Archiwa tagu: Syria

Ostrzeżenie?

Jeszcze kilka dni temu wiele wskazywało na to, że przywódcy Zachodu godzą się z faktem nieusuwalności Baszara Asada. Świadomość, iż jest on w ogromnej mierze odpowiedzialny za syryjską masakrę, zaczęła ustępować pragmatycznemu przekonaniu, że prezydent – wespół z Rosjanami – ma spore szanse na zażegnanie trwającej już sześć lat wojny. Brutalnie, bezkompromisowo, ale za to bez masowego narażania życia zachodnich żołnierzy.

Dlaczego więc dziś rano na jedną z syryjskich baz spadły amerykańskie rakiety? Czyżby Biały Dom wciąż uważał Asada za przeszkodę? Niekoniecznie. Wedle oficjalnej amerykańskiej narracji, zniszczenie lotniska w al-Shajrat było odwetem za użycie gazu bojowego wobec ludności cywilnej – którego dopuściło się lotnictwo Asada kilka dni temu. W tym ujęciu odwet to rodzaj ostrzeżenia, wyznaczenia „cienkiej czerwonej linii” („na to wam pozwalać nie będziemy”) – i niekoniecznie musi oznaczać dalsze amerykańskie działania, jeśli syryjski rząd zaakceptuje te reguły.

Niebezpieczna próżnia

A jeśli, jak chcą niektórzy, zniszczenie wojskowej infrastruktury w al-Shajrat to początek czegoś większego? Pamiętajmy o priorytetach amerykańskiej, czy szerzej, zachodniej polityki wobec Syrii. Wspieranie tak zwanej opozycji okazało się działaniem nieefektywnym, na dłuższą metę sprzyjającym radykalizacji tych ugrupowań. Dziś większość z nich to islamska bandyteska. Dlatego już od dawna wysiłek zachodniej koalicji obrócony jest przeciwko Państwu Islamskiemu. Sukcesy nalotów – którym towarzyszą działania sił specjalnych – są niepodważalne. Zwłaszcza w połączeniu z naziemną ofensywą w sąsiednim Iraku, gdzie oddziały tamtejszej armii są de facto dowodzone przez Amerykanów. Skumulowany efekt tych działań jest taki, że terytoria IS kurczą się w zastraszającym tempie. Wcześniej równie szybko rosły, wykorzystując słabość państwowych struktur czy to Iraku, czy Syrii. Amerykanie muszą zatem być ostrożni w atakach na Asada. Niszczenie jego sił może bowiem znów stworzyć niebezpieczną próżnię. Chyba że sami zamierzają ją wypełnić, wysyłając na miejsce wojska lądowe. Pojedynczy atak rakietowy nie daje jednak ku temu żadnych przesłanek.

Miejsce w szeregu

Fakt, iż do niego doszło, należy również rozpatrywać w kontekście stosunków amerykańsko-rosyjskich. Kreml już potępił zniszczenie syryjskiej bazy, nazywając ów akt „agresją wobec suwerennego państwa”. To oczywista narracja, ciekawsze jednak będą dalsze kroki Moskwy. Asad jest jej sojusznikiem, rosyjska armia wspiera wojska Damaszku zarówno w powietrzu, jak i na lądzie. Czy Putin odważy się zareagować inaczej niż tylko na poziomie dyplomatycznym? Do tej pory hasał w Syrii jak chciał, wykorzystując fakt, iż światowy żandarm udawał, że tego nie widzi. Rósł zatem w oczach Rosjan, rosła też jego pozycja na arenie międzynarodowej, gdzie – przynajmniej niektórzy – zaczęli go postrzegać jako tego, który może wreszcie zakończyć syryjską wojnę. Zakładając konfrontacyjny model polityki Trumpa wobec Rosji, atak na Syrię to pokazanie Władimirowi Putinowi, gdzie jest jego miejsce w szeregu.

Bomby z Polski

I na koniec wątek polski. Niektóre media już pytają, co ewentualna eskalacja działań w Syrii oznacza dla Wojska Polskiego? Pamiętajmy, że w regionie już operują nasze F-16 – póki co w misji rozpoznawczej. Jednak w MON od dawna rozpatruje się zmianę charakteru zaangażowania na bojowe. To pomysł stary, rozważany zanim jeszcze polskie myśliwce znalazły się na Bliskim Wschodzie – w czasach poprzednich rządów. Dziś jednak ma więcej zwolenników, a i okoliczności niejako wymuszają takie posunięcie. Amerykanie coraz bardziej krytycznie przyglądają się kuracji, jaką naszej armii funduje Antoni Macierewicz. Dają temu wyraz, jak na razie zakulisowo. Powrót Wojska Polskiego na ścieżkę wojenno-ekspedycyjną, to sposób na obłaskawienie Waszyngtonu. Wojsko protestować nie będzie – myśliwcy głodni są takich wyzwań (jako jedyna z elitarnych formacji WP, nie brali dotąd udziału w operacjach bojowych). Ale nawet ten scenariusz nie oznacza, że nasi piloci będą obrzucać bombami pozycje wojsk Asada. Obszar działania pozostanie ten sam i będzie się wiązał z dobijaniem Państwa Islamskiego.

—–

Niezależnie od intencji Amerykanów, jedna rzecz jest absolutnie pewna – syryjska wojna musi się jak najszybciej skończyć. Bo cierpią na niej przede wszystkim niewinni cywile…
Obóz dla uchodźców z Syrii, położony w północnym Libanie, luty 2016/fot. Marcin Ogdowski

Geopolityka

Pamiętam, jak siedem lat temu, w północnym Afganistanie, natowskie samoloty zbombardowały kolumnę cywilnych aut, biorąc je za skradzione przez talibów cysterny. Zginęło ponad sto osób – w większości bogu ducha winnych cywili.

Widziałem konsternację, zawstydzenie, żal – nie tylko w oczach najwyższych przedstawicieli Sojuszu, ale też u zwykłych żołnierzy. To był wypadek – efekt złego rozpoznania i naprędce podjętej decyzji. Nie pierwszy i nie ostatni, co nie zmienia faktu, że nie sposób nadać mu charakteru celowych działań. Zachód, ten współczesny, nie walczy bowiem z cywilami (mimo iż ów humanitaryzm często stoi na przeszkodzie do osiągnięcia militarnych celów, czego Afganistan był najlepszym dowodem; to jednak kwestia na odrębny wpis).

Inaczej sprawy się mają w przypadku Rosji – armia rosyjska nie ma żadnych skrupułów. Dowiodły tego wojny w Czeczeni, Gruzji, na Ukrainie czy w Syrii. Sterroryzowanie ludności cywilnej jest wręcz elementem rosyjskiej strategii wojskowej. Stąd huraganowe ostrzały artyleryjskie, czy zmasowane naloty bombowe, obracające w perzynę całe kwartały miast. Mentalnie, w wielu obszarach, wojskowi naszego sąsiada pozostali w czasach II wojny światowej.

Dlatego nie wierzę, że po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych możliwa jest amerykańsko-rosyjska współpraca w Syrii. Już bardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz wycofania sił USA z zachodniej koalicji (co de facto oznacza jej rozpad). Nawet prezydent o osobowości Trumpa nie pozwoli sobie na sojusz, którego konsekwencją byłoby tolerowanie terrorystycznych w istocie praktyk.

Ta współpraca nie jest też możliwa z innego powodu. Kilkanaście dni temu Angela Merkel zapowiedziała, że będzie się ponownie ubiegać o funkcję kanclerza Niemiec. „Będę atakowana ze wszystkich stron” – mówiła, mając na myśli nadchodzącą kampanię.

Jestem przekonany, że atak przyjdzie również ze wschodu – „Żelazna Kanclerz” jest bowiem nie na rękę Kremlowi. Póki rządzi, póty Unia Europejska nie pozostanie martwym, politycznym tworem. O co od lat zabiega Moskwa, bo tylko w konfrontacji z pojedynczymi państwami Wspólnoty ma szanse narzucić im własną wolę.

Rosyjskie zaangażowanie w Syrii należy widzieć również jako element tej strategii. Naloty na szpitale, szkoły czy bazary nie są przypadkowe. Dramat Aleppo – o którym w ostatnich tygodniach powiedziano chyba już wszystko – to efekt celowych działań, mających doprowadzić do humanitarnej klęski. Bezpośrednia akcja wojskowa oraz wspieranie reżimu Assada ma wywołać kolejne fale ucieczek przerażonych wojną cywilów. W założeniu – popartym doświadczeniem z ubiegłego roku – ta ludzka masa z czasem przetoczy się do Europy. Czegokolwiek nie zrobi Angela Merkel – a w jej polityce doszło do zmiany w odniesieniu do imigrantów – to jej przypisany zostanie kolejny imigracyjny kryzys. Czy ktoś taki może zostać kanclerzem Niemiec? – zapytają życzliwi.

W najbliższych miesiącach należy zatem spodziewać się wręcz nasilenia terrorystycznych działań rosyjskich sił powietrznych w Syrii. Niewykluczona jest też presja ze strony Turcji, która od kilku miesięcy mocno flirtuje z Rosją. Turecki prezydent już grozi, że otworzy granice, co poskutkuje ponownym uruchomieniem tzw.: szlaku bałkańskiego.

Wracając zaś do sedna – Trump może i wybierze model izolacji Stanów Zjednoczonych. Z przyczyn pragmatycznych nie będzie to jednak całkowite wycofanie się z Europy. Berlin – najważniejszy amerykański sojusznik na kontynencie – dalej będzie utrzymywał silne relacje z Waszyngtonem. Amerykański prezydent nie wejdzie zatem w żaden deal z Putinem, który byłby dla Niemiec szkodliwy. W tym przypadku argumentem może też być pochodzenie przodków prezydenta-elekta. Dla Niemców, dla Europejczyków, to dobra wiadomość. Dla Syryjczyków, niestety, zapowiedź kontynuacji dramatu. Mieszkańcy Syrii już dawno stracili kontrolę nad sytuacją we własnym kraju. Ich los – póki co nierozerwalnie – splótł się z geopolityką…

—–

Pogranicze libańsko-syryjskie, zima 2016/fot. Marcin Ogdowski

„Deal”

No i stało się – prezydent Andrzej Duda podpisał decyzję o wysłaniu dwóch kontyngentów Wojska Polskiego na Bliski Wschód. 150 wojskowych i cztery samoloty F-16 trafią do Kuwejtu, około 60 żołnierzy sił specjalnych – do Iraku. Oba komponenty wejdą w skład koalicji, powołanej do walki z Państwem Islamskim.

Polacy – jak wynika z oficjalnych zapewnień – nie wezmą udziału w operacjach kinetycznych. Samoloty mają wykonywać misje rozpoznawcze, komandosi – zająć się szkoleniem irackich specjalsów.

Brak zaplecza (do zamachów)

Jak zawsze w takim przypadku, decyzja o wysłaniu wojska za granicę wywołuje falę krytyki. Oponenci zwracają uwagę na domniemaną nieskuteczność działań zachodniej koalicji, podnoszą też argument niefortunnego doboru terminu, w jakim zdecydowaliśmy się na wsparcie aliantów. „Prowokujemy ISIS do ataków w Polsce” – czytamy w komentarzach poświęconych sprawie. „Mszcząc się, islamiści uderzą w trakcie Światowych Dni Młodzieży” – to najczęściej powtarzane stwierdzenie.

Wyjątkowo niemądre, oparte bowiem o przekonanie, że potencjalnym zamachowcom udałoby się naprędce przygotować atak w sytuacji braku zaplecza, które decydowało o sukcesach podobnych operacji w Belgii czy Francji. Mowa rzecz jasna o enklawach zradykalizowanych, muzułmańskich mniejszości etnicznych. Innych podmiotów, na tyle zdeterminowanych, by „dokonać rzezi w Krakowie”, nie sposób w Polsce znaleźć. Oczywiście, nie wyklucza to scenariusza aktywności „samotnego wilka” – na przykład pozbawionego ideologicznej motywacji socjo czy psychopaty – to jednak temat na odrębną dyskusję.

Co zaś się tyczy wspomnianej nieskuteczności – to bzdura, wpisująca się w narrację rosyjskiej propagandy, która od miesięcy przekonuje, że tylko piloci latający maszynami z czerwoną gwiazdą wykonują „dobrą robotę”. A reszta jedynie miesza, komplikując sytuację w Syrii i północnym Iraku. Abstrahując od skuteczności rosyjskich operacji wojskowych na Bliskim Wschodzie, skoordynowane ataki prowadzone przez Zachód mocno dały się Państwu Islamskiemu we znaki. W ciągu nieco ponad roku terytorium ISIS skurczyło się o niemal połowę, prawie pięć milionów ludzi wydostało się z łap bestialskiego reżimu, a jego głowa – kalif Al-Bagdadi – najprawdopodobniej zginął kilka dni temu w amerykańskim nalocie (bądź zmuszony został do pójścia w konspirację; to źródła ISIS podały informację o śmierci przywódcy, co można też traktować jako zasłonę dymną).

Wygaszanie lęków

Oczywiście, rozprawa z Państwem Islamskim nie zakończy konfliktu, który toczy się w Syrii już od pięciu lat. Zbyt wiele jest innych podmiotów zaangażowanych w tę wojnę. Można więc postrzegać misję przeciwko ISIS jako rodzaj półśrodka. Ale w ostatecznym rozrachunku lepsze to, niż bezczynne przyglądanie się hekatombie milionów ludzi. Zwłaszcza, że poza wymiarem czysto humanitarnym, rozbicie reżimu religijnych fundamentalistów może przynieść wymierne korzyści. Także dla Polski. Istnienie Państwa Islamskiego jest jednym z istotniejszych czynników, zmuszających mieszańców Syrii i północnego Iraku do masowych ucieczek. Owa migracja rodzi zaś obawy części Europejczyków, przerażonych wizją „muzułmańskiej nawały”. I jakkolwiek można tu dyskutować na temat zasadności tych lęków, mają one istotny wpływ na nastroje społeczne, panujące na starym kontynencie.

Co ważne, owe nastroje napędzają niebezpieczne, ksenofobiczne i rasistowskie postawy. Wygaszenie ich źródeł winno zatem leżeć w interesie europejskich rządów, również rządu Rzeczpospolitej.

Szukanie pól zgody

Ale ten ostatni zyskał właśnie inną, jeszcze bardziej wymierną korzyść. Ogłoszenie prezydenckiej decyzji nie przypadkiem zbiega się z zaplanowanym na początku lipca szczytem NATO. Szczytem, na którym już oficjalnie zatwierdzone zostaną działania w ramach militaryzacji tak zwanej „wschodniej flanki”. Mówiąc wprost, mamy tu do czynienia z „dealem” – polski udział w koalicji antyislamistycznej w zamian za przebazowanie natowskich oddziałów do Polski i krajów nadbałtyckich. W obu przypadkach są to działania raczej symboliczne – bo cztery natowskie bataliony nie mają wielkiego potencjału, a polscy piloci i komandosi nie zdecydują o ostatecznej klęsce ISIS. Istotne jest jednak to, że póki na Rosję działa „amerykański straszak”, nawet tak symboliczna obecność sił zbrojnych największego mocarstwa świata ma dla Polski status gwarancji bezpieczeństwa.

I już na koniec warto się odnieść do pomysłu, że ów „deal” można by było przeprowadzić inaczej. Mówił o tym gen. Stanisław Koziej, sugerując, że nasze F-16 – zamiast lecieć na Bliski Wschód – powinny na dłużej wyręczyć siły Sojuszu, chroniące przestrzeń powietrzną państw nadbałtyckich. Ów pomysł tylko pozornie wydaje się atrakcyjny. Bo owszem, uniknęlibyśmy ryzyka wynikłego z działania w strefie wojny, ale koszty polityczne byłyby dużo wyższe. Nasz rząd, w dużej mierze słusznie, oskarżany jest przez Moskwę o antyrosyjską retorykę – takie posunięcie dałoby pretekst do dalszych zarzutów. A choć zbyt uległa wobec Putina postawa części zachodnioeuropejskich elit jest niewłaściwa, z Rosją przede wszystkim trzeba szukać pól zgody, nie konfrontacji.

—-

Polski F-16 – niebawem cztery takie maszyny trafią na Bliski Wschód/fot. Bartek Bera

Powrót

95-letnia Saada ma tylko jedno marzenie – chciałaby umrzeć u siebie. Ojczysta ziemia jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy wyjść na taras niewielkiego domu na wzgórzu, by dojrzeć malownicze pagórki i niewielkie osady. Lecz owa bliskość jest jedynie złudzeniem – i nie chodzi wcale o trudne do pokonania koryto granicznej rzeki czy wojskowe posterunki, rozdzielające Liban i Syrię. Dziś akurat jest spokojnie, ale zdarzały się noce, w trakcie których widać było rozbłyski wybuchów, a złowrogie pomruki godzinami niosły się w powietrzu…

Syryjska wojna domowa wypędziła z domów jedenaście milionów ludzi – blisko połowę populacji tego kraju z 2011 roku. Sześć milionów to uchodźcy wewnętrzni, cztery miliony siedemset tysięcy osób zdecydowało się uciec z kraju. Dwa miliony sześćset tysięcy trafiło do Turcji, milion dwieście tysięcy do Libanu, Jordania i Irak (ten ostatni sam ogarnięty krwawą wojną z Państwem Islamskim) przyjęły kolejno sześćset czterdzieści i dwieście pięćdziesiąt tysięcy Syryjczyków. W ubiegłym roku kilkaset tysięcy spośród wszystkich tych uchodźców postanowiło ruszyć dalej – do Europy. W 2016 roku ma być ich jeszcze więcej – niektóre szacunki mówią o milionie zdesperowanych syryjskich obywateli, którzy mają już dość czekania „w pobliżu” na koniec konfliktu.

Abdel z dziećmi/fot. Marcin Ogdowski
Abdel z dziećmi/fot. Marcin Ogdowski

Stracone pokolenie

Rodzina Saady wciąż planuje zostać na libańsko-syryjskim pograniczu, ale Abdel, uchodźca z Homsu, mówi wprost:

– Wiosną, jak tylko morze będzie spokojniejsze, ruszam do Turcji, a stamtąd do Europy.

Przeraża mnie ta deklaracja – na kanapie, obok czterdziestolatka, siedzi trójka jego dzieci. Najstarszy Mohammad ma zaledwie 9 lat, najmłodsza, Hanin, nieco ponad pięć. Druga z dziewczynek, Tasmin, jest lekko upośledzona i choć skończyła 7 lat, zachowuje się bardziej niedojrzale niż siostra.

– Chcesz ryzykować ich życie? – pytam, mając przed oczami zdjęcie martwego syryjskiego chłopca, którego latem zeszłego roku morze wyrzuciło na plaży w tureckim Bodrum.

– A co nam zostało? – mężczyzna wbija wzrok w podłogę. Widać, że po czterech latach przymusowej emigracji jest już psychicznie wyczerpany. Zasobny niegdyś sklepikarz dziś utrzymuje dzieci z dorywczych robót i dzięki wsparciu organizacji humanitarnych. Gdy idzie do pracy – zwykle jako tragarz, bo w Trypolisie nic lepszego nie jest w stanie znaleźć – obowiązki głowy rodziny przejmuje Muhammad. To dlatego chłopiec nie chodzi do szkoły, choć libańskie władze stwarzają Syryjczykom możliwość nauki na podstawowym poziomie.

– Takich dzieci wśród uchodźców, będących poza systemem edukacji, jest już dwieście dwadzieścia tysięcy – wyjaśni mi później Piotr Stopka, do niedawna szef misji humanitarnej Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) w Libanie. – Mówi się wręcz o całym „straconym pokoleniu”.

Przyglądam się Muhammadowi, który z pasją rozgryza kolejne funkcje mojego aparatu fotograficznego. Jestem pewien, że byłby z niego niezły uczeń.

– A gdzie jest matka dzieci? – dopytuję.

Abdel zasępia się jeszcze bardziej.

– Wróciła do Syrii – mówi. – Miała dość życia tutaj.

Mężczyzna nie ukrywa, że w jego związku zdarzył się kryzys, który spowodował odejście kobiety. „Wojna nas zmieniła…” – tłumaczy, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że winą obarcza przede wszystkim małżonkę. Nie zamierza pójść jej śladem – dla Abdela Syria jest stracona.

– Gdyby żona wróciła, moglibyśmy raz jeszcze spróbować ułożyć sobie życie tu, w Libanie – deklaruje. – Ale skoro to niemożliwe, muszę szukać dla siebie i dzieci lepszej przyszłości gdzie indziej.

Ta historia pokazuje, jak różne mogą być doświadczenia, które przesądzają o decyzji, by uciekać do Europy. Jednak bez względu na tę różnorodność, motyw pozostaje jeden – materialny. I dlatego wymarzonym celem wędrówki uciekinierów są najbogatsze na kontynencie Niemcy, kraje Skandynawii czy Wielka Brytania.

– Odpowiednie działania mogłyby tę ludzką falę ograniczyć – twierdzi tymczasem Wojciech Wilk, prezes PCPM. – Trzeba tylko przekierować strumienie pieniędzy – dodaje. – 330 euro zasiłku, jakie otrzymuje uchodźca w Niemczech, wystarczyłoby na zapewnienie kompleksowej pomocy humanitarnej ośmiu Syryjczykom w Libanie. Osiem osób nie musiałoby każdego dnia zmagać się z widmem głodu i bezdomności. Miałoby zatem minimalny komfort, który bez wątpienia zwiększałby determinację, by przeczekać wojnę w pobliżu Syrii.

O tym, że konieczności reorientacji polityki europejskich rządów wobec uchodźców jest palącym problemem, świadczą najświeższe statystyki. Tylko przez dwa pierwsze miesiące bieżącego roku na greckich plażach wylądowało już ponad sto czterdzieści tysięcy „boat people”. A „sezon” – z uwagi na sztormową pogodę w basenie Morza Śródziemnego – jeszcze się na dobre nie zaczął…

Namiastka

Duża część budynków mieszkalnych w Libanie ma na poziomie parteru garaże. Jednak w wielu z nich nie sposób dziś zaparkować samochodu. Tocząca się w sąsiedniej Syrii wojna sprawiła, że pomieszczenia te opanowali uchodźcy. Całymi, często wielopokoleniowymi rodzinami, które na kilkunastu metrach kwadratowych próbują zbudować sobie namiastkę utraconego domu.

W Deir Ammar na przedmieściach libańskiego Trypolisu spotykam się z Aymanem i jego żoną, Wisal. Stalowe drzwi zajętego przez nich garażu za dnia pozostają otwarte – Syryjczyków oddziela od ulicy jedynie zasłona. Za drugą kotarą, w głębi pomieszczenia, kryje się prowizoryczna łazienka i kuchnia. Przednia część lokum pełni funkcję sypialni i pokoju dziennego. Na podłodze leżą wytarte dywany i materace. Na jedynym z nich siedzą gospodarze, na drugim – ich trzy kilkuletnie córki. Dziewczynki wpatrują się w niewielki telewizor – wkrótce przekonam się, że to typowy widok w domostwach uchodźców. Odbiorniki – zwykle wysłużone niewielkie urządzenia – zobaczę nawet w najpodlejszym namiotowisku. Usłyszę, że pudełko z ruchomymi obrazkami pozwala zająć czymś dzieci, zaś dorosłym daje możliwość śledzenia serwisów informacyjnych. To, co dzieje się w Syrii, dla większości z nich ma bowiem nadal ogromne znaczenie.

Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski
Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski

Czterdzieści dni piekła

– W Homs mieszkaliśmy w dwustumetrowym domu z czterema pokojami – 30-letnia Wisal zdaje się być nieco zakłopotana warunkami, w jakich przyszło jej pełnić rolę gospodyni. Jeszcze trzy lata temu należała do syryjskiej klasy średniej. Ayman wraz z bratem mieli pod miastem sporo ziemi, na której uprawiali oliwki. Mężczyzna był też właścicielem kilku mieszkań pod wynajem oraz niewielkiej firmy transportowej. – Trudno nam było przywyknąć do nowego standardu życia. Zwłaszcza do świadomości, że nie możemy zapewnić dzieciom godnych warunków.

Ayman kiwa głową. Rzutki niegdyś biznesmen – choć ma zaledwie 33 lata – jest dziś wrakiem człowieka, wymagającym stałej opieki. Z trudem się porusza, miewa ataki epilepsji i omdlenia. Przez wiele miesięcy walczył z ciężką depresją. Mówi o tym w czasie przeszłym, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż jest pod jej wpływem.

– Torturowali mnie – wyjaśnia. – Podłączali prąd do stóp, do głowy, i razili nim aż do utraty przytomności.

– Byłeś w opozycji? Walczyłeś przeciwko armii? – pytam, wcześniej ustaliwszy, że „oni” to rządowa służba bezpieczeństwa.

Syryjczyk zaprzecza.

– Twierdzili, że gdy mnie pojmano, byłem uzbrojony i brałem udział w jakichś wystąpieniach. A ja siedziałem w domu, z rodziną…

– Wzięli tylko ciebie? – dopytuję.

– Mnie i brata – słyszę w odpowiedzi. – No i samochód – dodaje mój rozmówca. To charakterystyczny element, pojawiający się w wielu opowieściach uchodźców. Zatrzymaniom pod formalnie uzasadnionymi zarzutami często towarzyszą motywy rabunkowe. Z zapewnień Aymana wynika, że auta nie odzyskał.

– Na przesłuchaniach kazali mu się przyznać, że był w jakiejś bojówce. Miał podać nazwiska innych członków – relację kontynuuje Wisal. – Gdy milczał, poddawano go elektrowstrząsom.

– I tak przez czterdzieści dni – Syryjczyk ma nieobecne spojrzenie. – Czterdzieści dni tortur i leżenia nago na betonowej posadzce. Dobrze, że większość tego czasu byłem nieprzytomny.

Ayman i Wisal w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy rozmówców
Wisal i Ayman w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy moich rozmówców/fot. Marcin Ogdowski

Łapówka na wagę życia

Z ciemnej piwnicy gdzieś na obrzeżach Homs przeniesiono Aymana do tamtejszego aresztu. Przez prawie dwa lata czekał na rozprawę sądową. W tym czasie w mieście toczyły się intensywne walki.

– Na naszej ulicy coraz częściej zaczęły spadać bomby – wspomina Wisal. – Nie mogłam ryzykować życia dzieci, choć tak bardzo chciałam być blisko męża.

Kobieta wyniosła się za miasto. Wszystkie próby dotarcia do Aymana spełzły na niczym.

– Ludzie, którym udało się wyjść z więzienia, opowiadali, w jak fatalnym stanie jest mąż – drobna Syryjka głośno przełyka ślinę. – Mówili: „ratuj go, bo on lada moment umrze”. Nie mogłam, nie potrafiłam zrezygnować.

Po roku i dziewięciu miesiącach Wisal dopięła swego. Za łapówkę w wysokości półtora tysiąca dolarów wykupiła męża z aresztu. Z ponurej celi Ayman trafił do kliniki w Libanie. Trzy miesiące później dołączyła do niego żona z dziećmi. W międzyczasie rodzinie udało się również wydostać z więzienia brata mężczyzny. W tym przypadku okup był dwa razy wyższy.

W takich okolicznościach zasobni do niedawna Syryjczycy pozbyli się ostatnich większych oszczędności.

– Jak sobie radzicie w Libanie? – pytam.

– Ayman nie może pracować – Wisal uśmiecha się smutno. – Sprzątam u libańskich rodzin, z czego są niewielkie pieniądze. Czasem któryś z sąsiadów podrzuci nam coś do jedzenia.

– Czyli Libańczycy zachowują się wobec was przyzwoicie? – staram się, by nie zabrzmiało to jak stwierdzenie.

– Trudno narzekać, biorąc pod uwagę to, co przeżyliśmy – mówi moja rozmówczyni.