskie dowództwo rozdzieliło je na dwie części. Siły operujące bardziej na północ wzięły z marszu Terespol, dwie godziny później Białą Podlaską, a teraz zmierzały w kierunku Siedlec. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni i znajomości planów nieprzyjaciela, by wiedzieć, że celem tej grupy było podejście pod polską stolicę od strony wschodnich i południowych dzielnic.

„Nie tak łatwo, skurwysyny” – pogroził w myślach Sawicki. W Siedlcach i okolicy czekały na Rosjan liczne oddziały 1 Dywizji, które – jak wynikało z raportów – mimo poważnych strat zachowały zdolność bojową. Generał pokładał nadzieję głównie w izraelskich przenośnych wyrzutniach rakietowych Spike. Polska miała ich ćwierć tysiąca, na tym odcinku około trzydziestu. W ostatnim półroczu kończyły się terminy przydatności niemal dwustu najstarszych rakiet – wojsko więc sporo strzelało. Teraz – Sawicki zatarł ręce – doświadczenie operatorów powinno przynieść odpowiedni skutek. Oczyma wyobraźni generał widział dziesiątki płonących rosyjskich czołgów.

Ta bitwa miała dopiero nadejść, inne starcia toczyły się już na drugiej osi natarcia zgrupowania brzeskiego armii rosyjskiej. Na przedmieściach Lublina krwawą jatkę czołówkom zmechanizowanym wroga sprawiały właśnie oddziały 6 Brygady Powietrznodesantowej. W polskich planach nie przewidywano obrony tego miasta – spieszonych spadochroniarzy użyto w działaniach opóźniających. „Czerwone berety” wywiązywały się z zadania znakomicie, ale było jasne, że niebawem będą musiały opuścić pozycje. Spadochroniarzy szkolono do walk w okrążeniu – mogliby zostać w Lublinie i wytrwać w nim jeszcze kilka dni – szkoda jednak było tracić w ten sposób jedną z najlepszych brygad Wojska Polskiego. W tym rejonie obronę zamierzano ustanowić na Wiśle, z silnymi punktami oporu w Dęblinie, Puławach, Kazimierzu Dolnym i Sandomierzu.

Rosjanie mogli tu utknąć na dłużej – pod warunkiem, że nie użyją swoich sił skoncentrowanych na Ukrainie.

Południowy front, póki co, nie został otwarty.

– Chociaż tyle… – westchnął Sawicki.

Właśnie mściła się na Polsce odkładana przez lata decyzja o zakupie systemu obrony przeciwrakietowej. Nie było czym zestrzeliwać rosyjskich rakiet, samoloty przeciwnika niemal bezkarnie hasały po polskim niebie. Obrona przeciwlotnicza istniała jedynie w zalążkowej formie, biało-czerwone lotnictwo już na początku otrzymało potężne uderzenie. Rosjanom udało się zniszczyć jeszcze na ziemi jedną trzecią samolotów F-16. Rakiety podobne do tych, które obróciły w perzynę bazę w Łasku, bez trudu raziły wiele innych najważniejszych instalacji obronnych Rzeczpospolitej. Wróg zaatakował między innymi wszystkie porty i stałe lotniska, fabrykę amunicji i zakłady remontowe. Zniszczył siedem z dwunastu baz materiałowych WP, liczne budynki dowództw oraz elementy wojskowego systemu łączności. I wciąż zadawał Polakom kolejne ciosy.

– Zambrów padł – ten komunikat prędzej czy później musiał wybrzmieć. Sawicki spojrzał na dowódcę WOT. Pająk zachowywał się jak ojciec na meczu szkolnej ligi, w którym drużyna syna właśnie dostawała solidne baty.

– A czego się spodziewałeś? Że twoi chłopcy zrobią tam Stalingrad? – zadrwił pod nosem szef sztabu. Mimo to było mu żal kolegi. Właściwie to żałował wszystkich, którzy w tych dniach nosili mundur Wojska Polskiego.

Omiótł wzrokiem Strategiczne Centrum Dowodzenia, pełne mężczyzn i kobiet ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Siedział przy długiej ławie, w wygodnym fotelu. Niczym w kinie miał poniżej kilka rzędów z podobnymi siedziskami, a na wprost gigantyczny ekran z mapą Polski i najbliższego sąsiedztwa. To był prawdziwy cud techniki, bodaj najnowocześniejsze urządzenie w Wojsku Polskim. Zawarte na nim dane odwzorowywały sytuację na teatrze działań wojennych niemalże w czasie rzeczywistym. Aktualizowano je w oparciu o meldunki spływające z poszczególnych dowództw – część z tych czynności odbywała się automatycznie, część za sprawą ludzi siedzących poniżej Sawickiego. On sam miał przed sobą komputer, na który otrzymywał wszystkie raporty – te ważniejsze anonsowali mu podwładni z niższych rzędów, dzwoniąc na telefon stojący przy klawiaturze.

Oprócz tego aparatu generał miał jeszcze do dyspozycji urządzenie do łączności niejawnej, za pomocą którego mógł się łączyć ze wszystkimi abonentami sieci. Jedna z linii zarezerwowana była dla zwierzchnika sił zbrojnych RP. Sawicki właśnie uświadomił sobie, że niebawem będzie musiał jej użyć.

Sytuacja, w jakiej znalazła się Rzeczpospolita, była dramatyczna.

Orlik

Dziś nietypowo – udostępniam łamy komu innemu. Autorem poniższego materiału – a przede wszystkim świetnej galerii – jest Bartek Bera, najlepszy fotograf lotniczy w Polsce.

—–

Polskie F-16 po raz pierwszy dołączą do misji Baltic Air Policing, prowadzonej od 2004 roku przez państwa NATO i mającej na celu zapewnienie bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii.

Kraje bałtyckie korzystają ze wsparcia sojuszników, ponieważ same nie posiadają lotnictwa myśliwskiego. W związku z tym nie mogą wystawić standardowego w Sojuszu dyżuru QRA (ang. Quick Reaction Alert), pozwalającego przechwycić statki powietrzne naruszające przestrzeń powietrzną lub poruszające się w przestrzeni międzynarodowej wbrew zasadom jej użytkowania (chodzi przede wszystkim o maszyny poruszające się nad Morzem Bałtyckim z wyłączonym transponderem, koniecznym do identyfikacji, lub bez złożonego planu lotu).

To już siódmy Orlik

Początkowo natowskie samoloty zabezpieczały misję z lotniska Szawle, znajdującej się w połowie drogi między Wilnem i Kłajpedą. Litwini, pełniący rolę tzw.: host nation, zabezpieczali pobyt kontyngentu sojusznika, stopniowo rozbudowując infrastrukturę swojej głównej bazy (hangary, nawierzchnie dróg kołowania i pasa startowego, płyty postojowe, budynki socjalne, wieże i budynek wojskowego portu lotniczego). Z czasem, wraz ze wzrostem aktywności lotnictwa Federacji Rosyjskiej, misja została rozszerzona o drugą lokację – bazę Amari w pobliżu Tallina. Jednocześnie zwiększono liczbę kontyngentów z jednego do czterech (model ten funkcjonował w latach 2014-2015 – Szawle gościły dwa zespoły po cztery samoloty, Amari jeden, a czwarty operował z 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Malborku). Obecne podejście zakłada współpracę narodu wiodącego (leading nation – Szawle) z narodem wspierającym – (augmenting nation – Amari).

Polski Kontyngent Wojskowy Orlik 7, liczący około 100 osób personelu i 4 samoloty F-16C, wydzielony z 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu-Krzesinach, przejmie obowiązki 2 maja (wtedy nastąpi symboliczne przekazanie klucza do Państw Bałtyckich), od zespołu holenderskiego (zapewne jedna z ostatnich misji królewskich F-16, ustępujących miejsca F-35), który z kolei w styczniu zastąpił Francuzów i ich Mirage 2000. Partnerami Polaków będą Hiszpanie, którzy w Estonii wymienią Niemców wracających do kraju po 8 miesięcznej zmianie (załogi i personel rotowały się po czterech miesiącach). W hangarach Amari myśliwce Eurofighter wymienione zostaną przez F-18 Hornet.

Mity na temat rosyjskiej aktywności

Koordynowaniem dyżurów bojowych oraz zarządzaniem wylotami alarmowymi (Alpha Scramble) i treningowymi (Tango Scramble) zajmuje się centrum operacyjne CAOC (Combined Air Operation Centre) w niemieckim Uedem. To właśnie stamtąd napływa sygnał podrywający parę dyżurną, która następnie jest kierowana w stronę niezidentyfikowanej maszyny, znajdującej się w pobliżu terytorium NATO. Zwykle interwencje takie dotyczą rosyjskich maszyn lecących do lub z Obwodu Kaliningradzkiego. Bardzo często, mimo obowiązku składania planów lotu i poruszania się z włączonym transponderem, Rosjanie zasady te ignorują – co skutkuje koniecznością wizualnej identyfikacji przez uzbrojoną parę dyżurną. Para QRA zwykle towarzyszy maszynom rosyjskim do czasu opuszczenia rejonu odpowiedzialności, po czym wraca do jednej z baz BAP. Trzeba podkreślić, że obie strony nie demonstrują agresywnych zachowań – są to raczej swoistego rodzaju szachy w powietrzu, którym jednak daleko do otwartej konfrontacji. Wbrew prezentowanym często nieprawdziwym informacjom, Rosjanie praktycznie nigdy nie naruszają przestrzeni powietrznej Państw Bałtyckich (pojedyncze incydenty trwają kilka sekund i dotyczą głównie wysp estońskich).

Nieco gorętsze lato

Teoretycznie oczywiście może wystąpić konieczność zestrzelenia „intruza”, dlatego maszyny przenoszą rakiety powietrze-powietrze w różnych konfiguracjach – oczywiście po części jest to demonstracja siły i „pokazanie flagi” typu: „NATO jest obecne i gotowe”.

Ponieważ Polska po raz pierwszy wysyła swoje najnowocześniejsze samoloty na bałtycką misję (sześć poprzednich Orlików zabezpieczały MiGi-29), a jest to wersja F-16 nigdy wcześniej tam niewidziana – prawdopodobnie można się spodziewać wzrostu aktywności statków powietrznych z czerwoną gwiazdą. „Twarde” prowokacje, znane z pogranicza grecko-tureckiego, nie wchodzą w rachubę; będzie to raczej testowanie „nowości na bałtyckim rynku”.

Dla pilotów F-16 obowiązki związane z dyżurami będą takie same, jak w kraju, gdzie całodobowo jedna z czterech Baz Lotnictwa Taktycznego utrzymuje dwa samoloty w gotowości do startu na sygnał od centrum dowodzenia w Uedem. Nie zmienia to faktu, że lato może być dla nich nieco gorętsze niż zazwyczaj.

Misja Orlika 7 skończy się na początku września, gdy Polaków zluzują Amerykanie.

Bartek Bera

—–

Polskie F-16 przejmą obowiązki już 2 maja/fot. Bartek Bera

Ostrzeżenie?

Jeszcze kilka dni temu wiele wskazywało na to, że przywódcy Zachodu godzą się z faktem nieusuwalności Baszara Asada. Świadomość, iż jest on w ogromnej mierze odpowiedzialny za syryjską masakrę, zaczęła ustępować pragmatycznemu przekonaniu, że prezydent – wespół z Rosjanami – ma spore szanse na zażegnanie trwającej już sześć lat wojny. Brutalnie, bezkompromisowo, ale za to bez masowego narażania życia zachodnich żołnierzy.

Dlaczego więc dziś rano na jedną z syryjskich baz spadły amerykańskie rakiety? Czyżby Biały Dom wciąż uważał Asada za przeszkodę? Niekoniecznie. Wedle oficjalnej amerykańskiej narracji, zniszczenie lotniska w al-Shajrat było odwetem za użycie gazu bojowego wobec ludności cywilnej – którego dopuściło się lotnictwo Asada kilka dni temu. W tym ujęciu odwet to rodzaj ostrzeżenia, wyznaczenia „cienkiej czerwonej linii” („na to wam pozwalać nie będziemy”) – i niekoniecznie musi oznaczać dalsze amerykańskie działania, jeśli syryjski rząd zaakceptuje te reguły.

Niebezpieczna próżnia

A jeśli, jak chcą niektórzy, zniszczenie wojskowej infrastruktury w al-Shajrat to początek czegoś większego? Pamiętajmy o priorytetach amerykańskiej, czy szerzej, zachodniej polityki wobec Syrii. Wspieranie tak zwanej opozycji okazało się działaniem nieefektywnym, na dłuższą metę sprzyjającym radykalizacji tych ugrupowań. Dziś większość z nich to islamska bandyteska. Dlatego już od dawna wysiłek zachodniej koalicji obrócony jest przeciwko Państwu Islamskiemu. Sukcesy nalotów – którym towarzyszą działania sił specjalnych – są niepodważalne. Zwłaszcza w połączeniu z naziemną ofensywą w sąsiednim Iraku, gdzie oddziały tamtejszej armii są de facto dowodzone przez Amerykanów. Skumulowany efekt tych działań jest taki, że terytoria IS kurczą się w zastraszającym tempie. Wcześniej równie szybko rosły, wykorzystując słabość państwowych struktur czy to Iraku, czy Syrii. Amerykanie muszą zatem być ostrożni w atakach na Asada. Niszczenie jego sił może bowiem znów stworzyć niebezpieczną próżnię. Chyba że sami zamierzają ją wypełnić, wysyłając na miejsce wojska lądowe. Pojedynczy atak rakietowy nie daje jednak ku temu żadnych przesłanek.

Miejsce w szeregu

Fakt, iż do niego doszło, należy również rozpatrywać w kontekście stosunków amerykańsko-rosyjskich. Kreml już potępił zniszczenie syryjskiej bazy, nazywając ów akt „agresją wobec suwerennego państwa”. To oczywista narracja, ciekawsze jednak będą dalsze kroki Moskwy. Asad jest jej sojusznikiem, rosyjska armia wspiera wojska Damaszku zarówno w powietrzu, jak i na lądzie. Czy Putin odważy się zareagować inaczej niż tylko na poziomie dyplomatycznym? Do tej pory hasał w Syrii jak chciał, wykorzystując fakt, iż światowy żandarm udawał, że tego nie widzi. Rósł zatem w oczach Rosjan, rosła też jego pozycja na arenie międzynarodowej, gdzie – przynajmniej niektórzy – zaczęli go postrzegać jako tego, który może wreszcie zakończyć syryjską wojnę. Zakładając konfrontacyjny model polityki Trumpa wobec Rosji, atak na Syrię to pokazanie Władimirowi Putinowi, gdzie jest jego miejsce w szeregu.

Bomby z Polski

I na koniec wątek polski. Niektóre media już pytają, co ewentualna eskalacja działań w Syrii oznacza dla Wojska Polskiego? Pamiętajmy, że w regionie już operują nasze F-16 – póki co w misji rozpoznawczej. Jednak w MON od dawna rozpatruje się zmianę charakteru zaangażowania na bojowe. To pomysł stary, rozważany zanim jeszcze polskie myśliwce znalazły się na Bliskim Wschodzie – w czasach poprzednich rządów. Dziś jednak ma więcej zwolenników, a i okoliczności niejako wymuszają takie posunięcie. Amerykanie coraz bardziej krytycznie przyglądają się kuracji, jaką naszej armii funduje Antoni Macierewicz. Dają temu wyraz, jak na razie zakulisowo. Powrót Wojska Polskiego na ścieżkę wojenno-ekspedycyjną, to sposób na obłaskawienie Waszyngtonu. Wojsko protestować nie będzie – myśliwcy głodni są takich wyzwań (jako jedyna z elitarnych formacji WP, nie brali dotąd udziału w operacjach bojowych). Ale nawet ten scenariusz nie oznacza, że nasi piloci będą obrzucać bombami pozycje wojsk Asada. Obszar działania pozostanie ten sam i będzie się wiązał z dobijaniem Państwa Islamskiego.

—–

Niezależnie od intencji Amerykanów, jedna rzecz jest absolutnie pewna – syryjska wojna musi się jak najszybciej skończyć. Bo cierpią na niej przede wszystkim niewinni cywile…
Obóz dla uchodźców z Syrii, położony w północnym Libanie, luty 2016/fot. Marcin Ogdowski