Archiwa tagu: NATO

Posłowie

W czasie świąt, i już po nich, dostałem sporo zdjęć, jak to zamieszczone poniżej. „Międzyrzecze” okazało się popularnym prezentem pod choinkę. Super!

Ale ja nie o tym.

Botoksowy car usiłuje sprowokować nas do słownej bitki, redefiniując sens historycznych wydarzeń związanych z wybuchem II wojny światowej. Putin pragnie zszargać opinię Polski i Polaków, co jest jednym z wielu kroków mających doprowadzić do stopniowej izolacji Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej. Od (nie)mądrości polskich władz zależy, czy i na jakich warunkach damy się wciągnąć w tę awanturę.

Jej ostateczny cel, patrząc z perspektywy Moskwy, jest jasny – powrót Polski do rosyjskiej strefy wpływów.

Oczywiście, aby tego uniknąć, trzeba nam czegoś więcej niż sprawnej polityki zagranicznej. Istotne są też kwestie obronności. Piszę o tym w „Posłowiu” do „Międzyrzecza” – czas ujawnić jego obszerny fragment.

Ps. Skróty wynikają z konieczności zachowania w tajemnicy istotnych elementów fabuły.

*         *          *

„My, Polacy, słusznie zarzucamy sobie tkwienie w złudnych nadziejach, w przekonaniu, że „jakoś to będzie”. A zarazem trawi nas czarnowidztwo, sprowadzające się do stwierdzenia, że „nie warto nic robić, bo i tak się nie uda”. Targamy się w tej sprzeczności, umacniając ją fantazmatami, tkanymi z wyobrażeń o własnej wyjątkowości, oraz nieprzemyślanymi działaniami, które stwarzają pozory dbania o narodowy interes.

I tylko czasem coś nam wychodzi, samo z siebie, przypadkiem.

Stawiamy na nieistotne geopolitycznie Węgry, odwołując się do wydumanej przyjaźni. Redukujemy sojusze do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, ignorując emocjonalną niestabilność przywódcy tego kraju. Zbroimy się „po łebkach”, tworząc w armii wyspy nowoczesności, tak od siebie oddalone, że nie sposób sensownie wykorzystać ich potencjału. Oddajemy wojsko w ręce człowieka, który funduje mu koszmarne czystki.

W tym samym czasie, na paradach i w posłusznych władzy mediach, tworzymy złudzenie silnych, zwartych i gotowych, pielęgnując przy tym mit wspaniałej husarii, sarmackiej przeszłości, państwowej potęgi, która zawojowała przed wiekami znaczną część Europy.

I jednocześnie machamy ręką, gdy pytają nas o zachodnie gwarancje bezpieczeństwa. „Będzie, jak było” – mówimy, z masochistyczną lubością wypowiadając frazę, że „oni znów nas zdradzą”. Choć w głębi ducha wierzymy, że jednak nie, bo przecież NATO i Unia Europejska – do których niegdyś przystąpiliśmy – to najsilniejszy militarny sojusz i najmocniejsza gospodarcza wspólnota na świecie.

W tej kompulsywnej autoszarpaninie walimy na odlew we własnych żołnierzy, traktując ich jak darmozjadów, „chłopców napalonych na duże zabawki”. Nieprzydatne zabawki – twierdzimy – bo przecież nie zapewnią nam bezpieczeństwa. Bo największy wróg i tak „nakryje nas czapkami” – tyle ma ludzi i sprzętu. Lepiej więc przeznaczmy publiczne pieniądze na coś bardziej sensownego – na przykład na pięćset plus.

A na Kremlu zacierają ręce…

Nie, nie wierzę, by w najbliższej przyszłości Rosja napadła na Polskę. Lecz przez lata tkwiąc jedną nogą w świecie wojskowych, przyjąłem po części ich punkt widzenia. Jest więc dla mnie jasne, że armia musi sposobić się na rozmaite zagrożenia, także te najgorsze. Rosyjskie, choć relatywnie nieduże, jest jednym z nich.

I trzeba to robić z głową, w oparciu o racjonalne przesłanki – od razu zakładając, że da się zwyciężyć.

„Nadzieja jest w zwycięstwie” – brzmi motto serii Warbook. Nie wspominam o nim przypadkiem, uważam bowiem, że idealnie oddaje istotę rzeczy. Z Rosją można zwyciężyć, można mieć nadzieję na taki sukces. Oczywiście, szyty na miarę – nie chodzi mi o bombastyczne wizje polskiej flagi powiewającej nad Kremlem. „To se ne vrati” – jak mawiają nasi południowi sąsiedzi. Nasze zwycięstwo z Rosją to kraj ocalony przed okupacją. Tylko i aż tyle.

Nie wszystko rzecz jasna da się przewidzieć i nie każde zagrożenie jesteśmy w stanie zniwelować. Federacja to mocarstwo atomowe – o tym zawsze trzeba pamiętać. Stąd nadzieja, nie pewność.

Ta nadzieja winna się zasadzać na mocnych podstawach – najważniejszą z nich jest relatywna siła armii. Nasze wojsko musi być zdolne zadać Rosjanom takie straty, których wizja uczyni wojnę nieopłacalną.

Czy współczesne Wojsko Polskie ma taką moc? Już nie – i winą za to należy obciążyć polityków. Nie tylko tych, którzy rządzą nami w ostatnich latach.

Dziś, bez książkowej „Polisy”, nie dalibyśmy rady. Lecz scenariusz, w którym nie musielibyśmy sięgać po tak drastyczne środki, jest na wyciągnięcie ręki. Polska dysponuje potencjałem ekonomicznym, gospodarczym i intelektualnym na tyle dużym, by w nieodległej przyszłości zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. (…). Trzeba nam tylko mądrych polityków. I dowódców, którzy nie będą nosić parasoli nad urzędnikami z politycznego nadania, a asertywnie wyartykułują potrzeby armii. I dopilnują ich realizacji.

Czas płynie i nie działa na naszą korzyść. (…)”.

romek

—–
Nz. głównym, ilustracyjnym, zniszczony ukraiński czołg. Okolice wioski Piski, wiosna 2015/fot. własne
Zdjęcie nr 2 – „Międzyrzecze” jako choinkowy prezent/fot. Roman Szaga

„Międzyrzecze”

Dziś jest ten dzień! Na rynku ukazała się moja nowa książka, powieść pt.: „Międzyrzecze”. O czym traktuje? Pozwolę sobie wykorzystać notkę wydawniczą.

Wojny miało nie być. Rosja boryka się z poważnymi problemami, a Polski strzegą sojusze i silna armia. Znamy te argumenty, prawda? A jednak konflikt wybucha. Pancerne zagony wroga przelewają się przez granicę niepowstrzymaną, zdawać by się mogło, falą. NATO nie śpieszy się ze zbrojną interwencją – musi nam wystarczyć wysłany wcześniej sprzęt i szczupły amerykański kontyngent. Czy dodatkowe bataliony Leopardów, kolejne F-16 i pokaźna liczba baterii Patriot pozwolą wygrać tę wojnę? Przetrwać starcie z gigantem? Naczelne dowództwo Wojska Polskiego decyduje się na wdrożenie kontrowersyjnego planu Międzyrzecze…

„Międzyrzecze” to dla mnie swoisty debiut, po raz pierwszy bowiem napisałem o wojnie od początku do końca wymyślonej. Nie zmienia to faktu, że powieść jest mocno zakotwiczona w rzeczywistości…

(i tu znów oddaję głos wydawcy):

…a Ogdowski – z wykształcenia socjolog – pozostał wierny swojemu stylowi narracji. Oglądamy więc wydarzenia z różnych jednostkowych perspektyw, które złożone w całość dają obraz wojny jako doświadczenia granicznego. W ramach którego nie sposób jednoznacznie osądzić poczynań uwikłanych w dramatyczne wydarzenia ludzi.

Wojna wywleka z nas najlepsze i najgorsze cechy, często obie jednocześnie. I tacy są moi bohaterowi – ani dobrzy, ani źli; po prostu, próbujący przetrwać. Jak osoby, które spotkałem na swojej reporterskiej drodze, włócząc się po różnych wojnach i kryzysach.

Szukajcie w dobrych księgarniach, czytajcie i dawajcie znać, co o „Międzyrzeczu” sądzicie.

Rocznice

8 listopada 2006 roku do Polski przyleciały pierwsze dwa samoloty myśliwskie F-16, zakupione trzy lata wcześniej w USA. Już nad terytorium Polski parę „efów” szesnastych przywitały trzy MiG-29 z eskadry z Mińska Mazowieckiego. Radzieckie maszyny spotkały się z amerykańskimi, symbolicznie zwiastując nową erę w Polskich Siłach Powietrznych.

Przez następne miesiące do kraju docierały kolejne maszyny – dziś nasze lotnictwo ma ich w sumie 48, rozdzielonych między trzy eskadry. Nazywane „Jastrzębiami”, chronią polskiego nieba, biorą udział w zagranicznych ćwiczeniach (nawet tak odległych jak na Alasce) oraz w operacjach sojuszniczych. Te ostatnie to zarówno cykliczne dyżury w krajach NATO pozbawionych lotnictwa, jak i misje bojowe w ramach koalicji antyterrorystycznej w Iraku.

„Efy” to przysłowiowa pięść polskiego lotnictwa. Nowoczesne, z pełną gamą uzbrojenia (pośród nich znajdują się pociski dalekiego zasięgu Jassm), stanowią realne narzędzie odstraszania…

Zdjęcia pochodzą z albumu pt.: „Sięgając nieba”, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Warbook z okazji 100-lecia Polskich Sił Powietrznych. Ich autorem jest Bartek Bera.

 

„Krym”

Zimą i wiosną 2014 roku świat z napięciem śledził doniesienia z Krymu i wschodniej Ukrainy. Pamiętam nastroje panujące wówczas w Polsce, zwłaszcza na ścianie wschodniej. Baliśmy się, że „ruskie wejdą i do Polski”, a każdy rutynowy ruch naszego wojska – przejazd na ćwiczenia czy zwykły wymarsz na strzelnicę – wielu interpretowało jako przygotowania do wojny. Jednocześnie, uspokajani przez specjalistów, nieco kurczowo trzymaliśmy się myśli, że przecież u nas „nie ma bazy dla działalności zielonych ludzików”. Że nie mamy mniejszości rosyjskiej czy rosyjskojęzycznej, której interesów miałyby bronić oddziały Putina – uprzednio prowokując sytuacje, które byłby dla nich zagrożeniem.

Panika nie wybuchła, z wojną za miedzą nauczyliśmy się żyć. I nawet szaleniec Macierewicz nie był w stanie podkręcić naszych lęków. „Niech żyje zdolność adaptacji i racjonalizacji!” – chciałoby się rzec. Owszem, niech żyją, tyle że sytuacja w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno się zmieniła. Wspomniany strategiczny atut poszedł sobie bowiem w cholerę wraz z masowym napływem ukraińskiej migracji do Polski. Tak, ten milion czy nawet dwa miliony przybyszów zza wschodniej granicy jest dziś doskonałą bazą dla rosyjskiej aktywności.

Pozornie rzecz nie trzyma się kupy – przecież Ukraina jest w stanie wojny z Rosją, a Putin zrobił wszystko, by między zaprzyjaźnionymi niegdyś narodami wykopać głęboki rów. Dlaczego więc Ukraińcy mieliby wspierać destrukcyjne akcje Kremla? Już wyjaśniam.

Po pierwsze, Rosjanie do perfekcji opanowali umiejętność manipulowania działaniami tak jednostek, jak i całych społeczności. Zwłaszcza tam, gdzie mają ku temu odpowiednie zaplecze kulturowe. Diaspora ukraińska w Polsce jest w dużej mierze rosyjskojęzyczna i w całości wywodzi się z postsowieckiego uniwersum. Ponadto, antyrosyjskość nie jest postawą charakterystyczną dla wszystkich Ukraińców. Dobrze pamiętam obrazki z Donbasu, gdzie „armię Kijowa” często traktowano niczym najeźdźcze oddziały.

Po drugie, strukturalnym problemem państwa ukraińskiego jest totalne zinfiltrowanie przez rosyjskie służby. Agenci Kremla są wszędzie i potrafią umiejętnie wpływać na procesy decyzyjne rozmaitych instytucji naszego wschodniego sąsiada. Dziś nie jest żadną tajemnicą, że porażki armii ukraińskiej na froncie nie raz wynikały z działalności zdrajców we własnych szeregach. Wracając na grunt polski – byłoby naiwnością zakładać, że w milionowym tłumie migrantów nie ma miłośników „ruskiego miru”.

Po trzecie, społeczności emigranckie mają naturalne skłonności do konsolidacji i mobilizacji w obliczu wspólnych dla grupy wyzwań. Ma to zarówno pozytywny, jak i negatywny wymiar.

Idźmy dalej. Polską rządzą dziś politycy, dla których bazą nie jest zakotwiczony w wartościach demokratycznych i liberalnych elektorat. Ostatnie wybory dobitnie to potwierdziły. PiS jest partią numer jeden dzięki obyczajowej konserwie, akceptującej autorytarne formy rządów i hołubiącej nacjonalizm. A ponieważ przekonanie o religijnej i etnicznej wyjątkowości prowadzi do ksenofobii, ta ostatnia stała się narzędziem władzy (jej utrzymania i poszerzania). Spot wyborczy PiS-u poświęcony migrantom – i ich zgubnego wpływu na Polskę – najlepszym tego dowodem. To zarazem czwarty powód, dla którego tak liczna obecność Ukraińców w Polsce może zostać wykorzystana w agresywnych planach Moskwy.

Jak? Już dziś nie brakuje napięć między Polakami a mieszkającymi u nas Ukraińcami. Wielokrotnie spotykałem się z argumentem, że odbierają nam pracę. Że tworzą zamknięte enklawy, nie integrując się z otoczeniem. I choć generalnie te zarzuty nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, bardzo łatwo znaleźć pojedyncze przykłady – zwolnionego z pracy Polaka, czy mieszkańców jakiegoś budynku, w którym obcy zaburzyli dotychczasowy spokój. A teraz wyobraźmy sobie, że „ktoś” postanowił „podkręcić” sytuację. Że doszło do jakiejś polsko-ukraińskiej scysji, że w wyniku większej bójki polała się krew. Media, łase na takie kąski, puszczą informacje w świat. Media w jakikolwiek sposób związane z Moskwą, zrobią z tego wydarzenie dnia/tygodnia. Mam inteligentnych Czytelników, którzy dobrze wiedzą, jakimi mechanizmami rządzą się pogromy i lincze. Jak łatwo eskalować napięcie, zwłaszcza gdy pielęgnuje się wszelkiej maści fantazmaty – poczucie wyższości, krzywdy, przekonania o konieczności wymierzenia dziejowej sprawiedliwości (nie brakuje w Polsce wariatów, deklarujących gotowość do bicia Ukraińców „za Wołyń”; z tamtej strony też mamy środowiska nawołujące do „wyrównania starych rachunków”). Gdy łączy nas tak skomplikowana historia, z nieporozumień o charakterze socjalnym mogą wyniknąć dalsze problemy. Wystarczy dolać oliwy do ognia. Zaatakowani będą się bronić, aż w pewnym momencie zjawisko nabierze takich rozmiarów, że stanie się poważnym problemem. Także politycznym.

Gdy liczba kryminalnych incydentów wzrośnie, pojawi się postulat wyrzucenia Ukraińców z Polski. Co, jeśli nałoży się to na kalendarz wyborczy? Łagodzenie konfliktu może się nie powieść. A i tak bardziej prawdopodobnym jest scenariusz „dokręcenia śruby” – PiS bowiem nie raz już udowodnił, że jest władzą o nastawieniu konfrontacyjnym. No i pod presją „prawdziwych patriotów” może po prostu nie mieć wyjścia (tak przynajmniej to postrzegać). Stan wyjątkowy, wojsko na ulicach i masowe, przymusowe deportacje. A w mediach prawdziwy karnawał przemocy – prawdziwych i fejkowych informacji o kolejnych polsko-ukraińskich incydentach.

Nie, to jeszcze nie jest scenariusz, w którym Rosja wchodzi do Polski. Na tym etapie świat nie kupiłby bajeczki o konieczności wysłania nad Wisłę „misji pokojowej”. Zresztą, po co Rosjanie mieliby to robić? PiS od trzech lat robi wszystko, by osłabić nasze więzi z Unią Europejską. Niby zabiega przy tym o większe zaangażowanie NATO we wschodniej części Europy, jednocześnie jednak rozbraja polskie wojsko. W efekcie z prymusa staliśmy się kłopotliwym członkiem i sojusznikiem. Czy do kogoś takiego warto wyciągać pomocną dłoń? Czy nie znajdą się na Zachodzie politycy, którzy w naszej sytuacji znajdą pretekst, by dokonać „amputacji, która uratuje wspólnotę”. „Przecież Polska masowo łamie prawa człowieka, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej na Ukraińcach!” – zagrzmi jeden z drugim. I nawet jeśli nie będzie miał racji, służby Kremla dostarczą mu odpowiednich „dowodów”. Przez cały 2015 rok karmiły Europę „newsami” o ekscesach uchodźców – wiedzą, jak się gra w te klocki.

I tak zostaniemy sami. I nawet jeśli rozwiążemy „problem ukraiński”, spadną na nas kolejne gromy. Choćby załamanie na rynku pracy, bo bez Ukraińców nie jesteśmy w stanie rozwijać naszej gospodarki. O konsekwencjach „wylania z Zachodu” aż strach pomyśleć.

Wnioski? Nie, nie nawołuję do wyrzucenia Ukraińców z Polski. Tych, którzy przyjechali tu pracować, potrzebujemy jak płuca powietrza. Tym, którzy uciekli przed wojną, winniśmy udzielić schronienia. Czas przestać być beneficjentem pomocy od innych i zacząć spłacać długi wdzięczności.

Przede wszystkim jednak czas pogonić ludzi, którzy demolują polską politykę zagraniczną, którzy rozmieniają na drobne potencjał polskiej armii. Czas powiedzieć „do widzenia” politykom flirtującym z nacjonalistami, faszystami i stadionową chuliganerią. Piewców supremacji – białych, katolików, „prawdziwych Polaków” i bóg wie czego jeszcze – odesłać gdzie ich miejsce: kryminalistów do więzień, resztę poza margines społecznego dyskursu. Czas zacząć budować służby specjalne, które zajmą się tropieniem „zielonych ludzików”, a nie zabezpieczaniem interesów ludzi władzy. Czas na pozytywny program edukacyjny, który pozwoli Polakom zmierzyć się z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą koniec wspólnoty homogenicznej. Podoba nam się to czy nie, jesteśmy skazani na obcych. Czas najwyższy zatem tak zdefiniować politykę państwa, by uwzględniała nieuniknione procesy demograficzne. Ukraińcy (i wszyscy inni, którzy tu przyjadą), muszą znaleźć w Polsce swój drugi dom – nie mogą być niczym robotnicy na platformie wiertniczej, otoczeni groźnym, nieprzyjaznym morzem.

Tak unikniemy polskiego Krymu.

—–

Nz. Budynek lokalnej administracji w jednym ze wschodnio ukraińskich miast/fot. Marcin Ogdowski

„Strachy”

Podczas prywatnego spotkania z przedstawicielami Rosji, sekretarz obrony USA James Mattis miał usłyszeć, że Moskwa nie zawahałaby się użyć taktycznej broni jądrowej przeciw wojskom NATO, gdyby doszło do wojny w krajach nadbałtyckich. Pisze o tym w swojej najnowszej książce „Strach” Bob Woodward (za „Rzeczpospolitą”).

Co to dla nas oznacza? Nic dobrego.

Oczywiście zawsze można machnąć ręką i na kilku płaszczyznach zdezawuować owo doniesienie. Bo dziennikarz (a nie żadne oficjalne źródło), bo spotkanie prywatne, bo mowa o „Pribałtyce”, nie zaś o Polsce. Rzecz jednak w tym, że Woodward to legenda amerykańskiego dziennikarstwa (niewtajemniczonym wyjaśniam – to ten od ujawnienia afery Watergate). Politykę zagraniczną z kolei uprawia się właśnie podczas nieformalnych spotkań – te oficjalne to tylko wisienki na torcie, możliwe, gdy utarto już pewne kompromisy bądź dokonano pewnych ustaleń właśnie w kuluarach. Co zaś się tyczy ostatniej kwestii – dość przyjrzeć się planom rosyjskich ćwiczeń strategicznych, by uświadomić sobie, że Polska zawsze występuje w nich „w pakiecie” z Litwą, Łotwą i Estonią. Nie sposób bowiem – tu kłania się mapa – odciąć państw nadbałtyckich od pozostałej części NATO, bez zajęcia północno-wschodnich rubieży Rzeczpospolitej.

„Wystarczy nie prowokować wojny z Rosją” – można by rzec, próbując w ten sposób ignorować zacytowane doniesienie. Tyle że nikt w NATO nie planuje ataku na Rosję, wykorzystując do tego celu wschodnią flankę sojuszu (czy jakąkolwiek flankę). Rosyjskie ostrzeżenie wiąże się w istocie z ewentualnymi zamiarami samej Moskwy. Groźba, jaką usłyszał Mattis, gdyby ją rozwinąć i przedstawić w bardziej zrozumiały sposób, brzmiałaby tak: „jeśli zajmiemy państwa nadbałtyckie, niech wam do głowy nie przyjdzie, by je odbijać. Bo wówczas w ruch pójdą nasze atomówki”.

O tym, że Rosjanie właśnie w ten sposób kalkulują, pisał w zeszłym roku gen. Richard Shirreff, były zastępca naczelnego dowódcy sił NATO w Europie. Jego fabularyzowana książka nosiła zresztą znamienny tytuł: „2017. Wojna z Rosją”.

Z rosyjskiego ostrzeżenia można też wywieść pozytywny wniosek – oto Moskwa sama przyznaje, że jest zbyt słaba, by wygrać konwencjonalny konflikt z NATO. No i co z tego, skoro ów słaby mocarz posiada argumenty niwelujące asymetrię?

Zatem nie pozostaje nam nic innego, jak zabezpieczyć się na ewentualność złego. Można to osiągnąć dwoma sposobami, najlepiej uskuteczniając oba jednocześnie. Polska jest krajem, którego potencjał pozwoliłby na zbudowanie w ciągu kilkunastu lat względnie silnej armii. Nie mówię o wojsku, które pokonałoby Rosjan – takie myślenie to mrzonki. Chodzi mi o siły zbrojne na tyle liczne, dobrze wyposażone i wyszkolone, by konfrontacja z nimi wiodła rosyjskich planistów do widma ekonomicznej katastrofy. Federacja ma potężną armię i słabiutką gospodarkę – taki plan wcale nie byłby niewykonalny, w sytuacji gdy tamtejsi generałowie nauczyli się już przeliczać straty na pieniądze.

Drugi sposób to już klasyczna polityka – dbanie o sojusze. „Chodzenie wokół nich” tak, by przyniosły efekt w postaci jak najliczniejszej obecności żołnierzy z innych krajów NATO. Im będzie ich więcej, tym mniejsze ryzyko, że Rosjanie zaatakują.

A teraz wróćmy na ziemię.

Od trzech lat konsekwentnie budujemy siłę naszej armii – na papierze. Symptomatyczny jest przykład z ostatnich dni – powołanie czwartej dywizji wojsk lądowych. Brzmi poważnie, ale gdy przyjrzymy się szczegółom, wychodzi błazenada. Nowy związek taktyczny ma powstać na bazie już istniejących jednostek. Jedyne nowo powołane struktury to dowództwo (kilkaset etatów sztabowych) oraz jeden batalion. Zatem nie 15 tys. nowych żołnierzy, a ledwie tysiąc. No ale „dywizja” jest świetnym produktem z zakresu politycznego marketingu. Nie do przecenienia tuż przed wyborami.

A sojusze? Polityka obecnie rządzących – jakkolwiek w wymiarze retorycznym mowa jest o czymś zupełnie przeciwnym – skutkuje coraz mocniejszym luzowaniem sojuszniczych więzi. Unia Europejska i NATO to byty różne, ale nierozerwalne. Wojna z tą pierwszą – prowadzona przez rząd RP – osłabia również naszą pozycję w NATO. Kto zechce wspierać polskiego pariasa, który ma za nic unijne reguły gry?

Rząd PiS – choć oficjalnie zaprzeczy – zdaje sobie z tego sprawę. I dlatego wdzięczy się do USA. „Kupimy u was to, kupimy tamto, będziecie zadowoleni” – deklaruje. Pokaźne płatności i zapowiedź kolejnych, ma nam zapewnić parasol Waszyngtonu. Pal licho, że część tych wydatków jest niepotrzebna (flotylla VIP), część dokonana z ogromnym opóźnieniem i w trybie mocno przepłaconym (Patrioty). Bo i tak efekt wcale nie jest przesądzony. Prezydent Trump, biznesmen, zapewne pochwala miliardowe transfery do amerykańskiej gospodarki. Osobiście może też patrzeć z sympatią na pisowską rewolucję w Polsce – w końcu lubi silnych ludzi. Rzecz w tym, że Ameryka to nie (tylko) Trump. Że ten ostatni niebawem przeminie – i to z łatką najgorszego prezydenta w historii USA. Amerykańskie pryncypia zaś pozostaną – a pośród nich poszanowanie reguł demokratycznej gry, lekceważonych teraz i łamanych przez PiS.

Dziś mamy w Polsce od paru setek do kilku tysięcy – w zależności od pory roku – amerykańskich żołnierzy. O zwiększeniu tej liczby nie ma mowy. Łatwiej za to wyobrazić sobie odwrotny scenariusz – tak, jak polskie władze machają ręką na demokrację, tak Waszyngton po Trumpie może machnąć ręką na Polskę. Bo po co wspierać autokratyczny reżim znad Wisły? Strategia oparcia Zachodu o Niemcy dobrze się przecież sprawdziła przez ponad 40 lat po II wojnie.

I co wtedy? Co, gdy będziemy nominalnym członkiem NATO, a ze wschodu rzeczywiście przyjdzie burza? Mając kiepskie wojsko, przegramy w ciągu kilku dni. A rosyjska gotowość do użycia taktycznej broni jądrowej skutecznie powstrzyma sojuszników od przyjścia nam z odsieczą. Na wojnie często gra się va banque – ale tylko wtedy, gdy cel jest tego warty. Postdemokratyczna Polska takim celem nie będzie…

—–

Czy w razie wojny zobaczylibyśmy amerykańskie myśliwce nad Polską? Nz. formacja F-22 nad Warszawą, prowadzona przez naszego F-16, podczas defilady z okazji święta Wojska Polskiego, sierpień 2018/fot. Bartek Bera