Archiwa tagu: NATO

Łup

Rozmowa z generałem broni Waldemarem Skrzypczakiem, byłym Dowódcą Wojsk Lądowych.

– Podczas ostatniej kampanii wyborczej niewiele mówiło się o wojsku i jego potrzebach.

– Nic nadzwyczajnego. Minęło ponad 30 lat od zmiany systemu, ale na dobrą sprawę niewiele dla armii w tym czasie zrobiono. Generalnie wojsko służy politykom do tego, do czego aktorzy używają ścianki.

– Ma stanowić tło, przy którym warto się zaprezentować.

– Dokładnie tak. Proszę zauważyć, że choć było już kilka planów rozwoju sił zbrojnych, to żaden rząd nie wykazał się tu konsekwencją. Każdy chciał robić po swojemu, psuł i dewastował to, co zrobili poprzednicy. W efekcie, zamiast kompleksowych zmian, mamy w Polsce szereg programów wyspowych. Dziś kupujemy Patrioty, jutro HIMARS-y, a pojutrze wrzucimy sobie jakiś nowy temat. Bierzemy po trochu, bo drogie, i co gorsza, w oderwaniu od realnych potrzeb armii.

– Warunki gry dyktują lobbyści?

– To oni przekonują polityków do zakupów. Ci z kolei wydają dyspozycje wojskowym, by znaleźli uzasadnienie dla konkretnych wydatków. Doskonale to widać po niektórych ważnych politykach , którzy wręcz chodzili i nadal chodzą na pasku lobbystów. Nie są przy tym zupełnie bezwolni, bo godzą się na takie warunki świadomi propagandowych korzyści, jakie da się uzyskać na zakupach. Niech pan sobie przypomni, jak ograno medialnie zakup dwóch baterii Patriotów.

– Jakbyśmy nagle skoczyli do militarnej ekstraklasy…

– A nic się nie zmieniło, bo wyrzutnie otrzymamy za kilka lat, w takiej liczbie, że będą one mogły bronić co najwyżej same siebie. Rozwój sił zbrojnych winien być podporządkowany planom wojennym. Narodowym i sojuszniczym. Opartym o wiedzę i doświadczenie wojskowych, nie polityków.

– Ten polski, i dla Polski, zakłada, że największym zagrożeniem jest dla nas Rosja. I że w razie ataku mamy wytrzymać rosyjski napór do czasu rozwinięcia głównych sił NATO. To realistyczne zadanie?

– Nie lubię słowa „wytrzymać” w tym kontekście, za bardzo przypomina mi 1939 rok. Wtedy też mieliśmy wytrzymać pierwsze uderzenie niemieckie i czekać na operację zaczepną sił francusko-brytyjskich…

– …która nigdy nie nastąpiła.

– Cóż, zdradzono nas. Świadomi tych doświadczeń, winniśmy mieć potencjał zdolny nie tylko przyjąć pierwsze uderzenie. Nie mamy zginąć między Bugiem a Wisłą. Mamy przetrwać, czyli zachować istotną część armii dla prowadzenia dalszych operacji. Oczywistym jest, że dziś – w przypadku zaskakującego uderzenia – nie sprostamy tej roli. Wojsko Polskie jest za słabe, no i nie stacjonują u nas znaczące komponenty innych armii NATO. Amerykańska obecność jest w tej chwili symboliczna…

– To odpowiednik jednej brygady.

– Czyli nic, co mogłoby Rosjan odstraszyć i zatrzymać. Rosjanie dojdą do Wisły w ciągu 2-3 dób, Odrę osiągną po 9-10. Tymczasem Amerykanie potrzebują 60 dni, by przerzucić do Europy odpowiednio silny kontyngent. A na dziś ani Niemcy, ani Francuzi, Hiszpanie czy Włosi, nie są w stanie poderwać w trybie alarmowym i przesunąć do Polski przed upływem tych 10 dób, wojsk o wystarczającym potencjale. Ktoś powie: „no dobra, ale NATO dysponuje rakietami, ma bomby jądrowe i samoloty”. Prawda, tylko wiemy, czym skończyłoby się użycie broni atomowej.

– Strach pomyśleć…

– Zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że natowscy wojskowi nie posługują się w ćwiczeniach doktrynami rosyjskimi. Jednostki grające w manewrach Rosjan, rozwijają działania w oparciu o strategie i taktyki NATO. A przecież to droga donikąd.

– Amerykanie nie znają rosyjskich doktryn?

– Znają je słabo. My też, czego dowodem demonizacja Przesmyku Suwalskiego. W efekcie, jako Sojusz, źle uczymy sztaby i dowódców. Istotą działań rosyjskich wojsk lądowych są operacje zaczepne. Szybkie uderzenia, których celem jest rozbicie przeciwnika i wyjście na określoną rubież. Blitzkrieg, którego Rosjanie nauczyli się od Niemców.

– W tej sytuacji łatwo o argument, że nie warto nic robić, bo i tak przegramy…

– Warto, ale najpierw NATO musi się otrząsnąć z okresu miłości do Władimira Putina…

– Nie otrząsnęło się jeszcze?

– Nie, co widać po kolejnych redukcjach sił zbrojnych. U nas, za ministra Bogdana Klicha, zmniejszono wojska operacyjne o blisko 30 proc. Gdyby politycy na serio myśleli o bezpieczeństwie państwa, zadbaliby o rozwój armii i przemysłu zbrojeniowego.

– Zbrojeniówka po 2015 roku stała się obiektem ciągłych restrukturyzacji. Co rusz zmieniały się zarządy poszczególnych firm i całej Polskiej Grupy Zbrojeniowej…

-To relikt z poprzedniej epoki. Scentralizowany i zależny od polityków. Tylko ekipy się wymieniają, traktując zbrojeniówkę jak „ujeżdżalnię”, z której doi się pieniądze. Bez prawdziwej i głębokiej restrukturyzacji wciąż będziemy mieli przemysł, któremu zrobienie karabinu zajęło kilkanaście lat, a samobieżnej armatohaubicy niemal ćwierć wieku.

– Zastanawiam się na powodami nonszalancji polityków. Czy aby nie chodzi o przekonanie, że przecież Amerykanie nas obronią, a samo ryzyko wojny jest niewielkie?

– Atlantyku nie da się zasypać, trzeba go przepłynąć – co byłoby nie lada wyzwaniem. Dlatego byłbym ostrożny z tym optymizmem, że Stany nam pomogą. A wiara w to, że wojny nie będzie, jest nieuzasadniona. W ciągu dekady musimy się liczyć z konfrontacją chińsko-amerykańską.

– To chyba nie nasze zmartwienie.

– Jak najbardziej nasze. To Chińczycy trzymają w ryzach Putina, nie pozwalają mu na wywołanie kolejnych konfliktów, bo naraziłoby to stabilność ładu gospodarczego. Ale gdy USA na serio zagrożą chińskim interesom w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej, Pekin zwolni hamulce.

– Peryferyjność nas nie uratuje?

– Nie, bo Moskwa chce odzyskać dawne strefy wpływów w Europie Wschodniej.

Z Donaldem Trumpem, jako prezydentem USA, może być jej łatwiej.

– Polityka Trumpa jest za bardzo konfrontacyjna w stosunku do Unii Europejskiej, najbliższego sojusznika. Ten człowiek błądzi, bo w pewnym momencie Niemcy i Francuzi przestaną z nim rozmawiać. A jak z nim, to i z nami, bo powiedzieć o naszej polityce zagranicznej, że jest proamerykańska, to jakby nic nie powiedzieć.

Trump chyba nie wygra listopadowych wyborów…

– Ma poważne kłopoty. Widać to po reakcji Pentagonu na groźby prezydenta, że użyje wojska do tłumienia demonstracji. „Nie ma takiej opcji” – usłyszał od sekretarza obrony. Przeczy to politycznej charyzmie Trumpa i pokazuje siłę amerykańskiej demokracji.

– No właśnie, Amerykanie przetrwają Trumpa, a czy my przetrwamy Jarosława Kaczyńskiego?

– Młodzież nie da się zbałamucić – jestem tego pewien.

– A armia? Coś złego stało się w ostatnich latach z jej morale…

– W zbyt dużym stopniu zależy ono od tego, czy żołnierze dostaną podwyżki, czy nie. Wojskowi zarabiają dziś bardzo dobrze – i to nie jest złe. Lecz gdy zestawimy ich pensje z innymi sektorami budżetówki, widać jak na dłoni intencje polityków. Ci, po prostu, kupują sobie lojalność wojska.

– Rządy PiS pokazały, że w armii jest wiele giętkich kręgosłupów. Warto przypomnieć Bartłomieja Misiewicza.

– Za obrzydliwą służalczość, z jaką zachowywali się wobec niego niektórzy oficerowie, powinno się wyrzucać z wojska. Ale czy to znaczy, że armia stanie przy władzy i zwróci się przeciwko narodowi? Wielokrotnie mówiłem kolegom-generałom: „nie wolno powtórzyć sytuacji z 1981 roku. Jeśli ktokolwiek chciałby użyć wojska w taki sposób, to macie powiedzieć ‘nie’ i zostać w koszarach”.

– Zostaną?

– Wszystko może się zdarzyć. Rządzą nami ludzie o zapędach autorytarnych, a tacy łatwo stołków nie oddają. No i w wielu z nas, Polakach – a więc i również w wojskowych – wciąż tkwi ta paskudna uległość wobec władzy. Pozostałość chyba jeszcze z epoki rozbiorów.

– Raczej efekt tego, że 90 proc. społeczeństwa ma chłopskie korzenie, a chłop – właściwie aż do nastania PRL-u – traktowany był niczym niewolnik. Jednak dziedziczony społecznie rys osobowościowy to za mało – muszą być jeszcze ludzie władzy w samych szeregach.

– Pełno ich w wojskowych służbach – wychowanków Antoniego Macierewicza.

– Czym się zajmują? Bo łapanie szpiegów nie bardzo im wychodzi…

– Rosyjski szpieg jest sto razy mądrzejszy od polskiego kontrwywiadowca. Ci panowie od Macierewicza to amatorzy, bez dostępu do najważniejszych tajemnic NATO. Nie ufano Macierewiczowi, nie ufa się też im. I nie tylko o profesjonalizm tu chodzi. Za dużo dziwnych historii się wokół tego towarzystwa wydarzyło. Afganistan jest klinicznym przykładem zdrady polskiej racji stanu. Macierewicz w sposób zamierzony doprowadził tam do osłabienia odporności naszych oddziałów na zagrożenia (kontr)wywiadowcze. Efektem było Nangar Khel, skandaliczne śledztwo w tej sprawie, oraz późniejsze straty w ludziach, które poniósł nasz kontyngent.

– Użyteczny idiota, agent…?

– …albo amator. Kim był Macierewicz, zanim został szefem SKW, a później ministrem obrony? Co wiedział o wojsku? Albo ludzie, którymi się otoczył? Nic. Wciąż za to płacimy. Od lat powtarzam, że w Polsce działają rozległe sieci wywiadowcze, które penetrują nasz przemysł i scenę polityczną. Swoboda, z jaką agenci rosyjscy poruszają się wśród elit politycznych i biznesowych, to dla nas obecnie największe niebezpieczeństwo.

– Kandydat na prezydenta RP, Rafał Trzaskowski, chciał Macierewicza postawić przed Trybunałem Stanu.

– Boże broń! Żaden polityczny trybunał ani sąd. Nic, czego decyzje można podważyć w sejmie, co daje możliwość kupczenia podczas politycznych targów. Wszystkich, którzy szkodzili Polsce i armii, trzeba postawić przed czymś w rodzaju sądu narodowego, niezależnego od kaprysów i gierek polityków. Mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie. To jeden z warunków odpolitycznienia armii. I przywrócenia jej szacunku.

– Polacy cenią sobie wojsko.

– Ale ich polityczni przedstawiciele nie. Pamiętam ministra Jerzego Szmajdzińskiego – to, z jakim szacunkiem odnosił się do wojskowych. Z jaką uwagą wysłuchiwał ich opinii. W czasach Aleksandra Szczygły było podobnie. To za Klicha pojawiła się arogancja w stosunku do mundurowych, dzielenie ich na „swoich” i „nie-swoich”. A wojskowi dali się wciągnąć w te personalno-polityczne gierki, co jest największą tragedią Wojska Polskiego po 1989 roku. Rozerwano bowiem spoistości armii, zawodową lojalność ludzi, którzy jadą na tym samym wózku. Zaczęło się budowanie koterii – krakowskiej, warszawskiej – co później przeniosło się na niższe poziomy. Dziś łatwiej zastanie pan lokalnego dowódcę na kawie u starosty, niż na poligonie z wojskiem.

– I łatwo znajdę generała bez należytego przygotowania.

– Dowódcami są często ludzie, którzy nigdy nie wyprowadzili całej brygady czy dywizji w pole. Nie przeszli żmudnej ścieżki kariery, od dowódcy plutonu, kompani, batalionu i pułku. Dziś generałem zostaje się z automatu, bez ćwiczeń, testów, doświadczenia. Trzeba przywrócić właściwą rangę temu stopniowi.

– I skończyć dwuwładzę – mamy w tej chwili w armii dwóch czterogwiazdowych generałów – „prezydenckiego” i „ministerialnego” – których kompetencje w wielu obszarach się pokrywają.

– Radziłbym szefowi sztabu generalnego i dowódcy generalnemu, by spotkali się przy wódce i między sobą rozwiązali patową sytuację, w jaką wpakowali ich politycy. Bo wojsko na dole patrzy i się demoralizuje. Ale rozumiem intencje polityków.

– Walczą o wpływy w wojsku.

– …i celowo generują konflikty, bo skłóconymi koteriami łatwiej się steruje.

– Dlaczego USA i NATO pozwalają na taki stan rzeczy?

– Znam Amerykanów, chociażby z Iraku, i dobrze wiem, że oni Wojsko Polskie obserwują. I wyciągają często srogie dla nas wnioski. Ale niczego nie narzucają, bo oczywistym jest dla nich, że sprawy narodowe układamy sobie po swojemu. NATO z kolei powinno rozliczać Polskę za poziom zdolności do realizacji wspólnych zadań. I jakkolwiek jest on niski, nic nam z tego powodu nie grozi. Sojusz znajduje się bowiem w głębokim kryzysie, zawłaszczony przez polityków, trawiony przez zbytni pacyfizm, a od kilku lat regularnie turbowany przez Trumpa, który kompletnie nie rozumie idei NATO. Jako struktura wojskowa, Sojusz za długo nie brał udziału w wojnie z prawdziwego zdarzenia.

– Zardzewiał.

– Tak, jak rdzewiejący, poradziecki sprzęt w naszej armii.

– Potrzeba nam zatem wojny?

– Wojny, albo determinacji, z jaką działają nasi sąsiedzi z basenu Morza Bałtyckiego – Szwedzi, Norwegowie i Finowie. Którzy sukcesywnie rozbudowują potencjał sił zbrojnych, na przekór zachodnioeuropejskim tendencjom. Wzorem – chyba niedościgłym – jest tu Finlandia. Tam nie dość, że wciąż inwestuje się w wojsko, to jeszcze nie ma zmiłuj dla polityka, który popełnia rażące błędy w obszarach dotyczących zbrojeń i bezpieczeństwa. Taki ktoś wylatuje ze stołka z dnia na dzień.

– W Rosji nieudolność nie jest kryterium, z którego jakoś szczególnie rozlicza się polityków, co nie zmienia faktu, że Moskwie determinacji w budowaniu potencjału militarnego nie brakuje.

– Putin szkoli, modernizuje, stawia przed wojskiem trudne zadania. A do dyspozycji ma twardego żołnierza. W dawnych czasach, podczas wspólnych ćwiczeń, przeprowadzałem kolumnę czołgów koło rosyjskiej regulacji ruchu. Radzieccy czekali na swoje pułki, które miały wziąć udział w manewrach. W nocy wracaliśmy tą samą drogą – a tam wciąż stali ci sami żołnierze. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Zaintrygowany zatrzymałem kolumnę, podchodzę i pytam: „jak długo tu jesteście?”. A oni, że trzy dni. „A co jedliście?” – zaciekawiło mnie. „Mieliśmy jedną tuszonkę na dwóch, na trzy dni” – usłyszałem. Zebrałem trochę prowiantu od moich żołnierzy i daliśmy go tym chłopakom. Nie było w tym żadnej polityki – ot, zwyczajny żołnierski gest.

– Dziś walczylibyśmy z synami tych chłopców.

– Ale byliby to tacy sami twardziele. Jakiś czas temu obejrzałem rosyjski film instruktażowy, zdobyty pewnie przez sojuszników, w którym brygada pancerna forsowała Don lub Dniestr. Szeroką jak diabli rzekę. Czołgi się zatrzymały, załogi przygotowały wozy do przeprawy po dnie. 45 minut później wszystkie trzy bataliony były już na drugim brzegu.

– A ile zajęłaby to nam bądź Amerykanom?

– I my, i oni, czekalibyśmy na most, który następnie trzeba byłoby rozwinąć. Przypuszczam, że przeprawa potrwałaby dwa dni.

– No to nie mam więcej pytań. Dziękuję za rozmowę.

Relokacja

Przygotowując się do napisania „Międzyrzecza” rozmawiałem z wieloma osobami. Jedną z nich był dawno emerytowany generał, który szlify oficerskie otrzymał w środkowym PRL-u, a do grona wyższych dowódców WP dostał się w latach 80. Poruszaliśmy różne kwestie związane ze współczesną wojną manewrową i przy tej okazji zeszliśmy na temat hipotetycznego konfliktu „Układ Warszawski – NATO”. Usłyszałem wówczas bardzo wiele ciekawych informacji – część z nich pewnie wykorzystam w przyszłości (kusi mnie alternatywna historia, której tłem byłaby taka wojna…). Mniejsza jednak o to – patrząc z dzisiejszej perspektywy, istotą tego spotkania było następujące stwierdzenie mojego rozmówcy: te nasze plany ataku na Zachód to o kant dupy można było rozbić. Było w nich naiwne założenie, że stosunkowo łatwo uda się pokonać Amerykanów w Niemczech.

Dziś wiemy już znacznie więcej o tym, jak miała wyglądać amerykańska reakcja na ewentualny atak ze strony armii bloku wschodniego. Pomijam wcześniejsze koncepcje z lat 60. i 70., kiedy istotą obrony miało być zmasowane użycie broni nuklearnej (istotą ataku zresztą też). Najbardziej interesuje mnie ostatni okres zimnej wojny, kiedy to nad Europą wisiało widmo potężnego konfliktu konwencjonalnego (z warunkowym, ograniczonym użyciem taktycznych systemów broni A). Otóż Stany Zjednoczone ani myślały dopuścić do głębokiej penetracji terytoriów swoich europejskich sojuszników. Zachodnie Niemcy miały być twardo bronione, to po pierwsze. Po drugie, działania zbrojne miały zostać możliwie najszybciej przeniesione na tereny przeciwnika. Teatrem rozstrzygających pojedynków zostałyby wówczas Wschodnie Niemcy i Polska (w mniejszym stopniu ówczesna Czechosłowacja) – pójścia dalej na wschód ówczesne NATO nie rozważało, zakładając, że naruszenie „rdzennych” radzieckich terytoriów sprowokowałoby Moskwę do niepohamowanego nuklearnego odwetu.

Strach pomyśleć, co by to dla nas oznaczało. Ale ja nie o tym.

Pod plany obrony i kontrataku szkolono wówczas całe NATO. Tym też zajmowały się siły stacjonujące w Niemczech – amerykańskie, brytyjskie, no i rzec jasna miejscowa Bundeswehra (która, niezależnie od natowskich planów, miała jeszcze własne, związane z „uporczywą obroną”). I pod to szykowana była cała militarna i około militarna infrastruktura, której imponujący fragment – w postaci bazy Ramstein – widziałem kiedyś na własne oczy, wracając „naokoło” z Afganistanu. Za sto lat nie wybudujemy w Polsce takiego „fortu” (inna sprawa, że i po co? Są w kraju pilniejsze potrzeby).

Zimna wojna się skończyła, świat się zmienił, zagrożenia w Europie również. Dziś amerykański kontyngent w Niemczech jest znacznie mniejszy niż 40 lat temu. A żołnierze US Army – niemal pięć tysięcy osób – stacjonują rotacyjnie w Polsce. Polska bowiem jest członkiem NATO i ma sojusznicze gwarancje, ujęte w tak zwane plany ewentualnościowe. Zakładają one, że w razie rosyjskiego zagrożenia, na terytorium Rzeczpospolitej wysłanych zostanie pięć dodatkowych dywizji Sojuszu (tyle wiadomo z części jawnej). Bo choć ZSRR już nie ma, to po rosyjskiej agresji na Ukrainę jasnym stało się, że Moskwa dąży do odbudowy wcześniejszych stref wpływów. I jakkolwiek ryzyko – z uwagi na słabość gospodarczą Rosji – duże nie jest, warto dmuchać na zimne.

Rząd PiS, i realizujący jego politykę prezydent, zakłada, że zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce, połączone z zakupami sprzętu w USA, jeszcze bardziej zredukuje ryzyko rosyjskiej agresji. Założenie skądinąd słuszne, ale…

No właśnie. Nie dajcie sobie wmówić, że relokacja amerykańskich oddziałów z Niemiec do Polski, to krok w dobrą stronę. Europejskie zaplecze logistyczne armii amerykańskiej, zdolne obsłużyć poważny konflikt zbrojny, znajduje się w Niemczech. Mimo przesunięcia NATO na wschód, niewiele się w tym zakresie zmieniło przez ostatnie 40 lat. Redukcja amerykańskiej obecności w RFN jest więc de facto działaniem na szkodę Rzeczpospolitej. Mówiąc wprost, możemy pomarzyć o sprawnej realizacji planów ewentualnościowych, jeśli za Odrą nie będzie odpowiedniej infrastruktury, zdolnej obsłużyć idące nam na odsiecz wojska. Jej zbudowanie w Polsce wiązałoby się z gigantycznymi nakładami, na które nas nie stać. I w których nikt, włącznie z Amerykanami, nie zamierza partycypować.

Inna sprawa to zasadność takich inwestycji w kraju frontowym; przykre to, ale niezależnie od aliansów, głębią operacyjną dla wojsk sojuszniczych może być w najlepszym razie tylko połowa naszego kraju. W obecnym układzie ta położona na zachód od Wisły. Reszta (jeśli nie całość…), posłuży do łomotania się z wrogiem.

Całą sytuację można porównać do rozbiórki szpitala położonego w sąsiedniej miejscowości. Co z tego, że weźmiemy do siebie trochę sprzętu i kilka osób personelu? Per saldo nasze zdrowotne bezpieczeństwo na tym utraci. Bo choć nasza przychodnia zyska sposobność gipsowania prostych złamań, z udarem czy rozległym zawałem i tak sobie nie poradzi.

—–

Amerykanie nie zbudują w Polsce potężnej bazy logistycznej. Nz. lotnisko w Bagram/fot. Marcin Ogdowski

Posłowie

W czasie świąt, i już po nich, dostałem sporo zdjęć, jak to zamieszczone poniżej. „Międzyrzecze” okazało się popularnym prezentem pod choinkę. Super!

Ale ja nie o tym.

Botoksowy car usiłuje sprowokować nas do słownej bitki, redefiniując sens historycznych wydarzeń związanych z wybuchem II wojny światowej. Putin pragnie zszargać opinię Polski i Polaków, co jest jednym z wielu kroków mających doprowadzić do stopniowej izolacji Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej. Od (nie)mądrości polskich władz zależy, czy i na jakich warunkach damy się wciągnąć w tę awanturę.

Jej ostateczny cel, patrząc z perspektywy Moskwy, jest jasny – powrót Polski do rosyjskiej strefy wpływów.

Oczywiście, aby tego uniknąć, trzeba nam czegoś więcej niż sprawnej polityki zagranicznej. Istotne są też kwestie obronności. Piszę o tym w „Posłowiu” do „Międzyrzecza” – czas ujawnić jego obszerny fragment.

Ps. Skróty wynikają z konieczności zachowania w tajemnicy istotnych elementów fabuły.

*         *          *

„My, Polacy, słusznie zarzucamy sobie tkwienie w złudnych nadziejach, w przekonaniu, że „jakoś to będzie”. A zarazem trawi nas czarnowidztwo, sprowadzające się do stwierdzenia, że „nie warto nic robić, bo i tak się nie uda”. Targamy się w tej sprzeczności, umacniając ją fantazmatami, tkanymi z wyobrażeń o własnej wyjątkowości, oraz nieprzemyślanymi działaniami, które stwarzają pozory dbania o narodowy interes.

I tylko czasem coś nam wychodzi, samo z siebie, przypadkiem.

Stawiamy na nieistotne geopolitycznie Węgry, odwołując się do wydumanej przyjaźni. Redukujemy sojusze do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, ignorując emocjonalną niestabilność przywódcy tego kraju. Zbroimy się „po łebkach”, tworząc w armii wyspy nowoczesności, tak od siebie oddalone, że nie sposób sensownie wykorzystać ich potencjału. Oddajemy wojsko w ręce człowieka, który funduje mu koszmarne czystki.

W tym samym czasie, na paradach i w posłusznych władzy mediach, tworzymy złudzenie silnych, zwartych i gotowych, pielęgnując przy tym mit wspaniałej husarii, sarmackiej przeszłości, państwowej potęgi, która zawojowała przed wiekami znaczną część Europy.

I jednocześnie machamy ręką, gdy pytają nas o zachodnie gwarancje bezpieczeństwa. „Będzie, jak było” – mówimy, z masochistyczną lubością wypowiadając frazę, że „oni znów nas zdradzą”. Choć w głębi ducha wierzymy, że jednak nie, bo przecież NATO i Unia Europejska – do których niegdyś przystąpiliśmy – to najsilniejszy militarny sojusz i najmocniejsza gospodarcza wspólnota na świecie.

W tej kompulsywnej autoszarpaninie walimy na odlew we własnych żołnierzy, traktując ich jak darmozjadów, „chłopców napalonych na duże zabawki”. Nieprzydatne zabawki – twierdzimy – bo przecież nie zapewnią nam bezpieczeństwa. Bo największy wróg i tak „nakryje nas czapkami” – tyle ma ludzi i sprzętu. Lepiej więc przeznaczmy publiczne pieniądze na coś bardziej sensownego – na przykład na pięćset plus.

A na Kremlu zacierają ręce…

Nie, nie wierzę, by w najbliższej przyszłości Rosja napadła na Polskę. Lecz przez lata tkwiąc jedną nogą w świecie wojskowych, przyjąłem po części ich punkt widzenia. Jest więc dla mnie jasne, że armia musi sposobić się na rozmaite zagrożenia, także te najgorsze. Rosyjskie, choć relatywnie nieduże, jest jednym z nich.

I trzeba to robić z głową, w oparciu o racjonalne przesłanki – od razu zakładając, że da się zwyciężyć.

„Nadzieja jest w zwycięstwie” – brzmi motto serii Warbook. Nie wspominam o nim przypadkiem, uważam bowiem, że idealnie oddaje istotę rzeczy. Z Rosją można zwyciężyć, można mieć nadzieję na taki sukces. Oczywiście, szyty na miarę – nie chodzi mi o bombastyczne wizje polskiej flagi powiewającej nad Kremlem. „To se ne vrati” – jak mawiają nasi południowi sąsiedzi. Nasze zwycięstwo z Rosją to kraj ocalony przed okupacją. Tylko i aż tyle.

Nie wszystko rzecz jasna da się przewidzieć i nie każde zagrożenie jesteśmy w stanie zniwelować. Federacja to mocarstwo atomowe – o tym zawsze trzeba pamiętać. Stąd nadzieja, nie pewność.

Ta nadzieja winna się zasadzać na mocnych podstawach – najważniejszą z nich jest relatywna siła armii. Nasze wojsko musi być zdolne zadać Rosjanom takie straty, których wizja uczyni wojnę nieopłacalną.

Czy współczesne Wojsko Polskie ma taką moc? Już nie – i winą za to należy obciążyć polityków. Nie tylko tych, którzy rządzą nami w ostatnich latach.

Dziś, bez książkowej „Polisy”, nie dalibyśmy rady. Lecz scenariusz, w którym nie musielibyśmy sięgać po tak drastyczne środki, jest na wyciągnięcie ręki. Polska dysponuje potencjałem ekonomicznym, gospodarczym i intelektualnym na tyle dużym, by w nieodległej przyszłości zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. (…). Trzeba nam tylko mądrych polityków. I dowódców, którzy nie będą nosić parasoli nad urzędnikami z politycznego nadania, a asertywnie wyartykułują potrzeby armii. I dopilnują ich realizacji.

Czas płynie i nie działa na naszą korzyść. (…)”.

romek

—–
Nz. głównym, ilustracyjnym, zniszczony ukraiński czołg. Okolice wioski Piski, wiosna 2015/fot. własne
Zdjęcie nr 2 – „Międzyrzecze” jako choinkowy prezent/fot. Roman Szaga

„Międzyrzecze”

Dziś jest ten dzień! Na rynku ukazała się moja nowa książka, powieść pt.: „Międzyrzecze”. O czym traktuje? Pozwolę sobie wykorzystać notkę wydawniczą.

Wojny miało nie być. Rosja boryka się z poważnymi problemami, a Polski strzegą sojusze i silna armia. Znamy te argumenty, prawda? A jednak konflikt wybucha. Pancerne zagony wroga przelewają się przez granicę niepowstrzymaną, zdawać by się mogło, falą. NATO nie śpieszy się ze zbrojną interwencją – musi nam wystarczyć wysłany wcześniej sprzęt i szczupły amerykański kontyngent. Czy dodatkowe bataliony Leopardów, kolejne F-16 i pokaźna liczba baterii Patriot pozwolą wygrać tę wojnę? Przetrwać starcie z gigantem? Naczelne dowództwo Wojska Polskiego decyduje się na wdrożenie kontrowersyjnego planu Międzyrzecze…

„Międzyrzecze” to dla mnie swoisty debiut, po raz pierwszy bowiem napisałem o wojnie od początku do końca wymyślonej. Nie zmienia to faktu, że powieść jest mocno zakotwiczona w rzeczywistości…

(i tu znów oddaję głos wydawcy):

…a Ogdowski – z wykształcenia socjolog – pozostał wierny swojemu stylowi narracji. Oglądamy więc wydarzenia z różnych jednostkowych perspektyw, które złożone w całość dają obraz wojny jako doświadczenia granicznego. W ramach którego nie sposób jednoznacznie osądzić poczynań uwikłanych w dramatyczne wydarzenia ludzi.

Wojna wywleka z nas najlepsze i najgorsze cechy, często obie jednocześnie. I tacy są moi bohaterowi – ani dobrzy, ani źli; po prostu, próbujący przetrwać. Jak osoby, które spotkałem na swojej reporterskiej drodze, włócząc się po różnych wojnach i kryzysach.

Szukajcie w dobrych księgarniach, czytajcie i dawajcie znać, co o „Międzyrzeczu” sądzicie.

Rocznice

8 listopada 2006 roku do Polski przyleciały pierwsze dwa samoloty myśliwskie F-16, zakupione trzy lata wcześniej w USA. Już nad terytorium Polski parę „efów” szesnastych przywitały trzy MiG-29 z eskadry z Mińska Mazowieckiego. Radzieckie maszyny spotkały się z amerykańskimi, symbolicznie zwiastując nową erę w Polskich Siłach Powietrznych.

Przez następne miesiące do kraju docierały kolejne maszyny – dziś nasze lotnictwo ma ich w sumie 48, rozdzielonych między trzy eskadry. Nazywane „Jastrzębiami”, chronią polskiego nieba, biorą udział w zagranicznych ćwiczeniach (nawet tak odległych jak na Alasce) oraz w operacjach sojuszniczych. Te ostatnie to zarówno cykliczne dyżury w krajach NATO pozbawionych lotnictwa, jak i misje bojowe w ramach koalicji antyterrorystycznej w Iraku.

„Efy” to przysłowiowa pięść polskiego lotnictwa. Nowoczesne, z pełną gamą uzbrojenia (pośród nich znajdują się pociski dalekiego zasięgu Jassm), stanowią realne narzędzie odstraszania…

Zdjęcia pochodzą z albumu pt.: „Sięgając nieba”, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Warbook z okazji 100-lecia Polskich Sił Powietrznych. Ich autorem jest Bartek Bera.