Archiwa tagu: Ukraina

Młot

Gdy latem 1935 roku w Niemczech uchwalano rasistowskie ustawy norymberskie, nie spotkało się to ze znaczącym społecznym oporem. Niemcy szybko zaakceptowali nowe prawo („twarde, ale jednak prawo”). Rozpętana kilka lat wcześniej na niespotykaną skalę antysemicka kampania przyniosła odpowiedni skutek – NSDAP jawiła się jako partia, która ochroni kraj przed „szkodliwym żydostwem”. A że z jej rządami wiązano również fakt polepszenia bytu socjalnego biedniejszej części społeczeństwa (program zbrojeniowy i inwestycje w infrastrukturę pozwoliły wyjść z dołka Wielkiego Kryzysu), tym więcej było powodów do legitymizacji.

Gdzie to Niemcy zaprowadziło, wszyscy dobrze wiemy.

Latem 2017 roku PiS funduje polskiemu ustrojowi rewolucyjną zmianę. Usuwa istotne gwarancje prawne, zawarte w niezależności władzy sądowniczej. Polacy tymczasem wybierają wakacje, sondaże zaś wskazują absolutną dominację partii Jarosława Kaczyńskiego. Nie bez znaczenia jest fakt, że część rodaków po raz pierwszy od dawna na te wakacje stać – transfer środków socjalnych, za którym stoi polityczna wola PiS, zmienił sytuację bytową wielu rodzin. Ale nie to ma kluczowe znaczenia dla zrozumienia fenomenu legitymizacji obecnej władzy. Ten zawiera się w kwestii podejścia do uchodźców. Niemal 2-letnia kampania, w której PiS wykorzystuje wszystkie narzędzia, jakie daje państwo, przyniosła odpowiedni skutek. Oto partia Kaczyńskiego uchodzi za jedyną siłę, która jest w stanie uchronić Polskę przed napływem „zdziczałej hordy ciapatych”. Ci bowiem, jak wynika z badań, zostali w między czasie całkowicie zdehumanizowani.

Analogia do sytuacji w Niemczech lat 30. jest zatem wyraźna. Emocje Polaków, jak niegdyś emocje Niemców, wykluczają otwarcie na racjonalne argumenty (jak choćby brak zależności między napływem uchodźców a zamachami). Tak jak niegdyś Niemcy – w obawie przed złym obcym – godzimy się na ustępstwa wobec „silnych ludzi”. Niech rządzą jak chcą – mówimy.

Dokąd nas to zaprowadzi? Daleki jestem od szukania dalszych analogii do sytuacji z lat 30. i 40. XX wieku – ani Europa, ani my sami nie pozwolimy sobie na zainstalowanie totalitarnej utopii nad Wisłą. Ba, mam niemal pewność, że nie taki cel przyświeca Kaczyńskiemu i jego najbliższemu otoczeniu. Boję się wszak, że ci ludzie żyją w jakimś zamkniętym kręgu anachronicznych wyobrażeń na temat polityki, wspartym o całą serię pobożnych życzeń. Pragnąc w Polsce silnego, autorytarnego państwa, pełniącego rolę regionalnego lidera, de facto oderwą nas od Europy. Wówczas jedyną kotwicą, trzymającą nas na Zachodzie, pozostaną Stany Zjednoczone – poprzez NATO. Tyle że od kilku miesięcy wola Waszyngtonu zależna jest od humorów Donalda Trumpa. To dramatycznie za mało, by w oparciu o takiego gwaranta budować przyszłość 38-milionowego narodu.

Co nam zostanie, gdy wyrzucimy się na margines Europy, a USA stwierdzą, że nie mają interesu angażować się w Polskę? Trójmorze, z wiodącą pozycją Warszawy, to mrzonka, niechybnie więc znów wpadniemy w sidła Rosji. Taki będzie efekt rządów „silnych ludzi z PiS”.

Czy jest szansa, by z tej patowej sytuacji wyjść? Ten cel da się osiągnąć tylko poprzez złamanie monopolu PiS. Jak to zrobić?

Narracja

Każda ze stron, zaangażowanych w jakikolwiek konflikt zbrojny, opowieść na jego temat poddaje specjalnej obróbce. Fakty podlegają manipulacji w dowolnym zakresie – w zależności od bieżących i długofalowych potrzeb. Dlatego tak trudno o obiektywną wiedzę na temat tego, co dzieje się w rejonie walk.

Możemy mieć to gdzieś, jeżeli rzecz dotyczy egzotycznej z naszej perspektywy wojny. Ale co, gdy mówimy o Ukrainie – która jest tuż za progiem – czy o Afganistanie, gdzie swego czasu zaangażowaliśmy własnych żołnierzy?

Posłuchajcie proszę tego, o czym mówię na załączonym nagraniu. Moje wystąpienie zarejestrowano podczas konferencji Tedx Toruń, która miała miejsce w listopadzie ub.r.

—–

Nz. żołnierz Zespołu Bojowego Charlie XIII zmiany PKW Afganistan podczas patrolu. Okolice Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski

Pokój

Lokalne władze dogadały się z armią i transporty ludzi oraz sprzętu odbywają się tylko nocą. Za dnia wojskowych na ulicach prawie nie widać. Nie zmienia to faktu, że Mariupol to przyfrontowe miasto. Gdy kilkanaście kilometrów dalej, na wschodzie, zaczyna bić artyleria, odgłosy wystrzałów i wybuchów niosą się pośród budynków. I choć na nikim nie robią już większego wrażenia, wojnę czuć tutaj bardziej niż atmosferę zbliżających się świąt.

Miasto w większości zamieszkują wierni obrządków wschodnich, którzy Boże Narodzenie obchodzą w styczniu, lecz w sklepach i miejscach publicznych już od kilku tygodni stoją choinki i świąteczne ozdoby. A z głośników sączą się, głównie anglosaskie okolicznościowe przeboje. Ich radosne rytmy mają się nijak do nastrojów mariupolan. Nie jest co prawda tak źle, jak zimą 2014 roku. Wtedy z miasta uciekło wielu mieszkańców, w tym lokalny biznes – w wyniku czego brakowało nawet podstawowych produktów. Zaś przedmieścia znajdowały się pod ostrzałem.

Modlitwy o pokój

Dziś ten półmilionowy portowy ośrodek nad Morzem Azowskim funkcjonuje w miarę normalnie. Wciąż jednak istnieje ryzyko, że separatyści przełamią ukraińskie linie i wojna wróci na ulice Mariupola.

– To już trzecie święta ze świadomością takiego zagrożenia – mówi paulin, ksiądz Leonard Aduszkiewicz z parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. – Ludzie są naprawdę zmęczeni.

Wśród nich Polacy oraz osoby polskiego pochodzenia, których zostało w mieście około tysiąca. Tak przynajmniej wynika z oficjalnych danych – te nieoficjalne mówią o pięciu tysiącach rodaków i ich potomków. Dwa dni przed wigilią spotykam się z kilkoma z nich w niewielkiej kaplicy, prowadzonej przez księdza Aduszkiewicza.

Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski
Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski

– Podczas mszy kilka razy modliliście się o pokój – zauważam.

– Nie byłoby dla nas lepszego prezentu – zapewnia Tetiana Mirnaja, jedna z kobiet, które po nabożeństwie zostały w kaplicy, by przyozdobić choinkę. – Dla miejscowych, ale i dla całej Ukrainy.

Ekumenizm w okopach

Ów scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Formalne zawieszenie broni znów przestaje być przestrzegane. Od kilku dni na wschodnioukraińskim froncie dochodzi do coraz liczniejszych potyczek. Podczas jednej z nich, w okolicach miasta Debalcewe, zginęło pięciu ukraińskich żołnierzy (druga strona miała mieć aż dwudziestu zabitych bojowników). To największe jednorazowe straty rządowej armii od lipca bieżącego roku.

– Tu słyszymy strzały, tam słyszmy strzały – kobieta wzdycha głośno. – Szkoda tych chłopców, którzy siedzą w okopach…

– Naszą, katolicką wigilię, obchodzimy 24 grudnia, a wojskowi to głównie grekokatolicy i prawosławni – mówi ksiądz Aduszkiewicz. – Ale i tak pojedziemy na pozycje z poczęstunkiem, pomodlić się, podzielić opłatkiem. Mamy tu w Mariupolu taki zwyczaj, że razem celebrujemy swoje święta. Katolicy, protestanci, prawosławni – wszyscy jesteśmy równo narażeni na śmierć. To nas zjednoczyło, to sprawia, że nasze uroczystości mają ekumeniczny charakter. 24 grudnia będzie mi towarzyszył pop, 6 stycznia to ja pojadę z nim w okopy.

– A wasze święta jak będą wyglądać? – pytam pani Tetiany.

– No jak każdego roku – moja rozmówczyni uśmiecha się lekko. – Będzie dwanaście potraw, dzielenie się opłatkiem i śpiewanie kolęd. Da bóg, a będzie to radosny czas.

Święto w święta

Powodów do radości zapewne nie zabraknie 24-letniej Sofii, lwowianki z urodzenia, od pół roku mieszkającej w Mariupolu.

– Jaki masz związek z Polską? – pytam, gdy zaczynamy rozmowę.

– Mama jest Polką – słyszę w odpowiedzi.

– Przejechałaś całą Ukrainę i zamieszkałaś w miejscu, z którego wciąż więcej ludzi ucieka, niż do niego przyjeżdża. Musiałaś mieć ważny powód – stwierdzam.

– O tak – na twarzy młodej kobiety pojawia się szeroki uśmiech. – Mój mąż jest żołnierzem, wysłali go właśnie tu, do Mariupola. Przyjechałam za nim.

– Odważna decyzja – wskazuje palcem na brzuch mojej rozmówczyni, nie pozostawiający wątpliwości, że Sofia jest w zaawansowanej ciąży. Dziewczyna wzrusza ramionami.

Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski
Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski

– Chłopak czy dziewczynka? – dopytuję.

– Chłopiec, będzie miał na imię Ihor – przyszła mama uśmiecha się jeszcze szerzej. – Ma przyjść na świat w Boże Narodzenie – dodaje. – Takie będę miała święta.

—–

Strojenie choinki w kaplicy, na zdjęciu od lewej Tetiana Mirnaja/fot. Marcin Ogdowski

 

Tron

Serial „Gra o tron” ma swoich fanów na całym świecie. Nie brakuje ich także pośród ukraińskich żołnierzy, służących na wschodzie kraju, oraz pomagających im wolontariuszy. Kilku z nich stworzyło kopię serialowego tronu. Frontowy odpowiednik okazałego siedziska nie składa się jednak z mieczy poległych przeciwników, ale z wojskowego złomu, zalegającego na bitewnych polach.

– Mamy tu taśmy amunicyjne, skrzynki, rury od granatników RPG, odłamki różnej wielkości, pociski z dział, haubic i moździerzy, no i mnóstwo strzeleckiej drobnicy – wymienia Igor, żołnierz Gwardii Narodowej. – W sumie ponad sześćset kilo złomu.

Autorem tej specyficznej instalacji jest Denis Busztec, artysta z Zaporoża, od dwóch lat czynnie zaangażowany w pomoc dla ukraińskiej armii.

– Dotąd woziłem na front jedzenie, wodę, kupowany przez ludzi sprzęt dla żołnierzy – mówi. – Kilka tygodni temu postanowiłem zrobić coś nietypowego.

Denis poprosił o pomoc mundurowych, z którymi w ciągu dwóch dni uzbierał niezbędny budulec. Po tygodniu prac tron był gotowy. Spod Awdijewki, o którą od wielu miesięcy toczą się walki między siłami rządowymi a separatystami, rzeźba trafiła do Zaporoża. Wolontariusze ustawili ją pod siedzibą tamtejszej rady obwodowej – najwyższych władz w regionie.

– Możesz obejrzeć dziesięć tysięcy filmów, ale nie będziesz wiedział nic o wojnie – Denis opowiada o swoich motywacjach. – Przeżyjesz jeden artyleryjski ostrzał, i spojrzysz jej prosto w oczy. Tylko ilu ludzi ma taką możliwość? Mieszkańcy Zaporoża – i inni Ukraińcy, w tym nasze władze – niewiele wiedzą o tym, co dzieje się na froncie. Tron ma zwrócić ich uwagę i uzmysłowić im, z czym mają do czynienia nasi żołnierze.

Instalacja spełniła też bardzo konkretną funkcję – tuż po przywiezieniu jej do Zaporoża odbyła się specjalna aukcja. Jeden z lokalnych biznesmenów zaoferował za tron 150 tysięcy hrywien (25 tysięcy złotych). Pieniędzy nie wpłacił, lecz kupił za nie dwa termowizory. Jedną z bolączek ukraińskiej armii jest niedostateczna liczba urządzeń, umożliwiających działania nocą. Specjaliści mówią wprost o siłach zbrojnych Ukrainy, że to „ślepa formacja”. Tron, choć w niewielkim stopniu, przyczynił się do poprawy tej sytuacji.

Fot. Kateryna Klochko (3), Marcin Ogdowski (2), Marcin Wesołowski (1)

 

Kontenery

– Po siódmym czy ósmym ostrzale naszej okolicy, kiedy rakiety zaczęły spadać mniej niż sto metrów od okien, postanowiłem uciekać z miasta – mówi Andriej, 40-latek z Doniecka. – Nie dla siebie, ale dla Eveliny – mężczyzna kładzie dłoń na ramieniu ośmioletniej dziewczynki. – Wyjechaliśmy na kilka tygodni, a minęły już dwa lata, odkąd nie było nas w domu. I nie wrócimy tam tak długo, jak długo będą strzelać. Nie zamierzam narażać życia córki – deklaruje mój rozmówca.

„Modułowe miasteczko” – jak mówią o nim miejscowi – znajduje się na obrzeżach Zaporoża, przytulone do osiedla z wielkiej płyty. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zaplecze socjalne dla ekip budowlanych. Wrażenie jest tym bardziej zasadne, że kilkaset metrów dalej wciąż powstają kolejne bloki. Tymczasem poustawiane w kilka grup kontenery, to prowizoryczne domy dla niemal 450 uchodźców z Donbasu – głównie matek i babć z dziećmi. Miały być schronieniem „na chwilę” – taka idea przyświecała oenzetowskiej agencji UNHCR, ze środków której powstało „miasteczko”. Czas jednak płynie, a końca wojny – choć tak straciła na intensywności – nadal nie widać. W efekcie uliczki „miasteczka” właśnie pokrywane są solidną brukową kostką.

Wcześniej między blaszakami zbudowano plac zabaw, a tuż za siedliskiem niewielkie boisko ze sztuczną nawierzchnią. W zestawieniu z koszmarnymi obrazkami – jakie znamy z „dżungli” w Calais – „modułowe miasteczko” zdaje się być wzorcowym obozowiskiem.

Z dnia na dzień

Ale względny komfort tylko łagodzi traumę wygnania.

– Miałem mieszkanie, pracę, przyjaciół, a co mam i kim jestem dziś? – Andriej z trudem panuje nad głosem.

– Większość z 19 tysięcy uchodźców, którzy przebywają w Zaporożu, ma kłopoty ze znalezieniem pracy – mówi Anastazja Golikowa z ukraińskiej misji Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH). – Szczęściarze dostają zwykle posady, które nie wymagają specjalnych kwalifikacji. Rzecz jasna, są to zajęcia nisko płatne.

Andriej nie ma nawet takiej pracy – pieniądze na żywność i media (samo użytkowanie kontenera jest bezpłatne), otrzymuje od rozmaitych organizacji, w tym PAH-u. Żyje, jak sam mówi, z dnia na dzień, dla Eveliny.

Jest tak sobie

Podobna motywacja zdaje się przyświecać Aleksandrze, drobnej, 65-letniej kobiecie. Złamanej artretyzmem, poruszającej się przy pomocy kuli. W przydzielonym jej kontenerze cała jedna ściana zajęta jest rysunkami, wykonanymi przez 10-letnią wnuczkę, Nastię.

– Mądra dziewczynka, dobrze się uczy – babcia zachwala wnuczkę, gdy ta, z torbą na plecach, wraca ze szkoły.

– Nastia nie ma w klasie kłopotów z miejscowymi? – pytam.

Aleksandra zaprzecza ruchem głowy. I powtarza wcześniej wypowiedziane zdanie.

– Jest tak sobie… – Andriej okazuje się bardziej wylewny. – Miejscowi nie są do nas tak dobrze nastawieni, jak w Charkowie, gdzie spędziłem kilka miesięcy. Problemy zaczynają się już pośród trochę starszych dzieci.

005

Ludzie „stamtąd”

Mężczyzna ma na myśli wyzwiska i poszturchiwania. Te postawy nie biorą się znikąd. Część dorosłych mieszkańców blokowiska nazywa uchodźców pijakami, narkomanami, czy cwaniakami, naciągającymi rząd i organizacje pomocowe. I nie jest to tylko prostacka reakcja na niechciane sąsiedztwo – dla wielu zaporożan uciekinierzy z Donbasu to „oni”, ludzie „stamtąd”. „Od separatystów” czy wręcz „separy”. W bardziej prorosyjskim Charkowie takich postaw jest mniej, w Zaporożu – gdzie idea ukraińskiej niezależności od Rosji cieszy się większym poparciem – są popularniejsze. Zwłaszcza, że w blokach sąsiadujących z „miasteczkiem” mieszka sporo weteranów donbaskiej wojny oraz rodziny wojskowych, służących właśnie na froncie. Żyją tu też najbliżsi poległych żołnierzy i ochotników.

– Nie będę narzekać – zastrzega Aleksandra. – Mam co jeść, dach nad głową, ciepło. Nastia chodzi do szkoły, jeździ na ferie. Ale gdybym tylko mogła, wróciłabym do Charcyza, oj wróciła…

—–

„Modułowe miasteczko” i jego mieszkańcy. Nz. nr 4 Andriej z córką, nz. nr 5 – Aleksandra z wnuczką/fot. Marcin Ogdowski