Archiwa tagu: ONZ

Feniks

Wojtek miał pecha – złapał za klamkę drzwi, szarpnął… i cały jego świat runął w jednej chwili.

Latem 1992 roku w Krajinie pełno było porzuconych domów. W wielu z nich wszystkie strony jugosłowiańskiego konfliktu umieszczały miny pułapki. Chodziło o to, by ładunki zabijały pragnących wrócić do swych domostw mieszkańców. Trafiło na Polaka, żołnierza sił ONZ.

Wojtek poniósł ciężkie rany, między innymi głowy. Tuż po zdarzeniu lekarze dawali mu… jeden procent szans na przeżycie.

– Wykaraskałem się – mówił wiosną zeszłego roku. Kręciłem głową z niedowierzaniem, czytając protokół przyjęcia pacjenta, sporządzony przez szpital w Zagrzebiu. „Cuda się zdarzają” – mówi się zwykle w takich sytuacjach. Ale to żaden cud! Wojtek trafił na wspaniałych ludzi – personel medyczny, rehabilitantów – no i przede wszystkim miał wielką wolę życia. I poczucie, że ma po co i do kogo wracać.

Ożenił się, doczekał dwóch synów. Pełni zdrowia nie odzyskał, ale nie jest przykuty do łóżka, nie jeździ na wózku.

Poznałem Wojtka w szpitalu weteranów, byliśmy na jednym turnusie, w jednym pokoju – przez niemal trzy tygodnie. Na własny użytek mówiłem o nim per „Feniks”.

Znam wielu takich Feniksów – weteranów, którzy mimo ciężkich ran (nie zawsze fizycznych), zdołali odbudować swoje życie. Ale znam też wielu, którym się nie udało. Niektórzy postanowili odejść z tego świata na własną rękę, inni żyją w cierpieniu, przeklinając swój los. I dzieląc owo cierpienie z najbliższymi. Często – zbyt często! – zapomniani przez państwo, które wysłało ich na wojnę…

Dziś wszyscy oni mają swoje święto – Dzień Weterana. Dobrego życia życzę Wam, Koleżanki i Koledzy.

—–

Nz. Jeden z budynków kompleksu wypoczynkowego w Kupari na południu Chorwacji. Nigdy nie odbudowany po zakończonej ponad dwadzieścia lat temu wojnie. Trafnie ilustrujący los wielu weteranów wszystkich wojen…/fot. Marcin Ogdowski

Fotoradar

Piękne, długonogie dziewczyny zalotnie spoglądały znad szklanek wypełnionych kolorowymi drinkami. Wystrojone, z nienagannym makijażem, wyglądały jakby szły na pierwszą randkę. Nienachalny, elegancki wręcz wystrój klubu tylko podkreślał wyjątkowość i odświętność całego zdarzenia. Tymczasem nie działo się nic nadzwyczajnego – ot, sobotni wieczór w modnej pizzerni w Kramatorsku. Wesoła muzyka, dobre jedzenie, nienajgorszy alkohol.

Bal na „Titanicu”? Być może. Powstańcy przygotowują się do zamknięcia klina, wżynającego się w ich tereny. Kramatorsk co prawda znajduje się nieco wyżej, ale pewności nie ma, że miasto nie znajdzie się w zasięgu ofensywy. Smutna statystka ostatnich dziewięciu dni zdaje się potwierdzać rozmach, z jakim działają separatyści. Według danych ONZ, w tym czasie na wschodzie Ukrainy zginęło niemal 300 osób, w większości, niestety, cywilów.

Kramatorsk już był pod władaniem separatystów – latem 2014 roku, wraz z nieodległym Słowiańskiem, został odbity przez armię ukraińską. Przejeżdżając przez miasto nie widzieliśmy śladów toczonych tu walk, ale hotel, w którym się zatrzymaliśmy, w dużej mierze został zajęty przez wojsko. Tak naprawdę mieliśmy sporo szczęścia, że udało nam się znaleźć wolny pokój.

Do Kramatorska przywiózł nas Ilja – taksówkarz z Dniepropietrowska. W jego rozklekotanym lanosie spędziliśmy bite sześć godzin. Mając wrażenie, że nasze tyłki szorują po podłej, pełnej dziur jezdni. Trzech mężczyzn z tyłu, pasażer i kierowca z przodu – na każdym blok-poście (jak tutaj nazywa się punkty kontrolne obsadzone przez wojsko i milicję), zwracaliśmy na siebie uwagę. Co zwykle oznaczało konieczność opuszczenia auta i okazania paszportów.

Już niemal u kresu podróży – tuż po tym, jak przejechaliśmy kilkanaście kilometrów wzdłuż linii frontu – natknęliśmy się na lotny patrol drogówki.

– Tu Ukraina, tam DRL – tłumaczył nam milicjant, wskazując drogę odbijającą w prawą stronę. Po czym wrócił do zatrzymanego wcześniej samochodu na lokalnych numerach rejestracyjnych. W tym czasie jego kolega zwijał rozstawiony na trójnogu przenośny fotoradar…

—–

W lanosie było tak zimno, że szyby zamarzły od wewnątrz…/fot. Michał Zieliński