Archiwa tagu: ISIS

Arsal

Pod koniec ubiegłego roku Liban ponownie trafił na czołówki serwisów informacyjnych na całym świecie. Do Bejrutu – długo będącego areną krwawej wojny domowej – jak przed laty ściągnęły tłumy dziennikarzy. Szczęśliwie tym razem nie chodziło o wojnę, ale kontekst i tak wesoły nie był. I nadal nie jest, sytuacja bowiem nie uległa zmianie. Antyrządowe protesty mają zmienną dynamikę – raz słabną, raz wybuchają z dużą mocą. Strony generalnie unikają twardej konfrontacji, lecz nie zmienia to faktu, że Liban się chwieje. I że w całym tym zamieszaniu na dalszy plan schodzą problemy milionowej rzeszy syryjskich uchodźców, przerażonych widmem eskalacji konfliktu. „Znów będziemy musieli uciekać?” – zastanawia się wielu z nich.

Wymalowana flaga Państwa Islamskiego na budynku stojącym obok meczetu w Arsal/fot. Marcin Ogdowski
Wymalowana flaga Państwa Islamskiego na budynku stojącym obok meczetu w Arsal/fot. Marcin Ogdowski

1.

Okolice miasta Arsal to teren objęty reżimem stanu wyjątkowego. Widać to na rogatkach miasteczka, na których rozstawiono wojskowe punkty kontrolne. Żołnierze nie wykazują przesadnej wścibskości, czasem nawet machają ręką na nasze paszporty. Ale są – z hełmami, pełnym zapasem amunicji i M16 gotowymi do strzału. Bliskość granicy z Syrią to szansa dla „przedsiębiorczych inaczej” – szmuglerów deficytowych towarów, handlarzy ludźmi i narkotyków. Niejedna fortuna z libańskiego pogranicza wyrosła na tym gruncie. Lecz dla zwykłych ludzi – gdy wraz z wojną znikła zwyczajna transgraniczna wymiana – oraz dla uchodźców, sąsiedztwo Syrii to powód do niepokoju. Kilka lat temu bandyci z Państwa Islamskiego próbowali przejąć kontrolę nad Arsal.

– Wejście libańskiej armii w 2017 roku poprawiło sytuację – przyznaje Nanaf, „sołtys” jednego z syryjskich namiotowisk. – Trzy lata wcześniej całe nasze obozowisko spłonęło, podpalone przez nieznanych sprawców, którzy chcieli wywołać w okolicy jak największy chaos. Teraz to nie do pomyślenia.

Arsal udało się ocalić, lecz nie wszyscy „źli goście” zostali zabici lub uciekli z Libanu. Wciąż tu są – oni i ich lokalni zwolennicy. Spotykają się w jednym z meczetów na modły i dyskusje. Nawet jeśli coś knują, libańskie służby mają ich na oku. Tak przynajmniej twierdzą Arsalczycy. A może to tylko wyraz naiwnej wiary Libańczyków? Gdy Tony – miejscowy, który naszej dziennikarskiej ekipie służył za przewodnika i ochroniarza – dostał informację o kolejnej strzelaninie z udziałem wojska i bliżej nieokreślonych bandytów, kazał nam czym prędzej zwijać się z restauracji, do jakiej dopiero co weszliśmy. Obiad musiał poczekać…

Widok na Arsal, na pierwszym planie jedno z namiotowisk/fot. Marcin Ogdowski
Widok na Arsal, na pierwszym planie jedno z namiotowisk/fot. Marcin Ogdowski

2.

W Arsal i okolicy schronienie znalazło niemal 60 tysięcy uchodźców. W samym miasteczku mieszka około 10 tysięcy Libańczyków, w podległym mu administracyjnie regionie – cztery razy tyle. Uciekinierów z Syrii jest zatem więcej niż miejscowych. Ponad połowa Syryjczyków żyje w namiotach, reszta w wynajmowanych domach (na co pozwolić mogą sobie tylko nieliczni), w mieszkaniach, pokojach i pomieszczeniach gospodarczych.

Syria jest tuż-tuż, za pierwszą linią widocznych z miasta wzgórz; tak blisko i tak daleko zarazem.

– Wróciłbym choćby dziś – deklaruje Ibrahim, 37-latek, w Libanie przebywający od 2012 roku. – Uciekłem z rodziną, gdy spłonął nasz dom, ale to nie jest problem. Dom można przecież wyremontować, albo nawet postawić na nowo.

Pytam zatem, w czym rzecz i słyszę – nie pierwszy raz zresztą – że chodzi o przymusowy pobór. Wykupienie się z armii al-Asada kosztuje dziewięć tysięcy dolarów – kwotę dla większości uchodźców astronomiczną.

Muszę przyznać, że już wcześniej zastanawiałem się nad motywacjami ojców syryjskich rodzin, które uciekły do Libanu (i innych krajów). Zwykle prowadziło mnie to do wniosku, że mając kilkoro dzieci, poświęciłbym się bez wahania. Wrócił do Syrii, wstąpił do armii – skoro najbliższym stworzyłoby to możliwość bezpiecznego powrotu do domu. Aż któregoś razu Paweł – dziennikarz, który spędził na syryjskim froncie wiele miesięcy – uświadomił mi, czym jest tamtejsza rządowa armia. Maszynką do armatniego mięsa, która na skutek fatalnego wyszkolenia i dowodzenia wypluwa ludzkie ochłapy w zatrważającym tempie. Co więcej, jest to wojsko, które z bestialstwa uczyniło jedną z metod postępowania.

– Nie chcę zabijać kobiet i dzieci – mówi wprost Ibrahim.

Ja też bym nie chciał…

Nadia z wnuczką i córką/fot. Marcin Ogdowski
Nadia z wnuczką i córką/fot. Marcin Ogdowski

3.

– Kiedy słyszę „Syria”, chce mi się płakać – 69-letnia Nadia z trudem wstrzymuje łzy. – Mój dom jest właśnie tam, nie tu, w tym namiocie, w Libanie.

Jeden z jej sąsiadów przyznaje, że czasami przekracza libańsko-syryjską granicę, nielegalnie, by w pobliskich górach zobaczyć się z rodziną, która została w kraju. Dwu-trzygodzinne spotkania utwierdzają go w przekonaniu, że w Syrii żyje się jeszcze gorzej. Wojna weszła już co prawda w schyłkową fazę, ale konsolidacja władzy oraz czystki, jakich dokonuje al-Asad, wciąż skutkują masowymi cierpieniami ludności cywilnej. Zwłaszcza jednej z jej grup. Siepacze reżimu mają jasny rozkaz – zniechęcić sunnitów do powrotu do kraju. Wystarczy więc błahy czy wręcz absurdalny powód, by pod zarzutem współpracy z pokonaną opozycją trafić za kraty. Więzienia pełne są osób, które noszą na ciałach blizny po ranach. Syn jednej z moich rozmówczyń został ranny w początkach wojny. Przypadkiem, gdy opuścił schronienie, by poszukać paliwa do generatora. Odłamki moździerzowego granatu pokiereszowały mu plecy. Broni w dłoniach nie trzymał – ani wcześniej, ani później…

Dziś los tego mężczyzny – podobnie jak innych rzekomych bojowników – ma być przestrogą. I jest.

– Gdyby miał kogoś, kto pracuje dla reżimu, kto dałby rodzinie protekcję, wróciłbym – zapewnia „sołtys” Nanaf. – W innym przypadku to proszenie się o kłopoty, a nawet o śmierć.

- Pacjenci szpitala na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć - wspomina Abdel/fot. Marcin Ogdowski
– Pacjenci szpitala na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć – wspomina Abdel/fot. Marcin Ogdowski

4.

A mówimy o ludziach, którzy swoje już przeżyli.

Abdel, 60-latek z al-Kusajr, do Libanu trafił w czerwcu 2012 roku.

– Miasto zajęła Wolna Armia Syrii, oblegało je wojsko al-Asada – wspomina ostatnie tygodnie przed ucieczką. – Rządowi strzelali we wszystko, w co się dało. Strzelali snajperzy, strzelały wielkie działa. Wreszcie ktoś na górze się dogadał i wyznaczyli nam, cywilom, drogę, którą można się było ewakuować. Wyszedłem z żoną, trójką dzieci, wyszedł też dorosły syn z trzema córkami. Było nas w sumie dwadzieścia pięć tysięcy osób. I wtedy wojsko zaczęło strzelać. W kilka minut zginęło półtora tysiąca ludzi.

Po tym zdarzeniu rodzina Abdela szła bez dłuższej przerwy przez cztery dni. Część uciekinierów – nikt z bliskich 60-latka – zmarła z powodu braku wody.

– Wśród ewakuowanych byli pacjenci ze szpitala – opowiada mężczyzna. – Na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć.

– Płakaliśmy, gdy do nas dotarli, tak źle wyglądali – mówi Fatima, Libanka z Arsalu, mając na myśli pierwsze grupy uchodźców, które docierały do miasta.

– Libańska armia dała nam chleb na powitanie – wspomina Nadia.

Dla starszej kobiety ów gest miał dramatyczną wymowę. Kilka dni wcześniej jeden z jej synów odłączył się od grupy, by na pobliskim rumowisku poszukać czegoś do jedzenia. Eksplozja pocisku, który przyleciał nie wiadomo skąd, zabiła mężczyznę na miejscu. Dwie doby wcześniej urodziła mu się córka.

Siedmioletnia dziś dziewczynka nie może pamiętać tego, co działo się, gdy najbliżsi wędrowali z al-Kusajr do Libanu. Urodziła się jeszcze w Syrii, w obozie prowadzonym przez Czerwony Krzyż.

– Któregoś wieczoru przyszli do nas ludzie i ostrzegli, że musimy uciekać – relacjonuje Nadia. – Że wszyscy niechrześcijanie zostaną wkrótce zabici przez wojsko. Ruszyliśmy, unikając głównych dróg. Męczyłam się potwornie, bo po nieudanej operacji nóg, od dwudziestu lat chodzę o kulach.

– To wielki luksus zasypiać bez ostrzału na dobranoc – do rozmowy włącza się córka Nadii. – Budzić się bez ostrzału na dzień dobry – kobieta uśmiecha się lekko.

Nadia również wykrzywia usta.

– Mieliśmy sąsiadkę, która chowała się pod koc, przekonana, że da jej schronienie – nie kryje rozbawienia. A potem, w równie żartobliwym tonie, opowiada o popłochu, jaki w niej, i w sąsiadach, wywoływał dźwięk spadających bomb beczkowych.

Szybko jednak poważnieje.

– Armia Wolnej Syrii przekonywała nas, że wkrótce będzie dobrze. Tymczasem al-Asad wciąż tam jest. Tyle ofiar i wszystko na nic…

Schronienia muszą mieć tymczasowy charakter/fot. Marcin Ogdowski
Schronienia muszą mieć tymczasowy charakter/fot. Marcin Ogdowski

5.

Ta ofiara – poza śmiercią i ranami – ma też całkiem materialny wymiar. W Arsal i okolicy stanęło ponad sześć i pół tysiąca namiotów. Rodziny, które w nich mieszkają, potraciły w Syrii domy, mieszkania, ogrody, sady, żywy inwentarz i ruchomości. Większość żyje w prowizorycznych schronieniach już siódmy rok. Niczego solidniejszego postawić im nie wolno, bo obozowisko musi mieć charakter tymczasowy. Uchodźcy powinni wrócić do siebie – oczekuje libański rząd i stąd jego umiarkowanie empatyczna postawa.

Latem nie jest to aż tak problematyczne, ale zimą – zwłaszcza w nocy, gdy temperatura spada poniżej zera – w namiotach robi się paskudnie zimno.

– Dręczą nas przeziębienia, grypy, zapalenia płuc – wylicza „sołtys” Nanaf.

Dlatego tak istotne jest odpowiednie docieplenie prowizorycznych domostw. Dwa lata temu w Arsal pojawili się Polacy. Dysponujące dotacją rządu RP Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej wydało niemal trzy i pół miliona złotych na zakup odpowiednich komponentów – gąbek, plastikowych płacht oraz belek wzmacniających konstrukcje namiotów. W 2019 roku skala przedsięwzięcia była już niższa – na rzecz uchodźców przeznaczono milion trzysta tysięcy złotych. Przy okazji przeprowadzono też niezbędne szkolenia z zakresu ochrony przeciwpożarowej. Namioty bowiem wyposażone są w piecyki, latem służące tylko do gotowania, zimą również do ogrzewania.

Jeśli akurat jest czym grzać. Mazut – paliwo wykorzystywane w tym celu – drożeje z tygodnia na tydzień. To efekt fatalnej sytuacji ekonomicznej Libanu, której skutki dotykają nie tylko rdzennych mieszkańców, ale i uchodźców.

– Boję się tego, że kryzys wywoła zamieszki – Nanaf wzdycha głośno. – Znów będziemy musieli uciekać? Dokąd?

Plac Męczenników w Bejrucie pełen jest tego typu graffiti/fot. Marcin Ogdowski
Plac Męczenników w Bejrucie pełen jest tego typu graffiti/fot. Marcin Ogdowski

6.

Konflikt narastał od dawna, ale w ostrą fazę wszedł jesienią ubiegłego roku, po zapowiedziach władz o podwyższeniu podatków i wprowadzeniu nowych danin. Oburzyło to przede wszystkim młodzież, plan rządu zakładał bowiem opodatkowanie połączeń przez komunikatory typu WhatsApp. Ceny zwyczajnych telefonów są w Libanie wygórowane, stąd wielka popularność tej technologii.

Oczywiście, powodów do frustracji było więcej – kraj od kilku lat zmaga się z kłopotami w dostępie do pitnej wody oraz tonie w śmieciach. Niewydolna służba zdrowia, droga edukacja, problemy z ustanowieniem i przestrzeganiem praw pracowniczych – oto codzienność miażdżącej większości Libańczyków. Fatalna polityka gospodarcza skutkuje drożyzną – ceny podstawowych produktów rosną o kilkanaście procent w skali miesiąca. I na to wszystko nakłada się kompletnie nieefektywna polityka energetyczna. Większość energii w tym kraju pochodzi z generatorów zasilanych pochodnymi ropy (powietrze w Libanie jest jednym z najbardziej toksycznych na świecie). Co więcej, handel tym surowcem oraz największe huby generatorów należą do ludzi pośrednio bądź bezpośrednio związanych z rządem. I na tym gruncie rozrosła się koszmarna korupcja. Libańczycy mają dostęp do „państwowego”, tańszego prądu, tylko przez kilka godzin na dobę. Przez większość dnia muszą korzystać ze znacznie droższych usług prywaciarzy. Którzy, będąc jednocześnie władzą, ani myślą zmieniać ów stan rzeczy.

– Zmusi ich do tego ulica – twierdzą protestujący.

W tym samym czasie upadają kolejne sektory gospodarki. Prężna jeszcze jakiś czas temu budowlanka – w której zatrudnienie znalazło mnóstwo syryjskich mężczyzn – to dziś głównie puste kamieniołomy, opuszczone budowy i smętnie stojące dźwigi. Podupadająca libańska klasa średnia coraz rzadziej korzysta z usług Syryjek, dotąd zatrudnianych jako pomoc domowa. Pracują jeszcze dzieci uchodźców – głównie w sklepach i na targowiskach – bo ich praca jest zwyczajnie tańsza.

Co oczywiste, taki stan rzeczy przekłada się na uchodźcze menu. Dla Syryjczyków mięso to rarytas, jedzą głównie ryż i chleb, z niewielkim dodatkiem warzyw i owoców.

No i marzną w niedogrzanych namiotach.

Te dzieci nie znają innej rzeczywistości niż obozowa/fot. Marcin Ogdowski
Te dzieci nie znają innej rzeczywistości niż obozowa/fot. Marcin Ogdowski

7.

Z obozowiska na obrzeżach Arsal łatwo dostrzec oddalone o kilkadziesiąt kilometrów Góry Libanu. Ośnieżone pasmo przypomina o panującej zimie i ostro kontrastuje z widokiem stóp 3-letniej Maalak. Bosych, wsuniętych w szmaciane klapki.

– Nie jest ci zimno? – pytam.

Dziewczynka kręci głową, zdziwiona moją troska. Na przymusowej emigracji urodziło się dotąd ponad pół miliona Syryjczyków. Te dzieci nie znają innego świata niż obozy – czy to w Libanie, Turcji czy Jordanii – i w jakiejś mierze nawykły już do życia w niedostatku.

Maalak z miejsca zdobywa moje serce. Ten uśmiech, ta odwaga, ta ciekawość ludzi. Na pożegnanie przybijam jej piątkę, robię zdjęcie. Uśmiecham się przy tym szeroko, choć wcale do śmiechu mi nie jest. To dzieciom najbardziej chciałoby się pomóc. Ileż to razy uciekałem w fantazje, że łapię takiego malca i zabieram ze sobą. Z dala od obozu, wszechobecnej biedy, wojny i zagrożeń czyhających w miejscach, w których dorośli już dawno stracili ostatnią nadzieję.

Lecz zaraz potem przychodziło brutalne poczucie „tu i teraz”. Dziecka nie da się w ten sposób uratować – to nie pies (a psy zdarzało mi się wywozić z takich miejsc). To maleńki człowiek, czyjaś córka, syn; kochające i kochane dziecko, którego zniknięcie mogłoby przynieść więcej szkód niż korzyści. Pomagam więc, jak potrafię. Trochę jako wolontariusz, trochę jako donator, ale przede wszystkim jako dziennikarz i pisarz. Ilustrując i opisując rzeczywistość takich dzieci jak Maalak, otwieram niektórym oczy na paskudną rzeczywistość cywilnych ofiar wojny.

Wy też możecie pomóc.

Przelej dowolną kwotę na konto Fundacji PCPM

mBank: 61 1140 1010 0000 5228 6800 1003

Tytuł wpłaty: Wsparcie dla uchodźców syryjskich

Maalak i „piątka” na pożegnanie. Takich dzieci, jak trzylatka – Syryjczyków urodzonych na wygnaniu – jest już ponad pół miliona/fot. Marcin Ogdowski
Maalak i „piątka” na pożegnanie. Takich dzieci, jak trzylatka – Syryjczyków urodzonych na wygnaniu – jest już ponad pół miliona/fot. Marcin Ogdowski

Masakra

Była godzina 16.15, kiedy doszło do pierwszego wybuchu. Chwilę wcześniej w grupkę osób, które właśnie wyszły z kościoła, wmieszał się młody mężczyzna. Szarpnął szelki plecaka, czym zdetonował niesioną w środku bombę. Tak zaczął się dramat, który potrwał kilka kolejnych godzin. Chrześcijańska Al-Qaa – niewielkie miasteczko na północy Libanu – stało się celem islamskich radykałów. 27 czerwca 2016 roku ośmiu Syryjczyków przeprowadziło serię samobójczych zamachów. Zabili pięć osób, a trzydzieści pięć ranili. Wszystkie ofiary oddały życie i zdrowie w sąsiedztwie katolickiej świątyni. Nie przypadkiem – tego właśnie chcieli zamachowcy-samobójcy.

Kilkanaście miesięcy później spotykam się z uczestnikami i świadkami tych wydarzeń. Jednym z nich jest ksiądz Elian Nasrallah, proboszcz parafii pod wezwaniem świętego Eliasza.

Ksiądz Elian Nasrallah/fot. Paweł Krawczyk
Ksiądz Elian Nasrallah/fot. Paweł Krawczyk

– Gdy doszło do pierwszego wybuchu, siedziałem na plebanii z Bulusem, kierowcą ambulansu – wspomina ksiądz, jednocześnie szef fundacji, która prowadzi przykościelną klinikę. – Myśleliśmy, że to pocisk rosyjskiej artylerii, który przyleciał zza pobliskiej granicy. To był czas tuż po tym, jak Rosjanie mocno uaktywnili się w Syrii. Całymi dniami słyszeliśmy ich działa, widzieliśmy samoloty. Takie wytłumaczenie wydawało się najbardziej prawdopodobne.

Budynek plebani zadrżał w posadach, lecz zaraz potem zrobiło się cicho. Na chwilę – wkrótce zza okien dało się słyszeć przeraźliwe ludzkie jęki.

Bulus zerwał się do karetki. Ledwie wyjechał z przykościelnego placu, gdy  nastąpił kolejny wybuch. Kolejny młody mężczyzna pociągnął za szelki plecaka. Wcześniej jednak odczekał, aż do ofiar dobiegną inni ludzie niosący pomoc. Bulus był emerytowanym żołnierzem, niejedno w życiu widział. Nie uciekł, gdy doszło do drugiej eksplozji. Podjechał ambulansem jak najbliżej rozrzuconych po ulicy ciał i zaczął szukać najciężej rannych. Gdy dwoje z nich na własnych rękach zaniósł do karetki, przy aucie pojawił się trzeci zamachowiec.

– Chłopak uaktywnił zapalnik – na twarzy księdza rysuje się wyraźny smutek. – Bulus zginął na miejscu, ambulans poszatkowały odłamki.

Przechodnie, którzy ocaleli, zaczęli biec w stronę kościoła. Wtedy wysadził się czwarty samobójca. Łącznie do tego czasu zginęło pięciu mieszkańców Al-Qaa, a trzy razy tyle zostało rannych.

*          *          *

Wieść o kombinowanej zasadzce dotarła do Bejrutu. Szybko podjęto decyzję o wysłaniu do Al-Qaa wojska i policji. Do helikopterów zapakowali się również ministrowie obrony i spraw wewnętrznych oraz dowódca libańskiej armii. Wojsko otoczyło centrum miasta, a mieszkańcom zakazano wychodzić z domów. Mimo to wielu Alkarczyków, uzbrojonych we własne karabiny, przyłączyło się do mundurowych.

– Nie wiedzieliśmy, co się dzieje – wspomina Nikola, emerytowany policjant. – Miasto pełne było plotek, najpopularniejsza głosiła, że z gór zeszła duża grupa bojowników ISIS, która planuje przejąć Al-Qaa. Przerażeni ludzie opowiadali, że jacyś mężczyźni kręcą się po mieście i podkładają pod domy ładunki wybuchowe. Ktoś widział nawet samochód z uzbrojonymi terrorystami. Rozumiesz? – mężczyzna patrzy mi w oczy. – Ludziom udzielił się nastrój zagrożenia.

*          *          *

Ten sam nastrój, który tuż po serii wybuchów sparaliżował ekipę karetki pogotowia Czerwonego Półksiężyca.

– Bali się podjechać pod kościół – opowiada ksiądz Elian.

– Każdy mógł być zamachowcem – staję w obronie zespołu ratowników. – Jak mogliby ich odróżnić?

Ksiądz kiwa głową. Wcześniej mówił mi o tym, że w pięciotysięcznym mieście schronienie znalazło 25 tysięcy uchodźców z Syrii. To pośród nich ukryli się zamachowcy.

– Ale nie wyglądali na typowych uchodźców – słyszę z ust Nikoli. – Modne fryzury, gładkie policzki, markowe ciuchy. Wziąłbym ich raczej za studentów z Bejrutu – były policjant uśmiecha się lekko. Wie, co mówi – jednego z samobójców widział na własne oczy. Innego na filmie, który nagrała zamontowana w centrum miasta kamera.

*          *          *

Przed wejściem do domu Amali jeden z jej synów zawiesił skrzyneczkę, w której postawił zdjęcie ojca oraz należący do niego portfel i telefon ze stłuczoną szybką. Obie te rzeczy Jouzef trzymał w kieszeniach, gdy drugi z zamachowców odpalił swój ładunek. Wystawka przywodzi na myśl relikwiarz – i tak jest traktowana przez członków rodziny. Gdy Amalia wyciąga portfel, w jej ruchach widać i tkliwość, i nabożność.

– Tyle zostało mi z męża – mówi i zaczyna płakać.

Amalia przed własnym domem. W tle wizerunek przedstawiający zmarłego tragicznie męża/fot. Paweł Krawczyk
Amalia przed własnym domem. W tle wizerunek przedstawiający zmarłego tragicznie męża/fot. Paweł Krawczyk

– Jak dowiedziałaś się o śmierci Jouzefa? – pytam, gdy kobieta jest już spokojniejsza.

– Byłam wtedy w domu – opowiada Amalia. – Nagle usłyszałam jakiś ruch przed wejściem, głosy wielu ludzi. Wyszłam, zobaczyłam sąsiadów, znajomych, ludzi z miasta. „W centrum stało się coś złego” – mówili. „Ale nie możesz tam iść, bo zaminowano drogę” – skłamali. Stało przede mną wielu mężczyzn, lecz żaden nie miał odwagi powiedzieć mi prawdy. Dopiero, gdy zobaczyłam kilka kobiet idących w moją stronę, zrozumiałam, że chodzi o męża. Że stała mu się krzywda…

*          *          *

Rannych zawieziono do lecznic w okolicznych miejscowościach, najciężej poszkodowani trafili do szpitali w Bejrucie. Przeszukiwanie miasteczka nie przyniosło żadnych efektów, nie nastąpił żaden atak z zewnątrz, na posterunki wojska czy policji. Sytuacja zdawała się normalizować.

Jeszcze przed 21.00 z Al-Qaa wylecieli wszyscy notable, mieszkańcy zaczęli opuszczać domy. Duża grupa udała się pod kościół – jedni zaczęli porządkować teren, inni przygotowywać świątynię do pogrzebów ofiar zamachów.

– Byłem pod kościołem – wspomina Nikola. – Stałem tyłem do ulicy. Już nie pamiętam, dlaczego się obróciłem – mężczyzna milknie na chwilę. Wzdycha. – Opowiadam to pierwszy raz od tamtego czasu – przyznaje. Znów nie odzywa się przez kilka sekund, po czym wraca do opowieści. – Zobaczyłem młodego chłopaka, który rzuca w moją stronę granat. Przez głowę przeleciała mi myśl: „nie zginę, jeśli pobiegnę do przodu!”. Skoczyłem, za moment byłem twarzą w twarz z zamachowcem. Chciałem go chwycić, ale ten obrócił się i zaczął uciekać. Jego plecak ruszał się w górę i w dół, wiedziałem, że szarpie szelki. Wybuchł granat, odłamki trafiły mnie w plecy i rękę, upadłem. Wtedy ktoś zaczął strzelać. Zabójca oberwał, ale biegł dalej. W końcu się wysadził. Jego głowa potoczyła się pod pomnik świętego Eliasza…

Była godzina 22.00.

*          *          *

– Nastąpiła seria wybuchów – relacjonuje ksiądz Elian, który w tym czasie pomagał przystrajać kościół. – Byliśmy pewni, że wojsko znalazło terrorystów i właśnie z nimi walczy.

*          *          *

Tymczasem w centrum Al-Qaa trwało polowanie na ludzi. Tuż po tym, jak wysadził się pierwszy z napastników, kolejny cisnął dwoma granatami w spanikowany tłum. Jeden z odłamków ranił przebywającego na urlopie żołnierza armii libańskiej. Trafiony w bok wojskowy rzucił się na zamachowca, obydwaj upadli. Młodszy, silniejszy Syryjczyk wyrwał się jednak z uścisku. Przestraszony, zaczął biec w stronę, gdzie nikogo już nie było. Gdy wreszcie skutecznie szarpnął szelki, zabił tylko siebie.

– Święty Eliasz nad nami czuwał – kwituje Nikola, nazywając taki obrót sprawy cudem.

Figura świętego Eliasza i kościół pod jego wezwaniem. To tu rozegrał się dramat/fot. Paweł Krawczyk
Figura świętego Eliasza i kościół pod jego wezwaniem. To tu rozegrał się dramat/fot. Paweł Krawczyk

Trzeci z zamachowców wysadził się przy generatorze, który zasilał okoliczne latarnie. Światła zgasły, w centrum miasteczka zrobiło się ciemno. Czy taki był cel terrorystów? Tego nie udało się ustalić. Faktem jest, że czwarty napastnik – ósmy, licząc od początku serii zamachów – stanął nieco zdezorientowany. Ulica pełna była leżących rannych, oni jednak już nie byli wartym poświęcenia celem. Zdaniem Nikoli, młody mężczyzna zamierzał wbiec do kościoła, dostrzegł jednak nadjeżdżający wojskowy transporter. Ruszył w stronę świateł maszyny, z zamiarem wysadzenia się przy wozie. Padł, nim zdołał odbezpieczyć ładunek – dwa metry przed potężnym M-113. Był jedynym spośród sprawców zamachów, którego zabiła karabinowa kula.

Jeszcze tego samego wieczoru do szpitali trafiło kolejnych 20 rannych Alkarczyków.

*          *          *

Z Nikolą spotykam się w biurze wójta Al-Qaa. Na jednej ze ścian sali konferencyjnej wisi plakat z wizerunkami pięciu zabitych przez terrorystów mieszkańców miasta. Towarzysząca Nikoli kobieta mówi o nich per szahidzi, męczennicy. Zapewne w ten sam sposób wyrażali się o swoich towarzyszach bojownicy z Państwa Islamskiego, które przyznało się do ataków.

Plakat ze zdjęciem wszystkich śmiertelnych ofiar zamachów z Al-Qaa/fot. Paweł Krawczyk
Plakat ze zdjęciem wszystkich śmiertelnych ofiar zamachów z Al-Qaa/fot. Paweł Krawczyk

W Al-Qaa nie doszło do wymierzania kar zgodnie z zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Dla lokalnej społeczności jest jasne, że syryjscy uchodźcy to nie współpracownicy, a ofiary ISIS.

Kilka miesięcy po serii zamachów armia libańska wkroczyła na przygraniczne tereny w pobliskim rejonie Arsal. Był to jedyny fragment granicy, który znajdował się poza kontrolą Bejrutu, za to we władaniu Państwa Islamskiego. Po wielodniowych, ciężkich walkach niebezpieczna luka została zamknięta.

*          *          *

W pobliżu kościoła – zaraz obok figury świętego Eliasza – stoi dziś pomnik upamiętniający wydarzenia z 27 czerwca 2016 roku. Na parkingu przed kliniką prowadzoną przez księdza Eliana – nowy ambulans. Karetkę ufundowało Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, ze środków przekazanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP. Poza tym nie sposób znaleźć fizycznych śladów po dramacie sprzed kilkunastu miesięcy.

Pomnik upamiętniający tragedię w Al-Qaa, stojący nieopodal kościoła pod wezwaniem świętego Eliasza/fot. Paweł Krawczyk
Pomnik upamiętniający tragedię w Al-Qaa, stojący nieopodal kościoła pod wezwaniem świętego Eliasza/fot. Paweł Krawczyk

Psychiczne rany wciąż leczy Amalia.

– Brakuje mi Jouzefa – przyznaje. – Ale nie tylko mnie – dodaje i prowadzi do pokoju szesnastoletniej córki. Sięga pod łóżko i wyciąga ozdobne pudełeczko. – Proszę – mówi, otwierając pojemnik. Moim oczom ukazują się męskie kosmetyki, jakieś leki, niewielki notes. – To rzeczy po mężu – wyjaśnia Libanka. – Córka trzyma je w tym miejscu, bo jak mówi, dzięki temu wciąż ma wrażenie, że ojciec jest gdzieś blisko.

*          *          *

Czterech z pięciu zabitych w zamachach Libańczyków służyło niegdyś w armii i policji. Ich rodziny otrzymały od państwa emerytury. Rodzina Jouzefa nie dostaje żadnych świadczeń. W tym roku PCPM wypłaciło wdowie 200 dolarów na zakup opału na zimę.

– Jak poradzicie sobie dalej? – pytam.

Amalia wzrusza ramionami. A gdy wychodzę, pokazuje mi zdjęcie męża w ozdobnej ramce. Obok wizerunku mężczyzny znajduje się krótka sentencja po arabsku – w typowej dla tego języka, poetyckiej stylistyce. „Wcześnie zgasła świeczka tego pięknego uśmiechu” – głosi ów napis.

—–

Nz. Nicola, emerytowany policjant, ranny podczas wydarzeń z 27 czerwca 2016 roku/fot. Paweł Krawczyk

„Deal”

No i stało się – prezydent Andrzej Duda podpisał decyzję o wysłaniu dwóch kontyngentów Wojska Polskiego na Bliski Wschód. 150 wojskowych i cztery samoloty F-16 trafią do Kuwejtu, około 60 żołnierzy sił specjalnych – do Iraku. Oba komponenty wejdą w skład koalicji, powołanej do walki z Państwem Islamskim.

Polacy – jak wynika z oficjalnych zapewnień – nie wezmą udziału w operacjach kinetycznych. Samoloty mają wykonywać misje rozpoznawcze, komandosi – zająć się szkoleniem irackich specjalsów.

Brak zaplecza (do zamachów)

Jak zawsze w takim przypadku, decyzja o wysłaniu wojska za granicę wywołuje falę krytyki. Oponenci zwracają uwagę na domniemaną nieskuteczność działań zachodniej koalicji, podnoszą też argument niefortunnego doboru terminu, w jakim zdecydowaliśmy się na wsparcie aliantów. „Prowokujemy ISIS do ataków w Polsce” – czytamy w komentarzach poświęconych sprawie. „Mszcząc się, islamiści uderzą w trakcie Światowych Dni Młodzieży” – to najczęściej powtarzane stwierdzenie.

Wyjątkowo niemądre, oparte bowiem o przekonanie, że potencjalnym zamachowcom udałoby się naprędce przygotować atak w sytuacji braku zaplecza, które decydowało o sukcesach podobnych operacji w Belgii czy Francji. Mowa rzecz jasna o enklawach zradykalizowanych, muzułmańskich mniejszości etnicznych. Innych podmiotów, na tyle zdeterminowanych, by „dokonać rzezi w Krakowie”, nie sposób w Polsce znaleźć. Oczywiście, nie wyklucza to scenariusza aktywności „samotnego wilka” – na przykład pozbawionego ideologicznej motywacji socjo czy psychopaty – to jednak temat na odrębną dyskusję.

Co zaś się tyczy wspomnianej nieskuteczności – to bzdura, wpisująca się w narrację rosyjskiej propagandy, która od miesięcy przekonuje, że tylko piloci latający maszynami z czerwoną gwiazdą wykonują „dobrą robotę”. A reszta jedynie miesza, komplikując sytuację w Syrii i północnym Iraku. Abstrahując od skuteczności rosyjskich operacji wojskowych na Bliskim Wschodzie, skoordynowane ataki prowadzone przez Zachód mocno dały się Państwu Islamskiemu we znaki. W ciągu nieco ponad roku terytorium ISIS skurczyło się o niemal połowę, prawie pięć milionów ludzi wydostało się z łap bestialskiego reżimu, a jego głowa – kalif Al-Bagdadi – najprawdopodobniej zginął kilka dni temu w amerykańskim nalocie (bądź zmuszony został do pójścia w konspirację; to źródła ISIS podały informację o śmierci przywódcy, co można też traktować jako zasłonę dymną).

Wygaszanie lęków

Oczywiście, rozprawa z Państwem Islamskim nie zakończy konfliktu, który toczy się w Syrii już od pięciu lat. Zbyt wiele jest innych podmiotów zaangażowanych w tę wojnę. Można więc postrzegać misję przeciwko ISIS jako rodzaj półśrodka. Ale w ostatecznym rozrachunku lepsze to, niż bezczynne przyglądanie się hekatombie milionów ludzi. Zwłaszcza, że poza wymiarem czysto humanitarnym, rozbicie reżimu religijnych fundamentalistów może przynieść wymierne korzyści. Także dla Polski. Istnienie Państwa Islamskiego jest jednym z istotniejszych czynników, zmuszających mieszańców Syrii i północnego Iraku do masowych ucieczek. Owa migracja rodzi zaś obawy części Europejczyków, przerażonych wizją „muzułmańskiej nawały”. I jakkolwiek można tu dyskutować na temat zasadności tych lęków, mają one istotny wpływ na nastroje społeczne, panujące na starym kontynencie.

Co ważne, owe nastroje napędzają niebezpieczne, ksenofobiczne i rasistowskie postawy. Wygaszenie ich źródeł winno zatem leżeć w interesie europejskich rządów, również rządu Rzeczpospolitej.

Szukanie pól zgody

Ale ten ostatni zyskał właśnie inną, jeszcze bardziej wymierną korzyść. Ogłoszenie prezydenckiej decyzji nie przypadkiem zbiega się z zaplanowanym na początku lipca szczytem NATO. Szczytem, na którym już oficjalnie zatwierdzone zostaną działania w ramach militaryzacji tak zwanej „wschodniej flanki”. Mówiąc wprost, mamy tu do czynienia z „dealem” – polski udział w koalicji antyislamistycznej w zamian za przebazowanie natowskich oddziałów do Polski i krajów nadbałtyckich. W obu przypadkach są to działania raczej symboliczne – bo cztery natowskie bataliony nie mają wielkiego potencjału, a polscy piloci i komandosi nie zdecydują o ostatecznej klęsce ISIS. Istotne jest jednak to, że póki na Rosję działa „amerykański straszak”, nawet tak symboliczna obecność sił zbrojnych największego mocarstwa świata ma dla Polski status gwarancji bezpieczeństwa.

I już na koniec warto się odnieść do pomysłu, że ów „deal” można by było przeprowadzić inaczej. Mówił o tym gen. Stanisław Koziej, sugerując, że nasze F-16 – zamiast lecieć na Bliski Wschód – powinny na dłużej wyręczyć siły Sojuszu, chroniące przestrzeń powietrzną państw nadbałtyckich. Ów pomysł tylko pozornie wydaje się atrakcyjny. Bo owszem, uniknęlibyśmy ryzyka wynikłego z działania w strefie wojny, ale koszty polityczne byłyby dużo wyższe. Nasz rząd, w dużej mierze słusznie, oskarżany jest przez Moskwę o antyrosyjską retorykę – takie posunięcie dałoby pretekst do dalszych zarzutów. A choć zbyt uległa wobec Putina postawa części zachodnioeuropejskich elit jest niewłaściwa, z Rosją przede wszystkim trzeba szukać pól zgody, nie konfrontacji.

—-

Polski F-16 – niebawem cztery takie maszyny trafią na Bliski Wschód/fot. Bartek Bera

Demiurg?

Po każdej spektakularnej tragedii pojawiają się spiskowe teorie, mające wyjaśnić jej „prawdziwe” podłoże. Zwykle opierają się one na prostej argumentacji: „zawinił, kto skorzystał”. Dziś, za sprawą internetu, nawet najbardziej absurdalne opinie rozchodzą się dużo szybciej niż kiedyś. Paryż już doczekał się swoich „niewygodnych wyjaśnień”.

Pomijam najbardziej oczywiste „spiski żydowsko-syjonistyczne”. Najciekawsze i najmocniejsze wydają się teorie, w myśl których wybuchy i strzelaniny we francuskiej stolicy to element planu Władimira Putina.

Herbata z polonem

Za takim scenariuszem ma przemawiać bezwzględność rosyjskiego prezydenta, dla którego nie liczą się cywilne ofiary. Jej przykłady ma dostarczać najnowsza historia Rosji. We wrześniu 1999 roku w Moskwie, Wołgodońsku i dagestańskim Bujnaksku doszło do serii ataków bombowych. Zamachowcy wysadzili w powietrze cztery bloki mieszkalne, pod których gruzami zginęło prawie trzysta osób. Czterystu niewinnych ludzi odniosło wówczas rany. Winą natychmiast obarczono Czeczenów. Wątpliwości co do sprawców pojawiły się od razu, lecz dopiero kilka lat później zbiegły na Zachód agent przyznał, że za zamachami stała Federalna Służba Bezpieczeństwa. Jej akcja dała Kremlowi pretekst do interwencji w Czeczenii. Maleńka republika, która kilka lat wcześniej z powodzeniem odparła pierwszą rosyjską inwazję, została wtedy brutalnie spacyfikowana.

Kulisy te operacji ujawnił podpułkownik FSB Aleksander Litwinienko, który zresztą drogo za to zapłacił. Zmarł w Londynie po wypiciu herbaty skażonej silnie radioaktywnym izotopem polonu 210.

Putin demiurg?

Lecz jako się rzekło – to tylko ilustracja „rosyjskiego cynizmu i bezwzględności”. Co miałaby zyskać Rosja, inspirując islamskich fundamentalistów? Pierwsza z teorii jest z gruntu „oczywista” – w interesie rosyjskim jest „rozedrganie” krajów Unii Europejskiej. Zachód w stanie „wojny z terroryzmem” nie będzie miał ani siły, ani ochoty na konfrontację z Rosją. Druga zakłada, że „paryski 11 września” wywoła twardą reakcję NATO, zmuszając Sojusz do lądowej interwencji w Syrii. Kreml nie ma dość sił, by samodzielnie poradzić sobie z islamskimi fanatykami – dlatego chce wciągnąć w tę wojnę Francję i jej sojuszników. Teoria trzecia jest najbardziej złożona. Zgodnie z nią, „zraniony” Zachód z wdzięcznością przyjmie zwiększenie intensywności działań armii rosyjskiej w Syrii – co ma przynieść koniec Państwu Islamskiemu. W zamian zaś da Władmirowi Putinowi wolną rękę na Ukrainie – gdzie konflikt został zamrożony w fazie niezbyt korzystnej dla Rosjan.

W każdym z tych scenariuszy prezydent Federacji miał się zgodzić na uśmiercenie własnych obywateli, którzy zginęli w niedawnej katastrofie lotniczej nad Synajem – do czego również przyznało się ISIS. W pierwszym przypadku zamach na Airbusa byłby zasłoną dymną („nas też zaatakowali”), w ramach dwóch kolejnych teorii miałby służyć zwiększeniu determinacji samych Rosjan.

Putin demiurg? Co o tym sądzicie?

—–

Konflikt na Ukrainie został zamrożony w fazie niezbyt korzystnej dla Rosjan. Czy rosyjscy wojskowi wrócą jeszcze na wschodnioukraiński front? Nz. Rosjanin wracający na przepustkę do domu, dworzec w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Darek Prosiński

Rewizja

Wszystko na to wskazuje, że wysadzony nad Synajem rosyjski samolot pasażerski i serię ataków w Paryżu łączy wspólny mianownik – tożsamość zamachowców. Tym samym Państwo Islamskie (ISIS) może doprowadzić do zmiany relacji na linii Unia Europejska-Stany Zjednoczone-Rosja.

Prawdopodobny bowiem jest scenariusz twardej reakcji na paryskie zamachy. Dotychczasowa strategia ograniczonych nalotów bombowych nie sprawdziła się. Aby działania zbrojne przyniosły wymierny skutek w postaci zniszczenia ISIS, muszą przekształcić się w operację lądową.

I tu zaczynają się schody.

W tej chwili Rosja i Zachód prowadzą oddzielne kampanie lotnicze – co poza powodami natury politycznej, wynika również z odmienności celów. Moskwa gra na zachowanie przy władzy Baszara Assada, który dla Europy i Stanów Zjednoczonych jest, póki co, solą w oku. W efekcie rosyjskie maszyny bombardują pozycje wszystkich przeciwników syryjskiego prezydenta, w niewielkim tylko stopniu skupiając się na Państwie Islamskim. Temu ostatniemu dostaje się głównie od samolotów i dronów koalicjantów skupionych wokół USA. Jeśli Zachód zdecyduje się na zmianę charakteru i intensyfikację działań, musi wziąć pod uwagę nie tylko obecność Rosjan, ale też ich strategiczne cele.

To oznacza ciągłe konsultacje polityczne, zapewne również „zgniłe kompromisy” (zachowanie Assada w zamian za wspólny front przeciw ISIS?), a w wymiarze praktycznym – współdziałanie wojsk NATO z armią rosyjską. Bo nawet nie wchodzenie sobie w paradę musi oznaczać chociażby wzajemne informowanie się o bieżących działaniach.

Ta współpraca z pewnością nie spodoba się Ukrainie, będzie bowiem oznaczać koniec polityki izolowania Rosji. Z czasem może nawet doprowadzić do zniesienia zachodnich sankcji, co byłoby formą nagrody za współpracę w Syrii.

Ów scenariusz będzie też nie na rękę polskim władzom, które staną przed trudnym zadaniem – koniecznością przekonania sojuszników, że mimo taktycznych korzyści, uzyskiwanych w Syrii i Iraku, w wymiarze strategicznym Rosję wciąż należy traktować jako zagrożenie dla wschodniej flanki NATO. Nowego ministra spraw zagranicznych czeka więc nie lada wyzwanie.

—–

Fot. Marcin Ogdowski