Archiwa tagu: uchodźcy

Młot

Gdy latem 1935 roku w Niemczech uchwalano rasistowskie ustawy norymberskie, nie spotkało się to ze znaczącym społecznym oporem. Niemcy szybko zaakceptowali nowe prawo („twarde, ale jednak prawo”). Rozpętana kilka lat wcześniej na niespotykaną skalę antysemicka kampania przyniosła odpowiedni skutek – NSDAP jawiła się jako partia, która ochroni kraj przed „szkodliwym żydostwem”. A że z jej rządami wiązano również fakt polepszenia bytu socjalnego biedniejszej części społeczeństwa (program zbrojeniowy i inwestycje w infrastrukturę pozwoliły wyjść z dołka Wielkiego Kryzysu), tym więcej było powodów do legitymizacji.

Gdzie to Niemcy zaprowadziło, wszyscy dobrze wiemy.

Latem 2017 roku PiS funduje polskiemu ustrojowi rewolucyjną zmianę. Usuwa istotne gwarancje prawne, zawarte w niezależności władzy sądowniczej. Polacy tymczasem wybierają wakacje, sondaże zaś wskazują absolutną dominację partii Jarosława Kaczyńskiego. Nie bez znaczenia jest fakt, że część rodaków po raz pierwszy od dawna na te wakacje stać – transfer środków socjalnych, za którym stoi polityczna wola PiS, zmienił sytuację bytową wielu rodzin. Ale nie to ma kluczowe znaczenia dla zrozumienia fenomenu legitymizacji obecnej władzy. Ten zawiera się w kwestii podejścia do uchodźców. Niemal 2-letnia kampania, w której PiS wykorzystuje wszystkie narzędzia, jakie daje państwo, przyniosła odpowiedni skutek. Oto partia Kaczyńskiego uchodzi za jedyną siłę, która jest w stanie uchronić Polskę przed napływem „zdziczałej hordy ciapatych”. Ci bowiem, jak wynika z badań, zostali w między czasie całkowicie zdehumanizowani.

Analogia do sytuacji w Niemczech lat 30. jest zatem wyraźna. Emocje Polaków, jak niegdyś emocje Niemców, wykluczają otwarcie na racjonalne argumenty (jak choćby brak zależności między napływem uchodźców a zamachami). Tak jak niegdyś Niemcy – w obawie przed złym obcym – godzimy się na ustępstwa wobec „silnych ludzi”. Niech rządzą jak chcą – mówimy.

Dokąd nas to zaprowadzi? Daleki jestem od szukania dalszych analogii do sytuacji z lat 30. i 40. XX wieku – ani Europa, ani my sami nie pozwolimy sobie na zainstalowanie totalitarnej utopii nad Wisłą. Ba, mam niemal pewność, że nie taki cel przyświeca Kaczyńskiemu i jego najbliższemu otoczeniu. Boję się wszak, że ci ludzie żyją w jakimś zamkniętym kręgu anachronicznych wyobrażeń na temat polityki, wspartym o całą serię pobożnych życzeń. Pragnąc w Polsce silnego, autorytarnego państwa, pełniącego rolę regionalnego lidera, de facto oderwą nas od Europy. Wówczas jedyną kotwicą, trzymającą nas na Zachodzie, pozostaną Stany Zjednoczone – poprzez NATO. Tyle że od kilku miesięcy wola Waszyngtonu zależna jest od humorów Donalda Trumpa. To dramatycznie za mało, by w oparciu o takiego gwaranta budować przyszłość 38-milionowego narodu.

Co nam zostanie, gdy wyrzucimy się na margines Europy, a USA stwierdzą, że nie mają interesu angażować się w Polskę? Trójmorze, z wiodącą pozycją Warszawy, to mrzonka, niechybnie więc znów wpadniemy w sidła Rosji. Taki będzie efekt rządów „silnych ludzi z PiS”.

Czy jest szansa, by z tej patowej sytuacji wyjść? Ten cel da się osiągnąć tylko poprzez złamanie monopolu PiS. Jak to zrobić?

Kontenery

– Po siódmym czy ósmym ostrzale naszej okolicy, kiedy rakiety zaczęły spadać mniej niż sto metrów od okien, postanowiłem uciekać z miasta – mówi Andriej, 40-latek z Doniecka. – Nie dla siebie, ale dla Eveliny – mężczyzna kładzie dłoń na ramieniu ośmioletniej dziewczynki. – Wyjechaliśmy na kilka tygodni, a minęły już dwa lata, odkąd nie było nas w domu. I nie wrócimy tam tak długo, jak długo będą strzelać. Nie zamierzam narażać życia córki – deklaruje mój rozmówca.

„Modułowe miasteczko” – jak mówią o nim miejscowi – znajduje się na obrzeżach Zaporoża, przytulone do osiedla z wielkiej płyty. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zaplecze socjalne dla ekip budowlanych. Wrażenie jest tym bardziej zasadne, że kilkaset metrów dalej wciąż powstają kolejne bloki. Tymczasem poustawiane w kilka grup kontenery, to prowizoryczne domy dla niemal 450 uchodźców z Donbasu – głównie matek i babć z dziećmi. Miały być schronieniem „na chwilę” – taka idea przyświecała oenzetowskiej agencji UNHCR, ze środków której powstało „miasteczko”. Czas jednak płynie, a końca wojny – choć tak straciła na intensywności – nadal nie widać. W efekcie uliczki „miasteczka” właśnie pokrywane są solidną brukową kostką.

Wcześniej między blaszakami zbudowano plac zabaw, a tuż za siedliskiem niewielkie boisko ze sztuczną nawierzchnią. W zestawieniu z koszmarnymi obrazkami – jakie znamy z „dżungli” w Calais – „modułowe miasteczko” zdaje się być wzorcowym obozowiskiem.

Z dnia na dzień

Ale względny komfort tylko łagodzi traumę wygnania.

– Miałem mieszkanie, pracę, przyjaciół, a co mam i kim jestem dziś? – Andriej z trudem panuje nad głosem.

– Większość z 19 tysięcy uchodźców, którzy przebywają w Zaporożu, ma kłopoty ze znalezieniem pracy – mówi Anastazja Golikowa z ukraińskiej misji Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH). – Szczęściarze dostają zwykle posady, które nie wymagają specjalnych kwalifikacji. Rzecz jasna, są to zajęcia nisko płatne.

Andriej nie ma nawet takiej pracy – pieniądze na żywność i media (samo użytkowanie kontenera jest bezpłatne), otrzymuje od rozmaitych organizacji, w tym PAH-u. Żyje, jak sam mówi, z dnia na dzień, dla Eveliny.

Jest tak sobie

Podobna motywacja zdaje się przyświecać Aleksandrze, drobnej, 65-letniej kobiecie. Złamanej artretyzmem, poruszającej się przy pomocy kuli. W przydzielonym jej kontenerze cała jedna ściana zajęta jest rysunkami, wykonanymi przez 10-letnią wnuczkę, Nastię.

– Mądra dziewczynka, dobrze się uczy – babcia zachwala wnuczkę, gdy ta, z torbą na plecach, wraca ze szkoły.

– Nastia nie ma w klasie kłopotów z miejscowymi? – pytam.

Aleksandra zaprzecza ruchem głowy. I powtarza wcześniej wypowiedziane zdanie.

– Jest tak sobie… – Andriej okazuje się bardziej wylewny. – Miejscowi nie są do nas tak dobrze nastawieni, jak w Charkowie, gdzie spędziłem kilka miesięcy. Problemy zaczynają się już pośród trochę starszych dzieci.

005

Ludzie „stamtąd”

Mężczyzna ma na myśli wyzwiska i poszturchiwania. Te postawy nie biorą się znikąd. Część dorosłych mieszkańców blokowiska nazywa uchodźców pijakami, narkomanami, czy cwaniakami, naciągającymi rząd i organizacje pomocowe. I nie jest to tylko prostacka reakcja na niechciane sąsiedztwo – dla wielu zaporożan uciekinierzy z Donbasu to „oni”, ludzie „stamtąd”. „Od separatystów” czy wręcz „separy”. W bardziej prorosyjskim Charkowie takich postaw jest mniej, w Zaporożu – gdzie idea ukraińskiej niezależności od Rosji cieszy się większym poparciem – są popularniejsze. Zwłaszcza, że w blokach sąsiadujących z „miasteczkiem” mieszka sporo weteranów donbaskiej wojny oraz rodziny wojskowych, służących właśnie na froncie. Żyją tu też najbliżsi poległych żołnierzy i ochotników.

– Nie będę narzekać – zastrzega Aleksandra. – Mam co jeść, dach nad głową, ciepło. Nastia chodzi do szkoły, jeździ na ferie. Ale gdybym tylko mogła, wróciłabym do Charcyza, oj wróciła…

—–

„Modułowe miasteczko” i jego mieszkańcy. Nz. nr 4 Andriej z córką, nz. nr 5 – Aleksandra z wnuczką/fot. Marcin Ogdowski

Powrót

95-letnia Saada ma tylko jedno marzenie – chciałaby umrzeć u siebie. Ojczysta ziemia jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy wyjść na taras niewielkiego domu na wzgórzu, by dojrzeć malownicze pagórki i niewielkie osady. Lecz owa bliskość jest jedynie złudzeniem – i nie chodzi wcale o trudne do pokonania koryto granicznej rzeki czy wojskowe posterunki, rozdzielające Liban i Syrię. Dziś akurat jest spokojnie, ale zdarzały się noce, w trakcie których widać było rozbłyski wybuchów, a złowrogie pomruki godzinami niosły się w powietrzu…

Syryjska wojna domowa wypędziła z domów jedenaście milionów ludzi – blisko połowę populacji tego kraju z 2011 roku. Sześć milionów to uchodźcy wewnętrzni, cztery miliony siedemset tysięcy osób zdecydowało się uciec z kraju. Dwa miliony sześćset tysięcy trafiło do Turcji, milion dwieście tysięcy do Libanu, Jordania i Irak (ten ostatni sam ogarnięty krwawą wojną z Państwem Islamskim) przyjęły kolejno sześćset czterdzieści i dwieście pięćdziesiąt tysięcy Syryjczyków. W ubiegłym roku kilkaset tysięcy spośród wszystkich tych uchodźców postanowiło ruszyć dalej – do Europy. W 2016 roku ma być ich jeszcze więcej – niektóre szacunki mówią o milionie zdesperowanych syryjskich obywateli, którzy mają już dość czekania „w pobliżu” na koniec konfliktu.

Abdel z dziećmi/fot. Marcin Ogdowski
Abdel z dziećmi/fot. Marcin Ogdowski

Stracone pokolenie

Rodzina Saady wciąż planuje zostać na libańsko-syryjskim pograniczu, ale Abdel, uchodźca z Homsu, mówi wprost:

– Wiosną, jak tylko morze będzie spokojniejsze, ruszam do Turcji, a stamtąd do Europy.

Przeraża mnie ta deklaracja – na kanapie, obok czterdziestolatka, siedzi trójka jego dzieci. Najstarszy Mohammad ma zaledwie 9 lat, najmłodsza, Hanin, nieco ponad pięć. Druga z dziewczynek, Tasmin, jest lekko upośledzona i choć skończyła 7 lat, zachowuje się bardziej niedojrzale niż siostra.

– Chcesz ryzykować ich życie? – pytam, mając przed oczami zdjęcie martwego syryjskiego chłopca, którego latem zeszłego roku morze wyrzuciło na plaży w tureckim Bodrum.

– A co nam zostało? – mężczyzna wbija wzrok w podłogę. Widać, że po czterech latach przymusowej emigracji jest już psychicznie wyczerpany. Zasobny niegdyś sklepikarz dziś utrzymuje dzieci z dorywczych robót i dzięki wsparciu organizacji humanitarnych. Gdy idzie do pracy – zwykle jako tragarz, bo w Trypolisie nic lepszego nie jest w stanie znaleźć – obowiązki głowy rodziny przejmuje Muhammad. To dlatego chłopiec nie chodzi do szkoły, choć libańskie władze stwarzają Syryjczykom możliwość nauki na podstawowym poziomie.

– Takich dzieci wśród uchodźców, będących poza systemem edukacji, jest już dwieście dwadzieścia tysięcy – wyjaśni mi później Piotr Stopka, do niedawna szef misji humanitarnej Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) w Libanie. – Mówi się wręcz o całym „straconym pokoleniu”.

Przyglądam się Muhammadowi, który z pasją rozgryza kolejne funkcje mojego aparatu fotograficznego. Jestem pewien, że byłby z niego niezły uczeń.

– A gdzie jest matka dzieci? – dopytuję.

Abdel zasępia się jeszcze bardziej.

– Wróciła do Syrii – mówi. – Miała dość życia tutaj.

Mężczyzna nie ukrywa, że w jego związku zdarzył się kryzys, który spowodował odejście kobiety. „Wojna nas zmieniła…” – tłumaczy, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że winą obarcza przede wszystkim małżonkę. Nie zamierza pójść jej śladem – dla Abdela Syria jest stracona.

– Gdyby żona wróciła, moglibyśmy raz jeszcze spróbować ułożyć sobie życie tu, w Libanie – deklaruje. – Ale skoro to niemożliwe, muszę szukać dla siebie i dzieci lepszej przyszłości gdzie indziej.

Ta historia pokazuje, jak różne mogą być doświadczenia, które przesądzają o decyzji, by uciekać do Europy. Jednak bez względu na tę różnorodność, motyw pozostaje jeden – materialny. I dlatego wymarzonym celem wędrówki uciekinierów są najbogatsze na kontynencie Niemcy, kraje Skandynawii czy Wielka Brytania.

– Odpowiednie działania mogłyby tę ludzką falę ograniczyć – twierdzi tymczasem Wojciech Wilk, prezes PCPM. – Trzeba tylko przekierować strumienie pieniędzy – dodaje. – 330 euro zasiłku, jakie otrzymuje uchodźca w Niemczech, wystarczyłoby na zapewnienie kompleksowej pomocy humanitarnej ośmiu Syryjczykom w Libanie. Osiem osób nie musiałoby każdego dnia zmagać się z widmem głodu i bezdomności. Miałoby zatem minimalny komfort, który bez wątpienia zwiększałby determinację, by przeczekać wojnę w pobliżu Syrii.

O tym, że konieczności reorientacji polityki europejskich rządów wobec uchodźców jest palącym problemem, świadczą najświeższe statystyki. Tylko przez dwa pierwsze miesiące bieżącego roku na greckich plażach wylądowało już ponad sto czterdzieści tysięcy „boat people”. A „sezon” – z uwagi na sztormową pogodę w basenie Morza Śródziemnego – jeszcze się na dobre nie zaczął…

Namiastka

Duża część budynków mieszkalnych w Libanie ma na poziomie parteru garaże. Jednak w wielu z nich nie sposób dziś zaparkować samochodu. Tocząca się w sąsiedniej Syrii wojna sprawiła, że pomieszczenia te opanowali uchodźcy. Całymi, często wielopokoleniowymi rodzinami, które na kilkunastu metrach kwadratowych próbują zbudować sobie namiastkę utraconego domu.

W Deir Ammar na przedmieściach libańskiego Trypolisu spotykam się z Aymanem i jego żoną, Wisal. Stalowe drzwi zajętego przez nich garażu za dnia pozostają otwarte – Syryjczyków oddziela od ulicy jedynie zasłona. Za drugą kotarą, w głębi pomieszczenia, kryje się prowizoryczna łazienka i kuchnia. Przednia część lokum pełni funkcję sypialni i pokoju dziennego. Na podłodze leżą wytarte dywany i materace. Na jedynym z nich siedzą gospodarze, na drugim – ich trzy kilkuletnie córki. Dziewczynki wpatrują się w niewielki telewizor – wkrótce przekonam się, że to typowy widok w domostwach uchodźców. Odbiorniki – zwykle wysłużone niewielkie urządzenia – zobaczę nawet w najpodlejszym namiotowisku. Usłyszę, że pudełko z ruchomymi obrazkami pozwala zająć czymś dzieci, zaś dorosłym daje możliwość śledzenia serwisów informacyjnych. To, co dzieje się w Syrii, dla większości z nich ma bowiem nadal ogromne znaczenie.

Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski
Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski

Czterdzieści dni piekła

– W Homs mieszkaliśmy w dwustumetrowym domu z czterema pokojami – 30-letnia Wisal zdaje się być nieco zakłopotana warunkami, w jakich przyszło jej pełnić rolę gospodyni. Jeszcze trzy lata temu należała do syryjskiej klasy średniej. Ayman wraz z bratem mieli pod miastem sporo ziemi, na której uprawiali oliwki. Mężczyzna był też właścicielem kilku mieszkań pod wynajem oraz niewielkiej firmy transportowej. – Trudno nam było przywyknąć do nowego standardu życia. Zwłaszcza do świadomości, że nie możemy zapewnić dzieciom godnych warunków.

Ayman kiwa głową. Rzutki niegdyś biznesmen – choć ma zaledwie 33 lata – jest dziś wrakiem człowieka, wymagającym stałej opieki. Z trudem się porusza, miewa ataki epilepsji i omdlenia. Przez wiele miesięcy walczył z ciężką depresją. Mówi o tym w czasie przeszłym, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż jest pod jej wpływem.

– Torturowali mnie – wyjaśnia. – Podłączali prąd do stóp, do głowy, i razili nim aż do utraty przytomności.

– Byłeś w opozycji? Walczyłeś przeciwko armii? – pytam, wcześniej ustaliwszy, że „oni” to rządowa służba bezpieczeństwa.

Syryjczyk zaprzecza.

– Twierdzili, że gdy mnie pojmano, byłem uzbrojony i brałem udział w jakichś wystąpieniach. A ja siedziałem w domu, z rodziną…

– Wzięli tylko ciebie? – dopytuję.

– Mnie i brata – słyszę w odpowiedzi. – No i samochód – dodaje mój rozmówca. To charakterystyczny element, pojawiający się w wielu opowieściach uchodźców. Zatrzymaniom pod formalnie uzasadnionymi zarzutami często towarzyszą motywy rabunkowe. Z zapewnień Aymana wynika, że auta nie odzyskał.

– Na przesłuchaniach kazali mu się przyznać, że był w jakiejś bojówce. Miał podać nazwiska innych członków – relację kontynuuje Wisal. – Gdy milczał, poddawano go elektrowstrząsom.

– I tak przez czterdzieści dni – Syryjczyk ma nieobecne spojrzenie. – Czterdzieści dni tortur i leżenia nago na betonowej posadzce. Dobrze, że większość tego czasu byłem nieprzytomny.

Ayman i Wisal w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy rozmówców
Wisal i Ayman w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy moich rozmówców/fot. Marcin Ogdowski

Łapówka na wagę życia

Z ciemnej piwnicy gdzieś na obrzeżach Homs przeniesiono Aymana do tamtejszego aresztu. Przez prawie dwa lata czekał na rozprawę sądową. W tym czasie w mieście toczyły się intensywne walki.

– Na naszej ulicy coraz częściej zaczęły spadać bomby – wspomina Wisal. – Nie mogłam ryzykować życia dzieci, choć tak bardzo chciałam być blisko męża.

Kobieta wyniosła się za miasto. Wszystkie próby dotarcia do Aymana spełzły na niczym.

– Ludzie, którym udało się wyjść z więzienia, opowiadali, w jak fatalnym stanie jest mąż – drobna Syryjka głośno przełyka ślinę. – Mówili: „ratuj go, bo on lada moment umrze”. Nie mogłam, nie potrafiłam zrezygnować.

Po roku i dziewięciu miesiącach Wisal dopięła swego. Za łapówkę w wysokości półtora tysiąca dolarów wykupiła męża z aresztu. Z ponurej celi Ayman trafił do kliniki w Libanie. Trzy miesiące później dołączyła do niego żona z dziećmi. W międzyczasie rodzinie udało się również wydostać z więzienia brata mężczyzny. W tym przypadku okup był dwa razy wyższy.

W takich okolicznościach zasobni do niedawna Syryjczycy pozbyli się ostatnich większych oszczędności.

– Jak sobie radzicie w Libanie? – pytam.

– Ayman nie może pracować – Wisal uśmiecha się smutno. – Sprzątam u libańskich rodzin, z czego są niewielkie pieniądze. Czasem któryś z sąsiadów podrzuci nam coś do jedzenia.

– Czyli Libańczycy zachowują się wobec was przyzwoicie? – staram się, by nie zabrzmiało to jak stwierdzenie.

– Trudno narzekać, biorąc pod uwagę to, co przeżyliśmy – mówi moja rozmówczyni.

„Karbala”

Obawiałem się premiery „Karbali”, zwłaszcza po lekturze artykułów, w których twórcy opowiadali o kłopotach finansowych związanych z produkcją. „Zmarnują potencjał niczym ‘Misja Afganistan’” – myślałem o serialu, który okazał się tak durny w warstwie fabularnej, i tak kiepski w wymiarze scenograficznym, że zgrzytałem zębami oglądając każdy jego odcinek. „Karbalski City Hall na Żeraniu, zaledwie kilkanaście dni zdjęciowych na Bliskim Wschodzie!? – chyba szykuje się koszmarek” – przewidywałem. I na szczęście nie miałem racji.

W warstwie realizatorskiej otrzymujemy bowiem bardzo sprawnie nakręcony film. Nie ma w nim sztuczności i drętwoty, którą znamy z „Demonów wojny według Goi”. Jest dynamicznie, jest głośno, jest – co najważniejsze – realistycznie. Tak naprawdę, poza dwoma momentami, w których widać, że zabrakło pieniędzy na bardziej spektakularne ujęcia, w tym zakresie możemy porównywać „Karbalę” do „Helikoptera w ogniu”. Plan nie jest co prawda tak rozległy, nie ma efektownej katastrofy śmigłowca, ale w wąskich kadrach dzieje się naprawdę sporo. Śmigają kule, wybuchają granaty, słychać rozkazy i komunikaty wymieniane przez radio.

To nie jest (para)dokument

Ten realizm to duża zasługa aktorów – wyrazów ich twarzy, gestów, ruchów. Choć trzeba jasno powiedzieć – mimo znakomitej roli Bartłomieja Topy, w „Karbali” liczy się przede wszystkim bohater zbiorowy. Nieco łajzowaty wojskowy, wysłany w byle czym i z byle czym na misję stabilizacyjną, która okazała się prawdziwą wojną. Ten rozdźwięk między planami sztabowców, a realiami jest w filmie kilka razy świetnie rozgrywany. Na przykład doskonałą sekwencją, w której żołnierze na własną rękę dopancerzają samochody. I skoro o sprzęcie mowa – czapki z głów, panowie konsultanci. W „Karbali” naprawdę zadbano o detal. Nie tylko wozy, ale ekwipunek żołnierzy jest taki, jak przed 11 laty.

Dbałość tyczy się również scenografii – makieta City Hall’u rzeczywiście wygląda jak żywcem wyjęty fragment irackiego miasta. Twórcy „Karbali” uniknęli błędu swoich kolegów z „Misji Afganistan”, którzy korygując obraz filtrami, zafundowali widzom nienaturalną barwę otoczenia. Niektórych może drażnić powszechnie w filmie używany język angielski – w dodatku w nieco topornym wydaniu. Ale to język tej misji i tak właśnie posługiwali się nim (zresztą, wciąż się posługują), polscy żołnierze. Nieco więc paradoksalnie jest to element, który tylko urealnia fabułę.

Lecz warto mieć świadomość, że „Karbala” nie jest (para)dokumentem. Że nie ma w tym filmie relacji jeden do jednego. Historia sanitariusza oskarżonego o tchórzostwo owszem, miała miejsce, ale kiedy indziej. Z kolei porwanie polskich żołnierzy to wymysł scenarzystów. Ale trudno mieć im to za złe, gdyż te wątki nadają nerw akcji, malują też pełniejszy obraz tego, co działo się w Iraku. Reżyser i producenci wzięli na warsztat wydarzenie z początków misji – po bitwie o City Hall nasi żołnierze byli nad Eufratem i Tygrysem jeszcze ponad cztery lata.

Zło wykluło się już wtedy

Film, który właśnie dziś ma swoją premierę, ukazuje się w wyjątkowym okresie – gdy europejskie plaże szturmują setki tysięcy głównie arabskich uchodźców. „Karbala”, w której Polacy koncertowo rozprawiają się z islamskimi bojownikami, może zatem zostać wykorzystana w antymuzułmańskiej histerii, jaka ogarnęła część naszego społeczeństwa. W istocie będzie to jednak zabieg karkołomny. W filmie oglądamy scenę rozmowy dwóch oficerów – polskiego i bułgarskiego – którzy ze smutkiem przyznają, że ich oddziały są w Iraku na wezwanie Wielkiego Brata. Kolejnego Wielkiego Brata. I nie ma w tym innych powodów i większego sensu – może poza jednostkowymi motywacjami żołnierzy, dla których zagraniczna misja to sposób na nieco większe pieniądze.

Dziś wiemy już, że Amerykanie oszukali cały świat, wmawiając mu, jak wielkim zagrożeniem jest reżim Saddama Husajna. Mamy świadomość, że ta wojna nie była potrzeba. Warto być dumnym z naszych żołnierzy, ale to nie może przekreślić faktu, że polityczna decyzja o ich wysłaniu na Bliski Wschód była błędem. Błędem, który teraz mści się na całej Europie. Szyicka rewolta, której częścią były ataki na karbalski City Hall, została zdławiona. Lecz uruchomionych wówczas procesów nie dało się zatrzymać. Zachodni okupanci musieli zaakceptować dominację szyickiej większości nad sunnicką mniejszością. Aż w końcu ta druga stała się rozsadnikiem, w którym narodziło się Państwo Islamskie – zło, przed którym uciekają dziś mieszkańcy Iraku i Syrii.

—–

Polski patrol na ulicach Hamzy, Irak, jesień 2005/fot. Marcin Ogdowski