Archiwa tagu: uchodźcy

Masakra

Była godzina 16.15, kiedy doszło do pierwszego wybuchu. Chwilę wcześniej w grupkę osób, które właśnie wyszły z kościoła, wmieszał się młody mężczyzna. Szarpnął szelki plecaka, czym zdetonował niesioną w środku bombę. Tak zaczął się dramat, który potrwał kilka kolejnych godzin. Chrześcijańska Al-Qaa – niewielkie miasteczko na północy Libanu – stało się celem islamskich radykałów. 27 czerwca 2016 roku ośmiu Syryjczyków przeprowadziło serię samobójczych zamachów. Zabili pięć osób, a trzydzieści pięć ranili. Wszystkie ofiary oddały życie i zdrowie w sąsiedztwie katolickiej świątyni. Nie przypadkiem – tego właśnie chcieli zamachowcy-samobójcy.

Kilkanaście miesięcy później spotykam się z uczestnikami i świadkami tych wydarzeń. Jednym z nich jest ksiądz Elian Nasrallah, proboszcz parafii pod wezwaniem świętego Eliasza.

Ksiądz Elian Nasrallah/fot. Paweł Krawczyk
Ksiądz Elian Nasrallah/fot. Paweł Krawczyk

– Gdy doszło do pierwszego wybuchu, siedziałem na plebanii z Bulusem, kierowcą ambulansu – wspomina ksiądz, jednocześnie szef fundacji, która prowadzi przykościelną klinikę. – Myśleliśmy, że to pocisk rosyjskiej artylerii, który przyleciał zza pobliskiej granicy. To był czas tuż po tym, jak Rosjanie mocno uaktywnili się w Syrii. Całymi dniami słyszeliśmy ich działa, widzieliśmy samoloty. Takie wytłumaczenie wydawało się najbardziej prawdopodobne.

Budynek plebani zadrżał w posadach, lecz zaraz potem zrobiło się cicho. Na chwilę – wkrótce zza okien dało się słyszeć przeraźliwe ludzkie jęki.

Bulus zerwał się do karetki. Ledwie wyjechał z przykościelnego placu, gdy  nastąpił kolejny wybuch. Kolejny młody mężczyzna pociągnął za szelki plecaka. Wcześniej jednak odczekał, aż do ofiar dobiegną inni ludzie niosący pomoc. Bulus był emerytowanym żołnierzem, niejedno w życiu widział. Nie uciekł, gdy doszło do drugiej eksplozji. Podjechał ambulansem jak najbliżej rozrzuconych po ulicy ciał i zaczął szukać najciężej rannych. Gdy dwoje z nich na własnych rękach zaniósł do karetki, przy aucie pojawił się trzeci zamachowiec.

– Chłopak uaktywnił zapalnik – na twarzy księdza rysuje się wyraźny smutek. – Bulus zginął na miejscu, ambulans poszatkowały odłamki.

Przechodnie, którzy ocaleli, zaczęli biec w stronę kościoła. Wtedy wysadził się czwarty samobójca. Łącznie do tego czasu zginęło pięciu mieszkańców Al-Qaa, a trzy razy tyle zostało rannych.

*          *          *

Wieść o kombinowanej zasadzce dotarła do Bejrutu. Szybko podjęto decyzję o wysłaniu do Al-Qaa wojska i policji. Do helikopterów zapakowali się również ministrowie obrony i spraw wewnętrznych oraz dowódca libańskiej armii. Wojsko otoczyło centrum miasta, a mieszkańcom zakazano wychodzić z domów. Mimo to wielu Alkarczyków, uzbrojonych we własne karabiny, przyłączyło się do mundurowych.

– Nie wiedzieliśmy, co się dzieje – wspomina Nikola, emerytowany policjant. – Miasto pełne było plotek, najpopularniejsza głosiła, że z gór zeszła duża grupa bojowników ISIS, która planuje przejąć Al-Qaa. Przerażeni ludzie opowiadali, że jacyś mężczyźni kręcą się po mieście i podkładają pod domy ładunki wybuchowe. Ktoś widział nawet samochód z uzbrojonymi terrorystami. Rozumiesz? – mężczyzna patrzy mi w oczy. – Ludziom udzielił się nastrój zagrożenia.

*          *          *

Ten sam nastrój, który tuż po serii wybuchów sparaliżował ekipę karetki pogotowia Czerwonego Półksiężyca.

– Bali się podjechać pod kościół – opowiada ksiądz Elian.

– Każdy mógł być zamachowcem – staję w obronie zespołu ratowników. – Jak mogliby ich odróżnić?

Ksiądz kiwa głową. Wcześniej mówił mi o tym, że w pięciotysięcznym mieście schronienie znalazło 25 tysięcy uchodźców z Syrii. To pośród nich ukryli się zamachowcy.

– Ale nie wyglądali na typowych uchodźców – słyszę z ust Nikoli. – Modne fryzury, gładkie policzki, markowe ciuchy. Wziąłbym ich raczej za studentów z Bejrutu – były policjant uśmiecha się lekko. Wie, co mówi – jednego z samobójców widział na własne oczy. Innego na filmie, który nagrała zamontowana w centrum miasta kamera.

*          *          *

Przed wejściem do domu Amali jeden z jej synów zawiesił skrzyneczkę, w której postawił zdjęcie ojca oraz należący do niego portfel i telefon ze stłuczoną szybką. Obie te rzeczy Jouzef trzymał w kieszeniach, gdy drugi z zamachowców odpalił swój ładunek. Wystawka przywodzi na myśl relikwiarz – i tak jest traktowana przez członków rodziny. Gdy Amalia wyciąga portfel, w jej ruchach widać i tkliwość, i nabożność.

– Tyle zostało mi z męża – mówi i zaczyna płakać.

Amalia przed własnym domem. W tle wizerunek przedstawiający zmarłego tragicznie męża/fot. Paweł Krawczyk
Amalia przed własnym domem. W tle wizerunek przedstawiający zmarłego tragicznie męża/fot. Paweł Krawczyk

– Jak dowiedziałaś się o śmierci Jouzefa? – pytam, gdy kobieta jest już spokojniejsza.

– Byłam wtedy w domu – opowiada Amalia. – Nagle usłyszałam jakiś ruch przed wejściem, głosy wielu ludzi. Wyszłam, zobaczyłam sąsiadów, znajomych, ludzi z miasta. „W centrum stało się coś złego” – mówili. „Ale nie możesz tam iść, bo zaminowano drogę” – skłamali. Stało przede mną wielu mężczyzn, lecz żaden nie miał odwagi powiedzieć mi prawdy. Dopiero, gdy zobaczyłam kilka kobiet idących w moją stronę, zrozumiałam, że chodzi o męża. Że stała mu się krzywda…

*          *          *

Rannych zawieziono do lecznic w okolicznych miejscowościach, najciężej poszkodowani trafili do szpitali w Bejrucie. Przeszukiwanie miasteczka nie przyniosło żadnych efektów, nie nastąpił żaden atak z zewnątrz, na posterunki wojska czy policji. Sytuacja zdawała się normalizować.

Jeszcze przed 21.00 z Al-Qaa wylecieli wszyscy notable, mieszkańcy zaczęli opuszczać domy. Duża grupa udała się pod kościół – jedni zaczęli porządkować teren, inni przygotowywać świątynię do pogrzebów ofiar zamachów.

– Byłem pod kościołem – wspomina Nikola. – Stałem tyłem do ulicy. Już nie pamiętam, dlaczego się obróciłem – mężczyzna milknie na chwilę. Wzdycha. – Opowiadam to pierwszy raz od tamtego czasu – przyznaje. Znów nie odzywa się przez kilka sekund, po czym wraca do opowieści. – Zobaczyłem młodego chłopaka, który rzuca w moją stronę granat. Przez głowę przeleciała mi myśl: „nie zginę, jeśli pobiegnę do przodu!”. Skoczyłem, za moment byłem twarzą w twarz z zamachowcem. Chciałem go chwycić, ale ten obrócił się i zaczął uciekać. Jego plecak ruszał się w górę i w dół, wiedziałem, że szarpie szelki. Wybuchł granat, odłamki trafiły mnie w plecy i rękę, upadłem. Wtedy ktoś zaczął strzelać. Zabójca oberwał, ale biegł dalej. W końcu się wysadził. Jego głowa potoczyła się pod pomnik świętego Eliasza…

Była godzina 22.00.

*          *          *

– Nastąpiła seria wybuchów – relacjonuje ksiądz Elian, który w tym czasie pomagał przystrajać kościół. – Byliśmy pewni, że wojsko znalazło terrorystów i właśnie z nimi walczy.

*          *          *

Tymczasem w centrum Al-Qaa trwało polowanie na ludzi. Tuż po tym, jak wysadził się pierwszy z napastników, kolejny cisnął dwoma granatami w spanikowany tłum. Jeden z odłamków ranił przebywającego na urlopie żołnierza armii libańskiej. Trafiony w bok wojskowy rzucił się na zamachowca, obydwaj upadli. Młodszy, silniejszy Syryjczyk wyrwał się jednak z uścisku. Przestraszony, zaczął biec w stronę, gdzie nikogo już nie było. Gdy wreszcie skutecznie szarpnął szelki, zabił tylko siebie.

– Święty Eliasz nad nami czuwał – kwituje Nikola, nazywając taki obrót sprawy cudem.

Figura świętego Eliasza i kościół pod jego wezwaniem. To tu rozegrał się dramat/fot. Paweł Krawczyk
Figura świętego Eliasza i kościół pod jego wezwaniem. To tu rozegrał się dramat/fot. Paweł Krawczyk

Trzeci z zamachowców wysadził się przy generatorze, który zasilał okoliczne latarnie. Światła zgasły, w centrum miasteczka zrobiło się ciemno. Czy taki był cel terrorystów? Tego nie udało się ustalić. Faktem jest, że czwarty napastnik – ósmy, licząc od początku serii zamachów – stanął nieco zdezorientowany. Ulica pełna była leżących rannych, oni jednak już nie byli wartym poświęcenia celem. Zdaniem Nikoli, młody mężczyzna zamierzał wbiec do kościoła, dostrzegł jednak nadjeżdżający wojskowy transporter. Ruszył w stronę świateł maszyny, z zamiarem wysadzenia się przy wozie. Padł, nim zdołał odbezpieczyć ładunek – dwa metry przed potężnym M-113. Był jedynym spośród sprawców zamachów, którego zabiła karabinowa kula.

Jeszcze tego samego wieczoru do szpitali trafiło kolejnych 20 rannych Alkarczyków.

*          *          *

Z Nikolą spotykam się w biurze wójta Al-Qaa. Na jednej ze ścian sali konferencyjnej wisi plakat z wizerunkami pięciu zabitych przez terrorystów mieszkańców miasta. Towarzysząca Nikoli kobieta mówi o nich per szahidzi, męczennicy. Zapewne w ten sam sposób wyrażali się o swoich towarzyszach bojownicy z Państwa Islamskiego, które przyznało się do ataków.

Plakat ze zdjęciem wszystkich śmiertelnych ofiar zamachów z Al-Qaa/fot. Paweł Krawczyk
Plakat ze zdjęciem wszystkich śmiertelnych ofiar zamachów z Al-Qaa/fot. Paweł Krawczyk

W Al-Qaa nie doszło do wymierzania kar zgodnie z zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Dla lokalnej społeczności jest jasne, że syryjscy uchodźcy to nie współpracownicy, a ofiary ISIS.

Kilka miesięcy po serii zamachów armia libańska wkroczyła na przygraniczne tereny w pobliskim rejonie Arsal. Był to jedyny fragment granicy, który znajdował się poza kontrolą Bejrutu, za to we władaniu Państwa Islamskiego. Po wielodniowych, ciężkich walkach niebezpieczna luka została zamknięta.

*          *          *

W pobliżu kościoła – zaraz obok figury świętego Eliasza – stoi dziś pomnik upamiętniający wydarzenia z 27 czerwca 2016 roku. Na parkingu przed kliniką prowadzoną przez księdza Eliana – nowy ambulans. Karetkę ufundowało Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, ze środków przekazanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP. Poza tym nie sposób znaleźć fizycznych śladów po dramacie sprzed kilkunastu miesięcy.

Pomnik upamiętniający tragedię w Al-Qaa, stojący nieopodal kościoła pod wezwaniem świętego Eliasza/fot. Paweł Krawczyk
Pomnik upamiętniający tragedię w Al-Qaa, stojący nieopodal kościoła pod wezwaniem świętego Eliasza/fot. Paweł Krawczyk

Psychiczne rany wciąż leczy Amalia.

– Brakuje mi Jouzefa – przyznaje. – Ale nie tylko mnie – dodaje i prowadzi do pokoju szesnastoletniej córki. Sięga pod łóżko i wyciąga ozdobne pudełeczko. – Proszę – mówi, otwierając pojemnik. Moim oczom ukazują się męskie kosmetyki, jakieś leki, niewielki notes. – To rzeczy po mężu – wyjaśnia Libanka. – Córka trzyma je w tym miejscu, bo jak mówi, dzięki temu wciąż ma wrażenie, że ojciec jest gdzieś blisko.

*          *          *

Czterech z pięciu zabitych w zamachach Libańczyków służyło niegdyś w armii i policji. Ich rodziny otrzymały od państwa emerytury. Rodzina Jouzefa nie dostaje żadnych świadczeń. W tym roku PCPM wypłaciło wdowie 200 dolarów na zakup opału na zimę.

– Jak poradzicie sobie dalej? – pytam.

Amalia wzrusza ramionami. A gdy wychodzę, pokazuje mi zdjęcie męża w ozdobnej ramce. Obok wizerunku mężczyzny znajduje się krótka sentencja po arabsku – w typowej dla tego języka, poetyckiej stylistyce. „Wcześnie zgasła świeczka tego pięknego uśmiechu” – głosi ów napis.

—–

Nz. Nicola, emerytowany policjant, ranny podczas wydarzeń z 27 czerwca 2016 roku/fot. Paweł Krawczyk

Strach

„Za jej życie, jego dożywocie” – tak można przetłumaczyć jedno z głównych haseł kampanii społecznej, która odbywa się właśnie w Libanie. Dotyczy ona przemilczanego w lokalnej kulturze problemu przemocy wobec kobiet. W krótkim klipie, który jest częścią akcji, młoda kobieta przeżywa atak paniki, świadoma, że mąż-gwałciciel lada chwila opuści mury więzienia.

Najmłodsze dziecko Miriam w chrześcijańskie święta bożego narodzenia skończy dwa lata/fot. Paweł Krawczyk
Najmłodsze dziecko Miriam w chrześcijańskie święta bożego narodzenia skończy dwa lata/fot. Paweł Krawczyk

Miriam nie ogląda billboardów poświęconych kampanii „Za jej życie…” – z rzadka opuszcza maleńki pokoik, w którym mieszka wraz z czterema córkami. Internet dla niej nie istnieje, z libańskiej telewizji właściwie nie korzysta. I choć jest Syryjką, dobrze zna strach przed bezwzględnymi mężczyznami. Jej oprawcy nie byli członkami rodziny, było ich wielu. Oni w więzieniu pracowali, ona trafiła tam za karę. Tylko dlatego, że dwóch braci Miriam przyłączyło się do protestów opozycji.

– Spędziłam za kratami dwa miesiące, głodna, bita, poniżana – wspomina. – Któregoś razu związali mi ręce za plecami i powiesili na sznurze. Trzymali tak dwa dni, nie zważając, że na przemian wyłam i mdlałam z bólu. Miażdżyli mi dłonie, łamali paznokcie. Do głowy przykładali jakieś druty podpięte do prądu. Przed wojną miałam bujne włosy, a teraz… – Miriam uśmiecha się smutno. Jest muzułmanką, na głowie nosi chustę, ale tuż nad czołem widać kępkę mocno przerzedzonych włosów. Skojarzenie z pacjentką po chemioterapii samo przychodzi na myśl.

To już historia, zła…

Gdy Miriam siedziała w więzieniu, wojenna zawierucha dopadła jej męża.

– Zabity, jak wielu, przez reżim – kwituje kobieta. – Wracał z pracy, policja sprawdzała dokumenty. Coś im się nie spodobało, zabrali go do aresztu. Tam po prostu zabili, a ciało spalili.

– Miał jakieś związki ze zbrojną opozycją? – dopytuję.

– A skąd – słyszę w odpowiedzi. – Był zwykłym cywilem.

Dwie córki, które wówczas miała, trafiły pod opiekę siostry Miriam.

– Wzięłam je stamtąd zaraz po wyjściu na wolność. Homs przestało być moim miastem, postanowiłam uciekać. Tak znalazłam się w Libanie.

Niewielki pokoik zajmowany przez Miriam i jej córki/fot. Paweł Krawczyk
Niewielki pokoik zajmowany przez Miriam i jej córki/fot. Paweł Krawczyk

Od tamtego czasu minęły cztery lata. Pozbawiona wszystkiego, samotna matka – w dodatku niezdolna do pracy z powodu uszkodzonych nerwów obu rąk – nie uniknęła kolejnych kłopotów.

– Widziałam rzeczy, które wciąż napawają mnie lękiem – mówi wymijająco, gdy pytam ją o szczegóły. Chodzi o związek z Libańczykiem, którego owocem stały się dwie kolejne córki – dziś trzy i dwuletnia. – To już historia, zła, nie chcę o tym opowiadać – kobieta spuszcza głowę. – Był czas, że mieszkałyśmy na ulicy – dodaje po chwili i zaczyna płakać.

Hulud musi odpocząć

– Kto wam teraz pomaga? – pytam, gdy Miriam jest już spokojniejsza.

Na twarzy mojej rozmówczyni znów pojawia się ów smutny uśmiech.

– Hulud – mówi i kładzie rękę na ramieniu najstarszej, trzynastoletniej córki. – To ona jest dziś głową naszej rodziny.

– Co robisz? – zwracam się do dziewczynki.

– Pracuję w fabryce słodyczy – odpowiada młoda Syryjka. – Sprzątam, przenoszę pakunki z towarem. To takie pięcio, dziesięcio i piętnastokilogramowe pudła.

– Ciężka praca – stwierdzam.

Dziewczyna kiwa głową.

– Wciąż bolą mnie ręce i plecy, często tak mocno, że nie mogę spać – przyznaje trzynastolatka.

– Hulud od trzech dni nie pracuje – do rozmowy wraca Miriam. – Musi odpocząć.

Hulud – trzynastoletnia głowa rodziny/fot. Paweł Krawczyk
Hulud – trzynastoletnia głowa rodziny/fot. Paweł Krawczyk

Kilka tygodni temu rodziną zainteresowało się Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Miriam i jej córki przez trzy miesiące otrzymają po 147 dolarów, przez dwa kolejne po sto. To pieniądze przekazane organizacji przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz pochodzące z prywatnych wpłat na rzecz PCPM. I choć trudno taką pomoc przecenić, stanowi jedynie kroplę w morzu potrzeb.

Jedni grożą, drudzy ostrzegają

– Macie długi – raczej stwierdzam niż pytam.

Miriam przytakuje.

– 500 dolarów u sąsiadki, 150 w sklepie, w którym kupuję przede wszystkim pieluchy i jedzenie – wylicza. Dwuletnia dziewczynka, którą trzyma na rękach, na chwilę otwiera oczy. Spojrzenie ma skupione, lecz za moment jej wzrok mętnieje, staje się nieobecny. Gdy zsuwa się kocyk przykrywający dziecko, dostrzegam niezdrowy kolor skóry dziewczynki. Jej o rok starsza siostra nie wygląda lepiej. Staje się dla mnie jasne, że obie są niedożywione.

„Spojrzenie ma skupione, lecz za moment jej wzrok mętnieje”/fot. Paweł Krawczyk
„Spojrzenie ma skupione, lecz za moment jej wzrok mętnieje”/fot. Paweł Krawczyk

– Może czas wracać do Syrii? – pytam nieśmiało. Prezydent Assad od jakiegoś czasu deklaruje odbudowę państwa i społeczeństwa. Chciałbym wierzyć, że to nie są puste hasła.

Miriam gwałtownie kręci głową. W jej oczach widzę strach podobny do tego, który można dostrzec u bohaterki spotu „Za jej życie…”.

– Ludzie z Homs, z którymi mamy kontakt, mówią, że matka nie ma tam po co wracać – głos Hulud brzmi nad wyraz rzeczowo. – Jedni grożą, drudzy ostrzegają, że nas tam zarżną…

PS. Obaj bracia Miriam już nie żyją. Jednego zabił Daesz, drugiego syryjskie wojsko.

—–

Zimą, w nocy, temperatury w Bejrucie spadają w okolice zera. Miriam i jej córki potrzebują pieniędzy na zakup opału i jedzenia. Wystarczy drobna wpłata na konto PCPM:

61 1140 1010 0000 5228 6800 1003

Tytuł wpłaty: Wsparcie dla uchodźców syryjskich (Miriam i Hulub)

Młot

Gdy latem 1935 roku w Niemczech uchwalano rasistowskie ustawy norymberskie, nie spotkało się to ze znaczącym społecznym oporem. Niemcy szybko zaakceptowali nowe prawo („twarde, ale jednak prawo”). Rozpętana kilka lat wcześniej na niespotykaną skalę antysemicka kampania przyniosła odpowiedni skutek – NSDAP jawiła się jako partia, która ochroni kraj przed „szkodliwym żydostwem”. A że z jej rządami wiązano również fakt polepszenia bytu socjalnego biedniejszej części społeczeństwa (program zbrojeniowy i inwestycje w infrastrukturę pozwoliły wyjść z dołka Wielkiego Kryzysu), tym więcej było powodów do legitymizacji.

Gdzie to Niemcy zaprowadziło, wszyscy dobrze wiemy.

Latem 2017 roku PiS funduje polskiemu ustrojowi rewolucyjną zmianę. Usuwa istotne gwarancje prawne, zawarte w niezależności władzy sądowniczej. Polacy tymczasem wybierają wakacje, sondaże zaś wskazują absolutną dominację partii Jarosława Kaczyńskiego. Nie bez znaczenia jest fakt, że część rodaków po raz pierwszy od dawna na te wakacje stać – transfer środków socjalnych, za którym stoi polityczna wola PiS, zmienił sytuację bytową wielu rodzin. Ale nie to ma kluczowe znaczenia dla zrozumienia fenomenu legitymizacji obecnej władzy. Ten zawiera się w kwestii podejścia do uchodźców. Niemal 2-letnia kampania, w której PiS wykorzystuje wszystkie narzędzia, jakie daje państwo, przyniosła odpowiedni skutek. Oto partia Kaczyńskiego uchodzi za jedyną siłę, która jest w stanie uchronić Polskę przed napływem „zdziczałej hordy ciapatych”. Ci bowiem, jak wynika z badań, zostali w między czasie całkowicie zdehumanizowani.

Analogia do sytuacji w Niemczech lat 30. jest zatem wyraźna. Emocje Polaków, jak niegdyś emocje Niemców, wykluczają otwarcie na racjonalne argumenty (jak choćby brak zależności między napływem uchodźców a zamachami). Tak jak niegdyś Niemcy – w obawie przed złym obcym – godzimy się na ustępstwa wobec „silnych ludzi”. Niech rządzą jak chcą – mówimy.

Dokąd nas to zaprowadzi? Daleki jestem od szukania dalszych analogii do sytuacji z lat 30. i 40. XX wieku – ani Europa, ani my sami nie pozwolimy sobie na zainstalowanie totalitarnej utopii nad Wisłą. Ba, mam niemal pewność, że nie taki cel przyświeca Kaczyńskiemu i jego najbliższemu otoczeniu. Boję się wszak, że ci ludzie żyją w jakimś zamkniętym kręgu anachronicznych wyobrażeń na temat polityki, wspartym o całą serię pobożnych życzeń. Pragnąc w Polsce silnego, autorytarnego państwa, pełniącego rolę regionalnego lidera, de facto oderwą nas od Europy. Wówczas jedyną kotwicą, trzymającą nas na Zachodzie, pozostaną Stany Zjednoczone – poprzez NATO. Tyle że od kilku miesięcy wola Waszyngtonu zależna jest od humorów Donalda Trumpa. To dramatycznie za mało, by w oparciu o takiego gwaranta budować przyszłość 38-milionowego narodu.

Co nam zostanie, gdy wyrzucimy się na margines Europy, a USA stwierdzą, że nie mają interesu angażować się w Polskę? Trójmorze, z wiodącą pozycją Warszawy, to mrzonka, niechybnie więc znów wpadniemy w sidła Rosji. Taki będzie efekt rządów „silnych ludzi z PiS”.

Czy jest szansa, by z tej patowej sytuacji wyjść? Ten cel da się osiągnąć tylko poprzez złamanie monopolu PiS. Jak to zrobić?

Kontenery

– Po siódmym czy ósmym ostrzale naszej okolicy, kiedy rakiety zaczęły spadać mniej niż sto metrów od okien, postanowiłem uciekać z miasta – mówi Andriej, 40-latek z Doniecka. – Nie dla siebie, ale dla Eveliny – mężczyzna kładzie dłoń na ramieniu ośmioletniej dziewczynki. – Wyjechaliśmy na kilka tygodni, a minęły już dwa lata, odkąd nie było nas w domu. I nie wrócimy tam tak długo, jak długo będą strzelać. Nie zamierzam narażać życia córki – deklaruje mój rozmówca.

„Modułowe miasteczko” – jak mówią o nim miejscowi – znajduje się na obrzeżach Zaporoża, przytulone do osiedla z wielkiej płyty. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zaplecze socjalne dla ekip budowlanych. Wrażenie jest tym bardziej zasadne, że kilkaset metrów dalej wciąż powstają kolejne bloki. Tymczasem poustawiane w kilka grup kontenery, to prowizoryczne domy dla niemal 450 uchodźców z Donbasu – głównie matek i babć z dziećmi. Miały być schronieniem „na chwilę” – taka idea przyświecała oenzetowskiej agencji UNHCR, ze środków której powstało „miasteczko”. Czas jednak płynie, a końca wojny – choć tak straciła na intensywności – nadal nie widać. W efekcie uliczki „miasteczka” właśnie pokrywane są solidną brukową kostką.

Wcześniej między blaszakami zbudowano plac zabaw, a tuż za siedliskiem niewielkie boisko ze sztuczną nawierzchnią. W zestawieniu z koszmarnymi obrazkami – jakie znamy z „dżungli” w Calais – „modułowe miasteczko” zdaje się być wzorcowym obozowiskiem.

Z dnia na dzień

Ale względny komfort tylko łagodzi traumę wygnania.

– Miałem mieszkanie, pracę, przyjaciół, a co mam i kim jestem dziś? – Andriej z trudem panuje nad głosem.

– Większość z 19 tysięcy uchodźców, którzy przebywają w Zaporożu, ma kłopoty ze znalezieniem pracy – mówi Anastazja Golikowa z ukraińskiej misji Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH). – Szczęściarze dostają zwykle posady, które nie wymagają specjalnych kwalifikacji. Rzecz jasna, są to zajęcia nisko płatne.

Andriej nie ma nawet takiej pracy – pieniądze na żywność i media (samo użytkowanie kontenera jest bezpłatne), otrzymuje od rozmaitych organizacji, w tym PAH-u. Żyje, jak sam mówi, z dnia na dzień, dla Eveliny.

Jest tak sobie

Podobna motywacja zdaje się przyświecać Aleksandrze, drobnej, 65-letniej kobiecie. Złamanej artretyzmem, poruszającej się przy pomocy kuli. W przydzielonym jej kontenerze cała jedna ściana zajęta jest rysunkami, wykonanymi przez 10-letnią wnuczkę, Nastię.

– Mądra dziewczynka, dobrze się uczy – babcia zachwala wnuczkę, gdy ta, z torbą na plecach, wraca ze szkoły.

– Nastia nie ma w klasie kłopotów z miejscowymi? – pytam.

Aleksandra zaprzecza ruchem głowy. I powtarza wcześniej wypowiedziane zdanie.

– Jest tak sobie… – Andriej okazuje się bardziej wylewny. – Miejscowi nie są do nas tak dobrze nastawieni, jak w Charkowie, gdzie spędziłem kilka miesięcy. Problemy zaczynają się już pośród trochę starszych dzieci.

005

Ludzie „stamtąd”

Mężczyzna ma na myśli wyzwiska i poszturchiwania. Te postawy nie biorą się znikąd. Część dorosłych mieszkańców blokowiska nazywa uchodźców pijakami, narkomanami, czy cwaniakami, naciągającymi rząd i organizacje pomocowe. I nie jest to tylko prostacka reakcja na niechciane sąsiedztwo – dla wielu zaporożan uciekinierzy z Donbasu to „oni”, ludzie „stamtąd”. „Od separatystów” czy wręcz „separy”. W bardziej prorosyjskim Charkowie takich postaw jest mniej, w Zaporożu – gdzie idea ukraińskiej niezależności od Rosji cieszy się większym poparciem – są popularniejsze. Zwłaszcza, że w blokach sąsiadujących z „miasteczkiem” mieszka sporo weteranów donbaskiej wojny oraz rodziny wojskowych, służących właśnie na froncie. Żyją tu też najbliżsi poległych żołnierzy i ochotników.

– Nie będę narzekać – zastrzega Aleksandra. – Mam co jeść, dach nad głową, ciepło. Nastia chodzi do szkoły, jeździ na ferie. Ale gdybym tylko mogła, wróciłabym do Charcyza, oj wróciła…

—–

„Modułowe miasteczko” i jego mieszkańcy. Nz. nr 4 Andriej z córką, nz. nr 5 – Aleksandra z wnuczką/fot. Marcin Ogdowski

Powrót

95-letnia Saada ma tylko jedno marzenie – chciałaby umrzeć u siebie. Ojczysta ziemia jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy wyjść na taras niewielkiego domu na wzgórzu, by dojrzeć malownicze pagórki i niewielkie osady. Lecz owa bliskość jest jedynie złudzeniem – i nie chodzi wcale o trudne do pokonania koryto granicznej rzeki czy wojskowe posterunki, rozdzielające Liban i Syrię. Dziś akurat jest spokojnie, ale zdarzały się noce, w trakcie których widać było rozbłyski wybuchów, a złowrogie pomruki godzinami niosły się w powietrzu…

Syryjska wojna domowa wypędziła z domów jedenaście milionów ludzi – blisko połowę populacji tego kraju z 2011 roku. Sześć milionów to uchodźcy wewnętrzni, cztery miliony siedemset tysięcy osób zdecydowało się uciec z kraju. Dwa miliony sześćset tysięcy trafiło do Turcji, milion dwieście tysięcy do Libanu, Jordania i Irak (ten ostatni sam ogarnięty krwawą wojną z Państwem Islamskim) przyjęły kolejno sześćset czterdzieści i dwieście pięćdziesiąt tysięcy Syryjczyków. W ubiegłym roku kilkaset tysięcy spośród wszystkich tych uchodźców postanowiło ruszyć dalej – do Europy. W 2016 roku ma być ich jeszcze więcej – niektóre szacunki mówią o milionie zdesperowanych syryjskich obywateli, którzy mają już dość czekania „w pobliżu” na koniec konfliktu.

Abdel z dziećmi/fot. Marcin Ogdowski
Abdel z dziećmi/fot. Marcin Ogdowski

Stracone pokolenie

Rodzina Saady wciąż planuje zostać na libańsko-syryjskim pograniczu, ale Abdel, uchodźca z Homsu, mówi wprost:

– Wiosną, jak tylko morze będzie spokojniejsze, ruszam do Turcji, a stamtąd do Europy.

Przeraża mnie ta deklaracja – na kanapie, obok czterdziestolatka, siedzi trójka jego dzieci. Najstarszy Mohammad ma zaledwie 9 lat, najmłodsza, Hanin, nieco ponad pięć. Druga z dziewczynek, Tasmin, jest lekko upośledzona i choć skończyła 7 lat, zachowuje się bardziej niedojrzale niż siostra.

– Chcesz ryzykować ich życie? – pytam, mając przed oczami zdjęcie martwego syryjskiego chłopca, którego latem zeszłego roku morze wyrzuciło na plaży w tureckim Bodrum.

– A co nam zostało? – mężczyzna wbija wzrok w podłogę. Widać, że po czterech latach przymusowej emigracji jest już psychicznie wyczerpany. Zasobny niegdyś sklepikarz dziś utrzymuje dzieci z dorywczych robót i dzięki wsparciu organizacji humanitarnych. Gdy idzie do pracy – zwykle jako tragarz, bo w Trypolisie nic lepszego nie jest w stanie znaleźć – obowiązki głowy rodziny przejmuje Muhammad. To dlatego chłopiec nie chodzi do szkoły, choć libańskie władze stwarzają Syryjczykom możliwość nauki na podstawowym poziomie.

– Takich dzieci wśród uchodźców, będących poza systemem edukacji, jest już dwieście dwadzieścia tysięcy – wyjaśni mi później Piotr Stopka, do niedawna szef misji humanitarnej Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) w Libanie. – Mówi się wręcz o całym „straconym pokoleniu”.

Przyglądam się Muhammadowi, który z pasją rozgryza kolejne funkcje mojego aparatu fotograficznego. Jestem pewien, że byłby z niego niezły uczeń.

– A gdzie jest matka dzieci? – dopytuję.

Abdel zasępia się jeszcze bardziej.

– Wróciła do Syrii – mówi. – Miała dość życia tutaj.

Mężczyzna nie ukrywa, że w jego związku zdarzył się kryzys, który spowodował odejście kobiety. „Wojna nas zmieniła…” – tłumaczy, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że winą obarcza przede wszystkim małżonkę. Nie zamierza pójść jej śladem – dla Abdela Syria jest stracona.

– Gdyby żona wróciła, moglibyśmy raz jeszcze spróbować ułożyć sobie życie tu, w Libanie – deklaruje. – Ale skoro to niemożliwe, muszę szukać dla siebie i dzieci lepszej przyszłości gdzie indziej.

Ta historia pokazuje, jak różne mogą być doświadczenia, które przesądzają o decyzji, by uciekać do Europy. Jednak bez względu na tę różnorodność, motyw pozostaje jeden – materialny. I dlatego wymarzonym celem wędrówki uciekinierów są najbogatsze na kontynencie Niemcy, kraje Skandynawii czy Wielka Brytania.

– Odpowiednie działania mogłyby tę ludzką falę ograniczyć – twierdzi tymczasem Wojciech Wilk, prezes PCPM. – Trzeba tylko przekierować strumienie pieniędzy – dodaje. – 330 euro zasiłku, jakie otrzymuje uchodźca w Niemczech, wystarczyłoby na zapewnienie kompleksowej pomocy humanitarnej ośmiu Syryjczykom w Libanie. Osiem osób nie musiałoby każdego dnia zmagać się z widmem głodu i bezdomności. Miałoby zatem minimalny komfort, który bez wątpienia zwiększałby determinację, by przeczekać wojnę w pobliżu Syrii.

O tym, że konieczności reorientacji polityki europejskich rządów wobec uchodźców jest palącym problemem, świadczą najświeższe statystyki. Tylko przez dwa pierwsze miesiące bieżącego roku na greckich plażach wylądowało już ponad sto czterdzieści tysięcy „boat people”. A „sezon” – z uwagi na sztormową pogodę w basenie Morza Śródziemnego – jeszcze się na dobre nie zaczął…