Archiwa tagu: Liban

Blogowanie

W miniony weekend wziąłem udział w Blog Forum Gdańsk – największej i najbardziej prestiżowej imprezie rodzimej blogosfery. Miałem tam wystąpienie pt.: „Nie wystarczy tylko być. Kulisy wojennego blogowania”. Opowiadałem o swoich doświadczeniach z pracy nad „zAfganistanu.pl” i „bezkamuflazu.pl”, spory nacisk kładąc na pułapki, które wiążą się z pracą wojennego reportera. Zapraszam do obejrzenia wideo-zapisu mojej prezentacji.

Nz. Autor na pozycjach wojsk ukraińskich w Szyrokino, lato 2015/fot. Darek Prosiński

Szum

„Stara Europa” Libanem Zachodu? To wciąż hipoteza, ale coraz więcej faktów układa się w spójną wizję całości. Pokrótce (kiedyś pokuszę się o bardziej treściwą analizę) – o co chodzi z nawiązaniem do Libanu?

Ano o to, co działo się w tym kraju w latach 70. XX wieku, kiedy chrześcijańskie bojówki urządziły rzeź w obozach dla palestyńskich uchodźców. Była to reakcja na rosnącą eksterytorialność tych miejsc, na fakt, że stały się wylęgarnią działań i idei, które obiektywnie destabilizowały Liban.

Skutkiem ataku na obozowe enklawy była wojna domowa, która – nieco generalizując, bo lokalne sojusze układały się różnie – przebiegła w oparciu o podział religijny. A której symbolem stała się bejrucka zielona linia, rozdzielająca miasto na chrześcijańską i muzułmańską część.

Krwawy konflikt zdemolował kraj; tak naprawdę zakończył się dopiero 11 lat temu.

Dziś w Bejrucie, w pobliżu dawnej linii frontu, wyrasta ekskluzywna dzielnica biznesowo-rozrywkowa, ale w strefie ziemi niczyjej wciąż straszą fundamenty zniszczonych w czasie wojny budynków. I mają tam pozostać, jako pamiątka tragedii, będąc jednocześnie dowodem, że Liban nie wylizał się jeszcze z dawnych ran.

Pozostałości dawnej zielonej linii w Bejrucie. Przepraszam za jakość robionego na szybko, telefonem, zdjęcia
Pozostałości dawnej zielonej linii w Bejrucie. Przepraszam za jakość robionego na szybko, telefonem, zdjęcia/fot. Marcin Ogdowski

Wracamy do analogii. Staje się coraz bardziej oczywiste, że w Europie Zachodniej działają siły, które zamierzają wepchnąć ją w piekło religijnego konfliktu. Zamachami – jak dzisiejszy w Brukseli, czy te sprzed kilku miesięcy w Paryżu – nakręcić falę antymuzułmańskiej nienawiści (także w tej części Europy, w której nie ma islamskich mniejszości). Nienawiści, która prędzej czy później poskutkuje serią chrześcijańskich odwetów. I nie ma znaczenia, czy będą za nimi stały nielegalne bojówki, czy siły rządowe, dajmy na to belgijska armia i policja, pacyfikujące dzielnicę Molenbeek w Brukseli. Nawet jeśli będzie to miało cechy legalnych działań, narracja religijnej zemsty jest nieunikniona.

Każda przemoc rodzi przemoc, musimy więc liczyć się z perspektywą bardzo poważniej destabilizacji Europy, która w takim scenariuszu – w swoim rdzeniu – stałaby się kontynentem stanów wojennych. Libanem właśnie, co przyniosłoby także Polsce opłakane konsekwencje gospodarcze i polityczne.

Prowokatorzy – islamscy terroryści – dojrzą w tym spełnienie woli boga. Odwetowcy będą działać w przekonaniu o słuszności własnego gniewu. Obu stronom będzie towarzyszyć  wiara we własną podmiotowość – nie dostrzegą albo odrzucą informacje, wedle których, w jakiejś mierze, spełnili role użytecznych idiotów.

Wobec kogo? Najpierw garść elementarnej wiedzy z zakresu strategii wojskowych. „Jeżeli nie możesz pokonać wroga w otwartej walce, użyj podstępu. Wykorzystaj fakt, że twój wróg ma innych nieprzyjaciół. Użyj ich do własnej gry”. Wojujący islam to nie jedyny wróg Europy, czy szerzej – zachodnich wartości. Czy nie wydaje się Wam znamienne, że jako pierwsza informację o używaniu przez zamachowców z brukselskiego lotniska języka arabskiego podała „Russia Today”? Że rosyjskie media – czy media zachodnie, mające rosyjskich właścicieli – od miesięcy karmią odbiorców fejkami na temat ekscesów uchodźców. Że z lubością podkręcają prawdziwe incydenty. Przypomnijcie sobie niedawne doniesienia na temat źródeł finansowania zachodnioeuropejskich organizacji ekstremistycznych.

I żebym nie został źle zrozumiany – islamski fundamentalizm jest złem, które należy wytrzebić. Rzecz w tym, by spojrzeć na konflikt szerzej. Dojrzeć toczoną przeciwko Zachodowi, w tym także nam, rosyjską wojnę informacyjną – a tym samym działać w oparciu o wiedzę, nie dezinformację i szum. Tylko wtedy można bić celniej, unikając „strat ubocznych”.

—–

Terroryści chcą sprowokować odwet. Chcą, by – dosłownie i w przenośni – Zachód wziął na celownik meczety. By tym sposobem zrealizować scenariusz religijnej wojny. Destabilizacja, która za tym pójdzie, ucieszy nie tylko dżihadystów…/fot. Marcin Ogdowski.

Powrót

95-letnia Saada ma tylko jedno marzenie – chciałaby umrzeć u siebie. Ojczysta ziemia jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy wyjść na taras niewielkiego domu na wzgórzu, by dojrzeć malownicze pagórki i niewielkie osady. Lecz owa bliskość jest jedynie złudzeniem – i nie chodzi wcale o trudne do pokonania koryto granicznej rzeki czy wojskowe posterunki, rozdzielające Liban i Syrię. Dziś akurat jest spokojnie, ale zdarzały się noce, w trakcie których widać było rozbłyski wybuchów, a złowrogie pomruki godzinami niosły się w powietrzu…

Syryjska wojna domowa wypędziła z domów jedenaście milionów ludzi – blisko połowę populacji tego kraju z 2011 roku. Sześć milionów to uchodźcy wewnętrzni, cztery miliony siedemset tysięcy osób zdecydowało się uciec z kraju. Dwa miliony sześćset tysięcy trafiło do Turcji, milion dwieście tysięcy do Libanu, Jordania i Irak (ten ostatni sam ogarnięty krwawą wojną z Państwem Islamskim) przyjęły kolejno sześćset czterdzieści i dwieście pięćdziesiąt tysięcy Syryjczyków. W ubiegłym roku kilkaset tysięcy spośród wszystkich tych uchodźców postanowiło ruszyć dalej – do Europy. W 2016 roku ma być ich jeszcze więcej – niektóre szacunki mówią o milionie zdesperowanych syryjskich obywateli, którzy mają już dość czekania „w pobliżu” na koniec konfliktu.

Abdel z dziećmi/fot. Marcin Ogdowski
Abdel z dziećmi/fot. Marcin Ogdowski

Stracone pokolenie

Rodzina Saady wciąż planuje zostać na libańsko-syryjskim pograniczu, ale Abdel, uchodźca z Homsu, mówi wprost:

– Wiosną, jak tylko morze będzie spokojniejsze, ruszam do Turcji, a stamtąd do Europy.

Przeraża mnie ta deklaracja – na kanapie, obok czterdziestolatka, siedzi trójka jego dzieci. Najstarszy Mohammad ma zaledwie 9 lat, najmłodsza, Hanin, nieco ponad pięć. Druga z dziewczynek, Tasmin, jest lekko upośledzona i choć skończyła 7 lat, zachowuje się bardziej niedojrzale niż siostra.

– Chcesz ryzykować ich życie? – pytam, mając przed oczami zdjęcie martwego syryjskiego chłopca, którego latem zeszłego roku morze wyrzuciło na plaży w tureckim Bodrum.

– A co nam zostało? – mężczyzna wbija wzrok w podłogę. Widać, że po czterech latach przymusowej emigracji jest już psychicznie wyczerpany. Zasobny niegdyś sklepikarz dziś utrzymuje dzieci z dorywczych robót i dzięki wsparciu organizacji humanitarnych. Gdy idzie do pracy – zwykle jako tragarz, bo w Trypolisie nic lepszego nie jest w stanie znaleźć – obowiązki głowy rodziny przejmuje Muhammad. To dlatego chłopiec nie chodzi do szkoły, choć libańskie władze stwarzają Syryjczykom możliwość nauki na podstawowym poziomie.

– Takich dzieci wśród uchodźców, będących poza systemem edukacji, jest już dwieście dwadzieścia tysięcy – wyjaśni mi później Piotr Stopka, do niedawna szef misji humanitarnej Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) w Libanie. – Mówi się wręcz o całym „straconym pokoleniu”.

Przyglądam się Muhammadowi, który z pasją rozgryza kolejne funkcje mojego aparatu fotograficznego. Jestem pewien, że byłby z niego niezły uczeń.

– A gdzie jest matka dzieci? – dopytuję.

Abdel zasępia się jeszcze bardziej.

– Wróciła do Syrii – mówi. – Miała dość życia tutaj.

Mężczyzna nie ukrywa, że w jego związku zdarzył się kryzys, który spowodował odejście kobiety. „Wojna nas zmieniła…” – tłumaczy, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że winą obarcza przede wszystkim małżonkę. Nie zamierza pójść jej śladem – dla Abdela Syria jest stracona.

– Gdyby żona wróciła, moglibyśmy raz jeszcze spróbować ułożyć sobie życie tu, w Libanie – deklaruje. – Ale skoro to niemożliwe, muszę szukać dla siebie i dzieci lepszej przyszłości gdzie indziej.

Ta historia pokazuje, jak różne mogą być doświadczenia, które przesądzają o decyzji, by uciekać do Europy. Jednak bez względu na tę różnorodność, motyw pozostaje jeden – materialny. I dlatego wymarzonym celem wędrówki uciekinierów są najbogatsze na kontynencie Niemcy, kraje Skandynawii czy Wielka Brytania.

– Odpowiednie działania mogłyby tę ludzką falę ograniczyć – twierdzi tymczasem Wojciech Wilk, prezes PCPM. – Trzeba tylko przekierować strumienie pieniędzy – dodaje. – 330 euro zasiłku, jakie otrzymuje uchodźca w Niemczech, wystarczyłoby na zapewnienie kompleksowej pomocy humanitarnej ośmiu Syryjczykom w Libanie. Osiem osób nie musiałoby każdego dnia zmagać się z widmem głodu i bezdomności. Miałoby zatem minimalny komfort, który bez wątpienia zwiększałby determinację, by przeczekać wojnę w pobliżu Syrii.

O tym, że konieczności reorientacji polityki europejskich rządów wobec uchodźców jest palącym problemem, świadczą najświeższe statystyki. Tylko przez dwa pierwsze miesiące bieżącego roku na greckich plażach wylądowało już ponad sto czterdzieści tysięcy „boat people”. A „sezon” – z uwagi na sztormową pogodę w basenie Morza Śródziemnego – jeszcze się na dobre nie zaczął…

Namiastka

Duża część budynków mieszkalnych w Libanie ma na poziomie parteru garaże. Jednak w wielu z nich nie sposób dziś zaparkować samochodu. Tocząca się w sąsiedniej Syrii wojna sprawiła, że pomieszczenia te opanowali uchodźcy. Całymi, często wielopokoleniowymi rodzinami, które na kilkunastu metrach kwadratowych próbują zbudować sobie namiastkę utraconego domu.

W Deir Ammar na przedmieściach libańskiego Trypolisu spotykam się z Aymanem i jego żoną, Wisal. Stalowe drzwi zajętego przez nich garażu za dnia pozostają otwarte – Syryjczyków oddziela od ulicy jedynie zasłona. Za drugą kotarą, w głębi pomieszczenia, kryje się prowizoryczna łazienka i kuchnia. Przednia część lokum pełni funkcję sypialni i pokoju dziennego. Na podłodze leżą wytarte dywany i materace. Na jedynym z nich siedzą gospodarze, na drugim – ich trzy kilkuletnie córki. Dziewczynki wpatrują się w niewielki telewizor – wkrótce przekonam się, że to typowy widok w domostwach uchodźców. Odbiorniki – zwykle wysłużone niewielkie urządzenia – zobaczę nawet w najpodlejszym namiotowisku. Usłyszę, że pudełko z ruchomymi obrazkami pozwala zająć czymś dzieci, zaś dorosłym daje możliwość śledzenia serwisów informacyjnych. To, co dzieje się w Syrii, dla większości z nich ma bowiem nadal ogromne znaczenie.

Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski
Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski

Czterdzieści dni piekła

– W Homs mieszkaliśmy w dwustumetrowym domu z czterema pokojami – 30-letnia Wisal zdaje się być nieco zakłopotana warunkami, w jakich przyszło jej pełnić rolę gospodyni. Jeszcze trzy lata temu należała do syryjskiej klasy średniej. Ayman wraz z bratem mieli pod miastem sporo ziemi, na której uprawiali oliwki. Mężczyzna był też właścicielem kilku mieszkań pod wynajem oraz niewielkiej firmy transportowej. – Trudno nam było przywyknąć do nowego standardu życia. Zwłaszcza do świadomości, że nie możemy zapewnić dzieciom godnych warunków.

Ayman kiwa głową. Rzutki niegdyś biznesmen – choć ma zaledwie 33 lata – jest dziś wrakiem człowieka, wymagającym stałej opieki. Z trudem się porusza, miewa ataki epilepsji i omdlenia. Przez wiele miesięcy walczył z ciężką depresją. Mówi o tym w czasie przeszłym, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż jest pod jej wpływem.

– Torturowali mnie – wyjaśnia. – Podłączali prąd do stóp, do głowy, i razili nim aż do utraty przytomności.

– Byłeś w opozycji? Walczyłeś przeciwko armii? – pytam, wcześniej ustaliwszy, że „oni” to rządowa służba bezpieczeństwa.

Syryjczyk zaprzecza.

– Twierdzili, że gdy mnie pojmano, byłem uzbrojony i brałem udział w jakichś wystąpieniach. A ja siedziałem w domu, z rodziną…

– Wzięli tylko ciebie? – dopytuję.

– Mnie i brata – słyszę w odpowiedzi. – No i samochód – dodaje mój rozmówca. To charakterystyczny element, pojawiający się w wielu opowieściach uchodźców. Zatrzymaniom pod formalnie uzasadnionymi zarzutami często towarzyszą motywy rabunkowe. Z zapewnień Aymana wynika, że auta nie odzyskał.

– Na przesłuchaniach kazali mu się przyznać, że był w jakiejś bojówce. Miał podać nazwiska innych członków – relację kontynuuje Wisal. – Gdy milczał, poddawano go elektrowstrząsom.

– I tak przez czterdzieści dni – Syryjczyk ma nieobecne spojrzenie. – Czterdzieści dni tortur i leżenia nago na betonowej posadzce. Dobrze, że większość tego czasu byłem nieprzytomny.

Ayman i Wisal w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy rozmówców
Wisal i Ayman w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy moich rozmówców/fot. Marcin Ogdowski

Łapówka na wagę życia

Z ciemnej piwnicy gdzieś na obrzeżach Homs przeniesiono Aymana do tamtejszego aresztu. Przez prawie dwa lata czekał na rozprawę sądową. W tym czasie w mieście toczyły się intensywne walki.

– Na naszej ulicy coraz częściej zaczęły spadać bomby – wspomina Wisal. – Nie mogłam ryzykować życia dzieci, choć tak bardzo chciałam być blisko męża.

Kobieta wyniosła się za miasto. Wszystkie próby dotarcia do Aymana spełzły na niczym.

– Ludzie, którym udało się wyjść z więzienia, opowiadali, w jak fatalnym stanie jest mąż – drobna Syryjka głośno przełyka ślinę. – Mówili: „ratuj go, bo on lada moment umrze”. Nie mogłam, nie potrafiłam zrezygnować.

Po roku i dziewięciu miesiącach Wisal dopięła swego. Za łapówkę w wysokości półtora tysiąca dolarów wykupiła męża z aresztu. Z ponurej celi Ayman trafił do kliniki w Libanie. Trzy miesiące później dołączyła do niego żona z dziećmi. W międzyczasie rodzinie udało się również wydostać z więzienia brata mężczyzny. W tym przypadku okup był dwa razy wyższy.

W takich okolicznościach zasobni do niedawna Syryjczycy pozbyli się ostatnich większych oszczędności.

– Jak sobie radzicie w Libanie? – pytam.

– Ayman nie może pracować – Wisal uśmiecha się smutno. – Sprzątam u libańskich rodzin, z czego są niewielkie pieniądze. Czasem któryś z sąsiadów podrzuci nam coś do jedzenia.

– Czyli Libańczycy zachowują się wobec was przyzwoicie? – staram się, by nie zabrzmiało to jak stwierdzenie.

– Trudno narzekać, biorąc pod uwagę to, co przeżyliśmy – mówi moja rozmówczyni.