Archiwa tagu: USA

Konferencja

Na początku 2003 roku, kiedy w świat poszła informacja o tym, że Polska poprze działania zbrojne przeciwko Irakowi, Jacques Chirac – ówczesny prezydent Francji – nie przebierał w słowach. „Stracili dobrą okazję, aby siedzieć cicho” – skomentował, mając na myśli nas, Polaków.

Nad Wisłą odebrano to jako policzek, wręcz ingerencję w politykę zagraniczną Warszawy. Dominowało pośród nas przekonanie, że inwazja to jedyne rozwiązanie. Co więcej, gdy kilka tygodni później wyszło na jaw, że biorą w niej udział także nasi żołnierze, w kraju zapanowała nacjonalistyczno-imperialna euforia. „Flaga na maszt, Irak jest nasz!” – śpiewał Lech Janerka, drwiąc sobie nieco z tego wzmożenia. Jednak fakt, iż miało ono miejsce, czynił wypowiedź Chiraca jeszcze bardziej irytującą.

Rzecz w tym, że francuski polityk miał rację…

Płonne nadzieje

Poszliśmy na wojnę, której wybuch poprzedziła zmasowana akcja dezinformacyjna amerykańskich służb specjalnych. Waszyngton stworzył kłamliwy pretekst do ataku, mamiąc nas dodatkowo wizją intratnych kontraktów po zakończeniu działań zbrojnych.

Wysłaliśmy do akcji GROM, potem znacznie większe siły stabilizacyjne. Polacy ginęli, odnosili rany, Irak – już po „wyzwoleniu” – stał się areną koszmarnie brutalnej wojny domowej.

W międzyczasie z wieluset milionowego kontraktu zbrojeniowego z nowymi władzami w Bagdadzie Amerykanie wyeliminowali polski Bumar. Szybko stało się jasne, że na irackiej awanturze nie zarobimy. Nadzieje, że wykorzystamy know-how pozyskany jeszcze w latach 70 i 80. – kiedy wiele polskich firm działało w Iraku – okazały się płonne. Ucierpiał przy tym wizerunek Polski pośród części krajów arabskich – stygmatu okupanta nie zmazaliśmy właściwie do dziś.

Przedziwne mediacje

Minęło kilkanaście lat i znów weszliśmy do tej samej rzeki. Na szczęście nie „na bojowo”, nie w tak angażującym materialnie zakresie – ale jednak. Mam na myśli zaczynającą się dziś konferencję bliskowschodnią w Warszawie.

Miast zachować korzystną dla naszych relacji z Iranem neutralność, w sposób zdecydowany opowiedzieliśmy się po jednej ze stron. Bo nie, warszawska konferencja nie jest próbą mediacji – do czego przekonują nas rodzimi politycy. Stałaby się nią, gdyby to Polska była jedynym organizatorem. Tymczasem współorganizatorem wydarzenia są Stany Zjednoczone – geograficznie odległe od przedmiotowego regionu, lecz politycznie, ekonomicznie i wojskowo głęboko weń zaangażowane. A od kiedy to mediacji podejmuje się strona konfliktu?

Warunek niezależnego mediatora to nie wszystko – obowiązkiem tego ostatniego jest zabiegać, by do stołu zasiedli wszyscy zainteresowani. Tak naprawdę irańska odmowa winna zamknąć sprawę, skłonić polski MSZ do przyznania, że inicjatywa pojednania już na wstępie się nie udała. Mamy zaś, co mamy – rozmowy o pokoju na Bliskim Wschodzie bez udziału jednego z głównych graczy, postrzeganego przez pozostałych uczestników jako źródło problemów.

Wróg naszego wroga naszym…

Co rzuca światło na rzeczywiste intencje, stojące za zorganizowaniem konferencji. Otóż wszystko wskazuje na to, że ma być ona pretekstem do kolejnej prezentacji amerykańsko-izraelskiej wizji stosunków bliskowschodnich. Gdzie problemem nie jest imperializm rządu USA i bezkompromisowe nastawienie władz Izraela, a próba zwiększenia swoich wpływów przez Iran.

Bym nie został źle zrozumiany – nie recenzuję tu żadnej z tych polityk (a pytany o własne zdanie odpowiem, że bliżej mi do racji Tel-Awiwu niż Teheranu). Wskazuję tylko na zabieg, który ma utwierdzić opinię publiczną w konkretnej narracji.

Tylko po co nam, Polakom, „bawić się w te klocki”?

Waszyngton narzucił Warszawie pomysł konferencji. Uczynił to w sposób skandaliczny, sprowadzając Polskę do roli usłużnego podwykonawcy. Nasi politycy przełknęli zniewagę, licząc na amerykańską wdzięczność. Znów górę wziął klientelizm.

Nie bez znaczenia jest również przekonanie, o którym publicznie nie powie żaden z rodzimych polityków władzy. Proizraelski wydźwięk konferencji pozwoli na symboliczne zakończenie dyplomatycznego sporu na linii Tel-Awiw – Warszawa, wywołanego idiotyczną nowelizacją ustawy o IPN.

A że koniec końców kolejny wróg naszego przyjaciela zostanie i naszym wrogiem? Cóż, tak się kończy, gdy „tracimy dobre okazje, aby siedzieć cicho”…

—–

Nz. Polscy żołnierze w Iraku, jesień 2005/fot. Marcin Ogdowski

Teatr

Nocne naloty zachodniej koalicji na Syrię mogłyby przejść do historii wojskowości jako dowód skrajnej nieskuteczności. Amerykanie mieli wystrzelić ponad sto pocisków, nieznaną, ale zapewne nie mniejszą liczbę bomb zrzucili Brytyjczycy i Francuzi. W efekcie wartej kilkaset milionów dolarów operacji… nikt nie zginął.

Lecz o to w tym wszystkim chodziło – druga strona (Zachód wykorzystał do tego Rosję), została o celach ataku uprzedzona. Personel ośrodka badawczego i fabryki produkującej bojowe chemikalia zdołał się ewakuować. Również w wojskowych magazynach nikt nie ucierpiał. Kwintesencją „dokuczliwości” nalotu były zdjęcia z syryjskiej telewizji, przedstawiającej prezydenta Baszszara Assada, udającego się, jak gdyby nic, w sobotni poranek do pracy.

Syryjska „wojna zastępcza”?

Tymczasem jeszcze kilkadziesiąt godzin temu sytuacja wyglądała dużo groźniej. Po tym, jak Syryjczycy po raz kolejny użyli wobec własnych cywilów broni chemicznej, Trump zagroził karnymi bombardowaniami. W odpowiedzi na to Rosjanie – których kontyngent od kilku lat wspiera władze w Damaszku – zapowiedzieli, że będą zestrzeliwać amerykańskie rakiety. Biorąc pod uwagę zebrany na miejscu potencjał (rosyjskie systemy S-400 są zdolne do strącania zachodnich rakiet samosterujących), chęć odwetu Moskwy za masakrę rosyjskich najemników, jakiej kilka tygodni temu dopuściły się siły powietrzne Stanów Zjednoczonych, starcie dwóch mocarstw wisiało na włosku. Tak to przynajmniej wyglądało.

Jednak twitterowe prężenie muskułów przez Donalda Trumpa oraz pomruki dochodzące z rosyjskiego MSZ i sztabu generalnego od początku należało traktować jako… teatrzyk. Mówiąc wprost, ani Zachód, ani Rosja nie będą umierać za Syrię. Koncepcja „wojny zastępczej” – miejsca, gdzie można się bezkarnie mierzyć, nie narażając własnych terytoriów i żywotnych interesów – ma wobec Syrii ograniczone zastosowanie. Syria nie stała się i nie stanie bliskowschodnią Koreą czy Wietnamem. Na taki scenariusz (swoistej wojny totalnej), nie stać nie tylko Moskwy – Waszyngton, Londyn czy Paryż też nie mogą sobie na niego pozwolić.

Tego już „nie widzimy”

Jednak gdy w świat poszły kolejne wstrząsające zdjęcia zagazowanych ofiar, Zachód coś zrobić musiał. Demokratyczne rządy działają bowiem pod presją opinii publicznych. Te co prawda nie zaakceptują długotrwałych działań zbrojnych wobec syryjskiego dyktatora (a zwłaszcza skutków jego obalenia; iracka lekcja wciąż jest żywa w USA i Wielkiej Brytanii), niemniej dla spokoju sumienia oczekują ograniczonej reakcji. I właśnie ją dostały.

Wojskowi załatwili rzecz w taki sposób, by nie razić Rosjan (częściowo koordynując z nimi działania), Moskwa zatem nie ma powodów, by zrobić coś więcej poza wyrażeniem rytualnego oburzenia. Ostatecznie przecież jej prestiż nie ucierpiał. Assadowcy też specjalnie nie oberwali, operacja zatem nie stworzyła ryzyka, że będą naciskać na rosyjskich sojuszników, by ci przeprowadzili jakąś akcję odwetową. Innymi słowy, media mają swoje show, a status quo zostało zachowane. Co w tym przypadku oznacza, że w syryjskiej wojnie domowej wciąż ginie dziennie co najmniej kilkadziesiąt osób. Ale tego już „nie widzimy”…

—–

Łatwo zapominamy, kto najbardziej cierpi w syryjskim konflikcie. Nz. uchodźcy w jednym z obozów w Libanie/fot. Paweł Krawczyk