Archiwa tagu: Warbook

Posłowie

W czasie świąt, i już po nich, dostałem sporo zdjęć, jak to zamieszczone poniżej. „Międzyrzecze” okazało się popularnym prezentem pod choinkę. Super!

Ale ja nie o tym.

Botoksowy car usiłuje sprowokować nas do słownej bitki, redefiniując sens historycznych wydarzeń związanych z wybuchem II wojny światowej. Putin pragnie zszargać opinię Polski i Polaków, co jest jednym z wielu kroków mających doprowadzić do stopniowej izolacji Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej. Od (nie)mądrości polskich władz zależy, czy i na jakich warunkach damy się wciągnąć w tę awanturę.

Jej ostateczny cel, patrząc z perspektywy Moskwy, jest jasny – powrót Polski do rosyjskiej strefy wpływów.

Oczywiście, aby tego uniknąć, trzeba nam czegoś więcej niż sprawnej polityki zagranicznej. Istotne są też kwestie obronności. Piszę o tym w „Posłowiu” do „Międzyrzecza” – czas ujawnić jego obszerny fragment.

Ps. Skróty wynikają z konieczności zachowania w tajemnicy istotnych elementów fabuły.

*         *          *

„My, Polacy, słusznie zarzucamy sobie tkwienie w złudnych nadziejach, w przekonaniu, że „jakoś to będzie”. A zarazem trawi nas czarnowidztwo, sprowadzające się do stwierdzenia, że „nie warto nic robić, bo i tak się nie uda”. Targamy się w tej sprzeczności, umacniając ją fantazmatami, tkanymi z wyobrażeń o własnej wyjątkowości, oraz nieprzemyślanymi działaniami, które stwarzają pozory dbania o narodowy interes.

I tylko czasem coś nam wychodzi, samo z siebie, przypadkiem.

Stawiamy na nieistotne geopolitycznie Węgry, odwołując się do wydumanej przyjaźni. Redukujemy sojusze do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, ignorując emocjonalną niestabilność przywódcy tego kraju. Zbroimy się „po łebkach”, tworząc w armii wyspy nowoczesności, tak od siebie oddalone, że nie sposób sensownie wykorzystać ich potencjału. Oddajemy wojsko w ręce człowieka, który funduje mu koszmarne czystki.

W tym samym czasie, na paradach i w posłusznych władzy mediach, tworzymy złudzenie silnych, zwartych i gotowych, pielęgnując przy tym mit wspaniałej husarii, sarmackiej przeszłości, państwowej potęgi, która zawojowała przed wiekami znaczną część Europy.

I jednocześnie machamy ręką, gdy pytają nas o zachodnie gwarancje bezpieczeństwa. „Będzie, jak było” – mówimy, z masochistyczną lubością wypowiadając frazę, że „oni znów nas zdradzą”. Choć w głębi ducha wierzymy, że jednak nie, bo przecież NATO i Unia Europejska – do których niegdyś przystąpiliśmy – to najsilniejszy militarny sojusz i najmocniejsza gospodarcza wspólnota na świecie.

W tej kompulsywnej autoszarpaninie walimy na odlew we własnych żołnierzy, traktując ich jak darmozjadów, „chłopców napalonych na duże zabawki”. Nieprzydatne zabawki – twierdzimy – bo przecież nie zapewnią nam bezpieczeństwa. Bo największy wróg i tak „nakryje nas czapkami” – tyle ma ludzi i sprzętu. Lepiej więc przeznaczmy publiczne pieniądze na coś bardziej sensownego – na przykład na pięćset plus.

A na Kremlu zacierają ręce…

Nie, nie wierzę, by w najbliższej przyszłości Rosja napadła na Polskę. Lecz przez lata tkwiąc jedną nogą w świecie wojskowych, przyjąłem po części ich punkt widzenia. Jest więc dla mnie jasne, że armia musi sposobić się na rozmaite zagrożenia, także te najgorsze. Rosyjskie, choć relatywnie nieduże, jest jednym z nich.

I trzeba to robić z głową, w oparciu o racjonalne przesłanki – od razu zakładając, że da się zwyciężyć.

„Nadzieja jest w zwycięstwie” – brzmi motto serii Warbook. Nie wspominam o nim przypadkiem, uważam bowiem, że idealnie oddaje istotę rzeczy. Z Rosją można zwyciężyć, można mieć nadzieję na taki sukces. Oczywiście, szyty na miarę – nie chodzi mi o bombastyczne wizje polskiej flagi powiewającej nad Kremlem. „To se ne vrati” – jak mawiają nasi południowi sąsiedzi. Nasze zwycięstwo z Rosją to kraj ocalony przed okupacją. Tylko i aż tyle.

Nie wszystko rzecz jasna da się przewidzieć i nie każde zagrożenie jesteśmy w stanie zniwelować. Federacja to mocarstwo atomowe – o tym zawsze trzeba pamiętać. Stąd nadzieja, nie pewność.

Ta nadzieja winna się zasadzać na mocnych podstawach – najważniejszą z nich jest relatywna siła armii. Nasze wojsko musi być zdolne zadać Rosjanom takie straty, których wizja uczyni wojnę nieopłacalną.

Czy współczesne Wojsko Polskie ma taką moc? Już nie – i winą za to należy obciążyć polityków. Nie tylko tych, którzy rządzą nami w ostatnich latach.

Dziś, bez książkowej „Polisy”, nie dalibyśmy rady. Lecz scenariusz, w którym nie musielibyśmy sięgać po tak drastyczne środki, jest na wyciągnięcie ręki. Polska dysponuje potencjałem ekonomicznym, gospodarczym i intelektualnym na tyle dużym, by w nieodległej przyszłości zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. (…). Trzeba nam tylko mądrych polityków. I dowódców, którzy nie będą nosić parasoli nad urzędnikami z politycznego nadania, a asertywnie wyartykułują potrzeby armii. I dopilnują ich realizacji.

Czas płynie i nie działa na naszą korzyść. (…)”.

romek

—–
Nz. głównym, ilustracyjnym, zniszczony ukraiński czołg. Okolice wioski Piski, wiosna 2015/fot. własne
Zdjęcie nr 2 – „Międzyrzecze” jako choinkowy prezent/fot. Roman Szaga

„Międzyrzecze”

Dziś jest ten dzień! Na rynku ukazała się moja nowa książka, powieść pt.: „Międzyrzecze”. O czym traktuje? Pozwolę sobie wykorzystać notkę wydawniczą.

Wojny miało nie być. Rosja boryka się z poważnymi problemami, a Polski strzegą sojusze i silna armia. Znamy te argumenty, prawda? A jednak konflikt wybucha. Pancerne zagony wroga przelewają się przez granicę niepowstrzymaną, zdawać by się mogło, falą. NATO nie śpieszy się ze zbrojną interwencją – musi nam wystarczyć wysłany wcześniej sprzęt i szczupły amerykański kontyngent. Czy dodatkowe bataliony Leopardów, kolejne F-16 i pokaźna liczba baterii Patriot pozwolą wygrać tę wojnę? Przetrwać starcie z gigantem? Naczelne dowództwo Wojska Polskiego decyduje się na wdrożenie kontrowersyjnego planu Międzyrzecze…

„Międzyrzecze” to dla mnie swoisty debiut, po raz pierwszy bowiem napisałem o wojnie od początku do końca wymyślonej. Nie zmienia to faktu, że powieść jest mocno zakotwiczona w rzeczywistości…

(i tu znów oddaję głos wydawcy):

…a Ogdowski – z wykształcenia socjolog – pozostał wierny swojemu stylowi narracji. Oglądamy więc wydarzenia z różnych jednostkowych perspektyw, które złożone w całość dają obraz wojny jako doświadczenia granicznego. W ramach którego nie sposób jednoznacznie osądzić poczynań uwikłanych w dramatyczne wydarzenia ludzi.

Wojna wywleka z nas najlepsze i najgorsze cechy, często obie jednocześnie. I tacy są moi bohaterowi – ani dobrzy, ani źli; po prostu, próbujący przetrwać. Jak osoby, które spotkałem na swojej reporterskiej drodze, włócząc się po różnych wojnach i kryzysach.

Szukajcie w dobrych księgarniach, czytajcie i dawajcie znać, co o „Międzyrzeczu” sądzicie.

Niezwyciężony

Fanom historii alternatywnych Marcina Ciszewskiego przedstawiać nie trzeba. Reszcie napiszę tylko, że to autor kultowej serii „WWW…”, opartej o założenie, że kilkusetosobowy, uzbrojony po zęby oddział współczesnego Wojska Polskiego, trafia do przeszłości. I zaczyna swoją wędrówkę od września 1939 roku, po Powstanie Warszawskie. Korygując dość istotnie przebieg walk i niemiecką okupację. Wiem, brzmi niezbyt mądrze, ale uwierzcie mi, czyta się to dobrze, mając przy tym nielichą zabawę i – mimo wszystko – świetną lekcję historii. Marcin bowiem zręcznie wplata prawdziwe wątki w wymyśloną opowieść.

W swojej najnowszej książce Ciszewski zmienia nieco formułę. Nie ma już zabawy z pogranicza fantastyki, dostajemy za to alternatywny świat, oparty wszak o technologiczną realność prawdziwego 1941 roku. Żadnych cudów na kiju typu urządzenie do podróży w czasie. Bo choć tytułowy „Invictus” (ang. „Niezwyciężony”) – okręt przewagi strategicznej, kilkukrotnie większy i cięższy od największych pancerników przeciwnika – wydaje się być potworem nie z tego świata, wszystko, czym dysponuje, dało się zbudować na przełomie lat 30. i 40. „George Washington” – jak oficjalnie nazywa się ów kolos – ma to po prostu większe (czy ma tego, po prostu, więcej…).

Wojna, która już była

Po co? To pytanie, które można rozważyć na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, pozostając w uniwersum wyznaczonym przez ramy książki. Robi to sam Ciszewski, wkładając w usta głównego bohatera szereg wątpliwości związanych z sensownością budowy superpancernika, w sytuacji, w której wyraźnie rysuje się nowa tendencja w prowadzeniu wojen morskich. Na pierwszą linię wychodzą lotniskowce i to one – za sprawą swoich samolotów – zaczynają decydować o przebiegu bitew. Wpływowi wojskowi i politycy dopinają jednak swego, co – jak chyba trafnie odczytuję intencje autora – ma być ilustracją starego jak samo wojowanie problemu – że większość armii świata zawsze przygotowuje się do wojny, która już była. A tylko nieliczne, zazwyczaj te planujące agresję, idą w kierunku innowacji. Jak to się zwykle kończy, dobrze wiemy.

No i jest jeszcze druga płaszczyzna – jej wskazanie to atrybut recenzenta. Zastanawiam się zatem, po co historii opisanej w „Invictusie” ów superpancernik? Niezależnie od jego osadzenia w realiach, lepiej czytałoby się opowieść, w której US Navy miałaby to, czym rzeczywiście dysponowała w 1941 roku. Więcej, mniej – to już rzecz drugorzędna. Niezwykłą wartością alternatywnych historii jest bowiem to, że po ich lekturze możemy sobie powiedzieć: hmm, no tak mogło się przecież stać.

Urrraaaa na USA!

A co dzieje się w „Invictusie”? Ano mamy tu świat, w którym Polacy przegrywają Bitwę Warszawską w 1920 roku. Bolszewicy idą dalej, oddolne, rewolucyjne ruchy ułatwiają im zdobycie Niemiec, Francji i całej zachodniej Europy. Broni się tylko Wielka Brytania, ale 20 lat później – mimo pomocy USA – i ona upada. Azja i Europa stają się Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, bezwzględnie zarządzanym przez Stalina, który w grudniu 1941 roku wysyła siły inwazyjne na USA. Ich część atakuje kontynent przez Cieśninę Beringa i Alaskę, jednak główne uderzenie ma nastąpić na atlantyckie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Potężna flota desantowa płynie więc przez ocean – i to na jej spotkanie rusza „George Washington” i resztki przetrzebionej w wojnie angielskiej (alternatywna Bitwa o Anglię), US Navy.

Nie opowiem wam, jak się to kończy – trudno wszak mówić o prostym happy endzie. Raczej mamy tu wstęp do kolejnej książki (całego cyklu?). Tak czy inaczej, fani powieści marynistycznej, morskiej batalistyki (czy batalistyki w ogóle), będą ukontentowani. Mając w sobie marynarskie geny, a za sobą lekturę chyba wszystkiego, co w latach 80. i 90. dało się zdobyć na temat bitwy o Atlantyk i wojny na Pacyfiku, z satysfakcją czytałem o kolejnych pojedynkach „Invictusa” i jego zespołu. Ma to nerw, ma dynamikę. I właśnie z uwagi na tę część, jestem w stanie dać książce 6 na 10 punktów.

Świat pełen szarości

Dwa zabieram za sposób narracji – nie lubię powieści pisanych w czasie teraźniejszym, zwłaszcza zaś w osobie pierwszej (wprowadzanie wątków będących doświadczeniem innych osób wychodzi wówczas bardzo karkołomnie). Jeden za „Invictusa” i koncepcję superpancernika, płynącego na spotkanie armady.

A za co uszczknąłem z zestawienia jeszcze jeden punkt? Za wizję radzieckiego imperium. Ciszewski pisze o nieludzkim systemie, zarządzanym wyłącznie strachem i strachu będącym istotą życia obywateli ZSRR. Oczywiście, zawsze może powiedzieć – w mojej książce tak właśnie ma być i jest. Jego prawo. Problem w tym, że Marcin bawi i uczy – może więc zostawić Czytelnika z przekonaniem, że Sowiety to było piekło na ziemi. A jakkolwiek był to paskudny ustrój, zwłaszcza w czasach Stalina, ludzie starali się w nim normalnie żyć. Bawili się, kochali, uczyli, pracowali, wielu wierzyło, że ma dobre życie. Skąd tak powszechny w postsowietach sentyment za komunizmem, u nas zresztą też obecny? Ano stąd. O diabelskim imperium zła, będącym niczym jeden wielki obóz koncentracyjny, mogą sobie pisać Amerykanie czy Europejczycy z Zachodu. Oni nie mają pojęcia, jak się tu żyło. Od autorów z tej części kontynentu oczekiwałbym kreski przesiąkniętej szarością. Nasz świat bowiem nigdy nie był czarno-biały.

—–

W historii Ciszewskiego Japonia sprzymierza się z ZSRR. Do sowieckiej armady płynącej w stronę USA, dołączają cesarskie superpancerniki „Yamato” i „Musashi”/fot. Yamato Museum/domena publiczna

invictus_okladka

Rocznice

8 listopada 2006 roku do Polski przyleciały pierwsze dwa samoloty myśliwskie F-16, zakupione trzy lata wcześniej w USA. Już nad terytorium Polski parę „efów” szesnastych przywitały trzy MiG-29 z eskadry z Mińska Mazowieckiego. Radzieckie maszyny spotkały się z amerykańskimi, symbolicznie zwiastując nową erę w Polskich Siłach Powietrznych.

Przez następne miesiące do kraju docierały kolejne maszyny – dziś nasze lotnictwo ma ich w sumie 48, rozdzielonych między trzy eskadry. Nazywane „Jastrzębiami”, chronią polskiego nieba, biorą udział w zagranicznych ćwiczeniach (nawet tak odległych jak na Alasce) oraz w operacjach sojuszniczych. Te ostatnie to zarówno cykliczne dyżury w krajach NATO pozbawionych lotnictwa, jak i misje bojowe w ramach koalicji antyterrorystycznej w Iraku.

„Efy” to przysłowiowa pięść polskiego lotnictwa. Nowoczesne, z pełną gamą uzbrojenia (pośród nich znajdują się pociski dalekiego zasięgu Jassm), stanowią realne narzędzie odstraszania…

Zdjęcia pochodzą z albumu pt.: „Sięgając nieba”, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Warbook z okazji 100-lecia Polskich Sił Powietrznych. Ich autorem jest Bartek Bera.