Archiwa tagu: Szachtar

Debalcewe

Uniesione w górę w charakterystycznym geście dłonie nie pozostawiały wątpliwości – jadący na pancerzach transporterów ukraińscy żołnierze pewni byli zwycięstwa. Zmierzali z tym przekonaniem ku bitwie, która toczyła się kilka kilometrów dalej – w Debalcewe – a której odgłosy, zwłaszcza złowrogie dźwięki wydawane przez wyrzutnie Grad, słychać było niemal bez przerwy. Był koniec stycznia br. – kilkanaście dni później te same oddziały, choć już mocno przetrzebione, ustępowały pola przeciwnikowi z separatystycznej Donieckiej Republiki Ludowej.

aaa

Pod koniec kwietnia br. – wraz z trzema innymi dziennikarzami – udało nam się przedostać na teren DRL. Wojnę, którą w styczniu relacjonowaliśmy z pozycji ukraińskich, tym razem zobaczyliśmy z perspektywy prorosyjskich separatystów. Przede wszystkim zaś ludności cywilnej, która pozostała na zajętych przez rebeliantów terenach. Kilka dni temu – jako pierwsi polscy reporterzy – dotarliśmy do Debalcewe. Miasta-duchów, jak nam mówiono jeszcze po ukraińskiej stronie, ostrzegając przed „grasującymi bandami pijanych żołdaków”.

„Nikt głodny nie chodzi”

Debalcewe to duży węzeł kolejowy, przez który przechodzą tory łączące Donieck, stolicę DRL, z Ługańskiem – centrum drugiej separatystycznej republiki (Ługańskiej Republiki Ludowej). Miasto miało więc znaczenie strategiczne i stąd determinacja rebeliantów, by przejąć nad nim kontrolę. Walki, które toczyły się w okolicy, poważnie uszkodziły kolejową infrastrukturę – tuż po zajęciu Debalcewe nie było zatem możliwości, by dostać się do niego pociągiem. Jednak kilka tygodni temu przywrócono regularne połączenia, choć droga z Doniecka – w czasach pokoju zajmująca niecałą godzinę – teraz wymaga aż trzech.

001

– Po co wy tam jedziecie, chłopcy? Przecież tam nic nie ma… – usłyszeliśmy od kasjerki w poddonieckiej Makijewce, gdy kupowaliśmy bilety. Utwierdzeni w przekonaniu, że jedziemy do miasta-widma, już na samym początku przeżyliśmy ogromne zaskoczenie. Wywołał je tłum ludzi, stojący przed jednym z kolejowych magazynów.

– Wydają humanitarkę – starszy mężczyzna miał na myśli pakiety zawierające żywność i chemię gospodarczą. – Rosja nam pomaga – podkreślił, dowiedziawszy się, że ma do czynienia z zagranicznymi dziennikarzami. Szybko okazało się, że pomoc przeznaczona jest tylko dla najstarszych – osób od 65. roku życia. – Młodsi też dostaną. Nie dziś, ale dostaną – zapewniał nasz rozmówca. – Nikt tu głodny nie chodzi – dodał, po czym wskazał ręką na dawny przydworcowy bar, przed którym siedziało całe stado bezdomnych psów. – Tam dają za darmo obiad i gorącą herbatę – wyjaśnił.

Rejon po drugiej stronie frontu

Jakieterynę – która właśnie wyszła z jadłodajni – nie speszył widok naszych aparatów.

– Tu chłopcy – zaczęła mówić – …tu jest nawet dobrze. Ludzie mają już prąd, wodę, gaz nawet mają. Gdy tylko skończyły się walki, naprawiać zaczęli. Ale u mnie – kobieta wymieniła nazwę jednej z okolicznych wiosek – większość chałup zrujnowana, a w tych, które zostały, nawet światła nie ma. I nie ma komu tego naprawić, bo to już nie jest rejon (energetyczny – dop. MO) Debalcewe. Nasz rejon został po drugiej, ukraińskiej stronie. A tamci przecież nie przyjadą, nie naprawią.

– A deerelowskie służby nie mogą tego zrobić? – spytał jeden z nas.

– Zrobią – usłyszeliśmy. – Ale najpierw miasto – miasto jest ważniejsze. Przed 9 maja, przed wielkim świętem, ma tu być już porządek.

Rozejrzałem się wokół. Rynek nie nosił wielu śladów walk – owszem, był zużyty, zaniedbany, ale raczej bez związku z wojną; w taki sposób wygląda większość ukraińskich miasteczek, z ich rozsypującą się od ćwierćwiecza infrastrukturą. Co nie zmienia faktu, że gruzy uprzątnięto, podobnie, jak wypalone wraki samochodów, które widziałem na jednym z filmików, opublikowanych w Internecie tuż po zajęciu miasta przez separatystów.

– O! – Jakieteryna zwróciła głowę w stronę, skąd doszły nasz dźwięki wojskowej orkiestry. – Przygotowania idą pełną parą.

„To zrobili wasi przyjaciele”

Rzeczywiście, jakieś dwieście metrów dalej, na placyku odchodzącym od rynku, blisko setka żołnierzy – przy dźwiękach „Pożegnania Słowianki” – ćwiczyła paradny krok.

– Nasze, deerelowskie wojsko – mężczyzna koło pięćdziesiątki sprawiał wrażenie autentycznie dumnego. Zdaje się, że nie przeszkadzała mu ruchowa nieporadność służących od niedawna chłopaków. Eklektycznie umundurowanych (niektórzy nosili sportowe dresy z wielkimi nazwami zachodnich firm na plecach), znacząco odstających swoim wyglądem od grupki eleganckich oficerów, nadzorujących przygotowania.

Jeden z tych ostatnich, w stopniu majora, podszedł do nas, gdy tylko zaczęliśmy robić zdjęcia.

– Nie chcemy tu obcych dziennikarzy – stwierdził, gdy usłyszał, kim jesteśmy. Jego głos brzmiał uprzejmie, ale zdecydowanie. – Zwłaszcza dziennikarzy z Polski – dodał już znaczenie twardziej.

– Idźcie w miasto, zobaczcie, co z nimi zrobili wasi przyjaciele Ukraińcy – obok majora pojawił się kolejny wojskowy, tak jak i on noszący na ramieniu rosyjskie oznaczenia państwowe.

Poszliśmy.