Archiwa tagu: Popasne

Wyspa

Materialna tkanka pokrywająca Ukrainę jest brzydka, koślawa, zużyta i zniszczona. I wcale nie ma to związku z wojną. Infrastruktura tutejszych miast i wiosek sprawia wrażenie, jakby po 1991 roku – gdy upadł Związek Radziecki – pozostawiono ją samej sobie. Nie przejmując się zbytnio naturalnym procesem rozpadu.

Na tle tej szarej, przygnębiającej masy wyróżniają się, niczym wyspy nowoczesności i schludności… stacje benzynowe.

Szczerze mówiąc, owe kolorowe, rozświetlone, klockowate formy pasują do ponurego ukraińskiego krajobrazu niczym pięść do nosa. Ale są – w przypływie optymistycznych myśli przyszło mi nawet do głowy, że stanowią zapowiedź lepszych czasów, które być może czekają Ukrainę.

Na przedmieściach Popasne również stoi stacja benzynowa. Nieczynna, częściowo obłożona workami z piaskiem. Ostrzeliwana, bo będąca elementem rozbudowanego posterunku armii ukraińskiej. To w niej znaleźliśmy schronienie zaraz po przyjeździe do miasteczka. Na dworze było strasznie zimno, rozpalona burżujka – jak określa się tu kozy – dawała zatem złudne poczucie bezpieczeństwa. Tym większego, że stojące na stole wódka i jedzenie budowały klimat przewidywalnej swojskości.

– Grada nie usłyszysz – dowódca, w cywilu milicjant z dochodzeniówki z ponad 20-letnim stażem, przywołał nas do rzeczywistości. – To ponaddźwiękowa rakieta; dopiero, gdy spadnie pierwsza, wiesz, że coś się dzieje.

– Wytrzyma? – jeden z nas wskazał dłonią sufit.

To nie było mądre pytanie. Trudno przecież oczekiwać, by projektanci stacji benzynowych zakładali, że stropy będą musiały poradzić sobie z uderzeniami granatów moździerzowych czy rakiet. „Do dupy z takimi wysypami nowoczesności” – szydziłem z własnych refleksji.

– Kolega zaraz pokaże, gdzie jest najbliższy schron – usłyszeliśmy wymijającą odpowiedź ukraińskiego oficera. – Ale najpierw zjedzcie – mężczyzna uniósł drewnianą tacę z plastrami słoniny.

Była przepyszna. Z pełnymi ustami i pachnącymi dłońmi chwilę później poszedłem zobaczyć ów schron. A właściwie zakryty okop w kształcie „postawionej na głowie” litery L.

Bardzo szybko przyszło nam z niego skorzystać. Huk artylerii nie słabł ani na moment – czasem wręcz narastał, gdy do głosu dochodziły eksplodujące seriami Grady – ale zdołaliśmy się już do niego przyzwyczaić. Ten pojedynek rozgrywał się ponad nami, a pociski spadały na pozycje separatystów oraz armii ukraińskiej odległe od nas o kilka kilometrów.

– Do schronu! – Siergiej, młody inżynier z Winnicy, zmobilizowany do wojska kilka tygodni temu, jako pierwszy zbiegł do jamy.

– Grad? – zapytałem go, gdy już cała nasza dziennikarska czwórka była w schronie.

Żołnierz wzruszył ramionami. Zdaje się, że nie miało to dla niego żadnego znaczenia.

Kilka minut później mogliśmy wyjść. Było późne popołudnie, wiedziałem, że za chwilę zacznie się robić szaro. Chwyciłem więc aparat, chcąc zrobić zdjęcia odległych o jakieś trzysta metrów bloków mieszkalnych. Dzień wcześniej spadły na nie rakiety – w dachu jednego z najbliżej położonych budynków widać było sporą dziurę. I wówczas, kątem oka, dostrzegłem jakiś ruch.

To był mężczyzna – właśnie zamykał drzwi do komórki bądź garażu, po czym schylił się i podniósł stojące obok wiadro. Zdaje się, że miał w nim drewno na opał.

– Tam wciąż mieszkają ludzie!? – spytałem Siergieja, nie spuszczając oka z mężczyzny, który wolnym krokiem ruszył w stronę bloku.

– No tak – usłyszałem w odpowiedzi.

—–

Przedmieścia Popasne/fot. Marcin Ogdowski