Archiwa tagu: MON

Gra

Rozmawiam z generałem broni Waldemarem Skrzypczakiem, byłym dowódcą wojsk lądowych, byłym wiceministrem obrony.

Marcin Ogdowski: Wojsko Polskie jest obecnie przedmiotem gier, prowadzonych przez kilka podmiotów. Postarajmy się je zidentyfikować i ustalić, o co któremu chodzi. Zacznijmy od formalnie najważniejszego, czyli zwierzchnika sił zbrojnych.

Waldemar Skrzypczak: – Tu mamy do czynienia raczej z zaniechaniem, a nie aktywną grą. Widać wyraźnie, że prezydent Duda ma niewielki wpływ na to, co się w armii dzieje. Przykładem może być to, że jeden z rodzajów sił zbrojnych (obrona terytorialna – przyp. MO) zyskał specjalny status i podlega wyłącznie ministrowi obrony narodowej. Nie jest to zgodne z żadnym dokumentem prawnym, a zwłaszcza z konstytucją, za przestrzeganie której odpowiada pan prezydent. Tymczasem w tej sprawie Andrzej Duda milczy.

Może przyjął wyjaśnienie, że to tymczasowa sytuacja?

– Czemu ma ona służyć? Nie ma żadnego racjonalnego argumentu – poza politycznym – który by uzasadniał takie wydzielenie rodzaju sił.

A ten polityczny argument to…?

– Wydaje mi się, że może chodzić o instrument gry politycznej, element nacisku. Obronę terytorialną jako formację de facto policyjną. Na to prezydent nie powinien się zgadzać.

Może jest za słaby, by skorzystać ze swoich prerogatyw?

– Nie wiem. Chcę jednak wierzyć, że Andrzej Duda będzie brał przykład z prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który faktycznie sprawował kontrolę nad armią, wykorzystując do tego i Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, i MON. W wojsku zaś darzono go wielkim szacunkiem.

Środowisko PiS ma zatem odpowiednie wzorce, wywodzące się z własnych doświadczeń…

– …a Andrzej Duda był urzędnikiem w kancelarii Lecha Kaczyńskiego. Czekam zatem, aż przywróci urzędowi prezydenta odpowiednią siłę sprawczą.

O co chodzi kolejnemu podmiotowi, Antoniemu Macierewiczowi? Gra nie toczy się przecież tylko o obronę terytorialną.

– Oczywiście, przedmiotem oddziaływania ministra jest cała armia. Widać to po odejściach czołowych dowódców, z praktycznie wszystkich najważniejszych struktur. To potwornie niebezpieczna sytuacja.

Wojsko bez głowy…

– Widzi pan, w armii kluczową sprawą wcale nie jest wykształcenie, tylko doświadczenie w dowodzeniu. Żadna uczelnia nie daje tego, co dowodzenie – kompetencji i poczucia odpowiedzialności. Z uczelni wynosimy wiedzę, którą potem sprawdzamy w praktyce, w boju. Ludzie, którzy przeskoczyli po dwa, trzy szczeble bez takich doświadczeń, to dowódcze kaleki. Nie udźwigną ciężaru odpowiedzialności za swoje decyzje w sytuacji krytycznej. Bo nigdy w obliczu takich sytuacji nie stanęli.

Może kluczem do zrozumienia tej gwałtownej wymiany kadr jest jakiś plan?

– Nie widzę w tym planu. Albo inaczej – nie widzę racjonalnego z perspektywy wojska planu. Moim zdaniem, od jakiegoś czasu – jeszcze przed Macierewiczem, gdy szefem MON był Bogdan Klich – nasiliły się próby instrumentalnego traktowania wyższych dowódców. Budowania przekonania, że są upartyjnieni. I tak, ponieważ zostałem dowódcą wojsk lądowych w czasach pierwszego PiS-u, przyklejono mi łatkę „pisiora”. Generałowi Różańskiemu – człowieka PO.  Tak się stygmatyzuje dowódców. Mniejsza o personalną krzywdę – w ten sposób wśród naszych podwładnych buduje się przekonanie, że jeśli chcą robić karierę, to muszą stanąć po odpowiedniej politycznie stronie.

Generalicja nie jest tu bez winy…

– Oczywiście, że nie. W takim stanie rzeczy zyskują koterie wojskowe, które doradzają politykom. Klich miał u siebie koterię czerwonych beretów, którzy deprecjonowali wszystkich innych, Antoni Macierewicz też ma swoich, którzy mu podpowiadają, jak ma czyścić struktury.

Można opisać tę grupę interesów?

– Właściwie to są dwie grupy, z czego jedna to cywilna, składająca się z osób, które Macierewicz wziął do MON-u, by zajęły się lustracją. Szeroko pojętą lustracją, zahaczającą już o wymiar zbiorowej mani prześladowczej. Co do wojskowych, proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie mówię o tych, którzy zastąpili najwyższych dowódców. Generałowie Surawski czy Wojciechowski to świetni fachowcy – ale już ostatni z krótkiej ławki, którą miał do dyspozycji Antoni Macierewicz. Mnie idzie raczej o zauszników, wszelkiej maści doradców i zwolenników, poukrywanych na jakichś mniej istotnych czy nieistotnych stanowiskach.

Da się ich przyporządkować do jakiegoś rodzaju sił, broni?

– Nie. Oni nie bronią interesów wojska, czy grup zawodowych w jego obrębie. Grają o swoje, prywatne interesy. Podlizują się politykom w nadziei na awanse. Tym samym wpisują się w chorą kulturę polityczną.

Rakowi upolitycznienia zdaje się towarzyszyć coś więcej. Wprost już formułuje się zarzuty, że niektóre poczynania ministra Macierewicza – intencjonalnie czy nie – realizują interesy obcych służb.

– W ubiegłym roku pojawiły się sygnały, że wokół MON są ludzie powiązani z lobbystami rosyjskimi. Było zamieszanie, ludzie ci znikli z przestrzeni publicznej, ale nikt do końca nie wyjaśnił nam istoty tych związków.

Czy nasze służby są w stanie tego dokonać?

– Z pewnością tego nie robią. Możliwości są dwie – brak kompetencji, albo celowe zaniechanie.

Nie wiem, która z nich jest gorsza…

– Obie są złe. To zresztą jest kwestia wymagająca szerszego spojrzenia. Niech pan zobaczy, wojskowe służby – zarówno wywiad, jak i kontrwywiad – są mocno odseparowane od swoich zachodnich odpowiedników. Mówiąc wprost, tamci nie ufają naszym.

Od kiedy?

– Od lat. I sami sobie jesteśmy winni. Agenci wywiadów amerykańskiego czy niemieckiego pilnie się nam przyglądają. I co widzą? Służby, w których roi się od wzajemnych oskarżeń o kontakty z Rosjanami – agentami, lobbystami czy mafią. Stąd płynące do Waszyngtonu czy Berlina zalecenia, by ograniczać współpracę z Polakami.

Wyczyszczenie służb może tę wiarygodność odbudować…

– To mit. Służby są słabe niezależnie od tego, kto je czyści. Bo czyszczą je wszyscy. Co zmiana polityczna, to czystka. Ten proces nie powoduje wzmocnienia, a osłabia te instytucje. Ludzie się zniechęcają, nie chcą pracować, nie chcą się wychylać. Jaka jest wiarygodność i operacyjna skuteczność oficera, który służy trzy lata, a potem go wyrzucają? Istotą służb jest kontynuacja, ciągłość instytucjonalna. To, że ludzie są ze sobą w relacjach merytorycznych przez 10-20 lat. Tak się buduje potęgę wywiadu i kontrwywiadu. My zaś, na dobrą sprawę, od czasu rozwalenia WSI nie mamy wojskowych służb, które chroniłyby państwo polskie.

I pewnie stąd się bierze słabość wojska i MON wobec wszelkiej maści lobbystów – przemysłowych, związkowych. Mam wrażenie, że w tej chwili to związki zawodowe decydują o tym, w co będzie uzbrojona polska armia…

– Wie pan, to wynika z tego, że nie ma u nas podmiotu, który by decydował o tym, jak budować strategię rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego. Nikt nie potrafi tego zrobić. Ci, którzy rotują się na stanowiskach w naszej zbrojeniówce, nie mają takiej siły intelektualnej. Nie mają wizji. Albo inaczej – mają wizję, która zamyka się w trzech hasłach: przeżyć, zarobić i mieć święty spokój. Proszę mi wskazać koncepcje, wybiegające 10-20 lat do przodu, oparte o realne założenia.

Nie znam takich.

– Bo ich nie ma. Potencjału nie buduje się 2-3 lata, a dekady. Przykładem niech będzie Turcja. Przed laty nakreślono tam wizję rozwoju zbrojeniówki, i mimo tego, że rządy się zmieniały, nikt nie kwestionował, nie „korygował” kierunków rozwoju. A u nas? Co wybory to kolejny desant swojaków na synekury. Jeden lepszy od drugiego, wszyscy bez pojęcia o zbrojeniówce. Ci ludzie owszem, budują siłę – własną, otaczając się kolegami, i polityków, którzy ich delegowali.

Dziś wydają się szczególnie nietykalni…

– Ale jutro przyjdzie nowa zmiana i ich wymiecie, to oczywiste. A związkowcy pozostaną. Silni słabością niekompetentnych, zmieniających się menadżerów. Dlatego z taką łatwością dyktują, co armia kupi. Wojskowi nie mają w tej kwestii już nic do powiedzenia. Ma być taki karabin, ma być taka haubica – i tyle. Niezależnie od tego, że technologicznie to produkty średniej generacji. Niech pan mi pokaże zaawansowany wyrób naszej zbrojeniówki.

Hmm. Może Rosomak?

– Ma już 15 lat i się nie rozwija. Niech pan zobaczy, jak świat poszedł do przodu z wozami tego typu. Ten świat pędzi, wręcz galopuje – a my stoimy w miejscu.

Może trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że przegraliśmy w tym wyścigu? I zamknąć nierentowne przedsięwzięcia.

– Wciąż wierzę w młodych ludzi, którzy realizują się w spółkach w sektorze prywatnym. I są świetnymi fachowcami. Ufam, że wreszcie zdamy sobie sprawę, w jakiej d… jesteśmy – i pozwolimy profesjonalistom zarządzać zbrojeniówką.

Ta „d…” to zachowawczość sektora państwowego, przekonanego, że „czy się stoi, czy się leży, kasa od MON-u i tak się należy”, prawda?

– Niech pan ustali, ile kosztuje nasz karabin, a ile zachodni, który w porównaniu z naszym jest trzy klasy z przodu.

Który będzie tańszy?

– Ceny będą takie same. Kiedyś, będąc w MON-ie, powołałem komisję antymarżową. Po badaniach trzech umów, które obnażyły łobuzerstwo przemysłu, kazano mi ją zamknąć.

Jakie to były umowy?

– Nie mogę o tym mówić, to tajemnica. Ale proszę mi uwierzyć – były takie. Ich analiza jasno wykazała, że państwowe spółki nie dają armii produktów pierwszej klasy, i łupią ją na trzykrotnie wyższych cenach.

Kto stworzył presję na zamknięcie komisji?

– Prezesi, związkowcy – do spółki z politykami.

Mówiliśmy już o generalicji, ale kadry to szersze pojęcie – w co grają oficerowie i podoficerowie Wojska Polskiego? Czy to już wyłącznie gra na przetrwanie?

– Kadrę podzieliłbym na dwie grupy. W pierwszej umieścił ludzi wierzących, że armia to miejsce stworzone dla nich. Żołnierzy ambitnych, zdolnych, gotowych do wysiłku i poświęceń – w zamian za zawodową satysfakcję. Posiadających własne poglądy, ale jednocześnie wierzących w apolityczność wojska. Drudzy to karierowicze, bez wiedzy, bez kompetencji, biegający po salonach i zabiegający o względy polityków. Dla nich armia to tylko miejsce pracy – dobre, jak każde inne – traktowane jako narzędzie do łatwej kariery. Dziś to przede wszystkim przedstawiciele tej drugiej grupy awansują – i to w zawrotnym tempie. Od pierwszych zaś coraz częściej słyszę, że mają poczucie końca swojej misji, że zbyt często zderzają się ze ścianą polityków-lustratorów. Wielu odchodzi, nie chcąc brać odpowiedzialności za to, co dzieje się z armią. Przykładem masowe odejścia z pionu uzbrojenia.

Paradygmat

Wywiad z prof. Romualdem Szeremietiewem, byłym ministrem i wiceministrem obrony narodowej.

– Słyszał Pan o przesmyku suwalskim?

– Rozumiem, że chodzi o korytarz, którym Rosjanie mieliby połączyć Kaliningrad z Białorusią?

– Tak. A jednocześnie kordon, którym odcięto by lądowy dostęp do krajów nadbałtyckich. Niepokojący scenariusz, prawda?

– Rzeczywiście nie brzmi to dobrze. Ale skoro na północy i na południu od tego „korytarza” mamy państwa natowskie, takie działania powinny być skazane na porażkę.

– Powinny. A czy są?

– Rosjanie mają mniejsze siły niż Sojusz. Jeśli zatem udałoby im się opanować ów przesmyk, oznaczałoby to, że NATO nie broniło krajów nadbałtyckich i nie wsparło Polski.

– … albo broniło niewystarczająco, na przykład tylko polskimi siłami. Jednostkami z Warmii i Mazur, które nie przedstawiają dużej wartości bojowej. Czy fakt, że najlepsze oddziały Wojska Polskiego stacjonują na zachodzie kraju, nie jest zaproszeniem do kłopotów?

– Samo przebazowanie jednostek nic nie da. Należy zmienić polskie myślenie o strategii obrony. Dopiero w oparciu o nowe wytyczne dokonywać m.in. rozlokowania wojsk. Niestety, od lat popełniamy błąd, przyjmując niepodważalne – jak nam się wydaje – założenie. I nie szukamy innych rozwiązań. Uznaliśmy, że skoro Polska nie jest potęgą, a zagraża nam wrogie mocarstwo, to jedynym sposobem zapewnienia bezpieczeństwa będzie wsparcie ze strony mocarstwa sojuszniczego. W ten sposób zamierzano obronić kraj przed 1939 rokiem, gdy zawierano sojusze z Francją i Anglią. Dziś w Warszawie kalkuluje się podobnie – że siły zbrojne RP, jako część NATO, przy pomocy USA, obronią Polskę. Ale czy jest to jedyne możliwe rozwiązanie problemu bezpieczeństwa narodowego?

– Pan proponuje zmianę paradygmatu…

– Tak. Uważam, że przyjęty wzorzec jest nie tylko fałszywy, ale będzie skutkował kolejną polską przegraną. Jestem natomiast przekonany, że możemy zbudować taki system obrony, który zagwarantuje bezpieczeństwo nawet gdyby sojusznicy nam nie pomogli lub spóźnili się z wsparciem naszej obrony.

– Pewnie słyszał Pan nie raz, że to niemożliwe. Zbyt kosztowne.

– Rzeczywiście, ciągle to słyszę. Zastanówmy się jednak, czy rzeczywiście nie mamy innego sposobu na obronę kraju? Współczesne wojny wykazały, że nowoczesne armie przegrywają w konfliktach asymetrycznych, kiedyś nazywanych działaniami  partyzanckimi. Nie ulega wątpliwości – patrząc od Algierii po ostatni Afganistan – że taki opór jest skuteczny. Nawet Sowieci musieli przecież wycofać się z Afganistanu. Zobaczmy zresztą, jak dziś – po tych doświadczeniach – zachowuje się Zachód. Mimo iż dysponuje potężnymi siłami, nie wysyła wojsk lądowych do Syrii, żeby ostatecznie rozprawić się z ISIS. Wysyła samoloty, które zrzucają bomby, ale bombardowania nie rozwiążą problemu. Bo trzeba po prostu opanować teren. Tymczasem wiadomo, że jeśli przeciwnik będzie działał asymetrycznie, to sama przewaga technologiczna nie wystarczy. Eksperci mówią, że do wyeliminowania jednego partyzanta potrzeba 20 żołnierzy. Chcąc więc unieszkodliwić 30 tys. bojowników islamskich – tyle ich zdaje się jest – należałoby wysłać na Bliski Wschód jakieś 600 tys. wojska.

– Suche cyfry nie ukryją faktu, że mówi Pan o wyjątkowo koszmarnym rodzaju wojny…

– Nie jestem entuzjastą wojny partyzanckiej. Ja też uważam taki rodzaj walki za nieszczęście. Jeśli jednak nie zmienimy obecnej koncepcji obrony, to istnieje prawdopodobieństwo, że Polska może być podbita. I wtedy Polacy zaczną konspirować, podejmą działania partyzanckie tak, jak po wrześniu 1939 roku. Tymczasem to, co proponuję, powinno odstraszyć potencjalnego agresora i wówczas żadnej wojny, zwłaszcza partyzanckiej, nie trzeba będzie prowadzić.

Działajmy więc zanim pojawi się zagrożenie. Upewnijmy nieprzyjaciela, że w razie ataku będzie miał do czynienia z masą Polaków przygotowanych do działań asymetrycznych. Wówczas agresor zastanowi się, czy stać go na atak. Konieczność zbudowania dwudziestokrotnej przewagi, czyli wystawienie kilkunastomilionowej armii, wykończyłaby nie tylko kremlowski skarbiec.

– Czy zmiana paradygmatu oznacza postawienie krzyżyka na NATO? Czy też winniśmy naszą obecność i sam Sojusz wzmacniać?

– Ależ nasze zdolności obronne wzmocnią Sojusz! Postuluję tylko, by stosować clausewitzowską hierarchię środków obrony. Generał Clausewitz na pierwszym miejscu stawiał własne zdolności obronne, w szczególności wolę oporu narodu. Na końcu wymieniał pomoc sojuszników. Zatem owszem, założymy w naszej strategii, że otrzymamy wsparcie. Ale dopuśćmy też scenariusz, że go nie będzie – i że to nie musi, czy wręcz nie może oznaczać katastrofy. Poza tym trzeba pamiętać, że ktoś dobrze przygotowany do obrony prędzej doczeka się wsparcia niż słabeusz.

– No tak, łatwiej pomagać, gdy ma to sens i nie jest z góry skazane na porażkę.

– Otóż to. George Friedman powiedział wyraźnie – a należy go brać poważnie, skoro kieruje taką agencją jak Stratfor – „Polska otrzyma pomoc, ale musi wytrzymać samodzielnie w obronie trzy miesiące”. Trzy miesiące. Nie możemy się przewrócić tak, jak w 1939 roku, bo Amerykanie nie będą mieli komu pomagać.

– Te trzy miesiące brzmią nierealistycznie…

– Doszliśmy, zdaje się, do dna. Dzięki Bogu, że nikt w tej chwili nie grzeje silników czołgowych na naszych granicach. Dzisiaj, biorąc pod uwagę stan naszej armii, możemy się bronić jakieś trzy dni.

– A gwarancje sojusznicze nie są mimo wszystko lepsze niż przed II wojną?

– Hmm. W 1939 roku wiedzieliśmy dwie rzeczy – że nasi sojusznicy wypowiedzą Niemcom wojnę i że po 15 dniach od ogłoszenia mobilizacji we Francji, uderzą na Niemcy. I rzeczywiście, alianci wypowiedzieli Niemcom wojnę 3 września, ale ofensywy nie było. Co wiemy dziś? Że obowiązuje artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego, który mówi „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Lecz nie mamy pojęcia, jakie będą decyzje państw sojuszniczych. Sojusznicy mają bowiem suwerenne prawo do osądzenia, czy i w jakim zakresie wspierać napadniętego. I wreszcie, nie znamy terminów udzielenia pomocy, bo zależą one od decyzji poszczególnych państw dotyczących zastosowania (lub nie) artykułu 5.

– Obiektywnie więc wiemy mniej niż przed wojną.

– A wtedy się nie udało…

– No ale są plany ewentualnościowe.

– Pamięta pan informacje na ich temat, które ujawnił Wikileaks?

– Że w Polsce w razie zagrożenia ma się znaleźć 9 natowskich dywizji?

– Właśnie o tym mowa. Przypomnę, że w tej dziewiątce miałby być cztery polskie dywizje. Więc po pierwsze, naszych czterech nie ma, bo są trzy – i nie sądzę, żebyśmy byli w stanie w razie zagrożenia szybko czwartą dywizję odtworzyć. No i nie wiemy, gdzie jest pięć pozostałych. Dobrze byłoby to ustalić. I zabiegać, by przynajmniej część z nich była blisko naszych granic. No ale jak rozumiem, daliśmy sobie wmówić, że NATO już nie buduje baz stałych, więc będą takie stałe-niestałe obecności wojsk…

– … co jest przejawem kapitulanctwa polskich władz?

– Może to raczej objaw realizmu, skoro sojusznicy nie chcą budować infrastruktury obronnej nad Wisłą. Swoją drogą okazuje się, że bazy stałe mogą być w Niemczech, a na terenie Europy Środkowej już nie. Zadaniem polskich władz jest zmuszenie NATO do stałego zakotwiczenia się w naszym regionie.

– Niezależnie od tego, postulowane przez Pana zmiany paradygmatu muszą objąć program modernizacji Wojska Polskiego.

– Bezwzględnie.

– Co jest priorytetem w tej sytuacji?

– Najpierw musi powstań strategia zmieniająca dotychczasowy paradygmat obronny. Bez nowej strategii wszelkie modernizacje i przebudowy armii będą bezwartościowe. Bo skąd będziemy wiedzieli, jakie siły zbrojne i jakie rodzaje uzbrojenia są nam potrzebne? Na co mamy wydawać pieniądze budżetowe?

– Poziom geopolityki jest poza naszym zasięgiem. Nie zmusimy USA, by wytrwały przy światowym ładzie, utrwalonym po zakończeniu zimnej wojny. A bez jasności w tym obszarze zabraknie nam istotnych punktów odniesienia przy budowie tej strategii.

– Bez wątpienia możemy założyć, że Rosja nie zrezygnuje z budowy wielobiegunowego ładu międzynarodowego.

– Pańskim zdaniem Amerykanie będą kontynuować politykę dominacji, czy pójdą w izolacjonizm, w Europie odpuszczając Rosji?

– Kompleks przemysłowo-militarny USA chciałby utrzymać status quo. Ale z drugiej strony mamy kandydata na prezydenta Donalda Trumpa i jego pomysły ściślejszej współpracy z Rosją. Rosja zresztą – świadoma amerykańskich wątpliwości i słabości – gra kwestią terroryzmu. Chce się prezentować Zachodowi jako partner w jego zwalczaniu i odegrać taką samą rolę, jak Stalin w latach II wojny, biorący na siebie dużą część wysiłku w walce z Niemcami. I podobnie jak Stalin uzyskać coś w zamian od Zachodu. Nie można wykluczyć, że pojawi się jakaś powtórka z Jałty.

– Po amerykańskich wyborach prezydenckich będziemy wiedzieli więcej.

– Owszem. I z perspektywy Polski byłoby lepiej, gdyby izolacjoniści nie przejęli Białego Domu. Ich przegrana zwiększa prawdopodobieństwo, że Stany Zjednoczone będą blokować poczynania Rosji w Europie. Co oznacza wsparcie dla Polski jako głównego sojusznika – eksperci amerykańscy mówią bowiem wprost, że na Europę Zachodnią, zwłaszcza na Niemcy, USA nie mogą już liczyć.

– To są rozstrzygnięcia, które zaczną zapadać od jesieni, ale chyba nie wolno nam siedzieć z założonymi rękoma?

– Nie. I wcale nie musimy czekać – już dziś przyjmijmy, że zasadniczym elementem obrony państwa ma być powszechna obrona terytorialna. Że powinniśmy mieć możliwość wystawienia co najmniej 500 tysięcy żołnierzy, zdolnych do prowadzenia działań nieregularnych, asymetrycznych.

– Pół miliona ludzi poza wojskami operacyjnymi?

– Tak, poza wojskami operacyjnymi. OT w takim wymiarze stanowiłaby czynnik odstraszający na poziomie strategicznym.

– Coś się już w tej materii dzieje…

– No właśnie nie. Zwycięża bowiem koncepcja OT jako stosunkowo nielicznej formacji pomocniczej dla wojsk operacyjnych. Także w sprawie OT MON porusza się w logice obowiązującego paradygmatu obrony.

– Uściślijmy zatem. Obrona Terytorialna ma działać niezależnie od wojsk operacyjnych? Ma atakować przeciwnika zza każdego przysłowiowego węgła i drzewa, gdziekolwiek się tamten pojawi?

– Siły terytorialne będą oparciem dla kontratakujących wojsk operacyjnych, ale przede wszystkim mają być zasadniczym elementem odstraszania. Niech Rosja wie, że wchodząc do naszego kraju, od razu spotka się z powszechnym oporem. Niezależnie od tego, jakie decyzje podejmie NATO i Unia Europejska.

„Dobrowolcy”

Wiosną 2014 roku niemała armia ukraińska okazała się tworem funkcjonującym niemal wyłącznie na papierze. Gdy zaczęła się tak zwana operacja antyterrorystyczna, do walki nadawało się tylko sto z ponad siedmiuset ukraińskich czołgów, jakoby pozostających w linii. A z dwóch i pół tysiąca maszyn zapasu mobilizacyjnego, dziewięćdziesiąt procent niszczała pod chmurką, wcześniej ogołocona z co cenniejszego sprzętu, który sprzedano zagranicę. Żołnierze nie mieli nowoczesnych hełmów i kamizelek, często wręcz brakowało dla nich butów czy innego podstawowego ekwipunku.

Dziś wiemy już dobrze, z czego to wynikało – Ukraina, zwłaszcza w czasach Wiktora Janukowycza, była para-państwem. Strukturą, która zdawała się istnieć tylko po to, by grupy oligarchiczne mogły czerpać z jej zasobów. A taka organizacja, nawet jeśli miała znamiona normalnej państwowości, nie potrzebowała silnej armii. Ba, w interesie wszystkich uczestników polityczno-biznesowej gry było osłabianie wojska – bo a nuż któryś z oligarchów mógłby z jego pomocą zdobyć przewagę.

W takich okolicznościach na arenę zmagań z separatystami i armią rosyjską wkroczyły jednostki ochotnicze. Formowane naprędce, na fali patriotycznego wzmożenia, finansowane z publicznych zbiórek i kieszeni bogatych biznesmenów. Ci ostatni dostrzegli bowiem w batalionach jedyny efektywny sposób na zachowanie porządku w rejonach, gdzie prowadzili swoje interesy. Przykładem takich kalkulacji i działań może być Ihor Kołomojski, który żelazną ręką – przy pomocy „dobrowolców” – popędził zwolenników separacji z Dniepropietrowska, zanim miasto na dobre ogarnęła rebelia. Formalnym przypieczętowaniem tych starań była funkcja gubernatora obwodu dniepropietrowskiego, jaką Kijów powierzył „królowi sektora bankowego”.

Na prawdziwym froncie formacje ochotnicze nie radziły już sobie tak dobrze. Brutalna lekcja kotła iłłowajskiego obnażyła wszystkie słabości „dobrowolców” – przede wszystkim słabe wyszkolenie i wyposażenie. Z czasem jednak oddziały ochotników okrzepły i nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że zahamowanie terytorialnej ekspansji rebelii to w dużej mierze ich zasługa. Gdy latem 2015 roku odwiedziłem batalion „Azow”, był on jedyną formacją broniącą podejść do strategicznie ważnego portu w Mariupolu. Kilka dni później azowcy zluzował pozycje, na których pojawił się inny ochotniczy batalion – regularna armia, dosłownie, stała z boku.

Jednak ów wymierny sukces miał też – i wciąż ma – swoje ciemne oblicze. Część batalionów stała się wylęgarnią skrajnie prawicowych, w tym neonazistowskich, idei. Zaś ich dowódcy wzięli się za aktywny udział w życiu politycznym, szantażując rząd w Kijowie manifestacjami swoich podwładnych i zwolenników. Tym zjawiskom towarzyszyły inne, jeszcze niebezpieczniejsze – angażowanie się ochotników w przemyt, porwania dla okupu i wymuszanie haraczy. Wypadki w Mukaczewie – gdzie w lipcu 2015 roku doszło do krwawego starcia bojowników „Prawego Sektora” z milicją i wojskiem – utwierdziły Kijów w przekonaniu, że wobec „dobrowolców” należy stosować zasadę mocno ograniczonego zaufania.

I tak bataliony zaczęły pełnić na Ukrainie rolę destabilizującą. Próbą zniwelowania tej dysfunkcji było wcielenie ochotniczych formacji do struktur regularnej armii. Do tej pory unika się też przekazywania im ciężkiego wyposażenia, by nie powiększać ich potencjału bojowego. Pytanie, jakie przyniesie to skutki, jest wciąż otwarte. Nastroje wśród „dobrowolców” nie są najlepsze. Wielu mówi o „zdradzie kijowskiego rządu”, który nie przeprowadził niezbędnych reform i jest „zbyt uległy wobec Rosji i separatystów”. Często pada argument o „konieczności kolejnej rewolucji”. Część ochotników widzi się jako jej awangarda. A rozmawiamy o uzbrojonych i nawykłych do przemocy ludziach…

Jak to się ma do naszej obrony terytorialnej? Ano powinniśmy mieć ukraińskie doświadczenia z tyłu głowy, tworząc własne ochotnicze formacje. Dlatego podoba mi się idea MON, by obrona terytorialna stała się jednym z rodzajów sił zbrojnych. By od samego początku jej „kościec” stanowiła zawodowa kadra. Poprzedni pomysł – zakładający szeroką autonomię lokalnych struktur, ba, przewidujący istnienie formacji wystawianych przez lokalnych przedsiębiorców – to proszenie się o ukraińskie kłopoty, gdzie entuzjazm tysięcy młodych osób został wykorzystany do budowy małych, prywatnych armii. Oddziały OT muszą być wprost zintegrowane z systemem obrony państwa. Zadaniowane i kontrolowane przed dowództwo sił zbrojnych, oparte o dyscyplinę obowiązującą w armii. Owa integracja musi zachodzić także w obszarze ochrony kontrwywiadowczej. W zeszłym tygodniu ukraińskie służby zatrzymały kilku członków „Prawego Sektora” pod zarzutem działalności na rzecz Rosjan. A nie miejmy złudzeń – członkowie naszej obrony terytorialnej również będą celem działań rosyjskiego wywiadu.

—–

Pozycje ochotniczego batalionu „Azow”, przedpola Mariupola, lato 2015/fot. Darek Prosiński