Archiwa tagu: Ukraina

Narracja

Każda ze stron, zaangażowanych w jakikolwiek konflikt zbrojny, opowieść na jego temat poddaje specjalnej obróbce. Fakty podlegają manipulacji w dowolnym zakresie – w zależności od bieżących i długofalowych potrzeb. Dlatego tak trudno o obiektywną wiedzę na temat tego, co dzieje się w rejonie walk.

Możemy mieć to gdzieś, jeżeli rzecz dotyczy egzotycznej z naszej perspektywy wojny. Ale co, gdy mówimy o Ukrainie – która jest tuż za progiem – czy o Afganistanie, gdzie swego czasu zaangażowaliśmy własnych żołnierzy?

Posłuchajcie proszę tego, o czym mówię na załączonym nagraniu. Moje wystąpienie zarejestrowano podczas konferencji Tedx Toruń, która miała miejsce w listopadzie ub.r.

—–

Nz. żołnierz Zespołu Bojowego Charlie XIII zmiany PKW Afganistan podczas patrolu. Okolice Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski

Pokój

Lokalne władze dogadały się z armią i transporty ludzi oraz sprzętu odbywają się tylko nocą. Za dnia wojskowych na ulicach prawie nie widać. Nie zmienia to faktu, że Mariupol to przyfrontowe miasto. Gdy kilkanaście kilometrów dalej, na wschodzie, zaczyna bić artyleria, odgłosy wystrzałów i wybuchów niosą się pośród budynków. I choć na nikim nie robią już większego wrażenia, wojnę czuć tutaj bardziej niż atmosferę zbliżających się świąt.

Miasto w większości zamieszkują wierni obrządków wschodnich, którzy Boże Narodzenie obchodzą w styczniu, lecz w sklepach i miejscach publicznych już od kilku tygodni stoją choinki i świąteczne ozdoby. A z głośników sączą się, głównie anglosaskie okolicznościowe przeboje. Ich radosne rytmy mają się nijak do nastrojów mariupolan. Nie jest co prawda tak źle, jak zimą 2014 roku. Wtedy z miasta uciekło wielu mieszkańców, w tym lokalny biznes – w wyniku czego brakowało nawet podstawowych produktów. Zaś przedmieścia znajdowały się pod ostrzałem.

Modlitwy o pokój

Dziś ten półmilionowy portowy ośrodek nad Morzem Azowskim funkcjonuje w miarę normalnie. Wciąż jednak istnieje ryzyko, że separatyści przełamią ukraińskie linie i wojna wróci na ulice Mariupola.

– To już trzecie święta ze świadomością takiego zagrożenia – mówi paulin, ksiądz Leonard Aduszkiewicz z parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. – Ludzie są naprawdę zmęczeni.

Wśród nich Polacy oraz osoby polskiego pochodzenia, których zostało w mieście około tysiąca. Tak przynajmniej wynika z oficjalnych danych – te nieoficjalne mówią o pięciu tysiącach rodaków i ich potomków. Dwa dni przed wigilią spotykam się z kilkoma z nich w niewielkiej kaplicy, prowadzonej przez księdza Aduszkiewicza.

Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski
Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski

– Podczas mszy kilka razy modliliście się o pokój – zauważam.

– Nie byłoby dla nas lepszego prezentu – zapewnia Tetiana Mirnaja, jedna z kobiet, które po nabożeństwie zostały w kaplicy, by przyozdobić choinkę. – Dla miejscowych, ale i dla całej Ukrainy.

Ekumenizm w okopach

Ów scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Formalne zawieszenie broni znów przestaje być przestrzegane. Od kilku dni na wschodnioukraińskim froncie dochodzi do coraz liczniejszych potyczek. Podczas jednej z nich, w okolicach miasta Debalcewe, zginęło pięciu ukraińskich żołnierzy (druga strona miała mieć aż dwudziestu zabitych bojowników). To największe jednorazowe straty rządowej armii od lipca bieżącego roku.

– Tu słyszymy strzały, tam słyszmy strzały – kobieta wzdycha głośno. – Szkoda tych chłopców, którzy siedzą w okopach…

– Naszą, katolicką wigilię, obchodzimy 24 grudnia, a wojskowi to głównie grekokatolicy i prawosławni – mówi ksiądz Aduszkiewicz. – Ale i tak pojedziemy na pozycje z poczęstunkiem, pomodlić się, podzielić opłatkiem. Mamy tu w Mariupolu taki zwyczaj, że razem celebrujemy swoje święta. Katolicy, protestanci, prawosławni – wszyscy jesteśmy równo narażeni na śmierć. To nas zjednoczyło, to sprawia, że nasze uroczystości mają ekumeniczny charakter. 24 grudnia będzie mi towarzyszył pop, 6 stycznia to ja pojadę z nim w okopy.

– A wasze święta jak będą wyglądać? – pytam pani Tetiany.

– No jak każdego roku – moja rozmówczyni uśmiecha się lekko. – Będzie dwanaście potraw, dzielenie się opłatkiem i śpiewanie kolęd. Da bóg, a będzie to radosny czas.

Święto w święta

Powodów do radości zapewne nie zabraknie 24-letniej Sofii, lwowianki z urodzenia, od pół roku mieszkającej w Mariupolu.

– Jaki masz związek z Polską? – pytam, gdy zaczynamy rozmowę.

– Mama jest Polką – słyszę w odpowiedzi.

– Przejechałaś całą Ukrainę i zamieszkałaś w miejscu, z którego wciąż więcej ludzi ucieka, niż do niego przyjeżdża. Musiałaś mieć ważny powód – stwierdzam.

– O tak – na twarzy młodej kobiety pojawia się szeroki uśmiech. – Mój mąż jest żołnierzem, wysłali go właśnie tu, do Mariupola. Przyjechałam za nim.

– Odważna decyzja – wskazuje palcem na brzuch mojej rozmówczyni, nie pozostawiający wątpliwości, że Sofia jest w zaawansowanej ciąży. Dziewczyna wzrusza ramionami.

Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski
Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski

– Chłopak czy dziewczynka? – dopytuję.

– Chłopiec, będzie miał na imię Ihor – przyszła mama uśmiecha się jeszcze szerzej. – Ma przyjść na świat w Boże Narodzenie – dodaje. – Takie będę miała święta.

—–

Strojenie choinki w kaplicy, na zdjęciu od lewej Tetiana Mirnaja/fot. Marcin Ogdowski

 

Tron

Serial „Gra o tron” ma swoich fanów na całym świecie. Nie brakuje ich także pośród ukraińskich żołnierzy, służących na wschodzie kraju, oraz pomagających im wolontariuszy. Kilku z nich stworzyło kopię serialowego tronu. Frontowy odpowiednik okazałego siedziska nie składa się jednak z mieczy poległych przeciwników, ale z wojskowego złomu, zalegającego na bitewnych polach.

– Mamy tu taśmy amunicyjne, skrzynki, rury od granatników RPG, odłamki różnej wielkości, pociski z dział, haubic i moździerzy, no i mnóstwo strzeleckiej drobnicy – wymienia Igor, żołnierz Gwardii Narodowej. – W sumie ponad sześćset kilo złomu.

Autorem tej specyficznej instalacji jest Denis Busztec, artysta z Zaporoża, od dwóch lat czynnie zaangażowany w pomoc dla ukraińskiej armii.

– Dotąd woziłem na front jedzenie, wodę, kupowany przez ludzi sprzęt dla żołnierzy – mówi. – Kilka tygodni temu postanowiłem zrobić coś nietypowego.

Denis poprosił o pomoc mundurowych, z którymi w ciągu dwóch dni uzbierał niezbędny budulec. Po tygodniu prac tron był gotowy. Spod Awdijewki, o którą od wielu miesięcy toczą się walki między siłami rządowymi a separatystami, rzeźba trafiła do Zaporoża. Wolontariusze ustawili ją pod siedzibą tamtejszej rady obwodowej – najwyższych władz w regionie.

– Możesz obejrzeć dziesięć tysięcy filmów, ale nie będziesz wiedział nic o wojnie – Denis opowiada o swoich motywacjach. – Przeżyjesz jeden artyleryjski ostrzał, i spojrzysz jej prosto w oczy. Tylko ilu ludzi ma taką możliwość? Mieszkańcy Zaporoża – i inni Ukraińcy, w tym nasze władze – niewiele wiedzą o tym, co dzieje się na froncie. Tron ma zwrócić ich uwagę i uzmysłowić im, z czym mają do czynienia nasi żołnierze.

Instalacja spełniła też bardzo konkretną funkcję – tuż po przywiezieniu jej do Zaporoża odbyła się specjalna aukcja. Jeden z lokalnych biznesmenów zaoferował za tron 150 tysięcy hrywien (25 tysięcy złotych). Pieniędzy nie wpłacił, lecz kupił za nie dwa termowizory. Jedną z bolączek ukraińskiej armii jest niedostateczna liczba urządzeń, umożliwiających działania nocą. Specjaliści mówią wprost o siłach zbrojnych Ukrainy, że to „ślepa formacja”. Tron, choć w niewielkim stopniu, przyczynił się do poprawy tej sytuacji.

Fot. Kateryna Klochko (3), Marcin Ogdowski (2), Marcin Wesołowski (1)

 

Kontenery

– Po siódmym czy ósmym ostrzale naszej okolicy, kiedy rakiety zaczęły spadać mniej niż sto metrów od okien, postanowiłem uciekać z miasta – mówi Andriej, 40-latek z Doniecka. – Nie dla siebie, ale dla Eveliny – mężczyzna kładzie dłoń na ramieniu ośmioletniej dziewczynki. – Wyjechaliśmy na kilka tygodni, a minęły już dwa lata, odkąd nie było nas w domu. I nie wrócimy tam tak długo, jak długo będą strzelać. Nie zamierzam narażać życia córki – deklaruje mój rozmówca.

„Modułowe miasteczko” – jak mówią o nim miejscowi – znajduje się na obrzeżach Zaporoża, przytulone do osiedla z wielkiej płyty. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zaplecze socjalne dla ekip budowlanych. Wrażenie jest tym bardziej zasadne, że kilkaset metrów dalej wciąż powstają kolejne bloki. Tymczasem poustawiane w kilka grup kontenery, to prowizoryczne domy dla niemal 450 uchodźców z Donbasu – głównie matek i babć z dziećmi. Miały być schronieniem „na chwilę” – taka idea przyświecała oenzetowskiej agencji UNHCR, ze środków której powstało „miasteczko”. Czas jednak płynie, a końca wojny – choć tak straciła na intensywności – nadal nie widać. W efekcie uliczki „miasteczka” właśnie pokrywane są solidną brukową kostką.

Wcześniej między blaszakami zbudowano plac zabaw, a tuż za siedliskiem niewielkie boisko ze sztuczną nawierzchnią. W zestawieniu z koszmarnymi obrazkami – jakie znamy z „dżungli” w Calais – „modułowe miasteczko” zdaje się być wzorcowym obozowiskiem.

Z dnia na dzień

Ale względny komfort tylko łagodzi traumę wygnania.

– Miałem mieszkanie, pracę, przyjaciół, a co mam i kim jestem dziś? – Andriej z trudem panuje nad głosem.

– Większość z 19 tysięcy uchodźców, którzy przebywają w Zaporożu, ma kłopoty ze znalezieniem pracy – mówi Anastazja Golikowa z ukraińskiej misji Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH). – Szczęściarze dostają zwykle posady, które nie wymagają specjalnych kwalifikacji. Rzecz jasna, są to zajęcia nisko płatne.

Andriej nie ma nawet takiej pracy – pieniądze na żywność i media (samo użytkowanie kontenera jest bezpłatne), otrzymuje od rozmaitych organizacji, w tym PAH-u. Żyje, jak sam mówi, z dnia na dzień, dla Eveliny.

Jest tak sobie

Podobna motywacja zdaje się przyświecać Aleksandrze, drobnej, 65-letniej kobiecie. Złamanej artretyzmem, poruszającej się przy pomocy kuli. W przydzielonym jej kontenerze cała jedna ściana zajęta jest rysunkami, wykonanymi przez 10-letnią wnuczkę, Nastię.

– Mądra dziewczynka, dobrze się uczy – babcia zachwala wnuczkę, gdy ta, z torbą na plecach, wraca ze szkoły.

– Nastia nie ma w klasie kłopotów z miejscowymi? – pytam.

Aleksandra zaprzecza ruchem głowy. I powtarza wcześniej wypowiedziane zdanie.

– Jest tak sobie… – Andriej okazuje się bardziej wylewny. – Miejscowi nie są do nas tak dobrze nastawieni, jak w Charkowie, gdzie spędziłem kilka miesięcy. Problemy zaczynają się już pośród trochę starszych dzieci.

005

Ludzie „stamtąd”

Mężczyzna ma na myśli wyzwiska i poszturchiwania. Te postawy nie biorą się znikąd. Część dorosłych mieszkańców blokowiska nazywa uchodźców pijakami, narkomanami, czy cwaniakami, naciągającymi rząd i organizacje pomocowe. I nie jest to tylko prostacka reakcja na niechciane sąsiedztwo – dla wielu zaporożan uciekinierzy z Donbasu to „oni”, ludzie „stamtąd”. „Od separatystów” czy wręcz „separy”. W bardziej prorosyjskim Charkowie takich postaw jest mniej, w Zaporożu – gdzie idea ukraińskiej niezależności od Rosji cieszy się większym poparciem – są popularniejsze. Zwłaszcza, że w blokach sąsiadujących z „miasteczkiem” mieszka sporo weteranów donbaskiej wojny oraz rodziny wojskowych, służących właśnie na froncie. Żyją tu też najbliżsi poległych żołnierzy i ochotników.

– Nie będę narzekać – zastrzega Aleksandra. – Mam co jeść, dach nad głową, ciepło. Nastia chodzi do szkoły, jeździ na ferie. Ale gdybym tylko mogła, wróciłabym do Charcyza, oj wróciła…

—–

„Modułowe miasteczko” i jego mieszkańcy. Nz. nr 4 Andriej z córką, nz. nr 5 – Aleksandra z wnuczką/fot. Marcin Ogdowski

Siekiery

We wrześniu 1939 roku rodzina mojej Babci została ewakuowana na wschód Rzeczpospolitej – na tereny ówczesnego województwa wołyńskiego. Po koszmarze ucieczki pociągiem, ostrzeliwanym przez samoloty Luftwaffe, uchodźców ulokowano w jednej z wiosek. I tam jednak nie dane im było zaznać spokoju. Po kilku dniach, nocą, musieli uciekać przed skrzykniętymi ad hoc ukraińskimi bandami, które upadek państwa polskiego sprowokował do rozliczeń z Lachami.

„Moi” nie zostali na Wołyniu – jeszcze jesienią 1939 roku wrócili do Torunia, na terytoria zajęte przez Niemców. Niewykluczone, że była to decyzja, która uratowała im życie (cała czwórka – pradziad, prababka, Babcia i jej brat przeżyli wojnę). Rzeź wołyńska z lata 1943 roku nie była zatem ich osobistym doświadczeniem. Lecz traumatyczne przeżycia z 1939 roku sprawiły, że temat ukraińskich mordów na Polakach wracał w moim domu przy różnych okazjach.

Babcia nie pielęgnowała nienawiści. Nie chciała jej przekazywać – przynajmniej intencjonalnie. Lecz dzieląc się swoim strachem, sprawiła, że wyszedłem z domu wyposażony w pewien myślowy schemat. Odkąd pamiętam słowo „Ukrainiec” zawsze przywodziło skojarzenie z siekierą. Wracały babcine opowieści, do których z czasem dołączyły historie wyczytane z książek i wysłuchane od innych świadków tamtych wydarzeń. Tym łatwiej, że przez wiele lat nie miałem z Ukraińcami żadnych kontaktów. Ukraina to był odległy ląd w posowieckim Mordorze, z którego mojemu krajowi szczęśliwie udało się wyrwać.

Zjeżyłem się, gdy latem 2005 roku spotkałem ukraińskich żołnierzy w Iraku. Byli sojusznikami, ale ja widziałem te przeklęte siekiery.

Kibicowałem Majdanowi w 2013 i 14 roku, ale morze ukraińskich flag – dobitny wyraz lokalnego etnosu – nie pozwalało tak do końca zidentyfikować się ze słusznym przecież protestem. Znów zaważyły siekiery.

Zdrętwiałem, gdy ukraiński żołnierz, mówiąc do mnie „brat”, objął mnie gdzieś na linii frontu pod Debalcewe. Była zima 2015 roku, mimo cech konfliktu wewnętrznego Ukraina toczyła wojnę z rosyjskim najeźdźcą. Wrogim także nam, Polakom. Świadom tego wszystkiego wciąż ciążyłem ku siekierom.

To siekiery – chyba bardziej niż przywiązanie do potrzeby zachowania dziennikarskiego obiektywizmu – napędzały moje oburzenie widokiem polskich reporterów, w geście solidarności owijających się ukraińskimi flagami.

Więc gdy wiosną tego roku na froncie pod Mariupolem zobaczyłem Ukraińców w pobliżu prawdziwych siekier, nie mogłem się powstrzymać. Zwolniłem migawkę, rejestrując swoje uprzedzenia.

Tak, uprzedzenia – bo w istocie o coś złego tutaj idzie. O paskudne uproszczenie, które uwiodło mnie przed laty. Które sprawiło, że tak bardzo bałem się filmu „Wołyń”. Tego, że znów poczuję niemal fizyczną obecność siekier.

I tak też się stało.

Wyszedłem z seansu utwierdzony w przekonaniu, że Ukraińcy tak długo, jak stanowią etniczną wspólnotę genetycznie związaną ze sprawcami mordów, winni się czuć odpowiedzialni za to, co stało się na Wołyniu. Zawstydzeni, skruszeni i przepraszający – podobnie jak Niemcy w odniesieniu do Holocaustu i piekła II wojny światowej. I że choć sytuacja na Wołyniu czarno-biała nie była – co Smarzowski uczciwie pokazuje – nie może być mowy o żadnym „symetrycznym dzieleniu winy”. Kat był jeden i ofiara jedna.

To rzecz dla mnie niedyskutowalna, tylko u licha, co dalej?

Kilka dni temu, przy okazji Kongresu Kultury Polskiej, prof. Maria Janion wspominała o konieczności przemiany żałoby w empatię. Pisała szerzej o stosunku do polskiej historii, lecz jej słowa można wykorzystać i w tym kontekście. Empatia to między innymi zrozumienie, zrozummy zatem, skąd się bierze ukraińskie wyparcie wołyńskiej zbrodni, co decyduje o tym, że znienawidzony u nas Bandera na Ukrainie zyskuje status narodowego bohatera.

Wielu Ukraińców nie ma pojęcia o wołyńskich wyczynach UPA, dla innych ważniejszy jest fakt, że formacja ta walczyła z sowietami. Część święcie wierzy w radzieckie prowokacje, niektórych przekonuje argument o rzekomo masowej współpracy Polaków z Niemcami – przeciw Ukraińcom. A miażdżąca większość ma to zwyczajnie gdzieś, wszak karnie staje w szeregu na wezwanie „biją naszych!”, „naszym, obcy, chcą zrobić historyczną krzywdę!”. Znamy to skądś, prawda? Dość przypomnieć sprawę Jedwabnego i histeryczne reakcje rodzimych „patriotów”.

Nie Ukraińcy jedyni, którzy ulegają pokusie wybielania historii. Wielu Niemców do dziś podziela pogląd o rycerskim Wehrmachcie, u nas, od kilku lat, usiłuje się wytworzyć kult tzw. wyklętych, ignorując fakt, że działali oni bez szerszego społecznego wsparcia, zabijali rodaków i wreszcie (choć rzecz jasna w innej skali) – dopuszczali się wojennych zbrodni wobec cywilów niepolskiej narodowości.

Spójrzmy w lustro – i wówczas zrozumiemy więcej.

Przede wszystkim jednak rozmawiajmy. Piszę to z perspektywy własnych doświadczeń. Nie wyzbyłem się siekier – one wciąż we mnie są – ale nie przepuszczam żadnej okazji, by opowiedzieć Ukraińcom o polskich krzywdach. To kropla w morzu, jednostkowe działanie, ale przecież jest nas więcej. Wojna na wschodzie zmusiła rządy Polski i Ukrainy do bliższej współpracy. Sytuacja ekonomiczna pchnęła miliony Ukraińców do zarobkowania w Polsce. Nigdy po 1945 roku nie było lepszej okazji, by rozmawiać o naszej wspólnej, tragicznej przeszłości.

Bądźmy w tym asertywni, ale nie pielęgnujmy uprzedzeń. Dajmy dojść do głosu cierpliwości, zagłuszmy siekiery w głowach. One nie mogą decydować o tym, jak postrzegamy swoich sąsiadów. Bo inaczej skarzemy się na nacjonalizm.

A to oznacza zjazd po równi pochyłej. Smarzowski w swoim filmie doskonale pokazuje przyczyny wołyńskiej tragedii. Nierówności społeczne i ekonomiczną eksploatację „chamów”, rozpad państwowości, sowieckie podjudzanie Ukraińców na Polaków z lat 1939-41 i wreszcie niemiecką eksterminację Żydów, która przez swą skalę i okrucieństwo doprowadziła mieszkańców Wołynia do zobojętnienia na przemoc i akceptacji siłowych rozwiązań narodowościowych problemów. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia na ziemiach współdzielonych z Białorusinami, a tam nie doszło do ludobójstwa Polaków. Bo to właśnie nacjonalizm, który skaził umysły wołynian ukraińskiego pochodzenia, był głównym powodem bestialskiej rzezi.

Strzeżmy się więc tej idei. Bo nie trzeba wojny z obcym, by nacjonalizm pokazał nam swoje ohydne oblicze. W „Wołyniu” jest scena, w której upowiec zabija Ukraińca, gdy ten buntuje się przeciw bandyckim porządkom. Dlaczego „nasz” nacjonalizm miałby być inny?

—–

Nz. Żołnierze ukraińskiej piechoty morskiej na froncie w okolicach Mariupola/fot. Marcin Ogdowski