Archiwa tagu: Iran

Dolary…

Wojna w Syrii trwa już dziewięć lat. al-Asad przetrwał najgorsze i dzięki wsparciu Iranu oraz Rosji – a pośrednio też zachodniej koalicji, której kampanii lotniczej przeciw Państwu Islamskiemu nie sposób przecenić – konsoliduje dziś władzę w zrujnowanym kraju. Jego oddziały usiłują właśnie przejąć kontrolę nad ostatnim dużym bastionem bojowników – prowincją i miastem Idlib. Zajęcie tego regionu pozwoli ogłosić zwycięskie zakończenie wojny.

I nie o samą wymowę propagandową tu chodzi. Syryjska gospodarka jest w fatalnej kondycji i na dłuższą metę pomóc jej może tylko poważny zastrzyk finansowy z zewnątrz, podany przy okazji odbudowy. A inwestorzy, wiadomo, nie wejdą do kraju, w którym toczy się wojna. Co więcej, syryjskiemu prezydentowi kończy się czas. Gwałtowne ożywienie na linii frontu wynika z tej właśnie presji, a jej powody mają ekonomiczny charakter.

Skarbiec świeci już pustkami

To banalne spostrzeżenie, lecz kluczowe dla zrozumienia sytuacji: wojna kosztuje. Przez lata al-Asad jakoś godził finansowanie operacji militarnej przeciwko opozycji, z koniecznością zapewnienia ludności cywilnej, zamieszkałej na terenach kontrolowanych przez rząd, minimalnych środków do życia. Kłody pod nogi rzucał Damaszkowi Zachód, poprzez kolejne sankcje. Pomocne dłonie wyciągnęły Teheran i Moskwa. Zwłaszcza Iran odegrał tu niebagatelną rolę, pomoc Rosji miała bowiem przede wszystkim militarny wymiar.

Sytuacja zmieniła się w 2019 roku za sprawa Donalda Trumpa. Ten już wcześniej zrezygnował z ugodowej polityki wobec Teheranu, prowadzonej przez administrację Baracka Obamy. W minionym roku zagrał „na ostro” (w co uwikłała się i Polska, organizując konferencję bliskowschodnią pod dyktando Waszyngtonu). Przywrócone i kolejne sankcje mocno uderzyły w gospodarkę Iranu, który w efekcie musiał ograniczyć zaangażowanie w Syrii. Skutki takiego stanu rzeczy doskonale widać na syryjskim czarnym rynku. Przed wybuchem wojny jeden dolar wart był 45 miejscowych funtów. W latach 2011-2019 syryjska waluta, choć znacznie osłabiona, trzymała stabilny poziom – za jednego dolara należało płacić nieco ponad 500 funtów. Od kilkunastu tygodni jest to już 1200 funtów.

– Syria jak powietrza potrzebuje ropy, bo roponośne tereny tego kraju wciąż kontrolują Amerykanie – tłumaczy dr Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, które od lat pomaga ofiarom syryjskiego konfliktu. – No i żywności, przede wszystkim zboża i fasoli, bo na „luksusowe” jedzenie stać w tym kraju nielicznych. Odkąd Teheranowi trudniej dotować Damaszek, syryjski rząd musi coraz częściej wybierać: czy nieliczne już rezerwy walutowe przeznaczyć na finansowanie importu żywności, czy na wysiłek wojenny?

Prawdziwy run na banki

Już kilka miesięcy temu al-Asad – świadom nadchodzącego krachu – sięgnął do najgłębszych rezerw. Czyli do kieszeni uprzywilejowanych członków reżimu, biznesmenów, których majątki na wojnie jeszcze bardziej się powiększyły. Prezydent – pod hasłem kampanii antykorupcyjnej – zażądał od nich daniny na podtrzymanie działań zbrojnych i wykarmienie mieszkańców kraju. al-Asadowi się nie odmawia – przynajmniej nie wprost. I tak w spiralę gospodarczych kłopotów wkręcono sąsiedni Liban.

W połowie października ubr. w Bejrucie wybuchły antyrządowe protesty, w wyniku których Liban ma od kilku dni nowy rząd. Najważniejszym zadaniem świeżo powołanego gabinetu jest uchronienie kraju przed bankructwem. Czy technokraci podołają wyzwaniu? – na to pytanie nie ma dziś jednoznacznej odpowiedzi. Oligarchiczny charakter własności kluczowych sektorów gospodarki, gigantyczna korupcja oraz niechęć wobec poddania się nadzorowi międzynarodowych instytucji finansowych – oto czynniki, które nie wróżą najlepiej wyłonionym pod presją ulicy reformatorom. Co gorsza, brakuje też amerykańskich dolarów, bez których Bejrut nie ma czym płacić za dostawy ropy. Cierpi nie tylko ekonomia, cierpią też zwykli ludzie, libański system energetyczny jest bowiem oparty o spalanie pochodnych „czarnego złota”.

Gdzie podziały się dolary? Cofnijmy się w czasie do polecenia al-Asada, który nakazał biznesmenom „dobrowolne” wpłaty do budżetu. Jego efektem był prawdziwy run syryjskich oligarchów na bejruckie banki – biznesmeni w panice przelewali oszczędności do innych, bezpiecznych krajów. Jak to możliwe? Waluty Syrii i Libanu są wzajemnie wymienne, Syryjczycy zaś od dawna trzymają oszczędności u sąsiadów. Depozyty w funtach syryjskich wymieniono na uniwersalny środek płatniczy, w ciągu kilkunastu dni ogołacając libański system bankowy z czterech miliardów dolarów. Na domiar złego gwałtownie umniejszona podaż twardej waluty nie pozostała bez wpływu na reakcje Libańczyków. To oni wypłacili kolejne dwa miliardy dolarów, woląc trzymać je u siebie niż w bankach. Byśmy dobrze zrozumieli skalę zjawiska – sześć miliardów „zielonych” stanowi ponad 10 proc. PKB Libanu. Przenosząc ów odsetek na realia Polski – to tak, jakby z naszych banków wypłynęło 60 miliardów dolarów w żywej gotówce (240 mld zł!).

„Nie” dla mandatu ONZ

Kampania antykorupcyjna al-Asada zakończyła się więc spektakularnym ciosem dla syryjskiej gospodarki, która straciła dostęp do libańskiego rezerwuaru twardej waluty. Sytuacja jest dla reżimu o tyle trudna, że syryjski prezydent wciąż pozostaje politycznym pariasem, a kontakty z nim niosą ryzyko narażenia się Stanom Zjednoczonym. Tymczasem Waszyngton wprowadził niedawno tak zwaną Ustawę Cezara, która daje prezydentowi USA możliwość nałożenia dodatkowych sankcji na podmioty prowadzące interesy z rządem Syrii oraz jego agencjami wojskowymi i wywiadowczymi. Ile firm czy rządów zdecyduje się podjąć ryzyko? Pytanie ma rzecz jasna wymiar retoryczny.

Szczęśliwie dla al-Asada, wciąż sprzyja mu Rosja. A Moskwa posiada w tej grze pewne atuty. W styczniu 2020 roku na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych toczyły się negocjacje dotyczące możliwości przesyłania do Syrii pomocy humanitarnej. Dotychczasowe rezolucje ONZ dawały sposobność wykorzystania w tym celu czterech przejść granicznych (dwóch z Turcją i po jednym z Irakiem i Jordanią). Obowiązywały one przez dwanaście miesięcy i na początku kolejnego roku były ponownie uchwalane. W styczniu br. Rosja powiedziała „nie” dla odnowienia mandatu, by ostatecznie zgodzić się na rezolucję obowiązującą przez pół roku, obejmującą jedynie dwa przejścia (gwoli rzetelności, te najczęściej używane – z Turcją). Czy to oznacza, że w lipcu 2020 roku Syria zostanie bez pomocy międzynarodowych organizacji?

– Nie – mówi Wojciech Wilk. – Zmieni się sposób dystrybucji pomocy humanitarnej, która będzie musiała iść przez Damaszek. W ten sposób kontrolę nad nią przejmie syryjski rząd, który zmusi organizacje humanitarne do wymiany twardej waluty na miejscowe funty. Oficjalny kurs dolara wynosi w tej chwili jeden do czterystu trzydziestu. Istnieje jeszcze coś takiego, jak kurs preferencyjny, gdzie za dolara płaci się siedemset osiemdziesiąt funtów. No i czarnorynkowy, w którym dolar wart jest tysiąc dwieście funtów. Niezależnie od tego, który z nich zostanie zastosowany, i biorąc pod uwagę skalę pomocy, syryjski bank centralny pozyska na tej operacji kilkaset milionów dolarów w skali roku. Prezydent al-Asad będzie miał za co kupować niedostępne w Syrii produkty – w tym większym zakresie, im szybciej zniknie potrzeba finansowania działań zbrojnych.

Jeśli pęknie turecki mur…

I tu dochodzimy do momentu, w którym plany al-Asada wchodzą w kolizję z interesami Turcji. Aby to wyjaśnić, trzeba najpierw przybliżyć najnowszą historię prowincji i miasta Idlib. Przed wojną te tereny zamieszkiwało półtora miliona ludzi, dziś jest ich dwa razy więcej. Wzrost populacji to efekt działań wojennych i celowej polityki syryjskich władz. Gdy rządowa armia rozbijała kolejne ogniska oporu, al-Asad zgadzał się na tworzenie korytarzy humanitarnych z kapitulujących miast. Tymi drogami, z których większość wiodła właśnie do Idlibu, obok ludności cywilnej wychodzili też pokonani bojownicy, ich rodziny oraz zwolennicy. W efekcie prowincja w ogromnym stopniu nasyciła się przedstawicielami często skrajnie ekstremistycznych ugrupowań, w tym syryjskiej al-Kaidy. Ci ludzie mają teraz przed sobą armię al-Asada, a za sobą granicę z Turcją. Jeśli przegrają, zrobią wszystko, by pokonać wysoki graniczny mur – inaczej czeka ich śmierć z rąk asadowców.

Lecz Turcja – co zrozumiałe – wcale nie zamierza takich uchodźców przyjmować. Wspiera więc ekstremistów w walce z rządową armią syryjską, licząc na to, że wymęczony Damaszek odpuści. I że enklawa w Idlibie przetrwa. Patrząc z boku, mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją – Ankara wspiera terrorystów walczących z sojusznikiem Moskwy. A przecież Turcja i Rosja w ostatnich latach mocno się do siebie zbliżyły. Oficjalnie głowy obu państw deklarują dalszą przyjaźń, Rosjanie zaś dają do zrozumienia, że nie są w stanie w pełni kontrolować al-Asada.

Tymczasem sytuacja humanitarna w Idlibie jest dramatyczna. Dla Europy, w tym Polski, może to oznaczać początek poważnych kłopotów. Bo jeśli turecki mur pęknie pod naporem zdesperowanych ludzi, Ankara zrobi wszystko, by pozbyć się idlibskich uchodźców ze swego terytorium. Zapewniając szybki tranzyt bogu ducha winnych cywilów na europejskie plaże, wypchnie pośród nich tysiące dżihadystów.

Czy z tej sytuacji jest jakieś wyjście? Drogę wskazuje Wojciech Wilk.

– Należy jak najszybciej pomóc zbudować bezpieczne schronienia dla uciekinierów – o ile to możliwe, nadal na terytorium Syrii – mówi prezes PCPM.

—–

Nz. Jeden z obozów dla syryjskich uchodźców tuż przy libańsko-syryjskiej granicy, grudzień 2019/fot. Marcin Ogdowski

Asymetria

Komentując na Facebooku zabójstwo Sulejmaniego napisałem, że teraz Irańczycy na dobre rozkręcą asymetryczny konflikt ze Stanami Zjednoczonymi. Nie zmienia to faktu, że hybrydowa wojna na linii Teheran-Waszyngton trwa już od dawna. Zabity generał był jednym z jej dowódców, bodaj najistotniejszym po stronie Iranu. I dlatego zginął.

Jego śmierć dowodzi, że i Amerykanie sięgają po środki asymetryczne. W błędzie jest ten, kto oczyma wyobraźni widzi żołnierzy Trumpa szturmujących irańską stolicę. Albo roje samolotów z białymi gwiazdami obracających w pył wraże elementy perskiej infrastruktury. Na taką eskalację konfliktu nie stać ani Irańczyków, ani Amerykanów.

Szykujmy się na wojnę na zamachy. Jedni sięgną w niej po samochody pułapki, inni po drony.

Owszem, trzeba sporych nakładów finansowych na utrzymanie flotylli bezzałogowców, zdolnych operować na gigantycznych dystansach. Stany Zjednoczone są tu absolutnym hegemonem, zostawiającym daleko w tyle armie Chin, Rosji, europejskich potęg czy Izraela. Ale to i tak broń relatywnie tania, gdy porównujemy ją z konwencjonalnymi typami uzbrojenia i rodzajami prowadzenia działań zbrojnych. Wyobraźmy sobie, ile kosztowałoby posłanie grupy komandosów, którzy na obcym terenie mieliby zabić jednego z dowódców przeciwnika. Ileż zachodu wymagałoby wsparcie logistyczne takiej akcji. I jaki byłby – to kwestia nie do przecenienia – negatywny efekt społeczny, gdyby któryś z operatorów zginął i/bądź operacja poniosłaby klęskę. W takim ujęciu dron „nie kosztuje nic”. Jest tanią bronią dla bogatych.

Tak jak tanią bronią dla biednych są auta-pułapki, zamachowcy-samobójcy czy przenośne wyrzutnie rakietowe.

Tak będzie wyglądała ta hybrydowa wojna – asymetryczna w swojej asymetrii.

A teraz sięgnijmy na moment do przeszłości. Na Adolfa Hitlera zasadzano się wielokrotnie. Miażdżąca większość zamachów była efektem spisku samych Niemców – w tym dwa najpoważniejsze, przeprowadzone przez Georga Elsera i Clausa von Stauffenberga. Alianci, zwłaszcza ci zachodni, mieli pewne pomysły w tej materii, zwyciężyło jednak przekonanie, że fuhrera ruszać nie warto. Jednym z argumentów był lęk, że świat uzna skrytobójstwo za działanie nikczemne, niegodne „uczciwie grającego” przeciwnika.

Te etyczne opory wydają się dziś absurdalne, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że po ostatniej spektakularnej próbie zabicia Hitlera – w Wilczym Szańcu – III Rzesza weszła w fazę „po nas tylko potop”. W efekcie, choć wynik wojny był już przesądzony, zginęło dodatkowych kilkanaście milionów więźniów, jeńców, cywilów i żołnierzy.

Przywódców nie zabijano także później. Nawet w najgorętszych okresach zimnej wojny radzieccy liderzy bardziej obawiali się pałacowych przewrotów, a amerykańscy własnych, prawicowych oszołomów, niż tego, że Waszyngton czy Moskwa wyśle swoje komanda śmierci. Przy czym bezkarne pozostawały nie tylko głowy państw, ale też rzesze ich najbliższych współpracowników.

W tym ujęciu Amerykanie interesują nas bardziej, zauważmy zatem, że ani Kim Ir Sen – odpowiedzialny za śmierć 90 tys. żołnierzy US Army – ani Ho Chi Minh – który walnie przyczynił się do śmierci 51 tys. amerykańskich wojskowych – nie odeszli na skutek działań CIA czy innej agencji USA. Włos z głowy nie spadł także ich współpracownikom.

Śmierć Sulejmaniego – wysokiego rangą członka irańskiego reżimu – jest tu więc pewnym przełomem. Ta w istocie terrorystyczna praktyka utwierdza USA na pozycji gracza asymetrycznego.

Tylko czy to naprawdę coś złego?

Wojenni podżegacze zwykle nie słyną z osobistej odwagi – w końcu to nie oni walczą, kto inny robi to za nich i w ich imieniu. Wspomniany Hitler funkcjonowanie całej swojej kancelarii – i nie tylko – podporządkował własnym lękom przed przedwczesną śmiercią (a i tak zginął jak tchórz, strzelając sobie w łeb, gdy oczywiste było, że nie ma już ratunku). Od kilku dni iluś tam gości („skurwysynów” – w znaczeniu, w jakim mówił o tym Harry Kissinger), którym marzył się lokalny czy regionalny „dym”, ma nie lada zagwozdkę. Oto Waszyngton posłał im czytelną wiadomość: jeśli zechcemy, dojadą was nasze drony.

Strach takich gnojków (przypominam, że Iran to kraj programowo dążący do zniszczenia innego państwa – w tym przypadku Izraela), winien nas cieszyć, nie martwić. Dlaczego? Bo dziś mają gęby pełne gróźb, ale na dłuższą metę spuszczą z tonu. Nie da się spędzić życia w podziemiu…

Konferencja

Na początku 2003 roku, kiedy w świat poszła informacja o tym, że Polska poprze działania zbrojne przeciwko Irakowi, Jacques Chirac – ówczesny prezydent Francji – nie przebierał w słowach. „Stracili dobrą okazję, aby siedzieć cicho” – skomentował, mając na myśli nas, Polaków.

Nad Wisłą odebrano to jako policzek, wręcz ingerencję w politykę zagraniczną Warszawy. Dominowało pośród nas przekonanie, że inwazja to jedyne rozwiązanie. Co więcej, gdy kilka tygodni później wyszło na jaw, że biorą w niej udział także nasi żołnierze, w kraju zapanowała nacjonalistyczno-imperialna euforia. „Flaga na maszt, Irak jest nasz!” – śpiewał Lech Janerka, drwiąc sobie nieco z tego wzmożenia. Jednak fakt, iż miało ono miejsce, czynił wypowiedź Chiraca jeszcze bardziej irytującą.

Rzecz w tym, że francuski polityk miał rację…

Płonne nadzieje

Poszliśmy na wojnę, której wybuch poprzedziła zmasowana akcja dezinformacyjna amerykańskich służb specjalnych. Waszyngton stworzył kłamliwy pretekst do ataku, mamiąc nas dodatkowo wizją intratnych kontraktów po zakończeniu działań zbrojnych.

Wysłaliśmy do akcji GROM, potem znacznie większe siły stabilizacyjne. Polacy ginęli, odnosili rany, Irak – już po „wyzwoleniu” – stał się areną koszmarnie brutalnej wojny domowej.

W międzyczasie z wieluset milionowego kontraktu zbrojeniowego z nowymi władzami w Bagdadzie Amerykanie wyeliminowali polski Bumar. Szybko stało się jasne, że na irackiej awanturze nie zarobimy. Nadzieje, że wykorzystamy know-how pozyskany jeszcze w latach 70 i 80. – kiedy wiele polskich firm działało w Iraku – okazały się płonne. Ucierpiał przy tym wizerunek Polski pośród części krajów arabskich – stygmatu okupanta nie zmazaliśmy właściwie do dziś.

Przedziwne mediacje

Minęło kilkanaście lat i znów weszliśmy do tej samej rzeki. Na szczęście nie „na bojowo”, nie w tak angażującym materialnie zakresie – ale jednak. Mam na myśli zaczynającą się dziś konferencję bliskowschodnią w Warszawie.

Miast zachować korzystną dla naszych relacji z Iranem neutralność, w sposób zdecydowany opowiedzieliśmy się po jednej ze stron. Bo nie, warszawska konferencja nie jest próbą mediacji – do czego przekonują nas rodzimi politycy. Stałaby się nią, gdyby to Polska była jedynym organizatorem. Tymczasem współorganizatorem wydarzenia są Stany Zjednoczone – geograficznie odległe od przedmiotowego regionu, lecz politycznie, ekonomicznie i wojskowo głęboko weń zaangażowane. A od kiedy to mediacji podejmuje się strona konfliktu?

Warunek niezależnego mediatora to nie wszystko – obowiązkiem tego ostatniego jest zabiegać, by do stołu zasiedli wszyscy zainteresowani. Tak naprawdę irańska odmowa winna zamknąć sprawę, skłonić polski MSZ do przyznania, że inicjatywa pojednania już na wstępie się nie udała. Mamy zaś, co mamy – rozmowy o pokoju na Bliskim Wschodzie bez udziału jednego z głównych graczy, postrzeganego przez pozostałych uczestników jako źródło problemów.

Wróg naszego wroga naszym…

Co rzuca światło na rzeczywiste intencje, stojące za zorganizowaniem konferencji. Otóż wszystko wskazuje na to, że ma być ona pretekstem do kolejnej prezentacji amerykańsko-izraelskiej wizji stosunków bliskowschodnich. Gdzie problemem nie jest imperializm rządu USA i bezkompromisowe nastawienie władz Izraela, a próba zwiększenia swoich wpływów przez Iran.

Bym nie został źle zrozumiany – nie recenzuję tu żadnej z tych polityk (a pytany o własne zdanie odpowiem, że bliżej mi do racji Tel-Awiwu niż Teheranu). Wskazuję tylko na zabieg, który ma utwierdzić opinię publiczną w konkretnej narracji.

Tylko po co nam, Polakom, „bawić się w te klocki”?

Waszyngton narzucił Warszawie pomysł konferencji. Uczynił to w sposób skandaliczny, sprowadzając Polskę do roli usłużnego podwykonawcy. Nasi politycy przełknęli zniewagę, licząc na amerykańską wdzięczność. Znów górę wziął klientelizm.

Nie bez znaczenia jest również przekonanie, o którym publicznie nie powie żaden z rodzimych polityków władzy. Proizraelski wydźwięk konferencji pozwoli na symboliczne zakończenie dyplomatycznego sporu na linii Tel-Awiw – Warszawa, wywołanego idiotyczną nowelizacją ustawy o IPN.

A że koniec końców kolejny wróg naszego przyjaciela zostanie i naszym wrogiem? Cóż, tak się kończy, gdy „tracimy dobre okazje, aby siedzieć cicho”…

—–

Nz. Polscy żołnierze w Iraku, jesień 2005/fot. Marcin Ogdowski