Archiwa tagu: II wojna światowa

„Dunkierka”

Obejrzałem wczoraj „Dunkierkę”. A właściwie obejrzałem i wysłuchałem – bo warstwa dźwiękowa jest tam niezwykle istotna. I nie chodzi wcale o dobrą (a jakże, w końcu Zimmer to Zimmer), muzykę. Mam na myśli przede wszystkim dźwięk „spadających” z nieba Sztukasów. Tych odgłosów wojny nie poznałem i nie poznam. Uff, sztywnieje bowiem człowiek cały i nie trzeba mu wielkiej wyobraźni, by poczuć strach atakowanych w ten sposób ludzi.

Jest więc „Dunkierka” filmem „gęstym”, łatwym do wczuwania (się). I przez to dobrze wpisuje się w kontekst, jakim jest obecna sytuacja w Polsce.

Dlaczego?

Widzę po stronie protestujących takich, którym marzy się masowe policyjne pałowanie (bo rewolucyjny etos, bo to droga do załamania się „dobrej” zmiany), widzę stadionowe tituszki, pragnące „masakrować” antyrządowe demonstracje (bo adrenalina, upust frustracji, tchórzliwe de facto poczucie dominacji nad słabszym). Wiem, że są w PiS-ie ludzie, którzy z satysfakcją myślą o „zaoraniu hołoty” (bo „kanalie”, bo zemsta, bo zastraszenie to też narzędzie sprawowania władzy). To wszystko jest ni mniej, ni więcej, a pragnieniem wojny. Innej rzecz jasna niż ta, którą w filmie oglądamy na francuskiej plaży i na falach Kanału la Manche, ale wojny. Z jej bezwzględną dynamiką, która nieuchronnie doprowadzi do użycia broni palnej.

No więc obejrzyjcie sobie jeden z drugim „Dunkierkę” – poobcujcie ze strachem w sposób bezpieczny, w kinowym fotelu. Zobaczcie, co robi z ludźmi. Niektórych czyni bohaterami, ale wielu, zbyt wielu, łamie – cytując jedną z filmowych postaci – „możliwe, że do końca życia”…

—–

Kadr z „Dunkierki”/fot. materiały dystrybutora

Lojalność

Mężczyzna ze zdjęcia ma moje oczy, mój nos, moje usta, moje kości policzkowe. Można więc przyjąć, że tak wyglądałbym w mundurze, gdybym urodził się pod koniec XIX wieku.

To mój pradziad, żołnierz armii niemieckiej, zmobilizowany w czasie I wojny światowej, wysłany na front zachodni. Odznaczony Żelaznym Krzyżem, ciężko ranny, zdaje się, że nad Sommą. Mimo poważnych obrażeń nie wrócił do domu przed końcem walk. Aż do listopada 1918 roku służył w oddziałach pogrzebowych – zwoził trupy z bitewnych pól.

Wiele dekad później jego córka opowiadała mi zasłyszane od ojca historie. Jedna z nich utkwiła szczególnie w mojej pamięci. Pradziad powoził i czasem, spod sterty ciał rzuconych na wóz, dochodziły go ludzkie jęki – gdy wzięty za zabitego żołnierz nagle odzyskiwał przytomność. Zwalało się wtedy wszystkie trupy, by wyciągnąć jęczącego. Czasem w ten sposób ratowano stracone już, zdawałoby się, człowiecze istnienie.

Jeden z takich cudem ocalonych został pradziadowym przyjacielem – wiele, wiele lat później żegnał go na pogrzebie, dziękując za dar długiego życia. Spędzonego nie tak jak mój przodek, w Polsce, ale w Niemczech.

Gdy wybuchła kolejna wojna, syn pradziada, w ciągu niespełna roku, z wcielonego pod przymusem żołnierza armii niemieckiej, zmienił się w żołnierza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Dziś, gdyby nastał kolejny konflikt, ja założyłbym mundur Wojska Polskiego. Bo lojalność wobec bytów politycznych jest rzeczną umowną, zmienną – nikt nie rodzi się Niemcem czy Polakiem. Ostatecznie sam potwierdza swoją przynależność etniczną, gdy jest już dorosłym człowiekiem. Wszyscy za to – bez względu na paszportowe etykiety – mamy dość empatii, by w najbardziej skurwiałych okolicznościach wykrzesać z siebie ludzkie odruchy.

Ufam, że to one zwyciężą, że wezmą górę nad oszalałymi nacjonalizmami, które znów podnoszą łby. Nie bez powodu wyrażam tę nadzieję dziś, w 72. rocznicę zakończenia II wojny światowej, która dobitnie pokazała, czym jest wiara w wyjątkowość „własnego” narodu…

pradziad