Archiwa tagu: ISAF

Marcin

Osiem lat temu brałem udział w patrolu, w którym zginął mój imiennik. Rok temu napisałem o plutonowym Porębie reportaż, który został zamieszczony w książce „W naszej pamięci. Irak-Afganistan 2003-2014”. Publikuję go dziś na blogu – w kolejną rocznicę śmierci Marcina.

—–

Plutonowy Marcin Poręba, żołnierz V zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Dowódca sekcji rozminowania w bazie Giro. Służbę wojskową rozpoczął w 1997 roku, w kraju służył w 5 Pułku Inżynieryjnym w Szczecinie. Poległ 4 września 2009 roku, miał 32 lata. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Decyzją ministra obrony narodowej Bogdana Klicha awansowany na stopień sierżanta. Wyróżniony wpisaniem zasług do „Księgi Honorowej Wojska Polskiego”.

*          *          *

Marcin Poręba pochodził ze Szczecyna, niewielkiej miejscowości w województwie lubelskim. Miał trzy siostry i dwóch młodszych od siebie braci.

– To był wesoły dom – Zofia Poręba uśmiecha się serdecznie.

– A sam Marcin był wesołym dzieckiem? – dopytuję.

– Pewnie! – matka poległego nie ma wątpliwości. – I takim wciąż zajętym. Najpierw podwórko, później harcerstwo i ochotnicza straż pożarna. Ciągle chodził na zbiórki i gdzieś wyjeżdżał. A potem przynosił nowe dyplomy i wyróżnienia. Oj, jakie one były dla niego ważne…

Młody Poręba udzielał się także artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie.

– Służył już, a mimo to przyjeżdżał i brał udział w przedstawieniach – opowiada pani Zofia. – Na przykład w Herodach, w których zwykle grał rolę diabła.

*          *          *

Przygoda z wojskiem zaczęła się dla Poręby od służby zasadniczej.

– Najpierw trafił do szkółki do Koszalina, na trzy miesiące – wspomina Zofia Poręba. – Mówił, że jest ciężko, ale chwalił sobie warunki. Aż przenieśli go do Szczecina… Wiem pan, Marcin to był taki trochę delikatny chłopak. Zaczął narzekać na jedzenie, że byle jakie. „Ja, mamo, to bym w wojsku nie chciał być dłużej niż trzeba” – mówił.

Niebawem jednak zmienił zdanie. Został w szczecińskiej jednostce przeciwlotniczej na służbę nadterminową, a w 2001 roku przeniósł się do tamtejszego pułku saperów. Latem 2003 roku wyjechał na pierwszą zmianę polskiego kontyngentu do Iraku.

Wcześniej ożenił się z Anną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

*          *          *

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – twierdzi chorąży Jarosław Kościelak, przyjaciel poległego. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w swoje rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest kawał drogi, jakieś siedemset kilometrów. Ale on w każdej chwili gotów był wracać.

– Mój ojciec był akowcem, więc Marcin miał się na kim wzorować – mówi Zofia Poręba. – Z kijem na ramieniu maszerował już jako trzy-czterolatek. Wciąż widzę go z tym kijem – drobnego blondaska, powtarzającego w równym rytmie „chojsko”, „chojsko”, „chojsko”.

– Chciał jechać do Afganistanu? – pytam chorążego Kościelaka.

– Oczywiście – zapewnia podoficer. – Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

– Ucieszył się, że wyjazd wypadł na 2009 rok – mówi Zofia Poręba. – Że już zimą będzie w domu. Syn był religijnym człowiekiem i bardzo zależało mu na tym, by osobiście towarzyszyć Szymonowi w przygotowaniach do komunii wiosną następnego roku.

*          *          *

Poręba trafił najpierw na posterunek w Karabachu, a później do bazy Giro. Oba miejsca znajdowały się na terenach, w których bardzo aktywnie działały rebelianckie komanda. Sekcja Marcina odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, popularnych „ajdików”, podkładanych w miejscach przejazdu polskich pojazdów.

*          *          *

– Dla nas to też był trudny czas – przyznaje matka Marcina. – Ale po śmierci kapitana Ambrozińskiego (w lipcu 2009 roku – dop. MO), zaczęłam się martwić jeszcze bardziej. Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon, a on do mnie: „mamo, ale pamiętajcie ogrodzić moją działkę”.

– Miał własną działkę? – pytam.

– Tak, w naszej wsi. Kupił trochę ziemi, jakieś zabudowania. Po wojsku chciał wrócić do Szczecyna. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to już teraz”. Jakby jakieś przeczucia miał – moja rozmówczyni wzdycha głośno. – Parę dni później zaczęliśmy z młodszym synem i synową huśtawkę robić. Mówiliśmy: „dla Marcina i Szymona”, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Książka, z której pochodzi reportaż, jest zbiorem sylwetek wszystkich poległych w Iraku i Afganistanie żołnierzy Wojska Polskiego. Wydano ją w zeszłym roku, nakładem Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej, z inicjatywy Centrum Weterana.
Książka, z której pochodzi reportaż, jest zbiorem sylwetek wszystkich poległych w Iraku i Afganistanie żołnierzy Wojska Polskiego. Wydano ją w zeszłym roku, nakładem Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej, z inicjatywy Centrum Weterana.

„Dudi”

Informacja o tym, że niebawem ukaże się „Dziennik dowódcy Rosomaka”, wzbudziła duże zainteresowanie Czytelników Warbooka – i mojego blogu. Co zrozumiałe, pojawiła się prośba o przybliżenie postaci Jacka. Proszę bardzo – oto fragment „Dziennika…”, tej jego części, napisanej przeze mnie, w której kreślę sylwetkę Dutkiewicza.

—–

Starszy kapral Jacek Dutkiewicz, żołnierz IX zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Dowódca załogi Rosomaka w Zgrupowaniu Bojowym „Alfa” w bazie Ghazni. Służbę wojskową rozpoczął w sierpniu 2008 roku, w kraju służył w 17 Wielkopolskiej Brygadzie Zmechanizowanej. Zmarł 19 maja 2015 roku, w wyniku urazów poniesionych podczas wypadku spadochronowego. Miał 33 lata.

*          *          *

Czarnków – nieduże, urokliwie rozłożone na kilku wzgórzach miasteczko w Wielkopolsce. To tu urodził się Jacek, to tu spotykam się z jego najbliższymi – matką, siostrą i siostrzenicą.

– Lubił Czarnków, zawsze z chęcią tu wracał – mówi Stanisława Dutkiewicz, matka Jacka. – Choć usposobienia był wędrowniczego… – Kobieta uśmiecha się serdecznie.

– Miał może pięć lat, byliśmy wtedy na wycieczce w Dziwnowie – do rozmowy włącza się Magdalena, starsza o siedem lat siostra. – Jacuś był z nami i nagle znikł. Zeszłyśmy całe miasto, już zaczęło się ciemno robić, a chłopaka nie ma. Idziemy więc na milicję, pełne najczarniejszych myśli, i oto jest nasza zguba. Cała i zdrowa.

– Co się okazało? – pytam.

– Że poszedł sobie za kimś, kogo uznał za znajomego, a gdy mu się znudziło, próbował wrócić na własną rękę. Zawsze był indywidualistą.

*          *          *

– Była między wami spora różnica wieku – stwierdzam. – Jaki był jako młodszy brat?

– Oj… – Magdalena macha ręką. – Mieliśmy takie charaktery, że żadne nie chciało odpuścić. Kłóciliśmy się więc często, aż futryny latały. A potem ja poszłam do szkoły z internatem, szybko się usamodzielniłam. Nie było już tylu okazji do spięć, a i Jacek dorastał. Gdy skończył osiemnaście lat, nasze relacje przybrały partnerski wymiar. Nie był już dzieciakiem, mądrze kombinował, no i założył firmę, w której pracowaliśmy razem.

– Osiemnastolatek założył firmę? – Nawet nie próbuję ukryć zaskoczenia.

– No tak, jeszcze w szkole średniej – odpowiada siostra Jacka. – On zajął się kwestiami technicznymi, ja papierami. Były wspólne tematy, była potrzeba, byśmy się dogadywali.

*          *          *

W CV Jacka, które ostatni raz zaktualizował tuż przed śmiercią, wśród danych o doświadczeniu zawodowym znalazł się i taki wpis:

„Od 2001 roku, do momentu rozpoczęcia służby w szeregach Wojska, przedsiębiorca telekomunikacyjny (…)”.

Firma „Netbase” zajmowała się dostarczaniem internetu oraz budową i obsługą stron WWW.

– Jak prosperowała? – dopytuję.

– Mam wrażenie, że Jacek się tym bawił, przynajmniej na początku – mówi Magda. – Chyba nie sądził, że to wszystko pójdzie tak daleko. Że zyskamy pozycję lokalnego lidera na rynku usług internetowych.

– Chciał to rozwijać? Miał plan, by po wojsku wrócić do tej działalności? – usiłuję ustalić.

– Nie wiem – przyznaje Magdalena Dutkiewicz. – Ale idąc do armii, firmy nie zamknął. Wydaje mi się, że przez wzgląd na mnie i mamę. Chciał, byśmy miały zajęcie i pracę.

„Netbase” istnieje do dziś, prowadzona przez siostrę i przyjaciół Jacka.

*          *          *

Ta ostatnia informacja skłania mnie do pytania o to, jaki był Jacek w relacjach towarzyskich.

– Nie otaczał się wianuszkiem niepotrzebnych ludzi – mówi jego siostra.

– Na piwo wyskoczył może trzy razy do roku – dodaje Stanisława Dutkiewicz. – Jak wracał, dzwonił wcześniej i prosił, bym wstawiała rosół – na twarzy kobiety pojawia się lekki uśmiech.

– On był trochę inny niż wszyscy – przekonuje siostra Dutkiewicza. – Miał swój własny świat i ciągle mało czasu. Tak naprawdę dopiero w wojsku stał się bardziej towarzyski.

– A dziewczyny? Miał jakąś? – pytam.

– Kiedyś wuja odbierał mnie ze szkoły z Poznania – do rozmowy włącza się Daria, córka Magdy. – Jedziemy samochodem i w pewnym momencie on mówi: „Słuchaj, czy twoim zdaniem jestem atrakcyjnym facetem?”. Myślę, że chodziła mu wtedy po głowie jakaś dziewczyna.

– „Ciekawe, mamo, czy i ja będę miał kiedyś dzieci?”, zastanawiał się w rozmowach ze mną – przyznaje pani Stanisława. – Ale nie, nie przedstawił mi żadnej dziewczyny. Bardzo lubił Baśkę, sanitariuszkę z wojska. Mówił o niej dobrze, tak ciepło. Baśka była na pogrzebie, ale nie podeszła do mnie. Nie miała tyle odwagi, rozmawiałyśmy dopiero później, przez telefon… – Najstarsza z kobiet wzdycha głośno.

*          *          *

Baśka to znajomość z armii, do której droga wiodła Jacka przez… odmowę pełnienia zasadniczej służby wojskowej.

– Powiedział, że nie pójdzie – wspomina Magda Dutkiewicz. – Bo nikt go nie będzie do niczego zmuszał i mówił mu, co ma w życiu robić. „Dudi”, jak na niego mówili, taki właśnie był. Miał mocno rozbudowane poczucie wolności i niezależności. Dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy w końcu w tym wojsku wylądował.

– Ale służby zasadniczej nie odbył? – upewniam się.

– Napisał odwołanie do WKU, które oni odrzucili – opowiada siostra „Dudiego”. – No to sprawa trafiła na wokandę, aż po naczelny sąd administracyjny. Jacek nie poddawał się i w końcu dopiął swego.

– Wyznaczono go do służby zastępczej – wyjaśnia Stanisława Dutkiewicz. – Trafił jako informatyk do urzędu miasta w Czarnkowie.

*          *          *

W 2008 roku zniesiono przymusowy pobór – wojsko stało się formacją zawodową.

– No i pewnego dnia przyszedł do biura Jacek i mówi, że on idzie do szkoły podoficerskiej – opowiada Magdalena Dutkiewicz.

– Tłumaczył jakoś, skąd ta zmiana w nastawieniu do armii? – usiłuję rozwikłać motywy „Dudiego”.

– On nigdy nie tłumaczył swoich decyzji. – Siostra Jacka wzdycha głośno. – Podejmował je i koniec. Ale myślę sobie, że to wojsko było mu potrzebne, by poczuł się jak facet, nie dzieciak. Tak to widzę.

– Szukał swojego miejsca – dodaje matka Dutkiewicza.

– Jako chłopiec nie bawił się żołnierzykami? – pytam.

– A gdzie tam. On nawet WF-u nie cierpiał – słyszę z ust pani Stanisławy.

– Zwiewał z zajęć sportowych. – Magda uśmiecha się szeroko. – Gdy kończył służbę zastępczą, był jak taki pulpecik. Dziewięćdziesiąt kilo ważył. Potem, znów bez żadnych wyjaśnień, zabrał się za swoją kondycję i w krótkim czasie zleciał do siedemdziesięciu kilo. Ludzie pytali mnie, czy mój brat ma raka – bo jakoś ostatnio zmarniał. A on już przygotowywał się do egzaminów wstępnych do szkoły podoficerskiej.

– Czyli wojsko to wymysł już dorosłego Jacka – konkluduję.

– No tak – potwierdza matka „Dudiego”. – Za młodu to tylko kable, przewody, CB, tego typu rzeczy. Elektronika. Po podstawówce nie zastanawiał się długo i zdał do technikum elektronicznego. U nas, w Czarnkowie.

– Powiedz, co robił przed technikum – Magdalena zwraca się do matki.

Patrzę z zaciekawieniem na starszą spośród kobiet.

– Przez trzy lata chodził do szkoły muzycznej – mówi pani Stanisława. – Ale nie skończył jej, bo nauczycielka dała mu czwórkę z gry na fortepianie. Co gorsza, kazała mu poprawić na piątkę, no i Jacek się zawziął. Powiedział, że więcej do szkoły muzycznej nie pójdzie. I nie poszedł…

– Dobrze grał na tym fortepianie? – i ja uśmiecham się serdecznie.

– Jakoś mu tam szło, w końcu pianino w domu miał. – Magda macha ręką z udanym lekceważeniem.

– Słuch miał perfekcyjny – zapewnia matka zmarłego. – Ale ruszał się… – Kobieta zawiesza głos. – Mówię mu kiedyś: „Jacek, masz dobry głos do śpiewania, słuch muzyczny, wyczucie rytmu, grasz; naucz się chłopie tańczyć. A on nic tylko łokciami jak kaczuszka. Od bioder w dół sztywny zupełnie.

*          *          *

W wojsku za to „Dudi” wolał być w ciągłym ruchu. W sierpniu 2009 roku ukończył Szkołę Podoficerską Wojsk Lądowych w Zegrzu (specjalność: łączność i informatyka – obsługa stacji zasilania i ładowania akumulatorów). Stamtąd trafił do 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej, do batalionu dowodzenia w Międzyrzeczu. Został dowódcą stacji zasilania i…

– Posadzili go za biurkiem, męczył się strasznie – mówi Magdalena. – Bardzo szybko zaczął kombinować, jak by tu się przenieść do innej jednostki.

W sukurs Dutkiewiczowi przyszły rozkazy z Dowództwa Operacyjnego – 17 WBZ została wyznaczona do misji w Afganistanie, a Jacek na kurs dowódcy załogi Rosomaka. Nowoczesny transporter opancerzony, w dodatku w wersji bojowej, spełniał oczekiwania kaprala. Ponad półroczna służba w Afganistanie – od kwietnia do października 2011 roku – tylko utwierdziła go w przekonaniu, że jego miejsce jest w jednostce liniowej. Złożył wniosek o przeniesienie i w listopadzie 2012 roku został dowódcą sekcji w drużynie wsparcia plutonu zmechanizowanego. Siedem miesięcy później dowództwo 17 WBZ wyznaczyło „Dudiego” na stanowisko dowódcy drużyny rozpoznawczej, w plutonie rozpoznawczym.

– No i to mu pasowało – mówi siostra Jacka. – Naprawdę stawał na rzęsach, by swoich chłopaków czegoś nauczyć. Sam załatwiał jakieś schroniska w górach, organizował marsze, letnie, zimowe. Biegał z nimi po lasach, brodził w rzekach – wszystko po godzinach. Ci żołnierze do dzisiaj mówią, że był dla nich wzorem.

„Dudi” się spełniał, ale nie był ślepo zapatrzony w wojsko; miał świadomość jego słabości i krytyczne nastawienie. W 2012 roku – w jednym z wysłanych do mnie maili – pisał:

„(…) Konieczne jest odejście od starokomunistycznego sposobu myślenia, w którym byli szweje i wielka kadra. W którym najlepiej sprawdzał się żołnierz głupi, czy nawet tępy, bo takim łatwo było manipulować. (…) Podstawą transformacji Wojska Polskiego musi być nie tylko zmiana sprzętu, wyposażenia żołnierzy (…). To ważne, ale przede wszystkim zmienić trzeba mentalność dowódców. A że ich mentalności zmienić się nie da, zostaje tylko jedno: zmiana dowódców”.

Zapowiedź

No to jest – okładka, oficjalna zapowiedź i data premiery. 27 września, nakładem wydawnictwa WarBook, ukaże się „Dziennik…” Jacka Dutkiewicza – który miałem zaszczyt zredagować.

O czym jest tak książka? Pisze o tym Wydawca:

„Wiosną 2011 roku w Afganistanie znalazła się 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana – elitarna formacja Wojska Polskiego. Nieźle wyszkolona i wyposażona, stanęła do walki z przeciwnikiem, którego najważniejszą bronią okazały się miny-pułapki, znajomość terenu i przychylność miejscowej ludności. Technika musiała odejść na dalszy plan, kluczową rolę odegrać miały cechy charakteru wysłanych na tę dziwną wojnę żołnierzy. Czy „Wielkopolanie” podołali? Bywało z tym różnie, o czym bez owijania w bawełnę pisze kapral Jacek Dutkiewicz. Jego dziennik to świadectwo uczestnika wydarzeń, świetnego żołnierza, obdarzonego przy tym zmysłem obserwacji i talentem literackim. Zredagowany już po śmierci autora, jest pozycją obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych historią wojskowości”.

Cała okładka:

Jacek Dutkiewicz, zdjęcie z archiwum autora dziennika, opr. graf. WarBook
Jacek Dutkiewicz, zdjęcie z archiwum autora dziennika, opr. graf. WarBook

Dziennik

Koniec lipca 2011 roku, w Afganistanie już od czterech miesięcy operuje IX zmiana Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Jej trzon stanowi 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana. Jedna z najlepszych w Wojsku Polskim.

Po całej serii starć i ataków przy użyciu min-pułapek, w komponencie bojowym kruszy się morale. Sypią się wnioski o wcześniejszą rotację do kraju. Tak tę sytuację wyjaśnia Jacek, dowódca jednego z Rosomaków:

Jak się ostatnio okazało, nie wszyscy żołnierze, którzy tu przyjechali, chcieli tu być. Przykład to starszy kapral, który zastąpił zrotowanego kilka tygodni temu naszego kolegę „Marszala”. Wysłany został, jak mówi, „na siłę”, chociaż jeszcze w kraju wyraźnie podkreślał i zgłaszał, gdzie tylko mógł, że jechać nie chce. Dlaczego więc pojechał? Dlatego, że pozytywnie przeszedł badania lekarskie.

Badania, które są wyrocznią wszystkiego możliwego. Badania, o które swego czasu też rozpętała się niezła wojenka. Każdy żołnierz, który chce lub który ma jechać na misję, przechodzi tzw. TWKL-kę (Terenową Wojskową Komisję Lekarską). To cykl badań wykonywanych u kilkunastu lekarzy specjalistów, kończący się okazaniem wszystkich wyników „szanownej komisji”. Komisja stwierdza, czy żołnierz może, czy nie może wyjechać za granicę.

To, co działo się w okresie od grudnia ubiegłego roku do momentu naszego wylotu, było ogromnym nieporozumieniem. Żołnierzy mocno zmotywowanych, takich, którzy chcieli lecieć, komisja często „uwalała”. Nie dlatego, że chcieli konieczne lecieć, lecz dlatego, że komisja za punkt honoru postawiła sobie mieć czyste sumienie i dopuszczać tylko kandydatów całkowicie zdrowych. No i „uwalali” ludzi, a to za wysoki poziom cholesterolu, a to za krzywy wykres EKG. W pierwszych miesiącach komisję pozytywnie przechodził zaledwie niewielki procent chętnych. Pamiętam dobrze, że większość jeżdżących ze mną na badania osób została za pierwszym razem odrzucona z wpisem „niezdolny”. Tak samo było z kolegą, z którym na co dzień mieszkam w wojskowym internacie. Podobnie byłoby i ze mną, kardiolog bowiem po wykonaniu EKG napisał na kwitku przerost czegośtam. Myślę, że gdyby nie wykonane prywatnie echo serca, i późniejsze przedstawienie wyniku tego badania szanownej komisji, też bym teraz siedział w Polsce.

Pod koniec przygotowań do misji, gdy okazało się, że odrzucono za wiele osób i są ogromne braki, nie wiem, po czyjej interwencji, lecz nagle komisję zaczęły przechodzić prawie wszyscy. Pchani w pośpiechu na siłę, byle tylko nasza 9. zmiana pojechała w komplecie. No i mamy teraz ludzi z przypadku (oczywiście nie wszystkich) (…). To oni chcą się rotować. A gdzie są dobrze wyszkoleni specjaliści, chętni to pokazania tego, co potrafią? Gdzie ta „Elitarna 17 Wielkopolska Brygada” (taki napis znalazłem kiedyś na wiszącym w sztabie kalendarzu)? Została w kraju. Z rzekomo wysokim cholesterolem.

Gorzkie? Owszem – i prawdziwe. Relacja Jacka to część dziennika, który prowadził przez całą IX zmianę. Obraz misji, jaki się w nim rysuje, odbiega od tego, co przez lata serwowały nam wojskowe służby prasowe. Ale nie tylko dlatego trudno się od tej lektury oderwać. Jackowy dziennik pokazuje nam Afganistan z perspektywy podoficera jednej z kompanii bojowych – trudno o lepszy dokument wojenno-misyjnej codzienności.

Dlaczego o tym wspominam?

Jacek – już po powrocie do kraju – zaproponował mi opracowanie swoich zapisków. Tuż po jego tragicznej śmierci z tą samą prośbą zwróciła się do mnie jego Mama. Dziś przyszedł czas zabrać się za to honorowe zobowiązanie.

Niebawem napiszę więcej o tym nowym, książkowym projekcie.

—–

Nz. kolumna wozów RCP, prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski. Zdjęcie pochodzi z albumu „Polski Afganistan”.

Szok

„Polska jest bezpieczna” – zapewniła premier Beata Szydło tuż po brukselskich atakach. Od kilku dni w mediach społecznościowych karierę robi grafika, z której wynika, że w ciągu ostatnich 15 lat do zamachów terrorystycznych doszło w całej Europie – za wyjątkiem Polski.

Czytam, słucham i trochę się boję – bo dobrze znam tę narrację. Wiem, że jest głupio-naiwna lub nieszczera. Że ma prowokacyjny charakter. I że niesie ze sobą poważne zagrożenie psychologiczne.

Drwina z „ostoi spokoju”

Najpierw trochę historii. „Nasi żołnierze są bezpieczni” – brzmiał standardowy komunikat MON, gdy do Polski docierały wieści o atakach na oddziały ISAF w Afganistanie. Informacji o zabitych Polakach nie sposób było ukryć, ale bardzo szybko zrezygnowano z komunikatów o rannych (poza najcięższymi przypadkami). Nie podawano danych na temat strat sojuszników, działających w „polskiej” strefie – niemałych amerykańskich i bardzo wysokich, afgańskich. „Nie nasz interes” – tłumaczono „wścibskim” dziennikarzom. W ten sposób tworzono obraz względnie bezpiecznej misji, na co przez lata nabierała się opinia publiczna. Ba, złudzeniu ulegli nawet żołnierze i cywilni pracownicy wojska, którym przyszło stacjonować w Afganistanie bez konieczności wykonywania zadań poza bazami.

Aż przyszedł „dzień sądu”. 28 sierpnia 2013 roku talibskie komando rozniosło mur największej, najlepiej chronionej polskiej bazy w Ghazni, dokonując serii samobójczych ataków.

Zostawmy na moment to wydarzenie. „Uważaj, co piszesz. Tu na miejscu walczymy z wioskowymi głupkami, ale wspierają ich inteligentni goście na całym świecie, na przykład dostarczając informacje wygrzebane w Internecie” – usłyszałem latem 2009 roku. Radziłem się wówczas znajomego w mundurze, na ile mogę sobie pozwolić pisząc, jako świadek, o okolicznościach ataku, w którym talibom po raz pierwszy udało się zabić Polaka w „niezniszczalnym” Rosomaku.

A teraz do sedna. Europa jest w stanie wojny – wojny z terroryzmem. A na wojnie nie ma bezpiecznych miejsc – są tylko względnie bezpieczne. I taką enklawą jest w tej chwili Polska. Tylko i aż. Lecz u licha, nie obnośmy się z tym – zwłaszcza w tonie sugerującym naszą większą mądrość („nie wpuściliśmy muzułmanów – mamy spokój”). Gardłowanie – wszem i wobec, w sieci, w prasie, na oficjalnych konferencjach – może nam napytać biedy, bo a nuż „tamci” – sprawnie poruszający się w świecie informacji – powiedzą „sprawdzam”. Islamiści lubią pogrywać z symbolami – znamienna w tym kontekście była ich zwiększona aktywność w Afganistanie (czy wcześniej w Iraku) w okolicach chrześcijańskich świąt. Czy w czasie wizyt polskich notabli. Niewykluczone więc, że zadrwią także z „ostoi pokoju”.

Drugorzędne śmierć i cierpienie

Jednak nie ta argumentacja jest najważniejsza. Historia z prezydencką oponą nie napawa optymizmem, rzuca poważny cień na jakość służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo naszego państwa. Pragmatyka funkcjonowania, oparta o filozofię „jakoś to będzie”, ma się nijak do „właściwego zabezpieczenia zdrowia i życia” – prawda?

Wróćmy teraz do wydarzeń z 28 sierpnia 2013 roku. Polakom udało się odeprzeć atak zamachowców-samobójców przy relatywnie niskich stratach własnych (dwóch zabitych oraz kilkudziesięciu rannych i poszkodowanych). Lecz to, co najważniejsze, wydarzyło się później. Świadomość, że baza przestała być azylem, spowodowała wysyp wniosków o przyśpieszoną rotację do kraju, składanych przez personel zabezpieczający misję. Szok, jakiego doznały nienawykłe do funkcjonowania w warunkach zagrożenia osoby, był dla kontyngentu poważnym problemem. Zaś w wymiarze taktyczny oznaczał sukces dżihadystów.

Nie czarujmy się – islamości uderzą i w Polsce; to tylko kwestia czasu. Bilans strat ludzkich i materialnych się nie zmieni (bądź zmieni się w niewielkim stopniu) czy będziemy utrzymywać mit „bezpiecznej przystani”, czy też nie. Ale trwanie w złudnym spokoju przełoży się na skalę naszego szoku. A, jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, śmierć i cierpienie nawet setek ofiar mają dla terrorystów znaczenie drugorzędne. W ich kalkulacjach liczy się właśnie ów szok i wywołana nim trauma. Im bardziej masowe, tym lepiej.

—–

Fot. Marcin Ogdowski